justin bieber

#FridayRoundup: Tame Impala, Justin Bieber, PJ Morton i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Nie dziwota, że w walentynki, globalne święto miłości, rzeka premier płytowych znów wylała. Nowe płyty przygotowali nie tylko Tame Impala i Justin Bieber. PJ Morton zaprezentował swój repertuar w wersji akustycznej, swój długogrający debiut wypuścił Sega Bodega, a nowe longplaye wypuścili także Tennis, Moses Boyd, The Heliocentrics, Jazzpospolita czy Nathaniel Rateliff. Ponadto na plejlistę trafili w tym tygodniu także: Niia, $uicideBoy$, Tink, LightSkinKeisha, Bill Laurance, Tim Berne’s Snakeoil, A Boogie With da Hoodie, Eric Bellinger, Chasity London, Fetty Wap i Lil B. Sami widzicie, że wylała!


The Slow Rush

Tame Impala

Modular / Island

Tame Impala właśnie wypuścili czwarty, wyczekiwany przez fanów album. Następca Currents nosi tytuł The Slow Rush i znalazły się na nim między innymi „Lost In Yesterday” czy „Borderline”. Najnowszy materiał Kevina Parkera i spółki to kolejna podróż przez psychodelię, rockowe riffy i syntetyzatory. Tym razem oczywistych punktów zaczepienia jest jakby mniej. Na płycie, może poza „Borderline”, trudno od razu wyłapać równie przebojowe kawałki co „The Less I Know The Better” czy „Let It Happen”. Nie jest to jednak wada albumu, The Slow Rush wciąga —- jeden utwór zlewa się z kolejnym. Czuć, że nad wszystkim czuwał Parker —- muzyczny perfekcjonista, który skrupulatnie nadzorował proces powstawania płyty. Tytułowy „powolny pośpiech” idealnie odzwierciedla uczucie, które może towarzyszyć przy słuchaniu płyty. Przez ostatnie lata muzycy przyzwyczaili nas do minimalizmu, dlatego przy odsłuchu dwunastu kawałków, które trwają w sumie prawie godzinę, naprawdę można się zgubić. — Polazofia


Changes

Justin Bieber

Def Jam / UMG

Justin Bieber wraz z kolejną dekadą rozpoczął nowy etap w swoim życiu. Następca wydanego w 2015 Purpose to, jak łatwo można się domyśleć, list miłosny do jego żony, Hailey Bieber. Zmiany rzeczywiście są duże. Oprócz tych związanych z życiem prywatnym i kondycją psychiczną artysty, mają miejsce również w warstwie muzycznej. Najdłuższy album Justina Biebera gatunkowo umieścić można bliżej około trapowego r’n’b, niż jak do tej pory, popu. Mimo, że gościnnie pojawia się na nim m.in. Kehlani, Summer Walker czy Post Malone, a także raperzy, Quavo albo Travis Scott, materiał pozbawiony jest mocniejszych momentów. Jest trochę jak jego tytuł – właściwy, ale w żaden sposób zaskakujący. — Klementyna


The Piano Album

PJ Morton

Morton

Spontaniczna, casualowa nagrywka z ziomkami? Nic prostszego, wystarczy PJ Morton, który sprosi grono znajomków i współpracowników do wspólnego śpiewania, a do tego zaaranżuje wszystko w taki sposób, żeby sprawiało wrażenie, jakby umówił się z nimi tego samego dnia. The Piano Album to już czwarty album PJ-a Mortona live, kolejny po Gumbo Unplugged, ale o wiele bardziej kameralny i przytulny niż poprzednik, nagrany z 22-osobową orkiestrą. Wśród utworów i gości z ostatniej płyty Mortona PAUL pojawia się też kilka innych atrakcji. Tym razem wszystko wyłącznie przy akompaniamencie fortepianu. Z tą walentynką PJ Morton dopiero się rozkręca, bo zapowiedział już co najmniej dwa projekty na nowy rok. Zanim jednak spadną na nas nowości z firmy Morton, sprawdźcie koniecznie wideo z nagrania:dzieje się!Maja


Swimmer

Tennis

Mutually Detrimental

Amerykański duet Tennis to od kilku dobry lat moi faworyci, jeśli chodzi o kunsztowne łączenie smooth soulu, dream popu i soft rocka pod banderą szeroko pojętego indie. Ich poprzedni krążek Your Conditionally był synonimem muzycznej słodyczy bez przesadnej sacharozy. Klasyczna nienachalna popowa melodyka, stylistyczne inspiracje produkcją lat 70. i doskonała równowaga pomiędzy sentymentalizmem a poptymizmem to najważniejsze cechy twórczości grupy. Nowy album, wydany tak samo jak poprzedni nakładem własnej oficyny duetu Mutually Detrimental, to naturalna kontynuacja wcześniejszego dorobku Tennis w nawet bardziej przebojowym wydaniu. — Kurtek


II: La Bella Vita

Niia

Niiarocco

Rozstania bywają bardzo trudne dla obydwu stron. Aby poradzić sobie ze smutkiem i wypełnić pustkę, która została po drugiej połowie, ludzie radzą sobie w różny sposób. Niektórzy zmieniają całkowicie otoczenie, by nic nie kojarzyło im się z ex, inni zastępują starą miłość nową, a jeszcze inni przelewają wszystko na papier i oczyszczają umysł. Ostatni sposób wybrała Niia, która po zakończeniu jakby się mogło wydawać obiecującego związku, by poradzić sobie z traumą, wydała album II: La Bella Vita. Postanowiła przetrasformatować smutki w nuty i stworzyć wyzwalające wydawnictwo. Znana ze swojego jazzowego klimatu artystka, na drugiej płycie postanowiła wyskoczyć nieco z ram i nadać muzyce więcej emocji i dynamiki. Dodała nieco szybszego bitu, mocniejszego basu i nowoczesności. Postanowiła nawet zmodernizować hitowy kawałek Mariah Carey „Obsessed” i wydać go pod nieco zmienionym tytułem „Obsession” z nową linią melodyczną. Całość przyprawiła swoim uwodzicielskim wokalem. Jak widać dla Amerykanki święto zakochanych jawi się w tym roku jako black Valentine’s day. — Forrel


Dark Matter

Moses Boyd

Exodus

W odróżnieniu od ostatniej płyty nagranej jako Moses Boyd Exodus, która w dużej merze oscylowała wokół jazzu, wyśmienity perkusista, producent oraz kompozytor dostarczył nam pierwszy solowy krążek, na którym idzie trochę dalej. I chociaż takie hybrydy stylistyk nie powinny nas już zaskakiwać, tym bardziej, jeżeli dostajemy je od reprezentanta londyńskiej sceny, to poznać trzeba, że mix jazzu, tanecznej oraz bardziej mrocznej elektroniki, afro beatów oraz garażowego 2stepu robi spore wrażenie. Jeżeli dorzucimy do tego kilka wokalistek, wnoszących dodatkowo odrobinę liryzmu, otrzymujemy dzieło, przy którym nie sposób jest się nudzić i z pewnością często będzie się wracać. — efdote


Salvador

Sega Bodega

Nuxxe

Irlandczyk Sega Bodega to członek Y1640, współzałożyciel wytwórni Nuxxe i przedstawiciel muzycznego ruchu zdekonstruowanego klubu. Przede wszystkim to producent (ma na koncie współpracę z Shygirl, Cosimą, Brooke Candy czy Oklou) i muzyk. 2 lata po ostatniej epce self*care debiutuje imiennym krążkiem Salvador. Pokręcone struktury i przesterowane wokale charakterystyczne dla elektronicznej awangardy stanowią odpowiedź na francuskie electro house spod znaku SebastiAna czy Gesaffelsteina. Na debiucie Sega Bodega pozostawił więcej miejsca na eksperymenty z surrealistycznym R&B. Pomiędzy estetycznym synth-popem Sophie, szczerością Arci i industrialnym housem Doriana Electry jest jeszcze miejsce dla Segi Bodegi. Taneczne „Masochizm”, absorbujące „Heaven Knows” i dziwaczne, singlowe „Salv Goes to Hollywood” to zdecydowane hajlajty, które rekompensują słabsze momenty. — Ibinks


Infinity of Now

The Heliocentrics

Madlib Invazion

Wychodzący pod szyldem legendarnego producenta (i z tegoż błogosławieństwem) longplay Heliocentryków to istna jazzowa postmoderna. Z gatunkowych ram stroi sobie żarty, romansując przelotnie z przeróżnymi stylistykami, aby ostatecznie po tych bezpruderyjnych flirtach ponownie trafić w ramiona szeroko rozumianego Nu-Jazzu. Utwory zatem często zaczynają się trip-hopującym pulsem, wzmacnianym gatunkowo przez równie eteryczne co nieporadne wokale, aby, prędzej czy później, odlecieć w sobie tylko znane rejony. Najczęściej narracja rozwijana jest w kierunku klasycznego krautorockowego jamu opartego na wyrazistej motoryce perkusji, aczkolwiek równie gęsto usiane są wpływy spontaniczności Jamesa Browna, elektroakustycznej improwizerki, rozbieganego futuryzmu zawieszonego gdzieś między Sun Ra a King Cirmson czy nawet Swansowej medytacyjnej mantryczności. Doraźnie sprawia ogromną frajdę, choć wydaje się cierpieć na poważny deficyt godnych zapamiętania czy ponownego przesłuchania momentów. — Wojtek


And It’s Still Alright

Nathaniel Rateliff

Stax / Concord

Zostać solistą jest przywilejem lidera. And It’s Still Alright to pierwszy solowy krążek Nathaniela Rateliffa od czasu sukcesu komercyjnego z jego grupą The Night Sweats w 2015 roku. Pierwszy drwal niebieskookiego rhythm & bluesa na solowym projekcie odchodzi quasi-bigbandowych aranży w stronę korzennego brudu, który zawsze podszywał twórczość zespołu. Na pierwszy plan wychodzą więc introspektywny folk i countrująca americana, ale w głosie Rateliffa wciąż wybrzmiewa ta sama bluesowa melodia, a płytę wciąż wydaje klasyczna soulowa oficyna — wszystko więc nadal zostaje w rodzinie! — Kurtek


Stop Staring at the Shadows

$uicideBoy$

G*59

— Coś się zmieniło? — Niekoniecznie. Na tym krótkim dialogu przeprowadzonym z moim znajomym apropos pytania, czy nowe $B warto sprawdzać cały opis mógłby się skończyć. Napiszę jednak trochę więcej, trochę dlatego, że nie wypada serwować takiej fuszerki, a trochę dlatego, że mimo obrzydliwie przewidywalnej formuły, chłopaki starają się ten prezent zaserwować tak, abyśmy przynajmniej mieli frajdę z rozpakowywania go. Do łask powracają zatem zapomniane przez chwilę przez duet phonkowe wpływy spod znaku SpaceGhostPurrpa (na plus) oraz autotunowe wokalizy (bardzo, bardzo na minus). Tu krzykną, tam przyspieszą, jeszcze gdzieś indziej pobawią się w ASMR z piekła rodem, a fani formuły (sam dosyć sympatyzuję) powinni być zachwyceni. Jeżeli natomiast miałbym wskazać najjaśniejszy punkt mixtape’u, to produkcyjnie dawno tak dobrze u duetu nie było. „That Just Isn’t empirically possible” zapisuję złotymi zgłoskami już za sam sampel. — Wojtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Kehlani z Justinem Bieberem?

Justin Bieber & Kehlani Get Me single

Justin Bieber & Kehlani Get Me single

 

Justin Bieber połączył siły z Kehlani


 
Justin Bieber odda swój nowy album do sprzedaży już w piątek 14 lutego. Jeżeli ktoś intensywnie oczekuje tej premiery, JB specjalnie wybrał datę walentynek. Z dotychczasowych sygnałów wysyłanych przez wokalistę będzie to płyta bardzo romantyczna, opierająca się na dojrzałym związku Kanadyjczyka z Hailey Baldwin.

Pierwszym singlem promocyjnym było niezłe „Yummy„, do którego dograła się Summer Walker, tworząc przy okazji świetny remiks. Zanim to jednak nastąpiło, do sieci trafił drugi singiel promujący wydawnictwo Changes, „Get Me”. To duet z Kehlani, którego raczej nikt się nie spodziewał lub nie chciał, ale okazało się, że każdy go potrzebował. Gładki i seksowny vibe powoduje, że Justin Bieber, a raczej jego ocena (oraz ocena numeru) wzrasta o co najmniej oczko.

Kto jednak bliżej śledzi postaci Biebera czy Kehlani, ten zapewne wie, że artystka dołączy do niego wraz z Jadenem Smithem na jego zbliżającej się trasie koncertowej „Changes Tour”. Póki co będzie to jedynie Ameryka Północna, ale możemy się spodziewać jesiennej wizyty w naszym kraju.

Justin Bieber rozpoczyna erę słodyczy i różu

Justin Bieber rozpoczyna erę słodyczy i różu

Justin Bieber w nowej różowej odsłonie

Pierwsze dni nowego roku zawsze przynoszą noworoczne postanowienia zrzucenia wagi, przejścia na zdrowe odżywianie i bycia fit. Sklepowe ulotki reklamowe prześcigają się w promocjach urządzeń, sprzętu i ubrań do ćwiczeń, w nadziei że konsumenci nabiorą się kolejny raz na mit o uzyskaniu pięknej sylwetki na lato w tak krótkim czasie. Justin Bieber wydaje się iść pod prąd i zamiast przejść na dietę, objada się wszelkimi możliwymi słodkościami na wykwintnym przyjęciu. Oprócz ciast, ciasteczek i galaretek, wokalista zajda się czymś ważniejszym, smaczniejszym i tym razem dietetycznym. Ze smakiem połyka miłość do swojej żony, która pomogła mu wyrwać się z uzależnień.

Za każdym nowym projektem muzycznym komercyjnego wykonawcy powinna stać wzruszająca historia, która pociągnie za sobą tłumy. Tym razem ekipa Justina Biebera postawiła na opowieść o drodze, jaką przebył Kanadyjczyk od upadku, po miłość. Całość została okraszona nowym utworem „Yummy”, utrzymanym niestety w przerobionym już na wszystkie strony trapowym klimacie, który brzmi jak wskazówki tykającego zegara odmierzające czas do kolejnego posiłku. Kawałek jest monotonny, a powtarzalność słowa „yummy” przyprawia o mdłości. Aby przekonać słuchaczy do odmiennego nieco stylu, niż na płycie Purpose, wymyślono nawet nazwę ery, w którą fani wkroczą, wraz z zainteresowaniem nową muzyką – “R&Bieber”. Jakby tego było mało, nagrano dziesięć filmów z głównym bohaterem, jego żoną i znajomymi, składających się na opowieść o ostatnich czterech latach zmagań Biebera ze samym sobą, Justin Bieber: Seasons. Smacznego!

Miguel i jego wersja „Get You” Daniela Caesara

To nie pierwszyzna, że Miguel raczy nas coverem utworu innego artysty. Całkiem niedawno mogliśmy posłuchać „On My Mind” Jorji Smith w jego wykonaniu; wcześniej mierzył się między innymi z twórczością SZY, Rihanny czy Ushera. Tym razem Miguel pozazdrościł Justinowi Bieberowi, który udowadniał Danielowi Caesarowi, że potrafi śpiewać i wykonał na backstage’u Coachelli fragment „Get You”. Miguel jednak zwyczajowo tworzy z materiału źródłowego kolejną piosenkę Miguela. „Get You” w jego wykonaniu jest jednym z dwóch utworów nagranych dla Spotify w serii „Spotify Single Session”. Drugi kawałek to „Sky Walker”, pochodzący z ostatniego albumu artysty War & Leisure. Oba nagrania w wersji solo — bez featuringów.

Justin Bieber remiksuje „Humble” Kendricka Lamara

Ostatnio w sieci krążył filmik z koncertu Biebera, na którym nieudolnie próbuje zaśpiewać przebój „Despacito” — zamiast tekstu po hiszpańsku, fani usłyszeli jedynie „Blah blah blah”. Justin znowu rzucił się na głęboką wodę i podczas zabawy w nowojorskim klubie zaskoczył wszystkich swoją wersją „Humble” Kendricka Lamara. Trudno jednoznacznie sprecyzować, o czym zarapował, ale w tekście przywołał prezydenta Lincolna czy Jasona Bourne. Piosenkarza z rapem jak dotąd łączyły głównie liczne kolaboracje z takimi hip-hopowymi głowami jak Ludacris, Quavo lub Chance The Rapper. Trudno po tym nagraniu stwierdzić, jak Bieber wypadłby w roli hip-hopowca, więc może na razie niech zostanie przy swojej stylówce. Na pewno kolaboracja supergwiazdy pop z supergwiazdą hip-hopu, jaką jest Kendrick, byłaby czymś niezwykłym.

Justin Bieber znów flirtuje z rapem

diplo-skrillex-bieber

Justin Bieber i Diplo zakumplowali się chyba na dobre po sukcesie hitu „Where Are U Now”. Na gali rozdania nagród Grammy wraz ze Skrillexem dali ciekawy występ, zmieniając aranżację. Ostatnio Bieber zaśpiewał medley na gali BRIT Awards, gdzie na czerwonym dywanie, jeszcze przed transmisją, Diplo zdradził, że wraz z Kanadyjczykiem mają świetny rapowy numer, który być może zostanie opublikowany/wydany latem 2016. Producent dodał, że obecnie JB jest zajęty i będzie zajęty przez dość długi czas, promując swój album Purpose. Przypominam, że podopieczny Ushera wystąpi w Polsce w listopadzie.

Bieber coveruje Beatlesów. Wpadnie też do Polski

biebz

Macie jakieś plany na 11 listopada przyszłego roku? Na pewno nie. Skąd to założenie? Bo prawdopodobnie większość z Was nie przetrawiła jeszcze wiadomości, że to właśnie tego jesiennego dnia Justin Bieber wystąpi w zasmogowanym Krakowie. Wczoraj wieczorem agencja Prestige MJM podniosła ciśnienie polskim Beliebersom wrzucając na swój facebookowy profil wpis „On powróci”. Dziś rano informacja stała się już jak najbardziej oficjalna — Biebz ponownie odwiedzi nasz kraj, tym razem w ramach Purpose World Tour. Wielbicielki, fanki, matki, kilku ojców i ciekawskich też, już teraz mogą planować najazd na Tauron Arenę. Przedsprzedaż biletów dla członków fan clubu rozpocznie się 11 grudnia o godzinie 16:00 na stronie prestigemjm.com. Pozostali zainteresowani wejściowi na koncert będą mogli kupować od 17 grudnia. Ceny zaczynają się od 195 zł. Wszelkie dodatkowe informacje znajdziecie tutaj.

Jeśli nie jesteście przekonani albo takie doniesienia wręcz wyprowadziły Was z równowagi, to dla opanowania (a może i nawet większego roztrzęsienia — kto to wie) dorzucam Justina prezentującego swoje fortepianowe umiejętności i coverującego przy okazji „Let It Be” Beatlesów podczas występu w Toronto.

Jamie Cullum i cover „What Do You Mean” Justina Biebera

cullumJamie Cullum jest niesamowity! W sieci można obejrzeć, a przede wszystkim wysłuchać kolejny utwór z serii The Song Society. Tym razem na warsztat został wzięty jeden z najważniejszych wakacyjnych hitów Justina Biebera czyli „What Do You Mean” i zaaranżował go na swój własny, szalony sposób. Całość, wszystkie dźwięki zagrane w coverze, zostały „wydobyte” z pianina przez liczne puknięcia, stuknięcia i kopnięcia, które jak sam jazzman przyznaje, układają się w wesołe muzyczne puzzle. Cover wykonał fantastycznie i zdecydowanie polecamy przesłuchać także tą wersję tego niekwestionowanego sztosu.

Recenzja: Justin Bieber Purpose

digit

Justin Bieber

Purpose (2015)

Def Jam Recordings

Niby spokorniał, ale upomina fanów, że jeśli już chcą klaskać, to niech to robią poprawnie. Niby wydoroślał, ale przerywa koncert i ucieka ze sceny z obawy przed poślizgnięciem. Niby zmądrzał, ale paraduje nago przed tłumem paparazzich. Niemniej zaczął też zdawać sobie sprawę z tego, że nie jest idealny i za każdy uszczerbek na swoim charakterze serdecznie przeprasza, bo wciąż się uczy, a w jego otoczeniu nie zawsze jest łatwo oddzielić dobro od zła. Tym samym za cel nowej płyty przyjął pokazanie światu swojej wizerunkowej metamorfozy, tak by po wysłuchaniu przynajmniej podstawowego zestawu trzynastu kompozycji jego współautorstwa, potencjalny odbiorca mógł pokiwać głową i przyznać, że ten Bieber to w gruncie rzeczy fajny, wrażliwy młody człowiek. Gdyby jednak udało się zapomnieć o tej całej popegzystencjalnej otoczce i odsunąć na bok ogłuszający pisk nastolatek, wytatuowaną gołą klatę, wyczerpującą promocję zapiętą na ostatni guzik przez najlepszych speców od marketingu i pobicie niemal wszelkich możliwych rekordów na listach przebojów — czy nadal mielibyśmy przed sobą album, przy którym warto na chwilę się zatrzymać?

Na papierze Purpose wygląda jakby nie mogło się nie udać. Pod kolejnymi utworami, zręcznie balansującymi na granicy popu, współczesnego R&B, elektroniki i hip hopu, podpisani są utalentowani, wielokrotnie sprawdzeni tudzież bardzo obiecujący kompozytorzy oraz producenci — Jason „Poo Bear” Boyd, Michael Tucker, Sonny Moore, kumpel od deski Skrillex, The Audibles, czy Blood (wcześniej znany z dopiskiem Diamonds). Dorzucając do tego garść respektowanych gości w postaci Travisa Scotta, Big Seana, Diplo, niepokornej Halsey, a w wersji deluxe nawet Nasa, dostajemy produkt prawie gotowy do spożycia bez popitki. Prawie, bo w końcu trzeba zajrzeć pod okładkę, a tam… piosenki o miłości, nieporozumieniach, zranionym człowieczeństwie, odnajdywaniu siebie, a nawet naprawianiu świata ułożone w eleganckiej konfiguracji. Skoro jest koncepcja, to musi być też odpowiedni wstęp, rozwinięcie, łupnięcie i zakończenie.

Początek, niekoniecznie przewidywalnie, jest balladowy i umiarkowanie wzruszający — spokojne, minimalistyczne „Mark My Words” płynnie przechodzi w chłodną elektronikę „I’ll Show You”. Chwila na bezstresowe oswajanie z krążkiem pojawia się wraz ze znanymi już zewsząd hitami, ale żeby po podwójnie przebojowej porcji „What Do You Mean?” oraz „Sorry” nie wyruszać od razu na nieznany teren z głośników rozbrzmiewa piosenka, którą podświadomie… jakby już się znało. Może Justin Sheeran jawi się jak jakiś przedziwny popowy mutant, jednak gdy po kilku sekundach prostego, gitarowego „Love Yourself”, które oczywiście bez Eda nie miałoby racji bytu, zaczyna się bezwiednie bujać, klaskać i powtarzać do znudzenia refren, to wizja osobliwego duetu przestaje niepokoić. Radosny nastrój bez większych komplikacji podtrzymuje słodkie, taneczne „Company”. Z kolei w poważniejsze muzyczne rejony Biebz wkracza nieco monotonnym „No Pressure”, ale to tak naprawdę tylko rozgrzewka. „No Sense” z mocną linią basu kontrastującą z falsetem JB, to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów Purpose, a zarazem nagranie w prostej linii wyrastające z jego poprzedniego wydawnictwa, kompilacji Journals.

Na etapie, kiedy słuchacz odrobinę zmiękczony zmysłowym R&Bieber oczekuje jakiegoś seksownego bangera, coś zaczyna się psuć. Już po upływie niecałej minuty „The Feeling” z ciepłego zamyślenia wyrywa średnio przyjemny, dyskotekowy romantyzm. Równie ciężko jest przełknąć wyłaniającą się zza rogu, życiowo pouczającą balladę „Life Is Worth Living”, której od przeciągłego ziewania nie uchroni nawet stadionowa oprawa z blaskiem telefonicznych latarek rozjaśniających ciemność. Szybką resuscytację (o ile nie zacznie się zbytnio zwracać uwagi na wokalne efekty specjalne) zapewnia „Where Are Ü Now”. Jeszcze tylko jedna skrillexowa bomba eksplodująca zatroskaniem o przyszłe pokolenia w „Children” i kurtyna opada przy akompaniamencie fortepianu w tytułowym „Purpose”.

W ostatecznym rozliczeniu na płycie jest przynajmniej osiem kawałków, którym warto poświęcić swój czas. Jakby nie patrzeć to większa część proponowanego przez Justina i jego producentów materiału. Purpose na przyzwoitym poziomie równoważy jeszcze szczeniackie, rozbiegane Believe i eksplozję hormonów pościelowego Journals, dorzucając coś jeszcze — dojrzalszy wokal, któremu udało się wyjść z kozich rejestrów. Raczej nie jest to album, który wstrząśnie muzycznym światem osób powyżej trzynastego roku życia, ale z drugiej strony nie pozwoli też o sobie zapomnieć po jednym odsłuchu. W tym przypadku, jeśli piosenki bezboleśnie wpadają w ucho, a w dodatku dają nadzieję na przyszłe postępy chłopaka z obnażonym torsem, to kupuję to wydawnictwo nawet z całą doklejoną do niego bieberologią. Skoro Diane Keaton może okazywać swoje uczucia publicznie, to już nikt nie musi się wstydzić.

13 x Purpose

mark2

Wizualne albumy i szczere wyznania w emocjonalnych montażach słowno-muzycznych to chwyty marketingowe stosowane nie tylko przez Beyoncé. Kolejni wykonawcy uczą się od Królowej i wzruszająco promują swoje płyty z lepszym lub gorszym skutkiem. Dlaczego więc Justin Bieber miałby sobie odmówić jeszcze bardziej rozdmuchanej reklamy, skoro i tak od jakichś dwóch tygodni wyskakuje bez zapowiedzi z każdej lodówki i pralki na całym świecie? Ledwo ukazał się jego nowy krążek Purpose, a w sieci już pojawiło się kilkanaście teledysków na jego poparcie. W tym momencie mogłabym powiedzieć „Niedziela z Bieberem? Nie, dziękuję!”, ale drogi Czytelniku… jestem słaba, poddałam się, odpaliłam kompilację szumnie zatytułowaną Purpose: The Movement. Z jakim skutkiem? No cóż, nie zaapeluję o wyłączenie komputerów, porzucenie telefonów i ucieczkę z domu.

Po nieco patetycznym wstępie o nabieraniu dystansu do siebie, odnajdywaniu na nowo celu w życiu i uświadamianiu sobie, że nie trzeba być ideałem, monitor rozjaśnia błękit nieba, pustynna sceneria i romantyczny Biebz miotający się po fortepianie do otwierającego krążek „Mark My Words”. Ale ale! Już po chwili JB ustępuje miejsca niesamowitym tancerzom, m.in. cudownym paniom, które swoje umiejętności pokazały w klipie do „Sorry”. Kolejne choreografie opowiadają historie miłości, złamanych serc, imprez do rana, ale też… walki o lepsze jutro. Zacni goście nie odważyli się odmówić udziału w tym wypełnionym talentami projekcie — w następujących po sobie obrazkach przewijają się Big Sean, Travi$ Scott, Halsey, Skrillex oraz Diplo. Pełną playlistę znajdziecie tutaj, a poniżej kilka fragmentów, które nie powinny zmarnować tego jakże pięknego, szarego dnia.

Nowy utwór: Justin Bieber „I’ll Show You”

biebs

Kolejna karta z talii Purpose została odkryta. Dopiero co Biebs wypuścił podwójny, bo taneczny (ach och!) i tekstowy (meh) teledysk do nagrania „Sorry”, a w sieci już pojawił się nowy fragment z nadchodzącego krążka. „I’ll Show You” to jeszcze jeden owoc współpracy ze Skrillexem. Taka ładna, wzruszająca kontynuacja „Where Are Ü Now”. Oj, bardzo przepraszam, miało być bez ironii, bowiem utwór wypełniony jest po brzegi szczerymi wyznaniami typu „życie to nie bajka”, „jestem tylko człowiekiem”, „myślicie, że mnie znacie, a nie macie nawet najmniejszego pojęcia”, itp. Większość wykonawców na jakimś etapie swojej kariery potrzebuje takiej piosenki, żeby podczas koncertów padać na kolana ze złami w oczach. Ostatecznie nie ma w tym przecież nic złego. Pod względem muzycznym kawałek nie powala innowacyjnością, ale nie powoduje przy tym odruchu wyłączającego po upływie pierwszych dziesięciu sekund. Czy ufać głębi lirycznej? Decyzję podejmę 13 listopada. Chętnych do wysłuchania całego nagrania odsyłam tutaj.

Today. #IllShowYou #PURPOSE preorder for the song.

Film zamieszczony przez użytkownika Justin Bieber (@justinbieber)

Justin Bieber nagrał remix „Hotline Bling”!

895c4f10Biebera można kochać, można nienawidzić, jedno jest pewne – ciężko mieć do niego ambiwalentne uczucia. Choć jego talent jest kwestią sporną, na pewno nie można mu odmówić popularności i podbijania list przebojów. Czy tak będzie teraz? Biebs opublikował remix do niekwestionowanego hitu Drake’a „Hotline Bling”. I trzeba mu przyznać, że zrobił to w niekonwencjonalny sposób. Aby posłuchać jak Justin poradził sobie z reinterpretacją utworu swojego kanadyjskiego ziomka musicie bowiem zadzwonić pod numer (231) 377 – 1113, gdzie można posłuchać jego wykonania. Ewentualnie… możecie poszukać utworu w serwisie YouTube, albo SoundCloud (nie podajemy linka bo szybko padają). A czy warto? Sprawdźcie sami!

 

MTV Video Music Awards rozdane

kanye
Wiedzieliśmy, że ta noc będzie GORĄCA, ale nie sądziliśmy, że AŻ TAK. Pełna lista nagrodzonych artystów znajduje się już na Wikipedii, ale my się nie łudzimy — przyznane statuetki odejdą w niepamięć bowiem bóg bogów i król królów Kanye West ogłosił, że za 5 lat będzie kandydował na prezydenta. Wszystko to podczas odbierania Michael Jackson Video Vanguard Award. Nie mniejszym skandalem okazała się przemowa Nicki Minaj, która nie szczędziła ostrych słów dla prowadzącej wczorajszą galę, Miley Cyrus, czy też załamanie nerwowe Justina Biebera na scenie. Nie będziemy ukrywać, że rozbolała nas głowa od ilości sensacji tego wieczoru. Zostawiamy Was z kilkoma video do obejrzenia, ale zastrzegamy — co złego, to nie my.

Justin Bieber pyta, co masz na myśli

Image1

Wypuszczony wczoraj singiel „What Do You Mean” jest pierwszym oficjalnym zwiastunem czwartego longplaya w karierze piosenkarza. Bieber bezskutecznie (nie żebym liczył na jakąkolwiek konkluzję) próbuje zgłębić tajniki kobiecych zachowań, zamykając wszystkie swoje wątpliwości prostym, ale dobrze sformułowanym pytaniem z tytułu — „What Do You Mean”. Melodycznie i wykonawczo to w prostej linii kontynuacja boysbandowego popu, odrobinę naiwnego, ale dążącego w chwytliwych refrenach do uchwycenia pierwiastka jakiejś dojrzałości. I choć nie jest to wada — jak dotąd najlepsze numery w karierze Biebera („Runaway Love”, „Die in Your Arms”) były oparte na podobnych patentach — mimo wszystko można w tym przypadku napisać, że piosenkarza niejako z opresji ratuje Skrillex, który część melodyczno-wokalną zamyka subtelną produkcją spod znaku nowych brzmień. I to zestawienie — idealnie wyważone na rok 2015 — czyni całość jednym z najciekawszych singli w karierze nadal walczącego z etykietkami początku kariery Biebiera.

Nowy utwór: Mariah Carey feat. French Montana, Justin Bieber i T.I. „Why You Mad (Infinity Remix)”

mariahI oto wyjaśniło się co Mariah Carey robiła w studio nagraniowym z Justinem Bieberem. Nie chodziło tylko o świąteczny album, ale przede wszystkim o remiks utworu „Infinity”, w którym gościnnie obok idola nastolatek pojawili się również T.I. oraz French Montana. Jak brzmi produkt finalny? Tragicznie. Rap słychać jakby poza utworem i nie pasuje do całości, a wokal Justina kompletnie nie współgra z aksamitnym głosem Carey. Ewidentnie słychać, że remiks jest wymuszony i powstał, by przedłużyć żywotność singla promującego najnowszą składankę artystki — #1 to Infinity. Nie tędy droga Mariah. Twoje jagniątka w końcu odwrócą się od ciebie, jeśli nie zaczniesz dbać o swoją karierę.

Garść newsów o Mariah Carey

mariah_fameSeria koncertów Mariah Carey w Las Vegas trwa w najlepsze i okazuje się, że show nie jest taką katastrofą, jaką przepowiadali złośliwcy. Tymczasem artystka doczeka się odsłonięcia swoje gwiazdy w Alei Gwiazd w Hollywood. Można rzec — nareszcie! 18 numerów jeden i dopiero teraz? Niepotrafiąca śpiewać Jennifer Lopez odsłoniła swoją gwiazdę wcześniej. Czy taki zaszczyt uwarunkowany jest jedynie sukcesem komercyjnym? Zostawię to pytanie bez odpowiedzi. Impreza odbędzie się 5 sierpnia, a wśród znajomych, którzy wygłoszą mowy gratulacyjne, będą m.in. LA Reid, Lee Daniels. czy Brett Ratner. Gratulacje!

mariah_bieber

Niestety powyższe wydarzenie jest jedynym pozytywem. Okazuje się, że Święta już blisko, ponieważ Mariah po raz kolejny nagrywa na nowo album All I Want for Christmas. Zrozumiałe jest, że nie ma Bożego Narodzenia bez choinki i Carey występującej na Rockefeller Center, ale tym razem zasada do trzech razy sztuka się nie sprawdzi. Szczególnie, że wśród zaproszonych gości pojawi się ponownie… Justin Bieber. Katastrofa gwarantowana. Nikt chyba jednak nie jest w stanie przetłumaczyć motylkowi, że zmierza w złym kierunku — ku samozagładzie. Ku całej sympatii dla tej artystki, przydałby się jej zimny prysznic. Dla otuchy, zapraszam do obejrzenia fantastycznego występu MariahLutherem Vandrossem. Piękne.

Nowy teledysk: Justin Bieber feat. Chance the Rapper „Confident”

Image4

Odkładając na bok ostatnie ekscesy z udziałem Biebera, 19-letni piosenkarz właśnie wypuścił klip do jednego z najlepszych numerów w swojej dotychczasowej dyskografii. „Confident”, w którym gościnnie udziela się, słusznie doceniany ostatnio, Chance the Rapper, to numer zamykający zeszłoroczną 10-tygodniową serię singli, która następnie przerodziła się w wydany w grudniu krążek Journals. Nowy teledysk ładnie operuje kolorami i stanowi odpowiednie uzupełnienie samego numeru.

Nowy utwór: Justin Bieber feat. Chance The Rapper „Confident”

tumblr_mxcu9wIiaz1r0nokro1_500Przeglądam leniwie facebook’a w poszukiwaniu jakichś muzycznych ciekawostek, a tu znienacka Chance The Rapper częstuje mnie newsem o nowej kolaboracji z Justinem Bieberem. Pierwsze wrażenie – szok. Po chwili lekki niesmak i chęć natychmiastowego wylania żółci w komentarzu pod linkiem. Chance, naprawdę mi to zrobiłeś? Dopiero co zdążyłem Cię polubić, a Ty mi takie numery? Odpalam link w celu potwierdzenia swoich obaw i szok kolejny. Ten kawałek nie jest zły!

 

Rapujący Justin Bieber w nowym singlu Maejora Alego

4635527

Maejor Ali, znany lepiej jako Bei Maejor, to jeden z tych wszechstronnych songwriterów, którzy przez lata tworzyli przeboje dla czołowych postaci amerykańskiej muzyki, a teraz sami próbują zaistnieć pod własnym nazwiskiem. Jednym z beneficjentów twórczości Maejora był m.in. Justin Bieber, który teraz pojawia się gościnnie obok Juicy J w jego nowym singlu „Lolly”. Numer naturalnie zdążył już trafić na listy przebojów po obu stronach oceanu i wygląda na obiecujący start solowej kariery Alego. Numer oczywiście nie jest mistrzostwem świata, brzmi trochę jak kolejna odsłona snapowego Soulja Boya. Największą atrakcją jest więc rzecz jasna rapujący Justin Bieber, którego ocenę pozostawiam Wam. Poniżej odsłuch, nawet z teledyskiem.

Recenzja: Justin Bieber Believe

Justin Bieber

Believe (2012)

Island

Biebera da się lubić. Z obiektu sieciowych żartów i piskliwego głosu wyśpiewującego w sennych koszmarach Baby baby baby… pozostało już niewiele. Zamiast tego na Believe mamy do czynienia z coraz bardziej świadomym młodym wykonawcą poszukującym popowej harmonii i drzemiącej weń doskonałości.

(więcej…)

Eklektik Session: Boxed