janelle monae

Dawn Richard zremiksowała feministyczny utwór Janelle Monáe

Dawn Richard zremiksowala feministyczny utwor Janelle Monae

Feministyczny hymn o celebracji kreatywności, seksualności i miłości do siebie, którym Janelle Monáe zauroczyła nas jeszcze przed wydaniem Dirty Computer, bardzo szybko doczekał się coveru. Zapytacie kto i w jakim celu? Dawn Richard postanowiła wykorzystać kawałek „Pynk”, żeby podkreślić swoją emancypację i działania na rzecz kobiet. Artystka od dawna kreuje się na niezwykle niezależną i silną kobietę, więc singiel idealnie pasuje do wyznawanej również przez nią pussy power. Richard nazwała remiks „(Dark) Pynk Cover” i stworzyła bardzo minimalistyczną, elektroniczną wersję kompozycji. Janelle kower się podoba, bo „siła sióstr” jej u niej mocno wyznawana, ale dla mnie remiks Dawn jest po prostu wymęczony i pokuszę się o zarzut promowania się na popularności Monáe.

Recenzja: Janelle Monáe Dirty Computer

Janelle Monáe

Dirty Computer (2018)

Bad Boy

Po latach spędzonych w masce humanoidalnego androida Cindi Mayweather, Janelle Monáe na najnowszej, trzeciej długogrającej płycie, zatytułowanej niemniej futurystycznie niż jej wcześniejsze krążki — Dirty Computer, odkrywa wreszcie własną twarz.

Pierwsze rysy na ukutym przed kilkunastoma laty koncepcie Metropolis (opartej na kanwie klasycznego filmu science fiction Fritza Langa historii wspomnianej już Cindi Mayweather, alter ego Monáe, która popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku) pojawiły się jeszcze w 2015 roku, gdy na showcasie własnej wytwórni Wondaland Records bezkompromisowa jak dotąd piosenkarka w sygnowanym własnym nazwiskiem singlu „Yoga” zwróciła się w stronę bezrefleksyjnie trappopowego radiowego R&B. Wystarczyła jedna fałszywa nuta, by w jednej chwili runęły mury skrzętnie budowanego przez lata koncepcyjnego miasta. Od tej chwili nie było już powrotu do przeszłości — oto Janelle Monáe zdjęła maskę Cindi Mayweather.

Tym samym Dirty Computer to dla Monáe wyzwanie na wielu poziomach. Monáe nie jest już bowiem niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, mesjanistycznym cyborgiem z misją ocalenia kosmicznej utopiii spętanej jarzmem policyjnej dyktatury. Jest człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. I to właśnie robi Monáe na nowym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe. Bała się, że ludzie będą ją oceniać, że pozostanie niezrozumiana i wystawi się na pośmiewisko przed oczyma całego świata. Na nowej płycie rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, który wciąż jest zarówno motorem dla jej twórczości, jak i demonem, z którym się zmaga. Zmaga się także z własnymi korzeniami — bardziej niż czegokolwiek obawia się pytań swoich krewnych o tę płytę, która, jak sama określiła w rozmowie z magazynem Rolling Stone — w dużej mierze jest reakcją na pogląd niektórych członków jej rodziny, że wszyscy homoseksualiści idą do piekła. „Może popełniam błędy, może wyciągam wnioski post factum, ale jestem gotowa, by ruszyć w tę podróż” — dodaje.

Na Dirty Computer Monáe stawia czoła nie tylko swoim lękom, ale i kreacjom skupionym w postaci charyzmatycznej Cindi Mayweather, ikony futurystycznego rock & rolla, sygnaturowego brzmienia Monáe zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu, które dało podwaliny rozwojowi nowej fali artystycznego R&B, w 2007 roku dopiero nieśmiało raczkującego. Dirty Computer nie jest więc w żadnym razie kontynuacją brzmienia (niedokończonej) serii Metropolis, a nową drogą dla Monáe — bliższą radiowym standardom, owszem, ale niezdradzającą Prince’owskiego kanonu. Jest to z pewnością najbardziej prostolinijna i popowa rzecz w dotychczasowej dyskografii artystki, ale nie jest to bynajmniej zarzut. Tam gdzie Mayweather była przerysowana, Monáe cechuje szlachetna prostota, tam gdzie Cindi uciekała, Janelle staje obnażona (ale nie bezbronna), o tym, co w Metropolis było tabu, na Dirty Computer mówi się otwarcie.

Monáe nie ma może za sobą tak barwnej historii jak Mayweather, ale wreszcie jest w swojej muzyce naprawdę obecna. Ze zmianą stylistyczną Monáe, jak i z pewnymi potknięciami (ujawniającymi się zwłaszcza gdy piosenkarka zbyt długo rapuje) i niezręcznościami (zwłaszcza w postaci niespodziewanych tekstowych catch phrase’ów), trzeba się tu zwyczajnie oswoić. Na Dirty Computer Monáe ma być może ucieka się zbyt często do prostych, radiowych refrenów, ale domyka je zawsze przemyślaną, wysmakowaną produkcją na najwyższym poziomie — począwszy od synthtrapowego midtempo z ewidentną słabością do 80sowego Prince’a we w przeciwnym razie momentami dość niezbornym „Crazy, Classic, Life”, przez bezceremonialnie bawiące się perwersyjną dwuznacznością „Screwed” z harmonijnym featuringiem córki Lenny’ego Kravitza, Zoë (być może najbardziej ewidentnie przebojowy fragment dyskografii Monáe, który zupełnie niespodziewanie mógłby znaleźć się na tej samej wakacyjnej plejliście co wypuszczony 12 lat wcześniej numer Paris Hilton o tym samym tytule), po w całości rymowanego afropopowego dancefloor killera „I Got the Juice” zmalowanego przez Janelle wspólnie z Pharellem Williamsem. Jane tym razem nie przebiera w słowach i czynach — nie boi się trapu, przekleństw i swojej nienormatywnej seksualności. „I like that and I don’t really give a fuck if I was just the only one who likes that — I never like to follow” — śpiewa w refrenie singlowego „I Like That”. To prawdziwa emancypacja byłej androidki.

Jednym z powodów, dlaczego na Dirty Computer trzeba było czekać aż pięć długich lat, był Prince. Prince, który od dawna był mentorem piosenkarki i wywarł znaczący wpływ na brzmienie jej muzyki. Prince, który pojawił się gościnnie w jednym z utworów The Electic Lady i z którym piosenkarka od tego czasu miała swoiste kreatywne przymierze. Prince był ponoć zaangażowany w powstawanie wstępnych szkiców Dirty Computer. I rzeczywiście nie sposób nie odnieść wrażenia, że krążek jest swoistym hołdem oddanym Purpurowemu Księciu. Gdy Monáe jako pierwszy singiel wydała funkujące „Make Me Feel”, internet obiegły pogłoski (nieprawdziwe), że to numer oparty na niewykorzystanym riffie, który Książę napisał przed laty i zaoferował go Janelle z myślą o tej płycie. Przez zamykające krążek „Americans” bez wątpienia od pierwszej do ostatniej nuty przemawia spuścizna klasycznego „Let’s Go Crazy” — nieżyczliwi doszukają się tu plagiatu, ale Monáe robi to z pełną świadomością, a zważywszy na okoliczności, tak obszerny cytat nie jest tu jakkolwiek niestosowny. „Pynk” z kolei, jak deklaruje sama Monáe, jest w części inspirowane psotnym uśmieszkiem Prince’a dostrzeżonym przez nią w którymś z jego koncertowych nagrań. I takim właśnie psotnym uśmieszkiem zdaje się uśmiechać do swoich słuchaczy w każdym zakątku i aspekcie Dirty Computer także Monáe.

I choć piosenkarka chętnie bawi się na krążku nowo nabytą wolnością poza murami upadłego Metropolis, wciąż potrafi pierwszorzędnie przetwarzać dziedzictwo czarnej muzyki z niezrównaną charyzmą i kreatywnością. Prawdziwą siłę pokazuje jednak wtedy, gdy nie kreuje się i nie psoci — w intymnym „Don’t Judge Me”, niewątpliwej kulminacji albumu, gdzie przepięknie rozwija temat kameralnego post-wonderowskiego neo-soulu, łącząc go z wartym opuszczonego Metropolis filmowym zacięciem. Dirty Computer to tym samym najbardziej eklektyczny krążek na trapowych bitach, jaki do tej pory powstał. I choć przy pierwszym odsłuchu można odnieść wrażenie, że bez koncepcyjnej historii Cindi Mayweather samej Janelle nie uda się skutecznie obronić i skleić licznych wolt stylistycznych, to tylko pozory. Monáe wcale nie jest sama, ma za sobą komplet stałych współpracowników z Wondalandu, duchy Prince’a i Cindi Mayweather, bogatą historię sztuki afroamerykańskiej i queerowej, wreszcie — nowo odzyskaną miłość i siłę, która płynie ze szczerego jej wyznania. Przez minionych naście lat Monáe naturalnie i na swoich własnych warunkach wyrosła na prawdziwą gwiazdę współczesnego R&B, która podobnie jak Beyoncé poniosła Lemonade samą sobą, niesie teraz Dirty Computer. „That’s just the way you make me feel, so real, so good, so fuckin’ real”.

Janelle Monáe udostępnia film towarzyszący Dirty Computer

„Film” to mało powiedziane, „emotion picture” — takim określeniem opatrzyła Monáe 48-minutowy obraz towarzyszący wczorajszej premierze jej najnowszego krążka Dirty Computer. Po emisji w amerykańskiej stacji BET całość trafiła na oficjalny Youtubowy kanał artystki tak, żeby mogła zobaczyć go reszta świata. Akcja filmu dzieje się w totalitarnej przyszłości, gdzie ludzie są znani jako „komputery”. Monáe wciela się w rolę Jane 57821, a towarzyszy jej domniemana partnerka życiowa Tessa Thompson. Zobaczcie całość poniżej.

#FridayRoundup: Janelle Monáe, Post Malone, Wiley, Akua Naru i inni

Przed nami bardzo długi weekend, podczas którego z pewnością znajdziecie czas na zapoznanie się z premierami płytowymi, jakie przynosi nam piątek. Wśród nich, najbardziej oczekiwaną rzeczą jest z pewnością świeży krążek od Janelle Monáe, ale fani kilku innych gatunków muzycznych również spędzą ten czas z uśmiechem na ustach. Zaczynamy!


Dirty Computer

Janelle Monáe

Bad Boy Records

Janelle Monáe swoją działalnością zasłużyła sobie na miano aktorki, modelki, producentki czy raperki. Po premierze jej najnowszego wydawnictwa, Dirty Computer, przypomniała się jednak przede wszystkim jako piosenkarka. To już trzeci długogrający krążek w jej dorobku. Najnowszy materiał został poprzedzony singlami, „Make Me Feel”, „Django Jane”, „I Like That” oraz „Pynk” z gościnką Grimes. Warto wspomnieć, że swój wkład w „Make Me Feel” miał Prince, którego brzmienie od zawsze inspirowało Janelle. Na płycie, poza Grimes, usłyszeć możemy także Briana Wilsona, Zoë Kravitz i Pharrella Williamsa. Piosenkarka twierdzi, że w przypadku tego albumu zależało jej na oddaniu głębokich, skrajnych nieraz emocji. Zabiera głos w kwestiach takich jak seksualność czy rola i pozycja kobiet. Tytuł nawiązywać ma do metaforycznego „brudu”, który każdy z nas niepotrzebnie stara się wyprzeć z siebie (artystka sądzi, że nie jest on niczym złym). Z kolei do komputera porównuje nasz umysł, maszynę, przez którą przewijają się informacje i która bywa zawirusowana. —Polazofia


Beerbongs & Bentleys

Post Malone

Republic Records

Dzięki spektakularnemu sukcesowi Stoney i takich hitów jak „Congratulations” czy „I Fall Apart” Post Malone wbił się do absolutnej czołówki hip-hopowego mainstreamu. Trapowe produkcje, melodyjność i chwytliwe refreny stały się jego znakiem rozpoznawczym, a swoista powtarzalność nie przeszkodziła mu zaatakować Billboard kolejnymi przebojami, „Rockstar” i „Psycho”. Beerbongs & Bentleys będzie z całą pewnością zawierało kontynuację tego brzmienia. Usłyszymy tu gościnne zwrotki takich gwiazd jak Nicki Minaj, 21 savage, YG czy Swae Lee, oraz bity autorstwa samego Posta i kilku innych producentów z obozu rapera. Spore obawy może budzić długość płyty – 18 utworów oznacza wysokie ryzyko monotonii, chociaż kto wie, może czeka nas parę niespodzianek, jak np. zwrot w stronę muzyki rockowej, z której Post przecież się wywodzi. Największe culture vulture od czasów Elvisa Presleya? Niech będzie, ważne, żeby bujało — Adrian


Godfather II

Wiley

CTA

Król grime’u powraca zaledwie rok po premierze ostatniej płyty. Godfather było świetnym krążkiem, w którym każdy z siedemnastu znajdujących się na nim numerów był prawdziwą petardą. Czy tym razem ojciec chrzestny grime’u potwierdzi swoją pozycję na scenie? Kontynuacja zawiera dwanaście tracków, a single, które do tej pory się pojawiły zdecydowanie zachęcają do sprawdzenia całości. Oby nowy materiał był co najmniej tak dobry jak poprzedni. — Dill


The Blackest Joy

Akua Naru

Code Black

Nie dajcie się zmylić łagodnej trąbce i odgłosom przyrody inaugurującym The Blackest Joy. Akua Naru to kobieta z krwi i kości, która nie obawia się trudnych tematów i sprowadzenia Sereny Williams do symbolu współczesnej Afroamerykanki. Na pierwszym planie u Naru jest charyzma, ale i pewna subtelność, która jednak nie jest słabością. Jeżeli lubicie świadomy, zaangażowany hip-hop wykorzystujący żywe instrumentarium osadzone w soulu i w jazzie (oraz dodatki, jak fale Oceanu Indyjskiego zarejestrowane o szóstej rano), sprawdźcie trzeci studyjny album artystki. — Maja Danilenko


Rejuvenate

Paul White

R&S Records

Moje pierwsze skojarzenie z nazwiskiem Paula White’a to przede wszystkim szalone kolaboracje w duecie z Dannym Brownem. Po niemalże wspólnym (nie licząc kilku bitów) Atrocity Exhibition, panowie wydali razem w ubiegłym roku krótką epkę Accelerator. I choć słuchacze przyzwyczaili się do jego pokręconych produkcji, to artysta nie boi się „ożywić” swojego stylu. Na Rejuvenate najprawdopodobniej usłyszymy Paula White’a w wersji bardziej stonowanej i łagodnej. A przynajmniej na to wskazują single „Spare Gold” i „Returning”. Czy rezygnacja z sampli na rzecz żywych instrumentów wyjdzie Brytyjczykowi na dobre? — Mateusz


Caer

Twin Shadow

Reprise Records

George Lewis Jr. aka Twin Shadow dwoi się i troi, żeby pod egidą Warner Music Group odtworzyć nostalgiczne, retro-popowe brzmienie z domieszką różnorodnych wpływów (w tym R&B), jakim dał się poznać na całkiem niezłym debiucie, zbiorze „letniaczków” Forget. W tym celu mają mu pomóc między innymi siostry z tria Haim, z którymi to współpraca wydawała się wręcz nieunikniona. Jeżeli chcecie poznać odpowiedź na pytanie, czy bajka Twin Shadow jest jedną z tych, które można opowiadać wielokrotnie, bez ryzyka utraty ich charakteru, to nie ma lepszego momentu w roku na weryfikację. — Maja Danilenko


Exotic Worlds and Masterful Treasures

Stimulator Jones

Stones Throw

Jeśli marzyła wam się płyta pełna oldschoolowych popsoulowych refrenów na surowych synthfunkowych bitach w stylu Dam-Funka, to właśnie się ukazała. Wydany dziś nakładem Stones Throw album Exotic Worlds and Masterful Treasures nie wyczerpuje może do końca obietnicy dalekich podróży z tytułu, ale z pewnością zapewni odpowiednie wibracje podczas wiosennego garden party. Stimulator Jones, czyli Sam Lunsford to najnowszy nabytek soulowej oficyny, didżej, producent, piosenkarz, songwriter i multiinstrumentalista, który potrafi zagrać na czymkolwiek — na swoim nowym krążku stawia jednak na syntezatory wskrzeszające ducha funku lat 70. i 80. — Kurtek


Floor Kids (Original Video Game Soundtrack)

Kid Koala

Kid Koala Productions

Floor Kids, to gra na konsolę Nintendo, osadzona w świecie tancerzy breakdance. Pojedynki rysunkowych B-Boys i B-Girls, jakie staczać możemy na ekranie, podkręcone zostały przez muzykę, którą specjalnie na potrzeby gry stworzył kanadyjski Dj i producent — Kid Koala. Jeżeli nie jesteście fanami konsol, a zamiast wpatrywać się w ekran, wolicie osobiście pobawić się na parkiecie, to ścieżka dźwiękowa z gry, składająca się z 42 utworów, trwających łącznie 71 minut, powinna dać Wam idealny podkład pod tego typu zachowanie. — efdote


Everything Matters

Clément Bazin

Nowadays

Po obiecującej zeszłorocznej epce Us francuski producent Clément Bazin wydaje wreszcie swój długogrający debiut. Na krążku bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kieruje się w stronę tropikalnego UK bassu, łącząc vibe Quantica z brzmieniem Disclosure. Kolejny wart sprawdzenia kandydat na tegoroczną wakacyjną plejlistę. — Kurtek


Soma 0,25 mg

Taconafide

Nowadays

Dwa tygodnie po najgłośniejszej polskiej hiphopowej premierze roku Quebonafide i Taco Hemingway udostępniają w szerokiej ofercie streamingowej drugi dysk Somy 0,5 mg. To 11 dodatkowych nagrań w tym remiksy numerów z podstawowej wersji płyty z gościnnym udziałem m.in. KęKego, Palucha, Kaza Bałagane czy Dawida Posiadły. Must listen dla fanów fiskalnego trap popu. — Kurtek


Janelle Monáe prezentuje teledysk do „I Like That”

Niedawno pisaliśmy, że Janelle Monáe wypuściła nowy singiel zatytułowany „I Like That” To już czwarty kawałek promujący jej nadchodzącą płytę Dirty Computer, której premiera w piątek 27 kwietnia. Najpierw były „Make Me Feel” i „Django Jane”, a potem „Pink” z gościnnym udziałem Grimes. Wczoraj zaś ukazał się klip do ostatniego, póki co, singla. Widzimy w nim Janelle w otoczeniu egzotycznych ptaków (pawia i flamingów), śpiewającą i rapującą o tym, że zupełnie nie interesuje jej, czy ktoś lubi to co ona. My na pewno lubimy ten kawałek i czekamy na premierę krążka.

Janelle Monáe lubi to, a my lubimy Janelle

Janelle Monáe nie zwalnia tempa przed premierą trzeciego longplaya — po barwnym klipie do „Pynk” w minioną środę, już dzieli kolejnym singlem. „I Like That” to zręczny pomost pomiędzy soulową a Janelle a trapową Django Jane. Pomimo modnego bitu udaje jej się zachować wypracowany przez lata styl. Po raz kolejny jest niepoprawna i nie bierze jeńców. Dirty Computer otworzy dla piosenkarki zupełnie nowy rozdział. Premiera w przyszły piątek — 27 kwietnia. Czekamy!

Janelle Monáe ponownie łączy siły z Grimes

Od premiery Dirty Computer dzielą nas już tylko dwa tygodnie. Tymczasem Janelle Monáe nie ustaje w działaniach promocyjnych i prezentuje trzeci rewelacyjnym funkowym „Make Me Feel” i nieco bardziej wyszczekanym na wpół trapowym „Django Jane” singiel z nadchodzącej płyty. Na potrzeby „Pynk” ponownie łączy siły z księżniczką kanadyjskiego art indie popu Grimes, z którą w 2015 roku nagrała już rewelacyjny electrobanger „Venus Fly”. W świecie „Pynk” zgodnie z tytułem wszystko jest różowe — przez różową pustynię między różowymi górami między kłębami różowego pyłu sunie różowy Cadillac. Za różem kryje się także uwielbienie dla kobiecego ciała, które można też odczytać jako swoistą feministyczną odezwę. Brzmieniowo i melodycznie zaś to chyba najbardziej zachowawcza odsłona nowego projektu Monáe — nieco bardziej uduchowiona, mniej mechaniczna wersja nieszczęsnej „Yogi”. Za wcześnie oceniać, jaki kształt przybierze finalnie Dirty Computer, ale będzie to na pewno dla piosenkarki zupełnie nowy rozdział.

Janelle Monáe prezentuje dwa single i okładkę nadchodzącej płyty

Pisaliśmy niedawno, że już niedługo premiera nowej płyty Janelle Monáe. Wiemy, że Dirty Computer ukaże się 27 kwietnia nakładem Bad Boy Records, a dzisiaj pojawiła się okładka krążka, którą widzicie powyżej i dwa single promujące ten materiał — „Make Me Feel” i „Django Jane”. Obydwa prezentują się dobrze i do tego zostały do nich nakręcone naprawdę świetne klipy. Pierwszy numer mocno kojarzy się z Prince’em, co w zasadzie nie powinno dziwić, bo jego twórczość wyraźnie odcisnęła swoje piętno na Janelle. Drugi ma bardzo klimatyczny, lekko trapowy bit, a Monáe wokalnie idzie w stronę czegoś na pograniczu rapu i śpiewu. Nie muszę chyba dodawać, że wychodzi to bardzo przekonująco.

 

Janelle Monáe zapowiada nowy album Dirty Computer

Pannę Monáe w ostatnich latach spotkać można było co najwyżej w kinie, ale jako że, jak być może zauważyliście, a być może nie, nie ma jej w żadnym tegorocznym Oscarowym filmie, co musiało oznaczać, że nowa płyta już za rogiem. I rzeczywiście — właśnie ogłoszono, że (prawdopodobnie) ostatnia część serii Metropolis ukaże się niebawem. Mamy luty, więc pewnie Dirty Computer opisanego w trailerze jako „emotion picture” możemy z powodzeniem spodziewać się niebawem. Na tę chwilę dyskografię Monáe zamyka The Electric Lady z 2013 roku, chyba że liczycie tę marną epkę Wondalandu, to wtedy z 2015. Tak czy siak — najwyższy czas na nowy album!

Nowy teledysk: Grimes feat. Janelle Monáe „Venus Fly”

grimes-janelle-venus-fly-868x680

Niewątpliwy hajlajt z wydanego jeszcze w 2015 roku krążka Art Angels nareszcie doczekał się teledysku. Grimes i Janelle Monáe postanowiły zresztą na szczęście zrekompensować nam to oczekiwanie z nawiązką, realizując ponad 7-minutowy niesamowicie barwny i ekspresyjny klip do alternatywnej, rozszerzonej wersji numeru. Kosmiczny klip koniecznie ogarnijcie poniżej.

Przed premierą pierwszej serii i soundtracku The Get Down

rsz_the-get-down-from-the-netflix-original-series-original-sountrack-2016

Pewnie już słyszeliście — Netflix jutro wypuszcza połowę pierwszej liczącej w sumie dwanaście odcinków serii swojego nowego oryginalnego serialu The Get Down opowiadającego o początkach hip hopu w Nowym Jorku pod koniec lat 70. Wśród producentów serialu znaleźli się m.in. reżyser Wielkiego Gatsby’ego Baz Luhrmann czy raper Nas, który jest także producentem wykonawczym ścieżki dźwiękowej, która również do dystrybucji trafi jutro. Ponadto na płycie usłyszymy jeszcze takich wykonawców jak Christina Aguilera, Zayn, Michael Kiwanuka, Leon Bridges, Jaden Smith, Raury, Grandmaster Flash, Malay, Nile Rodgers, Miguel czy Janelle Monáe. Utwory tej ostatniej dwójki — kolejno „Cadillac” i “Hum Along & Dance (Gotta Get Down)” można już usłyszeć na platformie Apple Music.


Nowy teledysk: Jeezy feat. Janelle Monáe „Sweet Life”

jeezy-janelle
Wczoraj oczy całej Ameryki zwrócone były na Martina Luthera Kinga. Swoją cegiełkę do uhonorowania polityka dołożył także Jeezy, który opublikował teledysk do piosenki „Sweet Life”. Czarno-biały obrazek, w którym wystąpiła i zaśpiewała także Janelle Monáe, rzuca światło na dzisiejsze pojęcie sprawiedliwości. Numer pochodzi z ostatniego krążka rapera, Church in These Streets.

Soul music fashion – moda w muzyce

fashio_soulModa i muzyka, to dwa nierozłączne terminy. Jedno od zawsze uzupełnia drugie, dlatego nie sposób nie wspomnieć o muzycznych ikonach stylu. Będzie to subiektywny przegląd artystów czarnej muzyki, którzy lubią lub lubili bawić się modą. Niektórzy podchodzili do niej zbyt poważnie, inni luźno odkrywali swój styl. Nie zabrakło ojca chrzestnego soulu, bardzo popularnej grupy żeńskiej z lat sześćdziesiątych, neo-soulowej artystki o nieprzeciętnym imieniu, a także stylowego nieokrzesańca. Jeżeli interesuje was połączenie mody i muzyki, to zapraszam do lektury.

 

The Supremes

Swoją działalność żeński kwartet rozpoczął w 1959 roku pod inną nazwą, a mianowicie The Primettes. Szybko jednak przemianowano grupę na The Supremes. Dziewczyny w latach sześćdziesiątych były najbardziej znanym i najbardziej komercyjnym dzieckiem labelu Motown. Szyk i elegancja królowały na scenie wraz z delikatnym, jak na czarnoskórą kobietę, wokalem frontmanki Diany Ross. Grupa stworzyła uznany w tamtych czasach styl wzorowany na doo-wopowym zespole Frankie Lymon & the Teenagers. Dystyngowany wygląd sceniczny rodem z musicali, w połączeniu ze wspomnianym wcześniej wokalem liderki i chwytliwymi utworami wyniosły The Supremes na szczyt list przebojów, zdobywając 12 numerów jeden listy Billboard Hot 100. Któż nie zna takich hitów jak podniosłe „Stop! In the Name of Love” czy miłosne „Baby Love” oraz chwytliwe „You Keep Me Hangin’ On”. Jako pierwsza czarnoskóra grupa popularyzowała kobiecy image, a należy pamiętać, że w ówczesnym czasie wciąż panowała segregacja rasowa. Na zespole wzorowano film SparkleDreamgirls. Do ostatniego powstała okładka do soundtracku z wierną kopią okładki Craem of the Crop z 1969 roku. W 1970 roku odejście z zespołu ogłosiła Diana Ross, która zajęła się karierą solową. Styl girlsbandu można określić jako pełen elegancji, bardzo kobiecy i glamour.

The Supremes „You Keep Me Hangin’ On”
 


James Brown

„Ojciec chrzestny” soulu uznawany jest za Boga stylu. Publiczność oszalała na jego punkcie gdy w 1966 roku wystąpił w telewizyjnym show z utworem „I Feel Good”. Pokazał się wówczas w kolorowym garniturze i warstwowej koszuli. Od tamtej pory eksperymentował, a jego ubiory stawały się coraz bardziej odważne i jaskrawe. Do swojego wizerunku dodawał pelerynę, zapinane na zamek kostiumy, a koszule rozpinał szeroko, by wodzić damską część publiczności. Gdy nastała era flower power Brown wprowadził kwieciste motywy. Do ostatniej chwili udowadniał na scenie, że nie stracił swojego poczucia stylu.

James Brown „I Feel Good”
 


Marvin Gaye

Nazywany jest „dzieckiem soulu” i „księciem Motown”. Jeden z najbardziej nieśmiałych artystów uchodzi za prawdziwą ikonę stylu. Dzięki nienagannie skrojonym stylowym garniturom i eleganckiemu wizerunkowi oraz przepełnionych romantyzmem soulowym balladom jak w „That’s The Way Love Is” rozkochał w sobie rzeszę fanek. Jako osoba niezwykle zaangażowana społeczno-politycznie zamienił swój wizerunek seksownego romantycznego wokalisty na buntowniczego człowieka klasy pracującej, wprowadzając do swojej garderoby dżinsy denim, flanelowe koszule, skórzane kurtki i awiatory. Zyskał wtedy uznanie stając się głosem ludu, a jego album What’s Going On podbił czarne listy przebojów. To dziś pozostaje inspiracją dla wielu artystów.

Marvin Gaye „Let’s Get It On”
 


Missy Elliott

Najbardziej znana raperka, która niedawno powróciła z nowym singlem, ma się dobrze, ubiera się w hip-hop i ciągle dba o swój styl. Ale nie w sposób przesadzony. Nie trzyma się sztywno ustalonych trendów. Nigdy nie zamierzała wyglądać sexy czy nawet bardzo fajnie. Jako przedstawicielka streetwearu, styl uliczny przeniosła do mody i wraz z albumem Respect ME! rozpoczęła współpracę z firmą Adidas, wprowadzając na rynek swobodne i wygodne dresy, buty sportowe i czapeczki. Zwinnie przemyciła luźny styl Supa Dupa Fly z lat dziewięćdziesiątych do początku XXI wieku, przez co świat poznał unowocześniony denim, workowate kombinezony i kolorowe skóry.

Missy Elliott „The Rain”
 


India.Arie

Jest jedną z nielicznych artystek, która udowadnia, że nie tylko seks się sprzedaje. Pojawiła się na rynku muzycznym we właściwym czasie, kiedy ludzie spragnieni byli autentyzmu. Pomimo oskarżeń o rozjaśnienie skóry na okładce jej najnowszego albumu Songversation, bez skrępowania celebrowała swój kolor skóry i naturalne piękno. Na dwóch pierwszych płytach Acoustic Soul oraz Voyage to India pozostawała wierna swoim korzeniom i prezentowała ubiory inspirowane kulturą afrykańską, jak w „Brown Skin” czy „Can I Walk With You”. Pozostając wierną muzyce soul, wraz z każdym projektem muzycznym, który stawał się nieco bardziej dojrzały i komercyjny, ewoluował również jej styl. Afrykańskie kostiumy zastąpione zostały codziennymi stylizacjami („I Am Not My Hair”), a później kreacjami ze szczyptą smaku i elegancji. Niezmienny pozostał turban na głowie artystki. Jak bardzo zmieniałby się wygląd India.Arie, to nie zatraca się ona w modowym snobizmie, a jej ubiór nie jest pustą demonstracją marki.

India.Arie „Can I Walk With You”
 


Goapele

Jedna z najlepszych neo-soulowych wokalistek o charakterystycznym mglistym wokalu. Artyści tego gatunku wyróżniają się indywidualnością, odmiennością i dystyngowanym stylem. Prowadzą zazwyczaj organiczne życie zgodne z naturą. Południowoafrykańskie korzenie dały artystce nieprzeciętną urodę. Od początku kariery nie ugina się ona pod presją panujących trendów muzycznych i nie boi się eksperymentować. Jako wykształcona i silna kobieta walczy o prawa człowieka na różnych płaszczyznach. Szeroka działalność nie przeszkodziła jej zaangażować się w promocję firm odzieżowych wspierających ochronę środowiska. Przy współpracy z firmą odzieżową Wildlife Works zaprojektowała T-Shirt wyprodukowany metodą niskiej emisji dwutlenku węgla. Celem jest wsparcie projektu ochrony dzikich zwierząt i lasów w Południowo-Wschodniej Kenii. Styl Goapele, jej oryginalne i kolorowe stroje z afrykańskimi elementami zostały dostrzeżone przez japońską firmę odzieżową Uniqlo, dzięki czemu została ona ambasadorką firmy. Przez jej teledyski przewijają się eleganckie sceny z wpływami afrykańskiej kultury i dzikiej przyrody. Nie sposób przejść obok jej pomysłowych wizualizacji i kreatywnych stylizacji i fryzur. Przekonajcie się poniżej.

Goapele „Closer”
 


Kanye West

Obok kontrowersyjnego zachowania i zadziornego charakteru Kanye ma również oryginalny styl. Nie zawsze jego wizerunek był taki, jaki widzimy obecnie. Chociaż nosząc luźne spodnie dresowe, zbyt obszerne koszulki polo i mnóstwo świecidełek można powiedzieć, że również był ikoną stylu, ale złego. Teraz jest doradcą modowym swojej żony, projektuje ubrania, a jego marka i wizerunek jako projektanta jest równie silny, jako artysty.

Kanye West „Love Lockdown”
 


Janelle Monáe

Zszokowała rynek modowy pokazując się w presleyowskiej fryzurze i ubraniach przeznaczonych głównie dla mężczyzn. W jej wizerunek na dobre wpasowały się smokingi z minionych epok, plisowane koszule, szelki i ciasno dopasowane spodnie. Swój równie oryginalny styl muzyczny przeniosła na siebie zacierając granice między modą męską a damską. Jak sama powiedziała „Nie wierzę w męskie ubrania lub damskie ubrania, po prostu lubię to, co lubię”.

Janelle Monáe feat. Big Boi „Tightrope”
 

Nowy teledysk: Duran Duran feat. Nile Rodgers & Janelle Monáe „Pressure Off”

Image5

Duran Duran wiecznie młodzi. Weterani brytyjskiego popu na swój czternasty album Paper Gods, który ukazał się we wrześniu, by obronić tezę, zaprosili m.in. Janelle Monáe (a także Kieszę, Mra Hudsona czy Lindsay Lohan, ale nieważne). Ważne, że Monáe w electro-rock-n-rollowym sosie czuje się jak ryba w wodzie, a numer „Pressure Off”, w którym na gitarze usłyszymy także wszędobylskiego ostatnimi czasy Nile’a Rodgersa to pierwszorzędny feel-good song.

Nowy utwór: Jeezy feat. Janelle Monáe „Sweet Life”

street

Jeezy konsekwentnie rozgrzewa sobie publikę przed wypuszczeniem nowego krążka. Album zatytułowany Church In These Streets ma się ukazać 13 listopada, a więc tym bardziej trzeba postawić na promocję, bo na ten dzień zaplanowanych jest już kilka innych, wyczekiwanych premier (och, w tym Bieber). Na zachętę dostajemy duet z Janelle Monáe. Na papierze wygląda to całkiem nieźle, ale odsłuch nie powala i kawałek nie chce za bardzo na dłużej zostać w głowie. Nie wszystko jednak stracone — kilka dni temu z okazji dwudziestej rocznicy Marszu Miliona Mężczyzn, do sieci trafiła EPka Politically Correct wyprodukowana przez D. Richa. Całości możecie posłuchać tutaj.

Roman GianArthur interpretuje Radiohead i D’Angelo

romain

Jeszcze nie zdążyliśmy się otrząsnąć po bylejakości epki Wondaland Records, a już jeden z podopiecznych Janelle Monae zdążył wypuścić kolejny materiał. Spokojnie, spokojnie słuchaczu nigdy w stresie, bo wydawnictwo to nie ma nic wspólnego z przebojami typu „Classic Man”„Yoga”. OK LADY  od gitrzysty/wokalisty Romana GianArthura to epka kipiąca neo-soulową wrażliwością i szacunkiem do tego, na czym zbudowano fundamenty tego labelu. Motywem przewodnim epki są większe lub mniejsze nawiązania do twórczości kultowej grupy Radiohead, takie jak interpretacje „All I Need”„Paranoid Android” w duchu BilalaD’Angelo. Zresztą epka zamykana jest właśnie przez cover tego ostatniego („Send It On”Voodoo). Podsumowując: jeśli przestraszyliście się kierunku, w jakim zaczęło zmierzać Wondaland Arts Society, zapoznajcie się z OK LADY i odetchnijcie wreszcie z ulgą.

Recenzja: Wondaland Presents: The Eephus

Wondaland Records

The Eephus (2015)

Wondaland Records

Mleko się rozlało. Kości zostały rzucone. Słowo się rzekło. Co się stało, to się nie odstanie. Zastanawialiście się kiedyś co zrobi Janelle Monáe, gdy zakończy sagę Metropolis? Ona pewnie też o tym myślała, bo przed dwoma laty przy okazji The Electric Lady przedłużyła serię o kolejne dwie suity. Na odejście od międzygalaktycznej stylistyki i progresywnej nowatorskiej fuzji R&B z innymi gatunkami zdecydowała się jednak już teraz.

Idea Wondaland Records (wcześniej Wondaland Arts Society) przewijała się w kuluarach twórczości Monáe właściwie od początku jej kariery, a przynajmniej od powstania kosmicznego konceptu Metropolis. Można było odczytywać je wówczas jako kreatywne zaplecze piosenkarki, która choć była mastermindem całego przedsięwzięcia, nie zaszłaby zbyt daleko bez enigmatycznych — Nate’a Wondera i Chucka Lightninga, którzy w różnych konfiguracjach są współautorami i producentami zdecydowanej większości piosenek artystki. Ci sami panowie zajęli się także songwriterską i produkcyjną stroną The Eephus, które rozszerza pojęcie Wondalandu na kilka nowych podmiotów wykonawczych — m.in. debiutującego z impetem Jidenny oraz znany z The ArchAndroid funkrockowy duet Deep Cotton. Na epce w nowej roli i pod własnym nazwiskiem pojawia się także także stały współpracownik Monáe — Roman GianArthur.

Podstawowe pytanie, jakie nasuwa się podczas odsłuchu tak naprawdę któregokolwiek z utworów na krążku to dlaczego. Monáe miewała na swoich dotychczasowych płytach niezbyt natchnione momenty, które jednak zawsze udawało się wpisać w koncept przedsięwzięcia na tyle naturalnie, że nie było problemu z ich legitymacją. The Eephus jest właściwie zbiorem właśnie takich nienatchnionych momentów odizolowanych od jakiejkolwiek sensownej myśli przewodniej — czy to ideologicznej, czy stylistycznej. Przeciętność można sprzedać prościej i liczniej, czego koronnym dowodem jest (o zgrozo!) największy komercyjny przebój w karierze Monáe — „Yoga”, drastyczny stylistyczny zwrot w stronę bezrefleksyjnej radiowości. Niewiele lepiej, choć jednak odrobinę bardziej wyraziście wypada partner w zbrodni Janelle — Jidenna — w narcystycznym „Classic Man”, które udało się wypromować w amerykańskim radiu na bazie nieortodoksyjnego imidżu wokalisty i generycznego bictu pożyczonego od Iggy Azalei, która z kolei wcześniej ukradła go Tydze. Koniec końców — seks i szpan to w czarnej muzyce nadal niepokonany oręż w walce o lokaty na listach sprzedaży. Z tego też powodu „Classic Man” pojawia się na ledwie 20-minutowej epce aż dwukrotnie, wieńcząc wydawnictwo niepotrzebnym featuringiem Kendricka Lamara. Ideałom wierne pozostaje jedynie Deep Cotton, które otwiera The Eephus pop-funkowym „Let’s Get Caught” w sferze wokalno-aranżacyjnej zawdzięczające wiele Prince’owi.

Dlaczego Wondaland z, wydawałoby się, przyczółku nieskrępowanej kreatywności na muzycznej mapie czarnej Ameryki przeistoczył się w kolejną kuźnię schematów? I jak wpłynie to na kolejne projekty Monáe i spółki? Ciąg dalszy na pewno nastąpi niebawem.

Protest Song od Janelle Monáe i Wondaland Records

hytb
„HELL YOU TALMBOUT” – krzyczy do nas nowy utwór Janelle Monáe i innych członków jej wytwórni Wondaland Records. Nagrany z okazji niedawnego marszu przeciwko brutalności policji utwór jest oszczędny w środkach, ale nie szczędzi wymowności. Pod rytm marszowej, etnicznej perkusji poszczególni członkowie labelu (w tym Jidenna, Deep Cotton, Roman GianArthur i oczywiście sama Janelle) wykrzykują imiona i nazwiska ofiar i apelują o pamięć o nich. Dodajemy do tego chwtliwy hymn i otrzymujemy doskonały hymn-protest song, w sam raz pod marsz w słusznej według artystów sprawie. Przy okazji przypominamy, że epka służąca za showcase Wondaland Arts Society wychodzi już jutro.

Okładka i tracklista epki Wondaland Records

theeephus
Premiera epki wytwórni Wondaland Records przeciąga się już od kilku miesięcy, ale wygląda na to, że znamy już ostateczną datę. 14 sierpnia. Prezentujemy Wam zatem kosmiczną okładkę oraz tracklistę projektu zatytułowanego The Eephus. Będzie się on składał z sześciu utworów, z których niestety połowę już znamy („Yoga” oraz „Classic Man” w wersji bez Kendricka i z Kendrickiem). Drugie „niestety” jest takie, że nie usłyszymy tutaj już niczego więcej nowego od samej Janelle Monáe. Usłyszymy za to nowe utwory Deep Cotton, Jidenny, Romana GianArthuraSt. Beauty. Materiał z pewnością spełni swoją rolę jako showcase składu wytwórni, ale z jakim efektem? Przekonamy się za dwa tygodnie.

1. Deep Cotton – „Let’s Get Caught (Ft. Jidenna)”
2. Jidenna – „Classic Man (Ft. Roman GianArthur)”
3. Janelle Monáe & Jidenna – „Yoga”
4. St. Beauty – „Going Nowhere”
5. Roman GianArthur – „iKnow”
6. Jidenna – „Classic Man (Remix) (Ft. Kendrick Lamar)”

Nowy teledysk: Janelle Monáe & Jidenna „Yoga”

janyoga

„Yoga” jest chyba pierwszym utworem Janelle Monáe, który zdołał aż w takim stopniu podzielić słuchaczy. Pomimo mojej niechęci do eksperymentów artystki ze współczesnym r&b, nie mogę powiedzieć, że singiel ten nie jest klasycznym przykłądem earworma. Teledysk do piosenki również wygląda dość normalnie i ludzko jak na Janelle, ale wciąż przemyca ten magiczny pierwiastek wyższej klasy. Swoją drogą pierwsze ujęcie to chyba wyraźna inspiracja laureatem tegorocznego Oscara za film roku. W kipie pojawia się także współautor piosenki, wciąż nie wychodzący ze swojej charakterystycznej kreacji Jidenna. Premiera epki od ekipy Wondaland Arts Society już za około miesiąc.