album

Wkrótce kompletne sesje nagraniowe Sun Ship Johna Coltrane’a

Image1

To niesamowite, że po prawie półwieczu wciąż ukazują się niepublikowane wcześniej nagrania Coltrane’a czy Davisa. Tak reklamuje się też nowe wydawnictwo The Complete Sun Ship Session, które ukaże się 16 kwietnia na dwóch CD nakładem Verve, a miesiąc później – 21 maja na potrójnym winylu dzięki Mosaic Records. Sesje do płyty Sun Ship zarejestrowano w klasycznym składzie (znanym jako John Coltrane Quartet): John Coltrane, pianista McCoy Tyner, basista Jimmy Garrison i bębniarz Elvin Jones w sierpniu 1965 roku. Album wydano jednak dopiero po śmierci Coltrane’a, sześć lat później w 1971 roku. Źródła donoszą, że są to jedne z ostatnich sesji John Coltrane Quartet i jedyne, które uchowały się w całości. Nagrania pochodzą z okresu, gdy Coltrane znajdował się u swojego kreatywnego szczytu. Teraz wreszcie będzie można posłuchać tych sesji w całej okazałości.

Recenzja: Charles Bradley Victim of Love

Charles Bradley

Victim of Love (2013)

Dunham Records/Daptone Records

Patrząc na historię Charlesa Bradleya można stwierdzić, że karma jednak istnieje. Żeby uświadomić sobie, czego doświadczył ten człowiek, warto obejrzeć dokument Charles Bradley: Soul of America. Dzięki temu filmowi możemy spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy, a także dostrzec jaką przemianę przeszedł sam wokalista – od bezdomnego po ikonę soulu.

Przedstawiciele wytwórni Daptone Records twierdzą, że Victim of Love to najlepsza płyta jaką wydali. Nie można tego stwierdzić z całą pewnością, ale widać pewną różnicę między pierwszym a drugim albumem. Na No Time for Dreaming królował motyw biedy i ubóstwa, których doświadczył Bradley, zaś na Victim of Love zagościły miłość i nadzieja. Kiedy Krzyczący Orzeł Soulu — bo taki przydomek nosi wokalista — śpiewa swoim szorstkim, ochrypłym, surowym głosem I got the love w otwierającym „Stricly Reserved for You”, czuć całym ciałem, że Bradley nikogo nie bajeruje. Atomowy ładunek emocjonalny piosenek dostarczany przez jego wokal to największa zaleta obu płyt. Za to go pokochaliśmy i to stawia go w jednym szeregu z wokalistami pokroju Otisa Reddinga, Jamesa Browna czy Wilsona Picketta.

Warstwa muzyczna schodzi nieco na drugi plan przy wokalnych możliwościach Charlesa. Płyta osadzona jest w klimacie końca lat 60. i początku 70. Na uwagę zasługują tytułowe akustyczne „Victim of Love”, funkowe „Love Bug Blues” oraz „Confusion”, które wprowadza słuchacza w świat psychodelicznego soulu i brzmi podobnie do „(Don’t Worry) If There’s a Hell Below We’re All Going to Go” Curtisa Mayfielda. Muzyka na tej płycie jest prosta, tak jak prostolinijny jest człowiek, który do niej śpiewa. To sprawdzony patent z poprzedniego albumu, więc jeśli to brzmi dobrze, to nie ma sensu tego zmieniać.

Bradley nie zanotował znaczącego progresu swoim drugim wydawnictwem, jednak trudno się przyczepić do jakości płyty jako całości. Jeśli zdecydujemy się przesłuchać album od pierwszego do ostatniego utworu, nie odnotujemy wyraźnych odstępstw od wysokiej formy. Wszystko trzyma się solidnego poziomu. Sięgając po tę płytę spodziewać się można pasjonującego śpiewu, od którego włos jeży się na głowie. Jeśli podobał Wam się pierwszy krążek, sięgniecie także po ten. Charles  Was nie zawiedzie.

Kanye West twierdzi że jest Bogiem, tym razem przez Polaka

Kanye-West-Way-Too-Cold-e1336418874665
Jakiś czas temu do sieci wypłynęła plotka o tytule najnowszego albumu rapera. „I Am God” – jak na geniusza przystało. Nazwa wywołała ogromne kontrowersje wśród środowisk katolickich i tytuł płyty raptownie zmienił się w tytuł pierwszego singla. W ostatnim wywiadzie dla magazynu Billboard artysta wytłumaczył się z genezy powstania tego odważnego stwierdzenia.

„To jest myśl, która przychodzi w wyniku impulsu, nagła, niespodziewana myśl od Boga. Dla mnie takim impulsem był Francuski Festiwal Filmowy. Tam, na prywatnej prezentacji w 10-osobowej sali został wyświetlony film „Jesteś Bogiem” – tragiczna historia o składzie hip-hopowym, chyba z Polski. Głębia obrazu i przekaz muzyczny zainspirował mnie ponownie do odważnego wyznania. Można to interpretować na wiele sposobów, ja wiem swoje i będę się tego trzymał.”

Tym oto sposobem Paktofonika (zapewne za trudna nazwa do zapamiętania dla rapera) stała się inspiracją dla Westa.

To naturalnie prima aprilisowy żart. Kanye West prawdopodobnie jest w stanie inspirować się już tylko sobą samym.

Nowy album Mayera Hawthorne’a „bardzo różny od poprzednich”

MayerHawthorne

W tym roku naprawdę wszyscy wydają nowe płyty („Słyszałaś, Lauryn?!”). Do tej licznej grupy dołącza także, bo jakże by inaczej – Mayer Hawthorne. Wokalista już od jakiegoś czasu zapowiadał, że pracuje nad nowym albumem, majaczył coś o tym, że inspirują go Rolling Stonesi. Nie wiadomo na ile to wciąż aktualne, bo wokalista najwyraźniej grono współpracowników zebrał sobie na zgoła odmiennej muzycznej półce. W ostatnich sesjach nagraniowych w Nowym Jorku w studiu towarzyszyli mu m.in. Pharrell Williams, Oak, Jack Splash, John Hill czy Jack Warren.

Na brzmienie albumu wpłynął jednak inny znany producent muzyczny. „Jednym z pierwszych producentów, z którymi spotkałem się był… Rodney Jerkins” — wspomina Hawthorne. „Zagrałem mu kilka wersji demo, które stworzyłem i objaśniłem mu swoją wizję tej płyty, a on powiedział mi, że muszę to wszystko wyrzucić do kosza i zacząć od nowa, bo nie mogę mieć żadnych akordów septymowych w swoich piosenkach, bo to byłoby zbyt jazzowe. Więc po tym spotkaniu postanowiłem, że każda piosenka na płycie będzie zawierała taki akord.” — wyjaśnił muzyk. Piosenkarz zdradził także koncept stojący za albumem — „Zdecydowałem, że chciałbym zrobić całą płytę piosenek, które zagrałbym na swoim jachcie podczas rejsu.” Album ma być ponadto „bardzo różny od poprzednich” i ukazać się tego lata. Zapowiada się bardzo ciekawie.

The-Dream pokazuje okładkę płyty, ale znowu przesuwa premierę

dream2

IV Play, znane wcześniej pod wieloma innymi tytułami wychodzi bezskutecznie od kilku dobrych lat. Płyta miała ukazać się wreszcie 7 maja, ale znowu została przesunięta – tym razem na koniec miesiąca, na 28 maja. Żeby poprzeć jednak wciąż przekładaną premierę płyty twardymi dowodami, The-Dream zaprezentował dwie okładki nadchodzącego krążka. Obie przedstawiają dokładnie ten sam obrazek – jedna w pozytywie, druga w negatywie. Która jest która? Najprawdopodobniej czarna będzie towarzyszyła regularnej wersji, podczas, gdy biała ozdobi edycję deluxe. Okładki przedstawiają graficzną wariację na temat cyfry 4, a napisy na nich oddają ostatnie zamiłowanie artysty do greckich liter. A już za kilka dni, 2 kwietnia, w kultowym programie stacji BET „106 & Park” i na internetowej platformie VEVO zadebiutuje najnowszy teledysk Teriusa Nasha do piosenki „Slow It Down”

Zresztą The-Dream podobno ostatnio nie próżnuje — w ostatnich miesiącach pracuje nad nowymi albumami Beyonce, Marii Carey i Kanye’go Westa.

dream

Nowy album Daft Punk już w maju!

RAM-album cover
Wreszcie wszystko stało się jasne: po kilku tygodniach spekulacji zespół Daft Punk w miniony weekend ogłosił tytuł i datę premiery nowej, pierwszej nagranej dla wytwórni Columbia Records/Sony płyty studyjnej. Album Random Access Memories ukaże się 21 maja i dzień ten zapowiada się jako prawdziwe święto wielbicieli muzyki elektronicznej (przypomnijmy, że Daft Punk od czasu wydanego w 1997 roku krążka Homework uznawani są za mentorów brzmienia electro-funk, a każda kolejna płyta zyskuje świetne opinie fanów i krytyki).

Premiera nowego dzieła Daft Punk to także wydarzenie w skali światowej – od czasu zsamplowania kawałka „Harder Better Faster Stronger” przez Kanye Westa kultowe francuskie duo święci triumfy po obu stronach Atlantyku, każde ich nowe dzieło wyczekiwane jest z ogromną niecierpliwością a wstępne informacje o pierwszych gościach na najnowszej płycie (frontman Chic Nile Rodgers czy współtwórca muzyki disco c) tylko to zainteresowanie podsycają. Album można już zamawiać na oficjalnej stronie zespołu (gdzie udostępniono również fragment jednej z nowych piosenek) i wiadomo, że ukaże się on na płycie CD, winylu i w wersji cyfrowej. Więcej szczegółów już wkrótce.

Snoop Lion zdradza szczegóły Reinkarnacji

lion

Snoop Dogg, znany ostatnio jako Snoop Lion, zdradził wreszcie garść szczegółów dotyczących jego nadchodzącego reggae’owego krążka Reincarnated. Wiemy już, że album ukaże się 23 kwietnia nakładem RCA Records (a konkretnie ich pod-wytwórni: Berhane Sound System, Mad Decent, VICE Music). Choć okładka i tracklista wciąż pozostają tajemnicą, wiadomo też, że płytę wyprodukuje Major Lazer, a gościnnie pojawią się na niej m.in. Drake, T.I., Busta Rhymes, Akon czy Chris Brown. Ponadto wydaniu Reincarnated będzie towarzyszyć film dokumentalny o takim samym tytule, przedstawiający przemianę Snoop Dogga w Snoop Liona. Film ma trafić do amerykańskich kin 15 marca. Jak dotąd krążek promują dwa single: „La La La”„Here Comes the King”

Musiq Soulchild i Syleena Johnson nagrywają wspólny album!

Musiq-Syleena-Johnson
Taka niespodziewana informacja obiegła dzisiaj muzyczny eter. Jedna z najbardziej niedocenionych artystek, która mówiła nam ostatnio o swoich ulubionych numerach Whitney HoustonSyleena Johnson oraz, mam wrażenie, ciągle szukający swojej drogi Musiq Soulchild, postanowili wydać wspólny album. (więcej…)

?uestlove pisze książkę, a Black Thought nagrywa solowy album

quest

Ahmir „?uestlove” Thompson, wszędobylski perkusista The Roots, pisze książkę, a konkretnie wspomnienia. Mo’ Meta Blues: The World According to Questlove (okładka powyżej) ma ukazać się w USA 18 czerwca i być czymś w rodzaju opowieści z branży muzycznej z punkty widzenia Questlove’a. Z pewnością będzie ciekawie. Muzyk pracuje nad książką z Benem Greenmanem, edytorem New Yorkera.

Tymczasem jego kolega z The Roots – Black Thought, poza tym, że także podobno pracuje nad swoją biografią (ale detale nie są jeszcze znane), nagrywa swój debiutancki solowy album. Płyta zatytułowana The Talented Mr. Trotter ma być krążkiem… bluesowym i czymś zupełnie odrębnym od nadchodzącej płyty The Roots. Na albumie według zapowiedzi pojawić się mają m.in. Jim James (z kapeli My Morning Jacket – nie mylić z Jimem Jonesem), Tunde Adebimpe (z TV on the Radio) i doskonale znany czytelnikom Miski Raheem DeVaughn.

Wspomniana nowa płyta The Roots ma natomiast nosić tytuł & Then You Shoot Your Cousin i ukazać się pod koniec tego lub z początkiem kolejnego roku.

Jakby tego było mało grupa pracuje także nad wspólną płytą z brytyjskim piosenkarzem Elvisem Costello. Pierwsze efekty tej współpracy być może poznamy już przy okazji tegorocznego Record Store Day. Niesamowicie pracowici ci Rootsi! Ale wszystko brzmi niezwykle ekscytująco.

Nowy James Blake już w kwietniu!

Overgrown1
Po ostatnim singlu i teledysku artysty, czekaliśmy na konkrety. Dostaliśmy je. Album James’a Blake’a trafia na półki już 8 kwietnia. Powyżej macie okładkę, a zaraz po skoku listę utworów i ciekawostkę. (więcej…)

Inc. gotowi zawojować świat z nowym albumem

Oblicze współczesnego R&B zmienia się z dnia na dzień. Są tacy wykonawcy jak Miguel, Frank Ocean znani nieco szerszej publice i są jeszcze bardziej undergroundowi, niektórzy piszą, hipsterscy wykonawcy jak bracia Andrew  i Daniel Aged. Znani bardziej jako inc. zabierają R&B w coraz bardziej nieznane, muzyczne obszary. To jednak tylko znak postępu. mieliśmy juz okazję pisać o nich przy okazji singla „5 Days”, a teraz czas na ich LP pt. No World. Album ukaże się 19 lutego tego roku i usłyszeć będziecie na nim mogli gro miękkich falsetów i chwytliwych melodii, niektórych żywcem wyciągniętych z klimatu lat 90. Polecamy odsłuchać ten album.


Recenzja: A$AP Rocky Long.Live.A$AP

A$AP Rocky

Long.Live.A$AP (2013)

Polo Grounds

Gdy myślę o nowym pokoleniu raperów zza oceanu, do głowy przychodzi mi kilka ciekawych postaci. Nie trzeba się zbyt natrudzić, by dojść do wniosku, iż obecnie obserwujemy wielu niezłych MC, którzy w ostatnich dwóch-trzech latach wdarli się w rapowy biznes i konsekwentnie się w nim utrzymują. Spośród tych kilkunastu niezłych możemy wychwycić kilku wyjątkowych, mających „to coś”. Ciężko im cokolwiek odebrać – robią dobrą muzykę i zarabiają zasłużone pieniądze. Ponadto mają świetny flow, piszą dobre teksty i trudno ich krytykować za selekcję bitów. Istnieje jednak pewna rzecz, której im wyraźnie brak – żaden z nich nie nazywa się A$AP Rocky.

Wydając swój debiutancki longplay, nowojorski raper stanął na wysokości zadania, choć nie było to wcale tak oczywiste jakby się mogło wydawać. Po kilkukrotnym przekładaniu premiery płyty wątpliwym stało się czy krążek spełni oczekiwania publiczności i przebije mikstejp z 2011 roku LiveLoveA$AP, którym muzyk postawił sobie poprzeczkę dość wysoko. Jak się okazało, powodem opóźnienia były ambicja i perfekcjonizm artysty.

Artystyczny rozwój rapera jest na Long.Live.A$AP mocno zauważalny i wyraźnie słyszalny. Muzycznie nowe wydawnictwo jest naturalnym następcą mikstejpu, który w 2011 roku wprowadził Mayersa na rynek. Brzmienie znów skupione jest wokół przeplatających się spowolnionych wokali, które stały się znakiem charakterystycznym artysty. W niektórych momentach albumu pojawia się także dużo ambientu, tak jak w wyprodukowanym przez Clams Casino utworze „LVL”. Wszystko to przypomina nam koncept poprzednich działań artysty – jednak to, co rzuca się w oczy teraz, to umiejętna żonglerka stylem i różnymi rodzajami rapu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z jednej bowiem strony utwory takie jak „Goldie”, „Fuckin’ Problems” czy szalone i nagrane wspólnie ze Skrillexem „Wild for the Night” pokazują nam na czym polega podgatunek braggadacio, natomiast już kilka tytułów potem słyszymy klasyczny sampling i pełen soulu „Suddenly”, gdzie raper w fantastyczny sposób opowiada jak nagle i szybko jego życie uległo zmianie. Wraz z przyśpieszeniem bitu życie A$APa nabiera rozpędu i w momencie, gdy po prawie trzech minutach samego samplowanego wokalu i rapu artysty linia perkusyjna uderza nas po głowie, raper jest już na szczycie i powolutku upomina się o tron coraz pewniej spoglądając w kierunku obecnie rządzących rap-grą. Nie sposób nie wspomnieć także o jednym z najlepszych fragmentów całego albumu – kawałku „Phoenix”, produkcji Danger Mouse’a, w którym przepełniony pianinem i smyczkami piękny instrumental idealnie zlewa się w jedną całość ze szczerym do bólu tekstem Rakima, który rozprawia się ze wszystkimi zarzucającymi mu braku głębi i sensu w jego twórczości.

Młody nowojorczyk to dżentelmen, który oprócz wszystkich czynników charakteryzujących świetnego rapera posiada coś wyjątkowego. Kilka jego cech sprawia, że wyróżnia się na tle tłumu. Jest muzykiem uniwersalnym – mało kto potrafi zaprezentować się tak płynnie i naturalnie w jednym momencie rapując o modzie i zamiłowaniu do sztuki („Fashion Killa”), po czym zaraz przejść do tematu ciężkiego dorastania i Harlemu – przy tym wszystkim pozostając prawdziwym i unikając tandety. Ostatnim podobnym przypadkiem będzie pewnie Kanye West. Porównanie wcale nie jest przesadzone. Artysta obdarzony jest bowiem niesamowitym potencjałem, i może pochwalić się czymś więcej niż tylko dobrym rapem – jego prezencja i pewność siebie sprawiają, że ma wszystko co potrzebne, by zostać ikoną muzyki rap oraz gwiazdą świata pop, a to w żadnym wypadku nie świadczy o nim źle.

James Blake zapowiada nowy album i prezentuje pierwszy singiel

Fjuczergarażowy wrażliwiec James Blake zapowiedział premierę swojego drugiego krążka już na kwiecień. Album zatytułowany Overgrown ma konkretnie trafić na półki sklepowe 8 kwietnia nakładem Republic Records. Żeby nie być gołosłownym piosenkarz, nie zwlekając ani chwili, zaprezentował wczoraj na antenie BBC Radio 1 pierwszy numer z płyty „Retrograde”. Piosenka eksploruje te same postdubstepowe terytoria, które Blake odkrył na swoim debiutanckim krążku, ale robi to jakby subtelniej, w nawet bardziej uduchowiony, choć niepozbawiony elektronicznej wirtuozerii sposób. Ripu z radiowej premieru „Retrograde” możecie posłuchać poniżej. O dalszych poczynaniach Blake’a będziemy na bieżąco informować.

Recenzja: Angie Stone Rich Girl

Angie Stone

Rich Girl (2012)

Stax Records/ Warner Music Polska

Dlaczego płyta stawianej obok Eryki BaduJill Scott wokalistki przechodzi prawie niezauważona? Zmieniły się trendy? W pogoni za nimi łatwo się zgubić. Zagubiona była też Angie Stone na Unexpected. Teraz powróciła z bardzo solidną płytą w typowym dla siebie stylu. Gdzie więc tkwi problem Rich Girl?

W rzeczywistości trudno wskazać jeden czynnik. Muzyka jest w moim sercu i w mojej duszy – śpiewa w intrze Angie Stone i wszystko się zgadza. Jak zawsze jest emocjonalnie i kobieco, a jednak coś tu nie gra. Za zaletę nie można tym tazem uznać warstwy tekstowej. Stone, choć nosząca bogaty bagaż doświadczeń, nie dostarcza słuchaczom niczego przykuwającego uwagi i tylko muzyka ratuje jej nowy materiał przed popadnięciem w jeszcze większą niełaskę. Bo od tej strony jest znacznie lepiej.

Angie uczy się na błędach, które popełniła przy poprzednim krążku. Niepotrzebne udziwnienia to już przeszłość i w brzmieniu ponownie króluje klasyczna fuzja soulu z R&B. Wokalistka wzięła na swoje barki produkcję materiału, co jest chyba największym plusem Rich Girl. Dzięki temu album zawiera takie perełki jak osobiste „Proud of Me” czy pełne ciepła „Alright”, które z powodzeniem mogłyby trafić na najlepsze płyty Stone. Równy poziom utrzymuje także pełne bujających rytmów „Back-Up Plan”, a uroku nie da się odmówić singlowemu „Do What U Gotta Do”. W innych przypadkach nie jest już tak pięknie. Po wspomnianym „Alright” coś się psuje, utwory tracą swój blask, dlatego dobrym posunięciem było zamknięcie albumu świetnym „Sisters” z gościnnym udziałem m.in. Tweet.

Nic nowego nie oznacza od razu czegoś złego. Nie trzeba zawsze zaskakiwać, bo przypadek Stone pokazuje, że sprawdzony styl to dobry styl. Choć nie imponująco, bez wątpienia Angie powróciła na Rich Girl do formy. Warto to docenić.

Z innej miski: My Bloody Valentine m b v

Jeśli myśleliście, że dzisiejszy dzień będzie należał do Beyoncé (która wystąpi w przerwie Super Bowl), musicie koniecznie zweryfikować tę opinię. Od kilku godzin oczy całego muzycznego internetu zwróciły się bowiem w zgoła przeciwnym kierunku. Oto bowiem wczoraj w godzinach wieczornych, legenda shoegaze’u My Bloody Valentine oznajmiła, że jeszcze tego samego dnia trafi do sprzedaży ich trzeci studyjny album, wyczekiwany od 22 lat następca genialnego Loveless. Album zatytułowany m b v w istocie pojawił się w sieci, choć przez kilka kolejnych godzin w jego istnienie wciąż wątpiło wielu, z powodu ogromnego ruchu, który skutecznie zablokował oficjalną stronę grupy, gdzie można było krążek nabyć. Nowa płyta zawiera 9 kompozycji, które rozpoczynają się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku. m b v na fizycznych nośnikach (CD i winylu) ma ukazać się 22 lutego. W ramach zajawki utwór rozpoczynający krążek – „She Found Now”. Całości odsłuchać można na oficjalnym profilu zespołu na Youtube, do czego bezwzględnie zachęcam!

Recenzja: Toro y Moi Anything in Return

Toro y Moi

Anything in Return (2013)

Carpark Records


 

Toro is not chillwave – tak o samym zainteresowanym mówi jego znajomy Tyler, the Creator. Łatkę, którą przypięto Bundickowi jeszcze zanim wydał swój debiut – Causers of This – można i trzeba wyrzucić do kosza. Im szybciej tym lepiej. Od 2010 roku minęło sporo czasu, a sam nurt chillwave’owy przygasł tak szybko jak się pojawił. Poza tym, na drodze do swojego trzeciego albumu, Toro popełnił jeszcze Underneath the Pine czy epkę Freaking Out, które ukazały skalę umiejętności oraz rozwoju Chaza.

Brzmienie Anything In Return, jest kontynuacją tego, co słyszeliśmy na wcześniejszych wydawnictwach i jest kolejnym naturalnym krokiem muzycznej ewolucji autora. Jedyną różnicą są bardziej wyraziste, głębokie melodie. Z pewnością Bundick dał popis swoich technicznych, producenckich umiejętności i upust swoim transgatunkowym fascynacjom. Tytułem jednego z singli – „So Many Details” – można opatrzyć co najmniej kilka utworów z tej płyty. Wielka szkoda, że na albumie zabrakło eksperymentalnego „Lyin’ (Parts 1-4)”.

Zaczyna się bardzo klimatycznie, kawałkiem „Harm in Change” z czystym pianinem i zniekształconymi keyboardami. Dalej mamy dwa single: „Say That” z hipnotyczną linią melodyczną i dopełniającymi je syntezatorami oraz wspomniany „So Many Details”, gdzie usłyszeć można bogactwo detali, jakimi Chaz ozdabia swoje nagrania. Niestety od czwartego do dziewiątego numeru, atmosfera jakby siada. Rozpatrując każdy utwór z osobna, ocena byłaby pozytywna, jednak słuchając ich po kolei, trzeba uważnie śledzić playlistę by trafnie je od siebie odróżnić. Na szczęście wraz z najbardziej popowym numerem na płycie – „Cake” – rodem z italo disco, następuje przełamanie tej tendencji i już do końca płyty możemy w pełni czerpać przyjemność z brzmienia Toro y Moi. Pomaga w tym z pewnością najbardziej energetyczny kawałek na płycie, „Never Matter”.

Ciężko wtłoczyć Toro do jakiejkolwiek szufladki z nazwą konkretnego gatunku muzycznego. Anything in Return jest jego najbardziej spójnym i konsekwentnym albumem. Delikatny wokal okrasza rozbudowane melodie, które przyjmują formę elektronicznej synth popowej mozaiki. Chaz zdaje się mówić tym albumem: Dopiero wchodzę w dorosłość. Mam przed sobą mnogość wyborów, zamierzam próbować i nie podejmować pochopnych decyzji. Świadome podejście.

Rick Ross zapowiada szósty album

Po bardzo udanym numerze „100 Black Coffins” na ścieżce dźwiękowej filmu Django Unchained Quentina Tarantino, Rick Ross zapowiada kolejny, już szósty, studyjny album w ciągu zaledwie 8 lat! Jeśli doliczyć do tego kompilacje, mikstejpy, kolaboracje i epki, otrzymamy listę aż 14 dużych wydawnictw, co praktycznie czyni Rossa chcąc nie chcąc Rihanną hip hopu. Póki co wiadomo tyle, że nowy album ukaże się w tym roku (naturalnie nakładem Maybach Music), będzie nosić tytuł Mastermind i że promuje go singiel „Box Chevy”, którego możecie posłuchać poniżej, ale uprzedzam – brzmi dokładnie tak, jak myślicie, że brzmi, czyli jak Rick Ross.

Spike Lee bohaterem dla Skyzoo

Chodzą słuchy, że Spike Lee jest już nieważny, może i kiedyś był ważną postacią, ale dziś grzeje tylko tyłek na swoim miejscu przy parkiecie w Madison Square Garden oraz żałuje, że to nie on wyreżyserował Django Unchained. Niejaki Skyzoo zamiast hejtingu, uprawia loving, zarówno w utworze , jak i teledysku do „Spike Lee Was My Hero”. Autor tego kawałka, MC z Brooklynu, zdaje się mieć  głęboki szacunek dla znanego reżysera. Wyrazem tego uznania, jest m.in. klip, który właśnie pojawił się w sieci. Video wyszło spod ręki Alexa Ghassana, samo nagranie zaś wyprodukował Tall Black Guy. Skyzoo nawija na podkładzie usłanym z dęciaków i zapętleń, otacza się zaś przedmiotami i miejscami silnie związanymi z postacią Spike’a. Wychodzi mu to całkiem nieźle, może dlatego, że zmobilizowała go obecność innego zawodnika – mocnego – rodem z Brooklynu. Talib Kweli również swoją zwrotką składa w pewnym sensie hołd dorobkowi reżysera. Klip zawiera też krótki, gościnny występ samego zainteresowanego. Razem w akcji możecie ich obejrzeć poniżej, zaś jeśli chcecie posłuchać Skyzoo w większej ilości, to wydał album – A Dream Deferred.

Nowy projekt okładki Prisoner of Conscious

To, że projekt okładki pojawił się w sieci, utwierdza nas w przekonaniu, że album Taliba Kweli Prisoner of Conscious jednak wyjdzie 23 kwietnia tego roku, po tym jak jego premierę odłożono o prawie sześć miesięcy. Sama okładka? Intrygująca rzecz można. Znaki przypominają nieco pismo arabskie, zaś zapis EDT. 01, może sugerować, że projektów lub samych okładek będzie więcej. Odwrócony obraz? Może właśnie sam obraz jest reprezentacją świadomości, świata myśli i jeśli chcemy się z niego wyrwać, warto czasem zajrzeć, co jest po jego drugiej stronie (podświadomość, świat czystego istnienia, bycia bez myśli). Więcej domysłów snuć nie będę, spytać mogę jedynie: Co Wy o tym sądzicie. Zostawcie nam swoje opinie.

Tracklist:

1. Human Mic
2. Prisoner Of Conscious
3. Ready Set Go, featuring Melanie Fiona
4. Upper Echelon
5. Letter From The Government
6. High Life, featuring Rubix; Bajah
7. Kilo’s of Love
8. Before He Walked, featuring Nelly
9. Come, featuring Miguel
10. Push Thru, featuring Curren$y; Kendrick Lamar; Glen Reynolds
11. Hold It Now
12. Delicate Flowers
13. Hamster Wheel
14. Rocket Ships, featuring Busta Rhymes
15. Favela Love, featuring Seu Jorge
16. Can’t Barely Breathe, featuring Amber Strother

Nowy album D’Angelo gotowy w 99%

Tak przynajmniej twierdzi Questlove, który postawił sobie chyba za punkt honoru informowanie opinii publicznej o postępach w powstawaniu trzeciego studyjnego krążka D’Angelo. Muzyk The Roots, który od 2004 roku bierze udział w pracach nad tworzeniem nowego albumu soulowego wokalisty, twierdzi, że album w zasadzie jest już niemal ukończony i będzie zawiedziony, jeśli nie zostanie złożony wytwórni w lutym tego roku. Questlove po raz kolejny określił też płytę jako natychmiastowy klasyk, który słuchacze będą odkrywać przez co najmniej dziesięć kolejnych lat, ale już po pierwszych 30 sekundach będą mogli dojść do wniosku, że to dzieło ponadczasowe. Oby oby oby! Jak dotąd nie ma żadnych oficjalnych wieści odnośnie szczegółów następcy VooDoo z 2000 roku.