
Specjalnym gościem siedemnastej części cyklu Press Play jest Princess Freesia – wysokiej klasy wokalistka z Australii mieszkająca na stale w Londynie. W swej muzyce przemyca trendy z lat osiemdziesiątych, czego efektem są dwa fantastyczne albumy – The Lapdancer (wespół z Soulpersoną) z 2011 r. oraz ubiegłoroczny The Rainbow Ride. W niedługim czasie powinien ukazać się zapis naszej rozmowy z Freessią, który tym bardziej zachęci Was do przyjrzenia się jej bliżej. W oczekiwaniu na wywiad, zapraszamy do zapoznania się z naszymi wspólnymi rekomendacjami.
Princess Freesia

Leon Ware – Rockin’ You Eternally, Elektra (1981)
Bez wahania wybieram album Leona Ware’a, Rockin’ You Eternally. Ware jest moim muzycznym idolem, jego zmysłowość i bogate aranżacje zainspirowały w znacznym stopniu zarówno moje gusta „stellarsoniczne” [stellar – gwiezdne bądź o bardzo wysokim standardzie; sonic – dźwiękowe; przyp. soulbowl.pl], jak i mój własny sposób pisania tekstów. Śpiewałam w chórkach podczas jego koncertu w Londynie na początku 2011 roku. To wydarzenie było jednym z najważniejszych w mojej karierze, zwłaszcza, że był typem człowieka, jakim chciałam się stać.
Cały album jest skarbnicą dla uszu, jednak moim zdecydowanym faworytem jest ulubiony „stellarsoniczny” utwór – „Got to be loved”. Odkrywam w tej piosence pewną specjalną dla mnie magię, która zawiera w sobie każdy element perfekcyjnego, według mnie, utworu. Zawsze fantazjuję przy tej piosence o późno popołudniowym/wczesno wieczornym złotym świetle, kiedy idę wzdłuż plaży, a obok żeglują jachty ze staromodnymi, przystojnymi mężczyznami o rudych włosach, mających na sobie kapitańskie czapki, koszule w paski, złote łańcuchy i lotnicze okulary przeciwsłoneczne. Ci panowie śmieją sie i uwodzą swoje kobiety drogim szampanem przy dźwiękach Pana Leona Ware’a…a ja jestem jedną z tych bajkowych kobiet.
Dżesi

Aaliyah – Aaliyah, Background Records (2001)
Kiedy miałam 9 lat, pewnego wieczoru mój starszy brat puścił mi kilka piosenek, między innymi „Back In One Piece” Aaliyah i DMXa. Nie miałam pojęcia o co chodzi w tekście, bo poza podstawowymi słówkami typu „cat” czy „home” nie znałam języka angielskiego. Nie było to jednak istotne, ponieważ styl, jaki zobaczyłam i wokal, który usłyszałam, już wtedy poruszyły moje serce. Właśnie tamtego wieczoru zrozumiałam jaka muzyka jest tą, której chcę towarzyszyć.
16. stycznia bieżącego roku Aaliyah obchodziłaby swoje 34 urodziny. W związku z tym, jak co roku, zaczęłam katować jej niedużą dyskografię, zatrzymując się głównie na ostatniej płycie Aaliyah, traktującej o miłości i relacjach damsko-męskich. Album nie jest utrzymany w jednej stylistyce; soul, r&b, hip-hop, rock, elektronika, to wszystko połączone jest w sposób idealny, trudny do podrobienia i znalezienia u kogokolwiek innego. A w połączeniu z tekstami Statica i anielskim wokalem? To już na zawsze będzie mój #1 albumów. Właśnie dzięki niej muzycznie jestem dziś w tym miejscu. Dziękuję, Aaliyah.
K.Zięba

B.B. & Q. Band – Genie, Zyx Recordings (1985)
Z racji tego, że zdobyłem po ciężkich bojach pierwsze wydanie jednej z moich ulubionych płyt, słucham jej dość często na przestrzenni ostatniego miesiąca. Tytułowy singiel dorobił się w moich rankingach jednej z najwyższych pozycji, jednak to nie wyłącznie „Genie” potęguje atrakcyjność albumu. Mocnymi punktami wydawnictwa są zarówno rozsławione „Dreamer” czy „Main Attraction” jak i zdające się być od zawsze w cieniu „Won’t You Be With Me Tonight” i „Don’t Force It”. Miłośnikom brzmień lat osiemdziesiątych nie wypada nie znać tej płyty.
Lejdi K
Alicia Keys- Girl On Fire, (2012)
Alicia Keys lubi trochę stroić sobie żarty z fanów. Wydaje nędzne single, wypuszcza w eter przedpremierowo słabe kawałki, żeby na końcu po premierze albumu wszystkim opadły szczęki. No dobra, prawie wszystkim. Tak też było z Kobietą W Ogniu. Co prawda w naszym zestawieniu krążka zabrakło, jednak przyznać trzeba, że nie jest to płyta na jeden, czy dwa razy, jest za dobra. Powróciłam sobie do niej ostatnio, odkrywam głębiej skryte melodie i dźwięki, dosadność tekstów, ale przede wszystkim – mocno przemyślany koncept. Warto czasem wracać.
Estrella Q

Beady Belle – Home, Jazzland Records (2001)
Album Home norweskiego duetu Beady Belle odbiega od standardowych miskowych brzmień, jednak to właśnie on na nowo zawładnął moim sercem i uchem. Już pierwsze nuty przenoszą w stan muzycznej lewitacji. Intensywności sennym wizjom kreowanym instrumentalną wirtuozerią dodają fenomenalne wokale. Wraz z drum’n’bassowym „Ghosts” tętno przyspiesza, tylko po to, by za chwilę pulsować przy dźwiękach funkującego „Moderation”. Znowu „Game” odmienia otoczenie, malując tęczę i zachęcając tekstem oraz wyjątkowymi harmoniami do odnalezienia w sobie małego dziecka. Przy takiej różnorodności nie pozostaje nic, jak tylko puścić wodze wyobraźni i eksplorować planetę krążącą wokół jazzowego słońca.
Chojny
Danny Brown – XXX, Fool’s Gold Records (2011)
Żeby w nowym Press Playu nie było za słodko, narzucę na niego zasłonę w postaci gorzko-kwaśnej twórczości Danny’ego Browna. Pochodzący z Detroit raper od lat urozmaicał swoją ciekawą osobowością muzyczną mapę swojego miasta, ale to wydany w 2011 album XXX wprowadził go na salony jako ulubionego wariata waszych ulubionych wariatów. Odrażające, przerysowane z kreskówkową manierą linijki, patologiczne historie z najciemniejszych zakamarków Motor Town i te obskurne, ale budujące sieć porozumienia z raperem bity. Niby klasyczna pozycja z cyklu „love it or hate it”, ale weźcie pod uwagę, ze wśród tych „kochających” Danny’ego znaleźli się między innymi HudMo, Alchemist, Sean Price, araabMUZIK, Rustie, czy A$AP Rocky.
Eye Ma

Janet Jackson – The Velvet Rope, Virgin (1997)
Początek roku to okres posuchy dla przemysłu muzycznego, postanowiłam więc wrócić do pozycji, którą miałam sobie odświeżyć już dawno temu. Muszę przyznać, że nigdy nie byłam wielką fanką Janet, ale teraz już wiem, że do jej albumów (zwłaszcza do The Velvet Rope) trzeba po prostu dojrzeć/dorosnąć. Najpiękniejsze dzieło w całej dyskografii J., nie tylko nasycone jest całym wachlarzem emocji, jakie kryje w sobie każda kobieta, ale jest także niezwykle różnorodne jeśli chodzi o dźwięki. Klasyczne R&B miesza się tu z popem, a wysublimowany soul nieraz podrasowany jest dynamiczną gitarą. Najlepsze z najlepszych: „What About”, „Go Deep”, „Velvet Rope”, „Got ’til It’s Gone”, „Together Again”… a zresztą, mogłabym tak wymienić całą tracklistę.
souljunkie
Luke James – Whispers in the Dark, Island Def Jam (2012)
Czekanie na pełnoprawny długogrający album Luke’a Jamesa to prawdziwa próba cierpliwości, którą Whispers in the Dark na pewno umila. Może nie jest tak dobrze jak w przypadku #Luke, ale wokalista wciąż prezentuje nam solidną porcję nowoczesnego R&B z elementami hip-hopu czy jazzu. Bez popadania w depresję czy przesadną emocjonalność, Luke potrafi ukazać swoje uczucia w perfekcyjnie skrojonych utworach. Z całego projektu na wyróżnienie zasługują „Oh God” z gościnnym udziałem Hit-Boy’a, „Love Chile” i „Mo’ Better Blues”. Mam wielki apetyt na więcej. Panie James – do roboty!
W ramach zapoznania/przypomnienia sprawdźcie kilka z ostatnich dokonań Princess Freesii:





Komentarze