Recenzja: Flying Lotus Flamagra

Data: 28 października 2019 Autor: Komentarzy:

Flying Lotus - Flamagra

Flying Lotus

Flamagra

Warp

Pamiętacie to uczucie cynicznego rozczarowania, kiedy Kanye ogłosił premierę Yandhi, a ta ostatecznie nigdy nie nastąpiła? A może dalej liczycie na to, że w końcu usłyszymy Whole Lotta Red Playboia Cartiego, a premiera Sanguine Paradise Uziego tuż za rogiem? Przypomnijcie sobie to uczucie zniesmaczenia i rozczarowania, ale z zastrzeżeniem, że wszystkie te albumy jednak naprawdę się pojawiły, nie unosząc nawet w najmniejszym stopniu ciężaru oczekiwań, które na nich legły. Takie mniej więcej odczucia towarzyszą mojemu obcowaniu z Flamagrą Flying Lotusa.

Z tego wstępu bije może nieco zbyt dużo rozgoryczenia, ale rzeczywiste doświadczanie najnowszego krążka amerykańskiego producenta naprawdę mocno rozmija się z tym, co wyciągnąć można było, chociażby, z zewnętrznego opisu tego, co mieliśmy dostać. Ponadgodzinny kolos mieszający popową wrażliwość synth funku z połamanym wonky, soulowym uduchowieniem i nieodłącznymi IDM-owymi odpryskami? Pycha! Dodajmy do tego patronującą nagraniom Lotusa ciotkę, będącą jednocześnie najwybitniejszą jazzową spirytualistką wszech czasów (oh, Alice…), wszystkie poprzednie dokonania założyciela Brainfeedera, chaotyczny afrofuturyzm oprawy graficznej i filmowe Kuso (reżyserski debiut artysty), dosyć jasno sugerujące, że Ellison jest w stanie wyjść poza swoją strefę komfortu dużo dalej niż kiedykolwiek. Wszystko to doprowadziło do narośnięcia ogromnych oczekiwań wobec najnowszego krążka, które jednak istny zenit osiągnęły w momencie pojawienia się listy gościnnych występów. George Clinton, Tierra Whack, Denzel Curry, Solange, David Lynch, Little Dragon, Anderson .Paak, Shabazz Palaces, Toro y Moi i Thundercat. Oszałamiający miks.

Okazało się jednak, że zamiast duchowej ekstazy, nad wszystkim unosi się, co najwyżej, duch straconego potencjału. Bo, przechodząc już do samej muzyki, niewiele momentów naprawdę mocno przykuwa uwagę. Nie oznacza to co prawda, że to seria muzycznych abominacji. Wręcz przeciwnie, pokusiłbym się o stwierdzenie, że kilka z tracków mogłyby spisać się całkiem przyzwoicie w innych kontekstach narracyjnych. W pamięć najmocniej zapada najbardziej wyrazisty singlowo „Black Balloon Reprise”. To nawiązanie do wspaniałego soulowo-popowowego bangera „Black Baloons”, który pojawił się na zeszłorocznym krążku Denzela Curry’ego Ta13oo. Tutaj, podobnie jak w poprzedniku, utrzymana zostaje vintage’owa stylistyka, ale całość brzmi dużo bardziej Madlibowo (do której to inspiracji Ellison sam się przyznał). Producent świadomie bawi się dalszymi planami, rozlewając plamy organicznego szumu w tle beatu, a raper z Florydy po raz kolejny udowadnia tylko, że jest jednym z najważniejszych graczy na scenie. Świetnie spisuje się także przestrzenny, jazzowy ambient przelatujący w tle „Remind U” czy flirciarski groove najbardziej sfokusowanego, staroszkolnego „FF4”. Z gościnnych występów zapada w pamięć także dynamiczny plemienny strzał mrocznego ekscentryzmu Shabazz Palaces i paranoiczny, noise’owy spoken word Davida Lyncha, który przemyca do „Fire Is Coming” ducha swojego onirycznego surrealizmu. Przyznam też, że pomimo tego, że muzyka Solange nigdy nie przemawiała do mnie i nadal mam duży problem z jej solowymi płytami (ech, cóż za niefortunne miejsce na wyznawanie takich herezji), w „Land of Honey” urzeka swoją wrażliwością, senną subtelnością i nieśpiesznymi zaśpiewami zawieszonymi między miękką soulową sensualnością a wrażeniem chwytającej za serce nostalgii. Do tego leniwie narastające fale szumu w tle i mamy małe laidbackowe arcydzieło.

Mimo tylu trafionych decyzji, trudno nie poświęcić osobnego akapitu na te mniej udane kolaboracje. Najbardziej boli niewykorzystany potencjał Tierry Whack. Z połączenia tych dwóch ekscentryków mógł wyjść jeden z najlepszych awangardowych strzałów tegorocznego rapu, tymczasem wspólny utwór wydaje się wykonany bez jakiegokolwiek wcześniejszego ustalenia wspólnej wizji. Pod kwadratowy, płytko brzmiący i, przede wszystkim, niemiłosiernie drażniący podkład, który miał chyba w wizji autora zmierzać w kierunku nu-jazzu, raperka najpierw próbuje chwycić się stylistyki najntisowego R&B, by ostatecznie poddać się ekscesom instrumentalnego tła i rzucić pozbawione dynamiki wersy o wpychaniu cycków w twarz i prezerwatywach. I choć w kontekście ostatnich decyzji polskiej władzy, gest tak dobrotliwego udzielania edukacji seksualnej uważam za wyjątkowo szczodry, to zwyczajnie estetyczna mordęga. Synthfunkowe hity z Andersonem .Paakiem, Little Dragon czy Toro y Moi rozpływają się nijakością i trudno w nich uchwycić wyraźny, wyróżniający się motyw, który przylepiłby się do słuchacza. Przedziwnie wypada też „Burning Down the House”, które jest wybitnym przykładem niejasnego zakodowania intencji twórcy. Z jednej strony kawałek próbuje chwycić się legendarnego przeboju Talking Heads, z drugiej tylko go przekontekstualizować, by ostatecznie zdecydować się na coś zupełnie własnego i niekoniecznie korespondującego z którąkolwiek z wizji.

Największy problem Flamagry tkwi jednak w swoistym paradoksie. Z jednej strony każdy kolejny track na płycie wydaje się z zupełnie innej bajki: taneczne synth funki pozbawione parkietowego groove’u, ambientalne R&B, połamane beaty rodem z 24/7 lofi radio for chill and studying i David Lynch będący Davidem Lynchem stanowią mieszankę, która, mimo najszczerszych chęci Ellisona, bardzo się rozłazi, sama reinterpretując się tyle razy, że bardzo mocno zaburza narrację krążka (na dotychczasowych wydawnictwach prowadzoną przez artystę nienagannie). Z drugiej strony jakiegokolwiek stylu muzycznego się by FlyLo nie dotknął, we wszystkim wydaje się boleśnie zachowawczy. Brak tu eksplozywności, głębi i żywiołowości, bez której takie granie traci swój puls i przestaje ekscytować. Instrumentalnie zamykamy się w formule „Flying Lotus type beat”, a to coś, czego po specu od afrofuturystycznych odjazdów spodziewaliśmy się najmniej.

Kończąc zatem, Flamagra tkwi w rozdarciu i nie może zdecydować się na właściwy kierunek. Być może całą energię na generowanie estetycznego pandemonium Ellison przeznaczył na swój freakowy body horror Kuso, być może tęskne podążanie ku piosenkowym formułom powinno być stawiane bardziej radykalnie. Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, ale, jak pokazało kilka kapitalnych momentów tutaj i tegoroczne „Negro Spiritual” u Danny’ego Browna, Flying Lotus dalej umie. I trzymajmy kciuki, żeby umiał tak do końca.

Komentarze

komentarzy