Wydarzenia

Recenzja: Ghostface Killah & BadBadNotGood Sour Soul

Data: 26 marca 2015 Autor: Komentarzy:

Ghostface Killah
& BadBadNotGood

Sour Soul (2014)

Lex Records

Liczba płyt wypuszczonych przez Ghostface’a w ciągu ponad dwudziestu lat kariery wygląda imponująco. Albumy nagrane wraz z kumplami (?) z Wu-Tang Clanu, solówki, a także różne kooperacje z raperami i producentami. Przez wielu dyskografia Tony’ego Starksa uznawana jest najbardziej równą pod względem jakości wśród wszystkich członków legendarnej ekipy ze Staten Island. Ostatnimi czasy płodność artystyczna Ghosta może imponować, bo choć ma już 44 lata na karku, wciąż widać w nim głód nagrywania i chęć uraczenia fanów nową porcją muzyki. Powstaje jednak pytanie, czy wydawanie płyt w tak krótkich odstępach czasu umacnia popularnego Ironmana na pozycji najsolidniejszego z rapowych mnichów, czy jest po prostu rozmienianiem się na drobne?

W 2013 roku Ghostface Killah puścił w obieg dwie wersje albumu Twelve Reasons to Die. Jedna została wyprodukowana przez cenionego kompozytora, aranżera i multiinstrumentalistę  Adriana Younge’a, natomiast warstwą muzyczną drugiej zajął się twórca brudnych, samplowanych bitów prosto z Detroit — Apollo Brown. Obydwa wydawnictwa spotkały się z bardzo dobrym odbiorem fanów oraz krytyki. Wraz z końcem roku 2014 na sklepowych półkach i muzycznych serwerach pojawił się konceptualny album 36 Seasons, który był krążkiem jak najbardziej poprawnym, aczkolwiek brakowało mu błysku pozwalającego przetrwać próbę czasu. Dopiero co w kalendarzach pojawiła się liczba 2015, a na serwisach muzycznych znów możemy ujrzeć twarz Ghostface’a w rapowych nowościach. Tym razem za sprawą albumu Sour Soul.

Nowojorski raper i tym razem uciekł się do układu raper-producent, chociaż w tym wypadku bardziej pasowałaby nomenklatura raper-jazz band. BADBADNOTGOOD, bo o nich mowa w kontekście produkcji warstwy muzycznej, to kanadyjskie trio tworzące jazz z pokaźną domieszką rapu, gdzie abstrakcja i awangarda zderzają się ze sobą nadzwyczaj często. Szerszemu gronu dali poznać się w roku 2011, gdy w sieci pojawiły się albumy BBNGBBNGLIVE 1 wypełnione gęsto re-aranżacjami rapowych bangierów („Hard in Da Paint”) oraz coverami popularnych utworów z innych obszarów muzycznych („Limit to Your Love”). Kolejne lata to konsekwentne wypuszczanie kolejnych produkcji i wyrobienie charakterystycznego stylu wypełnionego gęstym, zadymionym mrokiem. BADBADNOTGOOD przez całą dotychczasową karierę stali blisko rapu, więc naturalnym biegiem wydarzeń było wydanie albumu, na którym pojawił się emce.

Dwanaście kompozycji BADBADNOTGOOD, które pojawiły się na Sour Soul powstało w konsultacji ze zdobywcą Grammy, Frankiem Dukesem, krajanem jazzowej trójki z Toronto. Owocem tej współpracy są synkopowe brzmienia mariażu jazzu i hip-hopu, czyli w gruncie to samo, co trio serwuje nam od 4 lat. Jakościowo jest to kawał naprawdę solidnej roboty. Ale solidna robota to jedno, a to czy dany utwór wbije się w umysł słuchacza — drugie. Niestety słuchając Sour Soul od deski do deski, popaść można w monotonię, której rozwiać nie jest nawet w stanie nawet gwóźdź programu, Ghostface Killah, przechadzający się wśród dźwięków BBNG niczym rasowy aktor kina noir. Tematyka płyty to standardowe gadki Ghosta, do których przyzwyczaił wiernych słuchaczy. Sporo tutaj przechwałek, nawiązań do narkotyków i rad dla początkujących w tej szarej strefie, ale także kilka retrospekcji („I used to rob and steal, now I make food for thought”) i parę truizmów („Make peace not war, make babies some more”). Nic wybitnego, ot solidna nawijka od bardzo dobrego rapera z charakterystycznym flow. Jeśli słuchaliście poprzednich albumów Ghosta, pewnie już to gdzieś słyszeliście. Na Sour Soul znalazło się czterech gości. Mamy tutaj dwójkę reprezentantów Motor City, w postaci ekscentrycznego Danny’ego Browna i byłego członka Slum Village, Elzhiego, a także po jednym przedstawicielu z Chicago (Tree) oraz Long Island w Nowym Jorku (DOOM). Każdy wzbogaca album, dając wersy w swoim stylu. Najbarwniej wypada braggadocio w wykonaniu Elzhiego, gdzie pada stwierdzenie — „My lines are cocaine, the flow is bath salt”. Mnie przekonał.

Trudno wymagać od weterana, który prawie od ćwierćwiecza nie znika z rapowej sceny, aby ponownie nagrał album poruszający na lata. Ghost swoje miejsce wśród wszelkiej maści raperów będzie miał zawsze. Sour Soul to album solidny, aczkolwiek zbyt monotonny, pod względem ogólnego wydźwięku bardzo przypominający poprzednią płytę 36 Seasons. Ponownie wszystko jest poprawne — od wersów Pretty’ego Tony’ego, przez zwrotki gościnne, aż po produkcję BADBADNOTGOOD. Poprawnie nie znaczy źle, po prostu mogło być trochę lepiej, oryginalniej, choć bynajmniej nie jest to głos zgorzkniałości.

Komentarze

komentarzy