Wydarzenia

Recenzja: Justin Bieber Believe

Data: 13 lipca 2012 Autor: Komentarzy:

Justin Bieber

Believe (2012)

Island

Biebera da się lubić. Z obiektu sieciowych żartów i piskliwego głosu wyśpiewującego w sennych koszmarach Baby baby baby… pozostało już niewiele. Zamiast tego na Believe mamy do czynienia z coraz bardziej świadomym młodym wykonawcą poszukującym popowej harmonii i drzemiącej weń doskonałości.

Believe jest bardziej zapisem przyszłych dążeń, niż faktycznym przełomem. Kreśli jednak wyraźną mapę inspiracji i aspiracji Biebera, który już teraz wybiega o krok dalej aniżeli czynią to zwykle idole nastolatek. Wśród trzynastu na wskroś popowych numerów znalazło się miejsce na rozległe wpływy współczesnego R&B i hip hopu (między innymi w jednym z najbardziej satysfakcjonujących singli tego roku – „Boyfriend”), nieskrępowanego electropopu w stylu Katy Perry (w przebojowym „Thought of You” czy tanecznym „Take You”), a nawet dubstepu („As Long as You Love Me”). Wszystko to w nienachalnej i bezpretensjonalnej, choć – co ważne – nie bezemocjonalnej, formie w połączeniu z młodzieńczym urokiem Biebera składa się na niewątpliwie przyjemny i zaskakująco koherentny album.

Najmocniejszymi punktami Believe okazują się jednak nieśmiertelne soulujące ballady – na czele z rewelacyjnym „Die in Your Arms”, nad którym unosi się duch wczesnego Michaela Jacksona (opartym zresztą na samplu z jego „We’ve Got a Good Thing Going” z 1972 roku). W delikatnym „Catching Feelings” można usłyszeć echa zapomnianej już obecnie wrażliwości Boyz II Men, a podniosłą atmosferę dawnych przebojów R. Kelly’ego, przy pomocy gospelowego chóru, z powodzeniem rekonstruuje tytułowy numer zamykający krążek. Wreszcie – intensywne, pulsujące „Right Here” z gościnnym udziałem Drake’a to utwór, jakiego dotkliwie brakowało na Take Care.

Na nowej płycie Bieber zdecydowanie poszukuje swojego miejsca – ale już nie na współczesnej scenie muzycznej, lecz w panteonie ikon muzyki pop ostatniego półwiecza. Idzie za ciosem, redefiniuje swój styl i puszcza oko dając do zrozumienia, że to jeszcze nie jego ostatnie słowo. Ten, który wedle wielu miał być jedynie sezonową gwiazdką, dziś coraz śmielej wyciąga rękę po koronę króla popu. Umarł król – niech żyje król?

Komentarze

komentarzy