album

Destiny’s Child kompilują piosenki miłosne

Nowa składanka Love Songs będzie zawierać 13 klasycznych numerów zespołu i nową piosenkę „Nuclear”. To pierwszy premierowy kawałek tria od ośmiu lat. Legacy Recordings, wydawca płyty, potwierdził, że „Nuclear” to nowo nagrany utwór, nie odrzut z dawnych sesji grupy. Album zostanie wydany 29 stycznia, dwa tygodnie przed walentynkami. Powyżej okładka, poniżej tracklista, zawierająca za wyjątkiem otwierającego „Cater 2 U”, raczej mało oczywiste numery. Na odsłuch „Nuclear” przyjdzie nam pewnie jeszcze chwilę poczekać.

Spis utworów:
1. „Cater 2 U” (Destiny Fulfilled, 2004)
2. „Killing Time” (Destiny’s Child, 1998)
3. „Second Nature” (Destiny’s Child, 1998)
4. „Heaven” (Simply Deep, 2002)
5. „Now That She’s Gone” (The Writing’s On The Wall, 1999)
6. „Brown Eyes” (Survivor, 2001)
7. „If” ( „Destiny Fulfilled, 2004)
8. „Emotion” (Survivor, 2001)
9. „If You Leave (featuring Next)” (The Writing’s On The Wall, 1999)
10. „T-Shirt” (Destiny Fulfilled, 2004)
11. „Temptation” (The Writing’s On The Wall, 1999)
12. „Say My Name” (Timbaland remix) (This Is The Remix, 2002)
13. „Love” (Destiny Fulfilled, 2004)
14. „Nuclear” (Love Songs, 2013)

Zapowiedź albumu: Wings of Love – niepublikowane nagrania Shuggiego Otisa

Ostatni album Shuggiego Otisa – Inspiration Information ukazał się niemal 40 lat temu, w 1974 roku. Od tego czasu nie wydano żadnych kolejnych nagrań legendy psychodelicznego soulu lat 70. Teraz wytwórnia Epic we współpracy Legacy Recordings przygotowuje się do reedycji wspomnianego Inspiration Information, powszechnie uznawanego za najlepszy z trzech albumów Otisa. Wydaniu ma towarzyszyć druga płyta, zatytułowana Wings of Love gromadząca niewydane lub mało znane nagrania artysty. Oba wydawnictwa ukażą się 16 kwietnia. Poniżej spis utworów obu płyt – gwiazdką zaznaczone zostały utwory uprzednio niepublikowane.

Inspiration Information:
1. „Inspiration Information”
2. „Island Letter”
3. „Sparkle City”
4. „Aht Uh Mi Hed”
5. „Happy House”
6. „Rainy Day”
7. „XL-30”
8. „Pling!”
9. „Not Available”
10. „Miss Pretty” *
11. „Magic” *
12. „Things We Like to Do” *
13. „Castle Top Jam” *

Wings of Love:
1. „Intro” *
2. „Special” *
3. „Give Me Something Good”
4. „Tryin’ to Get Close to You”
5. „Walkin’ Down The Country” *
6. „Doin’ What’s Right” *
7. „Wings Of Love” *
8. „Give Me a Chance” *
9. „Don’t You Run Away” *
10. „Fireball of Love” *
11. „Fawn” *
12. „If You’d Be Mine” *
13. „Black Belt Sheriff” *
14. „Destination You!” *

Recenzja: Bruno Mars Unorthodox Jukebox

Bruno Mars

Unorthodox Jukebox (2012)

Atlantic

Pierwszy album Bruna Doo-Wops & Hooligans odniósł nie tylko spory sukces komercyjny, ale zyskał także przychylne recenzje krytyków. Często w takich przypadkach, wydając drugą płytę, trudno jest zachować zadowalający obie strony poziom. Mars znalazł jednak sposób na utrzymanie równowagi w tej kwestii jeszcze przez jakiś czas.

Na Unorthodox Jukebox Bruno kontynuuje założenia, które sprawdziły się na poprzedniej płycie. W chaotycznym repertuarze po raz kolejny znalazły się: typowy utwór z wpływami reggae („Show Me”), ballady prostodusznego romantyka („When I Was Your Man”, „Young Girls”) oraz nieskomplikowane popowe kawałki („Money Make Her Smile”, „Natalie”).

Mars nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaprezentował nam przebojowych numerów, których inspiracji należy szukać nawet o kilka dekad wcześniej. Wokalista czaruje i urzeka damską część publiczności słodkim głosem w piosence na wzór hymnów z lat 60. – „If I Knew”, hołduje zespołowi The Police w singlowym „Locked Out of Heaven” oraz odświeża funkowo-dyskotekowego ducha dawnych potańcówek w wibrującym „Treasure”. Stara szkoła swobodnie miesza się tutaj z nową. Łatwo wpadające w ucho, oparte na żywych instrumentach podkłady tworzą idealne radiowe, ale niebanalne, hity.

Unorthodox Jukebox to bezpieczna kopia poprzedniej płyty, która sprawi, że Bruno nie będzie musiał martwić się o swój los przez najbliższych kilka miesięcy. Pytanie tylko – co potem? Obawiam się, że przy następnym wydawnictwie fani mogą wymagać czegoś więcej niż jedynie poprawności.

Recenzja: Cody ChesnuTT Landing on a Hundred

Cody ChesnuTT

Landing on a Hundred (2012)

One Little Indian

Soul, klasyka, powrót do korzeni, Motown – tych kilka krótkich wyrażeń w najlepszy sposób opisuje najnowszy album artysty. W tym roku minęło 10 lat od wydania jego pierwszego dzieła The Headphone Masterpiece, jak można się więc domyślić, wszystko co słyszymy na Landing on a Hundred to podsumowanie minionej dekady w życiu ChesnuTTa. Mimo tego, iż w odróżnieniu od pierwszego albumu Cody zdecydował się rejestrować materiał w profesjonalnym studiu w Niemczech, jego zamiłowanie do analogowych technik nagrywania sprawia, że całość brzmi jakby stworzona była w domowym warunkach. Głębokość i ciepło analogowych taśm dają o sobie znać.

Podczas gdy pierwsza płyta była mieszanką popu, soulu i rapu, tym razem dostajemy krążek oparty w stu procentach o muzykę soul z okresu początku lat 70-tych. Cody skutecznie manipuluje swoim głosem oraz dźwiękiem instrumentów inspirując się przy tym największymi legendami soulu: Gayem, Womackiem czy Mayfieldem. Jeśli chodzi o treść, muzyk ociera się o różne tematy, oddając hołd swoim afrykańskim korzeniom w „I’ve Been Life”, rozważając o kwestiach miłości w „Love Is More Than a Weeding Day”, a także poruszając kwestie odkupienia w „Til I Met Thee”. Warto zaznaczyć, iż zdecydowaną siłą Codiego jest zdolność łączenia tematów socjalnych, politycznych i miłosnych z zachowaniem odpowiedniego balansu i uniknięciem tandetnego i taniego wydźwięku. Artysta swoimi tekstami zabiera nas na wycieczkę po życiu pełnym wzlotów, upadków, nadziei oraz ostatecznego zwycięstwa.

Analizując słabsze strony, muzycznie nie jest to produkt dla osób oczekujących nowoczesnych rozwiązań, ciekawych aranżacji oraz różnorakiej struktury utworów. Miłośnicy muzycznych innowacji z pewnością nie znajdą tutaj zbyt wielu rzeczy dla siebie. Mimo tego Cody swoim brzmieniem zabiera nas w interesującą podróż po zapominanych nieco w dzisiejszych czasach sferach oryginalnej muzyki soul, gdzie szumy i szelesty taśm dodają uroku a nie zakłócają odbioru płyty. Podsumowując całość, Landing on a Hundred to interesujące i ciekawe wydawnictwo, które jest godne polecenia wszystkim koneserom i fanom muzyki soul z lat 60-tych i 70-tych.

Recenzja: Nick Waterhouse Time’s All Gone

Nick Waterhouse

Time’s All Gone (2012)

Innovative Leisure

Po gigantycznym sukcesie Back to Black Amy Winehouse, retro soul na dobre zadomowił się we współczesnej popkulturze. Niczym grzyby po deszczu zaczęli wyrastać kolejni wykonawcy, mniej lub bardziej ewidentnie inspirujący się klasycznym rhythm & bluesem. Wkrótce słuchacze się znudzili, moda się zmieniła, ale nurt pozostał i nadal radzi sobie całkiem nieźle. W związku z tym pytanie jak odróżnić prawdziwie dobry album od marnej imitacji wciąż pozostaje aktualne.

Nick Waterhouse to idealny przykład na to, że współcześnie można tworzyć autentyczny rhythm & blues, głęboko zakorzeniony w klasyce gatunku. Kalifornijczyk nie wykorzystuje swojego brzmienia jako punktu zaczepienia do wielkiej multimedialnej kariery, nie dba o aktualne trendy, wydaje swoje płyty na winylu, jak nakazuje tradycja. Muzyka broni się sama.

Na Time’s All Gone, ledwie ponad półgodzinnym debiutanckim longplayu, Waterhouse nie stara się przepisywać przeszłości na teraźniejszość, by brzmieć adekwatnie; nie wygładza brzmienia; nie podszywa się pod kogoś, kim nie jest; nie pożycza wybranych elementów stylistyki lat 60., ignorując te, które mu nie leżą; nie jest wybitnym wokalistą — po prostu robi swoje, nagrywa muzykę, która go stworzyła i robi to z niesamowitym wyczuciem. Płyta zachwyca naturalnością z jaką muzyczna elegancja zostaje tu wpisana w surowy, niemalże garażowy rhythm & blues. Album jest kwintesencją przebojowości w starym stylu — na krótkie, ale intensywne piosenki składają się przejrzysty rytm, szczere emocje i nieskrępowane meandry żywych instrumentów.

A gdzie w tym wszystkim współczesność? Współczesność nie ma do zaoferowania niczego ponad tę w jakimś sensie pierwotną energię bijącą z każdego z jedenastu numerów na Time’s All Gone. Brown, Redding, Charles byliby dumni. Waterhouse’a można ze spokojem i bez cienia wątpliwości położyć na jednej półce w ich towarzystwie.

Nowy teledysk: Luke James „Make Love To Me”

Świeżo nominowany do nagrody GRAMMY wokalista Luke James nie zwalnia tempa. Po debiutanckim singlu „I Want You”, spieszy by pokazac nam teledysk do najnowszego nagrania :Make Love To Me”. Sceny klipu ewidentnie nawiązują do obrazu Erniego Barnesa Sugar Schack, który to stał się okładką do płyty Marvina Gaye’a I Want You. Nagranie wyprodukowane przez Salaamiego Remi jest drugim, oficjalnym singlem z nadchodzącego albumu Made To Love, który ukaże się w 2013 roku. Zanim krążek trafi do sprzedaży, James wypuści jeszcze 12 grudnia EP pt. Whispers In The Dark. Obejrzyjcie ten zmysłowy akt tańca w wykonaniu m.in. Kelly Rowland.

<>center

Nowy utwór: Adrian Younge presents The Delfonics „Stop and Look (And You Have Found Love)”

Oto projekt, na który warto poczekać. Adrian Younge, producent i słynna filadelfijska soulowa grupa The Delfonics nagrają razem album. Niby wiedzieliśmy o tym od września, ale wydanie krążka wciąż się przeciągało, przyszedł listopad i nic. Teraz wiadomo, iż płyta ukaże się nie wcześniej, niż na początku 2013 roku, za sprawą wytwórni Wax Poetics. Younge jako wizjoner i piewca renesansu soulu,  będzie trzymał pieczę nad tym wydawnictwem, wykorzystując swój nieprzeciętny zmysł do łączenia klasycznego soulu ze świeżymi brzmieniami. Do tego dorzucić można Williama Harta i mamy sytuację win-win. To może być jedna z najlepszych propozycji opartych na samplingu w przyszłym roku. W tej chwili możecie odsłuchać pierwszego singla z tego albumu. Gorąco polecam!

Recenzja: Cee Lo Green Cee Lo’s Magic Moment

Cee Lo Green

Cee Lo’s Magic Moment (2012)

Warner

„Dobra robota Cee Lo! Dobrze Cię widzieć po raz kolejny w tv! Uwielbiamy wszystkie twoje przeboje!” – sarkastycznie na temat ostatniej działalności muzyka wypowiadają się bohaterowie jednego z ostatnich odcinków serialu South Park. Wiecznie czujni łowcy absurdów popkultury po raz kolejny trafiają w sedno. Nie tylko oni zastanawiają się co kieruje panem Greenem, że ponad eksperymentalny hip hop postawił balansowanie na granicy kiczu w sferze retro-popu, a medialną nieśmiałość projektu Gnarls Barkley zamienił na celebryckie wszędobylstwo. Kiedy dowiedziałem się, że szykuje album ze świątecznymi piosenkami zacząłem się zastanawiać, czy będzie to tylko strzał w kolana, czy już gwóźdź do trumny.

Lubię wydany dwa lata temu nostalgiczny brzmieniowo album The Lady Killer. Jego urok tkwił nie tyle w podróży w lata 60.-80., co w kreowaniu bezpośrednio na muzycznej płaszczyźnie image’u pociesznego psychopaty z kreskówkowym głosem i niewyparzoną gębą. Są to aspekty, na które zabrakło miejsca na Cee Lo’s Magic Moment. Covery najbardziej znanych centrohandlowych przebojów na gwiazdkę nie dają wokaliście pola do popisu. Cee Lo grzecznie trzyma się oryginalnych wersji utworów. To zła droga – ktoś taki jak on powinien wokalne braki nadrabiać charyzmą post-outkastowego freaka, emanowaniem ekstrawagancją, a standardy śpiewane pod linijką zostawić takim osobom jak Michael Buble, czy obecny na płycie Rod Stewart.

Same aranżacje również utrzymane są głównie w mocno klasycznym stylu, dopiero zaskakująco chłodna i syntetyczna „Cicha noc” wzbudza pewien podziw – szkoda, że to dopiero ostatni utwór na płycie. Przed nim trzeba się zmierzyć na przykład z „All I Need Is Love” – koszmarkiem bazującym na muppetowym „Mah Na Mah Na”, słuchając którego poczułem w sobie nienawidzącego świąt Grincha.

„Walcie się, jestem Cee Lo i mogę robić co chcę, nawet nagrać świąteczny album!” – mam cichą nadzieję, że właśnie taka idea przyświecała muzykowi z Atlanty, kiedy zdecydował się nagrać tę płytę. Wciąż go cenię i dalej wierzę, że znów uraczy nas dobrym krążkiem, ale niestety, chcąc nie chcąc, słuchając Cee Lo’s Magic Moment zamiast przeżywać magiczną chwilę, z wyjątkowym utęsknieniem patrzyłem na półkę, na której stoją niesamowite Soul Food, Cee-Lo Green… Is the Soul Machine, czy St. Elsewhere.

Recenzja: L’Orange The Mad Writer

L’Orange

The Mad Writer (2012)

Jakarta

Od lutego 2011 roku, kiedy to ukazała się jego pierwsza epka The Manipulation, fani talentu L’Orange’a czekali na długogrający album. Po drodze dostaliśmy Old Soul, krążek z remiksami i mashupami, poświęcony pamięci i twórczości Billie Holiday. Jak się okazuje, okres ten był męczący dla samego twórcy, który długo marzył o swoim pierwszym, prawowitym solowym albumie. Nareszcie jest.

The Mad Writer to album koncepcyjny w czystej postaci, na którym teksty i wokalne występy są inspirowane filmami noir i jazzem z tamtej epoki. W trakcie 13 utworów odbywamy z tym zdolnym producentem kinową podróż do przeszłości, duszy, umysłu i wyobraźni . . . szalonego pisarza.

Sama produkcja artysty jest praktycznie bez skazy. Wszystko jest dopieszczone i dopięte na ostatni guzik. Sporo tu instrumentalnego i eksperymentalnego hip-hopu, połączonego z elementami jazzu, soulu i trip-hopu. Jeśli idzie o zaproszonych gości, to L’Orange postawił na znanych sobie z poprzednich projektów wykonawców. Trzeba przyznać, że jest to dość wytworne towarzystwo. Być może nazwiska takich postaci jak yU, Blu, Has-LoErica Lane szerszej publiczności mówią niewiele, ale idealnie wpasowują się w takie przedsięwzięcie. Niewątpliwie utwory z ich udziałem wysuwają się przed szereg — w tytułowym nagraniu, yU zagłębia się w umysł rzeczonego, szalonego pisarza, w „Alone” Blu daje próbkę swojego storytellingu, zaś w „Femme Fatale” Erica Lane, ucieleśnia jeden z klasycznych motywów filmów noir, czyli kobietę fatalną. Album jest złożony tak, że jedno nagranie zgrabnie przechodzi w drugie, co tworzy niezwykle urokliwy klimat. Niemal siedzimy obok Rity Hayworth palącej papierosa, uchwyconej na czarno-białej taśmie filmowej.

The Mad Writer legitymizuje pozycję L’Orange jako jednego z ciekawszych i uzdolnionych producentów w gatunku instrumentalnego hip-hopu. Artysta ma wyjątkowe wyczucie jak łączyć bogactwo talentów swoich gości ze swoją wyjątkową kreatywnością pod jednym szyldem. Utożsamiając na chwilę, tytułowego szalonego pisarza z autorem tego wydawnictwa, można stwierdzić, iż  twórca zagubił się w swoim umyśle, lecz znalazł z niego wyjście, zwyczajnie go pożerając.

Recenzja: Alicia Keys Girl on Fire

Alicia Keys

Girl on Fire (2012)

RCA Records

Nie bądź zły, to tylko całkiem nowa ja – śpiewa Alicia w otwierającym Girl on Fire utworze. Złym być nie można, bo zmiany są niewielkie, a mimo kiepskich singli dostajemy album, który tworzy najbardziej zwartą całość od wydania The Diary.

Mówi się, nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Keys nie tylko doskonale otwiera album znakomitym „Brand New Me”, ale zamyka go w jeszcze lepszym stylu przedstawiając w pełni dojrzały obraz samej siebie jako artystki. Ale choć klasyczne momenty mogą wydawać się najlepsze, na tle całej płyty wyróżniają się także te, gdzie Alicia pozwoliła innym artystom uchylić rąbka ich talentu i muzycznego kunsztu. Jako że jej samej od kilku lat nie udaje się już niczym zaskakiwać, wszelkie eksperymenty muzyczne dodają projektowi choć odrobinę świeżości (m.in. zaangażowanie lepszej połówki duetu The xx, Jamiego Smitha w „When It’s All Over”).

Ale jest tu także kilka poważnych pomyłek. Najsłabszy element to tytułowy „Girl on Fire”, który przewrotnie ma najmniej ognia ze wszystkich utworów. Nie jest to ewenement, że najsłabsza piosenka promuje całe wydawnictwo. Bardziej dziwi fakt, że nikt w sztabie tak szanowanej wokalistki nie zapobiegł wydania marnej kopii „No One” i to w najgorszej z możliwych wersji. W szczególności, że z kolejnym „Fire We Make” dzieli je ogromna przepaść. Duet z Maxwellem jest utworem subtelnym i pełnym klasy.

Nawet mimo tych słabszych momentów na Girl on Fire nawet można odnaleźć to, czego najbardziej brakowało na The Element of Freedom. Od zakorzenionego w tradycjach Motown „Tears Always Win”, delikatnego „Not Even the King” czy potwierdzającego pisarski talent Franka Oceana „One Thing” – słuchanie Alicii ponownie daje przyjemność w najczystszej postaci.

Kiedy wszystkie znaki na ziemi i  niebie wskazywały na kolejny bolesny zawód, Alicii z pomocą tuzina producentów udało się stworzyć solidną, spójną płytę łączącą spokojne, nastrojowe dźwięki z nowoczesnym brzmieniem. Wszyscy lubimy takie miłe niespodzianki.

Recenzja: Josh Berman & His Gang There Now

Josh Berman & His Gang

There Now (2012)

Delmark

Wyobraźcie sobie, że Art Ensemble of Chicago bierze na warsztat klasyczne big bandowe melodie Louisa Armstronga. Co następuje? Harmonijne brzmienie zostaje brutalnie zakłócone i rozerwane na drobne strzępy przez szaleńczą free jazzową improwizację. To właśnie czyni na swojej ostatniej płycie There Now amerykański kornecista Josh Berman wraz z grupą siedmiu współpracowników, których nazywa staromodnie swoim gangiem.

Berman robi to, co ostatnio jest dość powszechne na wszelkich płaszczyznach muzyki rozrywkowej, czyli pożycza stare i po swojemu miesza je z nowym. O ile jednak nierzadko efekty takich połączeń bywają niezręczne i odtwórcze, na There Now wszystkie dźwięki układają się swobodnie, przez co płyta jako całość brzmi bardzo adekwatnie, nawet jeśli wciąż, dla niektórych, niewystarczająco nowatorsko.

Grupa na potrzeby projektu pożyczyła kilka jazzowych standardów sięgających aż do lat 20. poprzedniego stulecia — wśród nich „Liza” i „Sugar” Eddiego Condona czy „I’ve Found a New Baby” spopularyzowane m.in. przez Benny’ego Goodmana — które niejako przetransponowała na warunki współczesnego jazzu, częstokroć zmieniając je nie do poznania dzięki pstrzącym się gęsto kunsztownym, nierzadko improwizowanym, solówkom i motywom. Te same zabiegi zastosowano zresztą w oryginalnych kompozycjach Bermana, co pozwoliło na wplecenie ich zupełnie niepostrzeżenie w bieg albumu, bez zakłócania jego misternej konstrukcji.

Prawdziwy jazz wcale nie umarł — ma się doskonale, właśnie dzięki takim płytom jak There Now. Usunął się jedynie gdzieś w cień, przytłoczony coraz szybszym biegiem czasu. Ale kto wie — być może za kilkadziesiąt lat jego współczesne owoce staną się równie legendarne, co płyty Mingusa, Monka czy Davisa obecnie? Szczególnie jeśli są tego naprawdę warte.

Recenzja: Keyshia Cole Woman to Woman

Keyshia Cole

Woman to Woman (2012)

Geffen

Aleksander Świętochowski mawiał kiedyś: „Rozumem kobiety jest miłość”. Słuchając piątego albumu Keyshii Cole, zatytułowanego w wolnym tłumaczeniu Kobieta kobiecie, nie sposób się z nim nie zgodzić.

Krążek to zbiór rozmaitych historii o wzlotach i upadkach płci pięknej. Historii, o których słyszała lub co gorsza, doświadczyła ich każda z nas. Mężczyzna, który oszukuje, zdradza, nie zapewnia odpowiedniej ilości czułości i namiętności, facet-świnia. Keyshia nie ma dla nich litości — w takich numerach jak „Enough of No Love” czy „Zero” z impetem rozlicza się z każdym napotkanym osobnikiem płci przeciwnej. Ból i frustracja wyrażone są także w emocjonalnych balladach „Trust and Believe” oraz tytułowej „Woman to Woman”. Gniew ten pozwolił uwolnić głęboko skrywane żale z przeszłości i sprawił, że Keyshia znów śpiewa na miarę swoich możliwości. Subtelne soprano wokalistki doskonale współgra z beatami utrzymanymi w średnim tempie.

A jeśli chodzi o nie, Woman to Woman niczym nie zaskakuje. W tej kwestii Keyshia pozostaje konsekwentna od lat — jej domeną jest konwencjonalne R&B z domieszką soulu czy ewentualnie kilku rześkich sampli. Łagodne, wyważone melodie „Hey Sexy” czy „Wonderland” dają nam jednoznaczny sygnał, że wszystko jest na swoim miejscu. Można odnieść wrażenie, że Cole z chęcią wraca do soczystych lat 90., czerpiąc inspiracje od div tamtych czasów – Faith Evans czy Mary J. Blige, powoli sama stając się jedną z nich.

Woman to Woman to solidny materiał, który udowadnia, że twórczości Keyshii można zaufać. To kolejny album do postawienia na jednej półce obok wielu pozycji sprzed lat, które pomagają podczas kłopotów z mężczyznami i towarzyszą płaczliwym rozmowom z przyjaciółkami.

Nowy album: Andy Allo Superconductor

Na fali ostatniego teledysku purpurowego Księcia do singla „RNR Love Affair” zainteresowanie pojawiającą się w nim piękną Andy Allo znacznie wzrosło. Umieszczenie jej w teledysku oraz zaprezentowanie go światu w ostatnich dniach jak się okazuje miało ukryty zabieg promocyjny. A to dlatego, iż 20. listopada odbyła się premiera wyczekiwanego przez wielu albumu Superconductor. Singiel promujący całe wydawnictwo prezentowaliśmy w soulowej misce, teraz przyszła pora na tracklistę i niestety bardzo przeciętną okładkę. Całość zapowiadana jest jako powrót do soulu i funku z lat 70, do dokonań mentora Prince’aSteviego Wonder’a. Brzmi obiecująco!

1. “Superconductor”
2. “People Pleaser”
3. “Long Gone”
4. “The Calm”
5. “Yellow Gold”
6. “Nothing More”
7. “If I Was King”
8. “Story of You & I”
9. “When Stars Collide”

Nowy teledysk: Avant feat. KeKe Wyatt „You & I”

Są duety à la Marvin GayeTammi Terrell, Ike, i Tina Turner czy Roberta Flack, i Donny Hathaway. Są też duety mniejszego formatu np. Avant  i  KeKe Wyatt. Ten pierwszy szykuje się do wydania nowego albumu 5 lutego przyszłego roku pt. Face the Music, zaś towarzysząca mu w tym utworze Wyatt jest obecnie uczestniczką programu R&B Divas. Współpraca obojga artystów sięga 2001 roku i debiutanckiego albumu KeKe. Kiedy w sierpniu sieć obiegła informacja o ich wspólnym kawałku na nowej płycie Avanta, fani byli podekscytowani. Poziom ich zadowolenia zwiększy z pewnością fakt, że właśnie wypuszczono teledysk do „You & I”. Klip do tej miłosnej ballady nie powala na kolana, można również mieć za złe nadmierną gestykulację obojga piosenkarzy, jednakże nie powinno to przesłonić wyraźnej chemii, jaka łączy tych dwoje na scenie. Dają z siebie naprawdę wszystko. Przekonajcie się sami oglądając teledysk.

Recenzja: Amy Winehouse At the BBC

Amy Winehouse

At the BBC (2012)

Universal Music Group

Amy Winehouse kochała występy na żywo. Choć mało kto mógł mieć tego świadomość w ostatnich latach jej życia, kiedy materiały z koncertów przedstawiały zataczającą się i niepamiętającą tekstów własnych piosenek kobietę w opłakanym stanie. Kolekcja At the BBC może to zmienić i przypomnieć, że przed wpadnięciem w szpony nałogów, mieliśmy do czynienia z jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek naszych czasów.

Nie jest to zwyczajny album na żywo, ale zbiór wybranych występów Winehouse, jakie dała dla brytyjskiej rozgłośni BBC. Otrzymujemy zatem kilka nagrań z festiwali, programów radiowych i telewizyjnych. Może się wydawać, że dosyć długi okres czasu, jaki obejmują nagrania (2004–2009), a przez to swojego rodzaju eklektyzm nie jest w stanie stworzyć całości. Wspólny mianownik znajduje się jednak w osobie samej Amy. Live at the BBC to Winehouse w najlepszym okresie koncertowym jej życia.

W głosie piosenkarki słychać zaangażowanie, pasję, miłość do muzyki. Dokładnie to, czego zabrakło, gdy uzależnienie wzięło górę nad jej życiem. Największy skarb Amy brzmi silnie i czysto – w szczególności w nagraniach z 2004 roku, kiedy młoda wokalistka bawi się głosem – w doskonałym, jazzowym „Lullaby of Birdland” czy przebojowym „Best Friends, Right?”. Ogromną zaletą wydawnictwa jest właśnie nieograniczenie się do stałego koncertowego setu Winehouse sprzed kilku lat i umieszczenie utworów z debiutanckiego Frank (który wokalistka po wydaniu Back to Black prawie całkowicie pomijała) czy niewydanych wcześniej coverów.

W czasach gdy pośmiertnie albumy gwiazd często budzą kontrowersje dotyczące jakości i poziomu nagrań, At the BBC ukazuje wokalistkę z najdoskonalszej strony i przypomina, za co tak naprawdę pokochaliśmy Amy Winehouse.

Recenzja: Rihanna Unapologetic

Rihanna

Unapologetic (2012)

Def Jam

W czasach cyfrowej rewolucji, mamy do czynienia z dwiema niepokojącymi tendencjami przy ocenianiu wydawnictw muzycznych. Z jednej strony postępuje radykalizacja opinii przeciętnych słuchaczy, którzy coraz częściej mają skłonność czy to do popadania w zachwyt, czy do ochoczego i niewyszukanego manifestowania swojej niechęci, z drugiej — muzyczni krytycy, kierowani pragmatyzmem i nadzwyczaj uodpornieni na rzeczy zarówno mierne, jak i rewelacyjne, wykształcili sobie na własne potrzeby nienaturalnie szeroką skalę przeciętności. A gdzie w tym całym bałaganie jest Rihanna?

Tam, gdzie są aktualne trendy. Od kilku lat, bez żadnych skrupułów, ideałów, bajek o artystycznej samorealizacji, jej płyty są konsekwentnie poligonem twórczym dla chmary songwriterów i producentów. Ona sama też wydaje się nie być specjalnie przejęta brakiem koherencji i wartości artystycznej materiału, który sygnuje swoim nazwiskiem. Cel jest jeden — utrzymać się na topie.

Unapologetic to płyta pełna kół ratunkowych — piosenek, które nagrano w nadziei, że w momencie gdy zostaną wydane jako single, nadal będą brzmiały modnie i staną się przebojami. Szansa na powodzenie jest duża, bo album Rihanny to nie inwestycja długoterminowa — dla wytwórni cykl trwa niecały rok (aż do wydania singla promującego kolejny album), dla słuchaczy nawet krócej, bo to zestaw piosenek, które są w stanie zaintrygować i znudzić się już podczas pierwszego odsłuchu.

Na swojej siódmej płycie Rihanna robi szybki przegląd playlist współczesnych mainstreamowych radiostacji: electropopowe (czy nawet house’owe, nie wspominając o zbyt wielu brostepowych wtrąceniach) generyczne bangery mieszają się z wokalnie emocjonalnymi, ale pozbawionymi treści power balladami i monotonnym R&B urozmaiconym gdzie niegdzie kosmicznymi efektami specjalnymi (Ginuwine niedorzecznie zestawiony ze Skrillexem; Brown udający Jacksona). W tym wątpliwej jakości zbiorze, nadzwyczaj korzystnie wypada, wyprodukowany przez The-Dreama, podwójny, niemal 7-minutowy teatralny opus „Love Without Tragedy”/”Mother Mary” subtelnie nawiązujący do lat 80., stanowiący kreatywny pomost między popową przeszłością i teraźniejszością, a także następujące po nim niespotykanie dyskretne „Get It Over With”, sprawiające wrażenie raczej akustycznego interludium niż pełnoprawnej odrębnej piosenki.

Nie ma do tej mieszaniny żadnego określonego klucza — to tylko resztki muzycznego fastfoodu, którymi od dobrych kilku lat Rihanna karmi swoich słuchaczy — z tym, że zręcznie przemielone przez maszynkę do robienia pieniędzy hitów i przyprawione produkcyjnymi niuansami tak, by skutecznie zabić nieświeży posmak. Ale nie trzeba wcale być smakoszem by zauważyć, że coś tu nie gra.

Nowy utwór: Lady „Money”

Lady – najnowsza propozycja wytwórni Truth & Soul Records. Duet tworzą dwie wokalistki – Nicole Wray (Atlanta, USA) i Terri Walker (Londyn, UK). Obydwie mają za sobą udane debiuty w swoich krajach. Pierwszy raz spotkały się w 2009 roku w Nowym Jorku. Od razu połączyła je miłość do soulowych klasyków i hip-hopu. W ten sposób dwie odważne i silne kobiety o bardzo wyrazistych wokalach postanowiły stworzyć muzyczny projekt. Nadchodzący, debiutancki album będzie mieszanką soulu lat 60, hip-hopowych bitów i melodii współczesnego r&b. W założeniu ma to być powiew świeżego brzmienia, gdzie dwie powierzchownie złe kobiety o dobrych sercach, poruszać będą tematy miłości, przyjaźni, nie poddawania się. Dajmy szansę dziewczynom wysłuchując ich nowego nagranie.

Nowy singiel i szczegóły drugiej płyty Autre Ne Veut

Autre Ne Veut nigdzie się nie śpieszy. Od jego jedynego jak dotąd, debiutanckiego krążka minęły już ponad dwa lata. Dobra wiadomość jest taka, że artysta zapowiedział już wydanie jego długogrającego następcy – Anxiety, który do sklepów ma trafić 12 lutego 2013 nakładem wytwórni Software. Żeby jednak nie być gołosłownym swoją zapowiedź należycie poparł bardziej rzeczowymi dowodami w postaci okładki płyty (powyżej), tracklisty (poniżej) i pierwszego singla promującego rzecz – „Counting”, który przenosi R&B w zupełnie inny wymiar, eksplorując senne wokale i syntezatorowy beat przywodzący na myśl bardziej freakowe produkcje Animal Collective.

Tracklista:
1. „Play by Play”
2. „Counting”
3. „Promises”
4. „Ego Free Sex Free”
5. „A Lie”
6. „Warning”
7. „Gonna Die”
8. „Don’t Ever Look Back”
9. „I Wanna Dance With Somebody”
10. „World War”

Big Sean przesuwa premierę drugiej płyty

Gwiazda G.O.O.D. Music, jedno z większych nazwisk mainstreamowego rapu – Big Sean przesuwa premierę swojej drugiej płyty. Hall of Fame: Memoirs of a Detroit Player początkowo miało ukazać się przed świętami – 18 grudnia, ale 24-latek woli się nie śpieszyć i dokładnie przemyśleć każdy krok, bo jego debiutancki Finally Famous niekoniecznie był tym, co sobie zaplanował. Trzymajmy kciuki, aby drugi album faktycznie był bardziej udany. Tymczasem płytę promuje już pierwszy singiel „Guap”, który jak dotąd przeszedł nieco bez echa.

Nowy album: Dionne Warwick Now

Legendarna wokalistka Dionne Warwick w związku z częścią obchodów pięćdziesiątej rocznicy wydania pierwszego singla przyszykowała dla fanów specjalne wydawnictwo. Autorka takich klasycznych soulowych kawałków jak „Walk on by”, „Heartbreaker” czy „I Say a Little Prayer” 22. października wydała krążek Now. Nie jest to do końca zupełnie premierowy materiał raczej zbiór wielkich przebojów, na szczęście wzbogacony o cztery, zupełnie premierowe nagrania. Co zastanawia, a zarazem martwi przy okazji tak pokaźnego zbioru jakim może pochwalić się Warwick to fakt, iż sporo naprawdę ważnych i legendarnych kawałków została tu pominięta.

1. “There’s Always Something There To Remind Me”
2. “Are You There With Another Girl”
3. “Don’t Make Me Over”
4. “Love Is Still The Answer”
5. “99 Miles From LA”
6. “Be Aware”
7. “Reach Out”
8. “Is There Anybody Out There”
9. “I Just Have To Breathe”
10. “It Was Almost Like A Song”
11. “Make It Easy On Yourself”
12. “I Say A Little Prayer”