lucky daye

#FridayRoundup: Slowthai, Lucky Daye, Jpegmafia i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Po słabszym pierwszym piątku lutego ponownie możemy wskazać kilka wartych uwagi okołosoulowych premier. Wśród nich długo oczekiwany Slowthai, epki Lucky’ego Daye’a, Jpegmafii i Roosevelta, powrót Robina Thicke’a, nowa/stara Tiana Major9 czy rapowy debiut Margaret. O części płyt przeczytacie poniżej. Pełna selekcja dostępna jest na playliście #FridayRoundup.


#FridayRoundup

Tyron

Slowthai

Method/Interscope/AWGE

Tak jak Nothing Great About Britain zrobiło ze slowthaia bohatera brytyjskiej klasy robotniczej, epizod kryzysu wizerunkowego uczynił go wrogiem publicznym numer jeden, tak Tyron w końcu przypomina nam, że slowthai jest przede wszystkim człowiekiem. Drugi krążek Anglika to dyptyk, który tak naprawdę opowiada tą samą historię. Emocje zalegające po trzewiach Framptona, wytrącające się w grudach cynizmu stanowią trzon obu części, jednak w pierwszej nacisk położony jest przede wszystkim na agresję, cała negatywna energia zostaje zużyta jako paliwo napędowe sutych, trapowych bangerów. Tutaj ujawnia się też jedna z największych zalet rapera- giętkość języka eklektycznej, dźwiękowej wypowiedzi. W swoim anturażu sięga zarówno po dziedzictwo trapowego Memphis na czele z Lil Ugly Manem, jak i po współczesną pierrebournowszczyzne w posttrapowych produkcjach. Ach, no i definitywnie slowthai jest fanem Whole Lotta Red… Drugi krążek zaś uderza w tony nostalgii i melancholii, ubierając te same uczucia, które rozgrzewały atmosferę w pierwszej połowie, w formę chłodnej melancholii i konfesyjnej refleksji. Tutaj sięga po pocięty soul okresu wczesnego Kanye i syntetyczny, wyspiarski art-pop. Dwie kontrastujące połowy nie gryzą się jednak ze sobą, a wręcz przeciwnie, emocjonalne trzewia lepko spajają obie połowy pokazując, że raper jest pełnoprawnym, mięsistym bohaterem, który, jak każdy z nas, bywa wysoko i bywa nisko. Dobrze jeszcze dostrzegać człowieczeństwo w świecie rapowego performance’u. — Wojtek


#FridayRoundup

Table for Two

Lucky Daye

Keep Cool/RCA

Lucky Daye rozmienia się na drobne — dosłownie i w przenośni. Za tytułem Table for Two kryje się bowiem koncept epki nagranej w duetach: Lucky Daye + wokalistka towarzysząca. Za samą epką kryje się może i przyjemna, może i współtowarzysząca propozycja walentynkowego R&B (choć biorąc pod uwagę tematykę utworów, raczej antywalentynkowego); propozycja zwiewna i delikatna, ale też nierówna, z naciskiem na bezpieczna. Przedrostek alt na Table for Two przekształca się w contemporary na rzecz niespecjalnie ostentacyjnej muzyki tła (mimo drobnych niespodzianek, jak sampel z „Give Me Your Love” Curtisa Mayfielda czy cytat z „I Can’t Stand the Rain” Ann Peebles). Ale może taki właśnie jest jej cel. Wokalista przyznał się w wywiadzie, że to nieintencjonalny przystanek przed drugim albumem, mającym dla nas odkryć zupełnie nowe wcielenie Lucky’ego Daye’a. Wybaczamy, wylegując się w półśnie na kanapie. — Maja Danilenko


#FridayRoundup

EP2!

Jpegmafia

EQT/Republic/UMG

Zgodnie z zapowiedzią otrzymaliśmy kontynuację zeszłorocznej epki Jpegmafii. Na EP! złożyły się wszystkie wydane przez rapera single w 2020 z wyjątkiem „LAST DANCE!”. Ten jednak otwiera właśnie EP2!, bo nowy projekt choć wciąż eksperymentalny, jest muzycznie znacznie spokojniejszy i bardziej melodyjny niż poprzedni. Peggy nadal porusza problemy dotyczące zdrowia psychicznego, społeczeństwa oraz polityki czy te w relacjach, sprawnie nawiązując przy tym także do postaci i zjawisk popkultury. EP2! jednak również dzięki temu, że rozwija zapoczątkowany na AMHAC lżejszy styl, jest jednym z najbardziej kameralnych projektów Jpegmafii. — Klementyna


#FridayRoundup

On Earth, and in Heaven

Robin Thicke

Lucky Music/Empire

Czyżby kariera Robina Thicke wracała na właściwie tory? A może zawsze toczyła się właściwym torem, a jedynie Blurred Lines było wkroczeniem w boczną uliczkę? Nowa płyta On Earth, and in Heaven nie jest krążkiem, na którym poszukuje się hitów. Jest wydawnictwem, na którym sam wokalista odnalazł siebie i sens życia. Piosenki Robina były różne, czasem inteligentne, czasem jego pisarstwo było żenujące, a głos słaby. On Earth, and in Heaven jest, jak twierdzi wokalista, krążkiem prawdziwym, optymistycznym i romantycznym. Znajdziecie tu ciekawe funky brzmienia w postaci znanego już „Take Me Higher”, letni vibe bossa novy („Lucky Star”), trochę latino („Lola Mia”) i wiele jazzowych oraz soulowych zabarwień. Płyta jest pierwszym albumem wydanym niezależnie, spod skrzydeł wytwórni Lucky Music, co niestety przejawia się zbyt lekkim tonem piosenek i swoistym pomieszaniem z poplątaniem dźwięków. Oceńcie sami. — Forrel


#FridayRoundup

Major Mantras

Tiana Major9

Zero Point Nine/Motown/UMG

Nowy krążek Major Mantras młodej i dobrze zapowiadającej się Tiany Major9 to w rzeczywistości… kolejna wersja jej wcześniejszego albumu At Sixes and Sevens. Można powiedzieć, że już druga, po tej akustycznej, którą możemy usłyszeć na epce Back At Sixes and Sevens. Co więc się zmienia? Dostajemy dodatkowe CD, na którym znajdziemy tytułowe mantry wygłaszane przy akompaniamencie kojącej melodii. Zachęcamy do sprawdzenia szczególnie tych, którzy nie znają oryginału – to wciąż klimatyczna mieszanka subtelnego R&B i soulu. A jeśli już znacie cały materiał to z pewnością przyjemnie będzie wrócić do niego ponownie. — Mateusz


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Lucky Daye, Tiana Major9, i komunikacyjny impas

Lucky Daye Tiana Major9 - On Read

Lucky Daye Tiana Major9 - On Read

Lucky Daye pozostawiony „na przeczytanym”. Ale za to z nową epką!

Doświadczenie, które bez cienia przesady można nazwać zbiorowym: wiadomości oznaczone jako przeczytane, pozostawione na długo bez odpowiedzi. Byliśmy tam chyba wszyscy, z różnych powodów; był i Lucky Daye. Przy czym w „On Read” stawka jest najwyższa, bo mowa o kruszącym się związku. Lucky Daye i Tiana Major9 wylewają w utworze różne (zapewne niewyczytane) pretensje. Dźwiękowo „On Read” zahacza o wystawność i progresję wyjęte z The 20/20 Experience Justina Timberlake’a; doprawiony jest żywym, bluesowym riffem i gospelowym dramatyzmem, ale podbicie ma bassowo-trapowe, co pozwala produkcji pozostać w adekwatnym, wycofanym nastroju. I — już tradycyjnie — stare R&B spotyka nowe, ale czy to na pewno wciąż nasz Lucky Daye?

„On Read” jest zwiastunem epki Table For Two, wypełnionej rzędem gościń. Premiera już 12 lutego!

1. “How Much Can The Heart Take” feat. YEBBA
2. “On Read” feat. Tiana Major9
3. “My Window” feat. Mahalia
4. “Access Denied” feat. Ari Lennox
5. “Falling In Love” feat. Joyce Wrice
6. “Dream” feat. Queen Naija

SG Lewis mistrzem ceremonii parkietu

SG Lewis feat. Lucky Daye - Feed the Fire

SG Lewis strikes again. Debiutancki album już w lutym!

Całkiem niedawno zwracaliśmy waszą uwagę na to, że SG Lewis dowozi w tym roku jak mało kto. Po zawiesistym, hipnotycznym housie ejtisowych torów wrotkarskich na „Impact” przenosimy się w czasy nowsze. Kolejny singiel brytyjskiego producenta „Feed the Fire” to bardzo udane naśladownictwo estetyki Jamiroquai z okresu A Funk Odyssey. Post-funkowa rewolucja, którą miał zwiastować Automaton, nie wyszła Jay Kayowi najlepiej, więc zabrali się za nią SG Lewis z Lucky Daye’em. „Feed the Fire”, które wrzuca Buffalo Mana i jego „You Give Me Something” w sam środek sali grającej nu-disco (obok szeregu dusz bujających się ramię w ramię i nóżka w nóżkę z Jessie Ware czy Róisín Murphy) nic rewolucyjnego w sobie nie ma, ale odziera funkową odyseję z milenijnej ciężkości. Czyż to nie żre? No pewnie, że żre.

Do lutego i debiutanckiego albumu SG Lewisa times jeszcze chwila. Zanim nastąpi, uraczcie się z nami tym przebojowym kawałkiem.

Kreatywne przymierze Leona Bridgesa i Lucky’ego Daye’a

Leon Bridges Lucky Daye

Leon Bridges i Lucky Daye szukają pomysłu na brzmienie

Leon Bridges próbuje w ostatnich miesiąc znaleźć na siebie jakiś pomysł. Po wspólnej epce z Khruangbin przeszedł na stronę bardziej nowoczesnego, minimalistycznego R&B. W jego kolejnych singlach słyszeliśmy Johna MayeraTerrace’a Martina, a teraz zawarł kreatywne przymierze z Lucky’m Daye’m, który także jest w kluczowym dla swojego scenicznego być albo nie być momencie przed wydaniem drugiego longplaya. Wspólny numer obu panów nie wykorzystuje jednak potencjału synergetycznego tego duetu. Panowie grają zachowawczo, brakuje im charyzmy, a numer to raczej albumowy filler niż radiowy brylant. Mimo wszystko oceńcie sami.

Kaytranada prezentuje singiel z Lucky Daye’em

Kaytranada

Kaytranada

Kaytranada rekrutuje zdolnego wokalistę do nowego singla „Look Easy”

Jeśli stęskniliście się za R&B początku zeszłej dekady to Kaytranada z Lucky Daye’em dostarczą wam solidną porcję muzyki, która jednocześnie brzmi futurystycznie i oldschoolowo. Jeden z naszych ulubionych producentów (którego długogrający debiut trafił do naszego podsumowania najlepszych albumów dekady) wraca niechybnie z nowym projektem — następcą zeszłorocznego Bubba. Na razie szczegóły nie są znane, ale z pewnością zapowiada się dość duchologicznie.

#FridayRoundup: Westside Gunn, Mulatu Astatke, Gucci Mane i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Na inaugurację sezonu ogórkowego dotarło kilku raperów, mistrz etiopskiego jazzu wraz ze swoją świtą i garść odrzutów Lucky’ego Daye’a. Obczajcie naszą selekcję poniżej.


#FridayRoundup

Flygod Is an Awesome God 2

Westside Gunn

Griselda

Swoim ostatnim wydawnictwem – Pray for Paris, Westside Gunn zapewnił już sobie obecność w hip-hopowych podsumowaniach tego roku. Zawodnik z Buffalo nie osiada jednak na laurach i wypuszcza kolejny projekt, tym razem jest to kontynuacja wydanego rok temu Flygod Is An Awesome God. Z założenia projekt ma mieć podziemny charakter i odwoływać się do muzycznych korzeni artysty. To oczywiście oznacza brudne i boom-bapowe brzmienie, do którego przyzwyczaili nas członkowie Griselda Records. Za stronę produkcyjną odpowiadają m.in. Daringer, Sadhugold, Street Runner i Chuck Inglish. W gronie gości pojawiają się natomiast Benny The Butcher, Boldy James, Stove God Cooks i Keisha Plum. To z pewnością nie jest ostatnie słowo Westsde Gunna w tym roku – raper zapowiedział już kolejny album o nazwie Who Made the Sunshine. — Mateusz


#FridayRoundup

To Know Without Knowing

Mulatu Astatke & Black Jesus Experience

Agogo

Guru ethio-jazzu Multatu Astatke po dwumiesięcznym opóźnieniu właśnie wydał swój kolejny longplay — To Know Without Knowing. Płyta, podobnie jak Cradle of Humanity z 2016 została zrealizowana wspólnie z australijskim dwunastoosobowym zespołem Black Jesus Experience, a wydała ją oficyna Agogo Records. Nowy materiał żywej legendy etiopskiej muzyki to żywy progresywny stylistyczny kolaż łączący taneczny groove z wysublimowaną improwizacją i piosenkowymi zaśpiewami. Z pewnością usatysfakcjonuje wszystkich tych, którzy cierpliwie czekali na kolejne dzieło afrykańskiego mistrza. — Kurtek


#FridayRoundup

Gucci Mane Presents: So Icy Summer

Gucci Mane

1017 / Atlantic

Zapowiada się bardzo zimne lato. Po przeproszeniu się z wytwórnią Atlantic Gucci atakuje z kolejnym projektem. Gucci Mane Presents: So Icy Summer to kolekcja 24 utworów, na których oprócz gospodarza usłyszymy 21 Savage’a, Young Thuga czy Lil Baby’ego. Oprócz gości z czołówki mainstreamu, na płycie pojawiają się również wschodzące gwiazdy trapu z ekipy 1017, w tym Pooh Shiesty czy Foogian0. Czas przekonać się, czy Guwop wciąż ma talent do wyławiania prawdziwych perełek z podziemia — Adrian


#FridayRoundup

Shoot for the Stars, Aim for the Moon

Pop Smoke

UMG Recordings

Wydany pod kreatywną pieczą 50 Centa pośmiertny album Pop Smoke’a pokazuje, przede wszystkim, jak duże muzyczne indywiduum straciliśmy wraz z odejściem rapera. Shoot for the Stars, Aim for the Moon, mimo tego że to album nierówny i borykający się z dużą ilością muzycznej szarej materii, odsłania dziki potencjał komercyjny, kiedy uderza w bardziej skupione, skondensowane formuły. Uwagę przykuwa przede wszystkim bardzo charakterystyczny język wyrazu rapera, łączący w sobie synkopowane kaskady werbli rodem z brytyjskiego drillu, spuściznę pimp rapu spod znaku największych hitów 50 Centa (vide: fantastyczne „Something Special”) oraz wpływy współczesnej trapowej socjety romansującej z motoryką R’n’B (choć to akurat najsłabsze momenty na krążku). Wszystko to, doprawione oczywiście wyrazistym, zapadającym w pamięć i rozpoznawalnym niemal od razu głosem oraz masą (w większości nietrafionych) gościnek, składa się na nieco chaotyczny, ale cholernie charakterny materiał. — Wojtek


#FridayRoundup

Seguridad

Gaika

N.A.A.F.I

Z Gaiką wewnętrzny dialog prowadzę już od bardzo dawna. Z jednej strony jest to jeden z najoryginalniejszych gości na światowej scenie R’n’B i rapu. Transhumanistyczne, krystaliczne wokalizy zespojone nierozerwalnie z syntetycznym, psychodelicznym autotunem roztaczają narrację na euforycznych, chwilami mantrycznych pasażach czegoś, co moglibyśmy określić jako gotyckie, postclubowe neoperrero. No i konceptualnie jest to wizja absolutnie fascynująca, problem pojawia się jednak niemal zawsze na płaszczyźnie przekuwania tego ekscentrycznego języka w skondensowany, równie fascynujący twór muzyczny, co, niestety, w znamienitej większości zapewnia nam w najlepszym wypadku niedosyt. Seguridad nie stanowi w tej regule dużej rewolucji. Mimo tego że chwilami słychać dokąd zmierzał autor i co chciał określonymi zabiegami wyegzekwować, finalnie niewiele rzeczy tu uderza tak jak powinno. Gaika pozostaje zatem nadal ucieleśnionym potencjałem, który rozbija się o kawałki bliższe szkicowym demówkom niż dopracowanym kompozycjom. — Wojtek


#FridayRoundup

6 R&B

Lucky Daye & Cassius Jay

Drip Gang

Na bezrybiu i rak ryba. Na inaugurację sezonu ogórkowego na serwisy streamingowe spadła dziwaczna, najpewniej nieoficjalna epka z sześcioma numerami Lucky’ego Daye’a wyprodukowanymi przez Cassiusa Jaya. Elektropopowe prostolinijne R&B przypomina trochę wczesne numery Franka Oceana. I podobnie jak tamten bootlegowy materiał, tak i to wydawnictwo spadło z rowerka równie szybko, jak na niego wsiadło. Obszernych fragmentów można wciąż posłuchać na stronie Juno Download. — Kurtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Lucky Daye zaprasza Babyface’a do nowego singla

Lucky Daye i Babyface

Lucky Daye i Babyface

Lucky Daye i legenda 90sowego R&B w duecie

Jeśli słuchaliście zeszłorocznego debiutu Lucky’ego Daye’a, nie mogło umknąć waszej uwadze zamiłowanie wokalisty do brzmienia lat 90. Inspiracje czasem świetności Babyface’a stały się jednym z elementów tożsamych dla jego własnego stylu. Nic więc dziwnego, że obaj panowie zdecydowali się na nagranie czegoś w duecie. Ich wspólny singiel zatytułowany „Shoulda” trudno jednak nazwać sentymentalnym czy anachronicznym — Daye nie robi odstępstwa od jego zwyczajowego mariażu nowoczesnego (tu wręcz okołotrapowego) R&B z akustycznymi elementami. Ciepły wokal Babyface’a brzmi tu niesamowicie soulowo — jak w czasach jego muzycznej świetności.

Jednocześnie ukazał się remiks pierwszego singla promującego Painted — „Roll Some Mo”, w którym wokalnie i stylistycznie (odrobiną reggae’owej rytmiki) wsparli Daye’a Chronixx i MediSun. Posłuchajcie obu nowych numerów poniżej.

Rozważny i romantyczny Lucky Daye

Lucky Daye - Fade Away

Lucky Daye - Fade Away

Lucky Daye nie odpuszcza

A już na pewno nie w przypadku ścieżek dźwiękowych tworzonych na potrzeby kinowych produkcji. Wydane przed nowym rokiem przebojowe post-disco we „Fly” zostało właśnie zrównoważone dojrzałą balladą. „Fade Away” promuje film The Photograph, który wejdzie na ekrany kin w walentynki. Taki opis w zasadzie powinien wam nakreślić ogląd sytuacji. Nowy sngiel z udziałem Daye’a to oczywiście zmysłowe downtempo, czerpiące garściami z soulu lat 70. Z D’Milem za sterem produkcyjnym dołącza do kolekcji ballad, których w karierze croonera znów nie aż tak wiele. I nie da się ukryć, że nawet przy tak konfekcyjnych produkcjach jak „Fade Away” przejmujący wokal Lucky’ego Daye’a może pozostawić co najwyżej z niedosytem i kolejnymi oczekiwaniami. Nie do wiary, ale to najprawdziwsze czary!

Lucky Daye ratuje stacje radiowe

Lucky Daye - Fly

Lucky Daye - Fly

Superagenci Lucky Daye i Mark Ronson w ultraprzebojowym singlu

Grono superbohaterów rośnie w siłę! Chyba nie myśleliście, że Mark Ronson zatrzyma się na jednorazowej wycieczce dookoła smutnych dyskotek świata? Niedawno prezentowaliśmy wam efekt studyjnej magii wynikły ze współpracy producenta z Andersonem .Paakiem. Teraz czas na kolejnego singlowego speca, Lucky’ego Daye’a. „Fly” to drugi singiel ze ścieżki dźwiękowej do flimu Tajni i fajni, którą Mark Ronson wyprodukował. Nie wiemy, jak będzie z kondycją świata, ale „Fly” połączy różnorakie grupy wpływów: od miłośników Space Jam, przez fanów The NeverEnding Story, do układających końcoworoczne potańcówki w stylu post-disco. Posłuchajcie niżej, jak brzmi Lucky Daye w ultraprzebojowej wersji.

Recenzja: Lucky Daye Painted

Lucky Daye - Painted

Lucky Daye - Painted

Lucky Daye

Painted

Keep Cool / RCA

Równie trudno o Lucky’m Daye’u w kontekście Franka Oceana pisać, co nie pisać. Wokalista, od debiutanckiego „Roll Some Mo” pozycjonowany jako cudowne dziecko RCA, pojawił się, gdy scena była już dojrzała, a publiczność nasycona. Na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu.

Painted to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. O ile wspomniane już „Roll Some Mo”, nie bez przyczyny otwierające krążek, czerpie bezpośrednio z oceanowskich wzorców — melodycznie szorstkie i słodkie zarazem, aranżacyjnie przymglone, ale ożywione gitarą elektryczną i aranżem smyczkowym — to odtworzenie najlepszych tricków z Channel Orange Franka. Schemat jednak ewoluuje, bo kolejne „Late Night” to post-dyskotekowe R&B na różnych poziomach cytujące zarówno lata 70. i 90., jak i współczesne wcielenia nurtu.

Mantrą krążka są właśnie muzyczne wzorce z R&B lat 90. — w kolejnym „Extra”, pomimo ponadczasowego funkującego aranżu, refren stanowi esencję brzmienia dekady — nad numerem czuwają duchy klasycznych nagrań Janet Jackson i Boyz II Men. Ale to nic w porównaniu do hołdu, który piosenkarz składa epoce w singlowej „Karmie”, zbudowanej na gęstych nawiązaniach i przetworzeniach kultowego „Pony” Ginuwine’a — bez wątpienia jednego z najbardziej charyzmatycznych momentów popu lat 90. Daye jest pewny siebie, precyzyjny i zadziorny, bez problemów czyni to, co zostało z legendarnego bitu Timbalanda swoim własnym. To jeden z najciekawszych momentów tegorocznego R&B nie tylko ze względu na modelowo intertekstualny kontekst, ukochany przez badaczy popkultury, ale także — obezwładniający, pulsujący vibe, który Daye brawurowo odświeżył wraz ze stojącym za oprawą producencką większości numerów na krążku D’Mile’m. Kolejne na trackliście quasi-tytułowe „Paint It” kontynuuje w podobnym tonie, ale wyróżnikiem numeru pozostają odpowiednio spitchowane wokale, spopularyzowane, a jakże, przez Franka Oceana na Blonde. W nieco bardziej stonowanym klimacie utrzymana jest końcówka krążka, poczynając od post-jazzowego „Misunderstood” dość nagle wciągającego Daye’a z na wpół śpiewanymi linijkami na niepokojący fortepianowy podkład. Mimo tego o niedopasowaniu stylistycznym nie może być mowy — rzecz współgra całkiem nieźle z resztą materiału, przechodząc płynnie w kolejne „Floods”.

Do kolejnego hajlatu Painted musimy jednak poczekać do samego końca płyty — do niemal 8-minutowego „Love You Too Much” po raz kolejny błyskotliwie odwołującego się do klasyki soulu, tym razem dzięki spokenwordowemu wstępowi. Ten otwiera bez wątpienia najbardziej rezonujący emocjonalnie moment albumu — gdy Daye śpiewa w refrenie „It’s a shame for you, it’s a shame for me (…) / This is a truth that I can’t fight / I love you too much”, ma się wrażenie, że nareszcie dzieli się sobą z słuchaczem bez odwracających uwagę aranżacyjnych ozdobników i przyjętych na potrzeby kolejnych tracków konwencji. I wówczas słuchacz orientuje się, czego na Painted brakuje, czy może raczej, co nie zostało należycie wyeksponowane. Szczery przekaz. Ten sam, który u Oceana od samego początku budował jego więź z słuchaczem, u Daye’a został sprowadzony do roli elementu drugoplanowego. Z tego powodu, nawet pomimo tego, że Daye ma niejednokrotnie lepsze melodie i doskonale wyważoną produkcję, tak że i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć numery bez zastrzeżeń, trudno się w tej muzyce zatrzymać na dłużej. Można się przy Painted pobujać w sobotni wieczór, ale w poniedziałek rano znów wrócić do zapętlania Blonde Oceana.