Czy tylko ja odliczałem dni do występu D’Angelo we wczorajszym odcinku Saturday Night Live? Rzecz była naprawdę niebagatelna nie tylko dlatego, że amerykański SNL to program kultowy, a być może nawet bardziej ponieważ było to pierwsze duże medialne potwierdzenie tego, że Black Messiah naprawdę się ukazało. Mam wrażenie, że raczej nie ma co liczyć na szereg widowiskowych teledysków (chociaż bardzo chciałbym się mylić), a D’ (całkiem słusznie zresztą) trzyma się koncepcji promocji całego krążka, a nie pojedynczych numerów. Chociaż wybory numerów do SNL okazały się być dość oczywiste — „Really Love” i „The Charade” od samego początku promowane były wszak jako jasne punkty Black Messiah (trzecim możliwym wyborem było chyba tylko „Sugah Daddy”). Tak czy inaczej D’Angelo zaprezentował dwa zupełnie różne odcienie swojego zeszłorocznego krążka — delikatne smooth soulowe i bardziej hendriksowskie, przesycone psychodelicznym rockiem przełomu lat 60. i 70. w „The Charade”. W tym drugim, znacznie bardziej gitarowym wcieleniu wypadł zresztą znacznie lepiej. Oceńcie sami poniżej.



Komentarze