Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Yves Tumor Heaven to a Tortured Mind

Data: 3 czerwca 2020 Autor: Komentarzy:

Yves Tumor

Heaven to a Tortured Mind

Warp

Yeah, man. I only want to make hits. [laughs] What else would I want to make? I don’t mean in a radio sense. I don’t mean, like, Usher hits. I just mean a track or song that people constantly need to play over and over and over and over again.

To zdanie, które padło 3 lata temu w wywiadzie Pitchforka z Yves’em Tumorem, wydaje się po premierze Heaven to a Tortured Mind co najmniej prorocze. Pełna radykalnych przemian droga artystycznych ewolucji tego muzycznego kameleona wydaje się bowiem osiągać na tym krążku formę totalną i ostateczną, łącząc w sobie najważniejsze wątki jego dotychczasowego manifestu. Mamy queerową kruchość spod znaku łez w brokacie, enigmatyczny oniryzm odwołujący do Munozowskich sennych utopii oraz afirmację niebinarności w klimacie rozbuchanego glamowego blichtru. No i mamy piosenki. Naprawdę dobre piosenki.

Jeżeli do czegoś na przestrzeni całej dyskografii Yves’a zdążyliśmy się przyzwyczaić, to do konsekwentnego przechwytywania języka dźwiękowej androgynii, za którego enigmatyczną, nieprzeniknioną zasłoną krył się potencjał emotywnych opowieści o wykluczeniu, porzuceniu, nienawiści do samego siebie i ucisku społecznym, jaki w amerykańskim społeczeństwie spotyka osoby ze środowisk LGBTQA+. Wydany dwa lata album Safe in the Hands of Love zagrał na posthorrorową modłę, sięgając po opustoszałe strzępy porzuconego post-industrialu, zawłaszczone i podszyte trip-hopowym pulsem, który przecież od czasów wspaniałego Maxinquaye obnażył doskonały potencjał mnożenia cielesno-tożsamościowych narracji. Tym, co jednak wydawało się najlepiej definiować piekło queerowego piętna w pandemonium ucisku, były, paradoksalnie, szczery, wyzbyty postmodernistycznej ironii smutek i kurczowo trzymana, niemal przejmująco naiwna wiara we frazesową sztampę, że “miłość nas wyzwoli”.

I to nieco przydługie preludium o poprzednich płytach Yves’a przywodzi nas do utopii ucieleśnionej, zrealizowanej, jaką jest Heaven to a Tortured Mind, stojące niemal po przeciwnej stronie emocjonalnego spektrum względem poprzedniczki. Nowy krążek jest jaskrawo ekstatyczny, barokowo przesadzony (choć bardziej na modłę cynizującej diwy niż patetycznego napuszenia) i buchający słodyczą glamowego blichtru. Zważywszy na prawdziwe (podobno) nazwisko artysty stojącego za muzycznymi wcieleniami Tumora, Seana Bowiego, żart wydaje się w tym miejscu tyleż oczywisty, co w pewnym sensie niezbędny. Jakaż bowiem figura piękniej uosabia postulat upadku genderu i hołdowania wolnemu, nieposkromionemu erosowi, co przybywająca z kosmosu, androgyniczna gwiazda rocka. Przejęcie spuścizny Ziggy’ego Stardusta pozwala ostatecznie złamać dyskurs ofiary, ale jednocześnie nie powoduje porzucenia queerowej tematyki. Zamiast pokornego zabiektyzowania się dostajemy jednak pełne dumy obnoszenie się z narzuconą przez społeczeństwo negatywnością w powabnej estetyce okultyzmu (o którym pisałem już przy okazji premiery “Gospel of the New Century”), zamiast lekkości sennej projekcji — blackout po psychodelikach, a zamiast introwertycznej spowiedzi z uczuciowego dna — egzaltowane epitafia na cześć złamanego serca. Najważniejszym punktem wspólnym Ziggy’ego i Tumora pozostają jednak, nadal, kapitalne piosenki.

Wspomniany już przeze mnie kawałek otwierający to nadal bodaj najbardziej przebojowe osiągnięcie artysty. To co wydaje się z początku lekko szarpiącym, niepewnym gestem popowej hypnagogii urasta z czasem do hymnu miary stadionowej, który ostatecznie ogniskuje naszą percepcję przede wszystkim na chaosie rockowego paradygmatu i stwarza fundament dla dalszych artystycznych wariacji. Te, bynajmniej, nie wydają się zawstydzone buńczucznością uwertury i śmiało roztaczają eklektyczne kolaże skojarzeń. “Medicine Burn” bezpardonowo uderza nas space rockowym roztrzęsieniem, snując astralno-mitologiczne przypowieści czytane krautrockową motoryką, “Hasdallen Lights” to hypnagogia i bedroom vibe Tame Impala, ale z glamowym twistem, zaś “Super Stars” to cannabisowa lekkość psychodelicznego soulu poniesionego przez ekscentryczny falset. Dostajemy nawet chwilowy powrót do łask dekonstrukcyjnych, emotywnych zapędów Safe in the Hands of Love na postfunkowym “Folie Imposée”, czy też basowy groove “Asteroid Blues”, który, poza tym że sam się wydaje się biegły w autoprezentacji, serwuje nam wspaniałe, nomen omen, kaskady post-industrialowych tąpnięć. W tych albumowych “deep cutsach” jednak przejawia się bodaj największy mankament płyty, czyli zaprzedawanie chwilami mocnych popowych struktur na rzecz niesprecyzowanego ekscentryzmu i pustej erudycji nawiązań, które, na szczęście tylko chwilami, zdają się nie rekompensować swoich ekscesów.

By skończyć jednak z przytupem (w przeciwieństwie do samego krążka), sięgnijmy ponownie po kategorie soulowe. Najciekawiej jest bowiem, kiedy sonicznie dają o sobie znać naleciałości kolejnej figury androgynicznego panteonu, czy wręcz jego Księcia. Duch Prince’owskiego dramatyzmu funduje nam na Heaven to a Tortured Mind momenty bodaj najbardziej przyswajalne przez mainstreamowe audytorium — przesycone kampową przesadą “Romanticist” (cóż za tytularna subtelność), kończące się, dosłownie, pokazem fajerwerków, oraz, co najważniejsze, “Kerosene!”. “Kerosene!” to kampowy hołd dla teatralności i groteski queerowej zgrywy. Fetyszyzowane powłóczyste gitarowe solówki, buchające przesadzoną dramaturgią wokale i wiązana z nimi poetycka egzaltacja tworzą z niego “Purple Rain” na miarę dwudziestego wieku. Najcudowniejsze jest jednak to, że ta, niemal pastiszowa przesada afektywnie działa bezbłędnie. Odsłania nas samych i podatność na sztuczki rock’n’rollowego cwaniactwa, na które, wpatrzeni z dziecinną naiwnością, chcemy dawać się nabierać. I nie ma w tym absolutnie nic złego, toż to właśnie magia muzyki.

I tak Yves Tumor wraca ostatecznie do punktu wielopoziomowego niedookreślenia, w zawieszeniu między nostalgią słodkiego kiczu minionej ery rockowej świetności a futuryzmem i wyśnioną utopią bezgenderowej miłości. Z tego zawieszenia w dychotomiach potrafią zrodzić się przepiękne manifesty, a dodatkowe uzbrojenie po zęby w zabójcze przeboje stwarza pole do zmasowanego queerowaniu mainstreamowego horyzontu. I choć chwilami tęskno za nieskrępowanym noisem poprzedników, nowe oblicze Yves’a daje nam wiele nadziei na przyszłość.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure