Wydarzenia

janelle monae

Janelle Monáe walczy o demokrację

Janelle Monáe

Janelle Monáe promuje dokument Amazona

Janelle Monáe od zawsze mniej lub bardziej bezpośrednio angażowała się politycznie. Android był dla niej płaszczyzną, by pokazać innego, obcego. Gdy wreszcie odważyła się otworzyć przed publicznością na krążku Dirty Computer, cybernetyczna otoczka nie była jej już potrzebna. Teraz idzie za ciosem i prezentuje rapowany numer „Turntables” — temat z filmu dokumentalnego Amazona All In: The Fight for Democracy. Obraz koncentruje się na temacie barier, które naruszają konstytucyjne prawo obywateli do głosowania w powszechnych wyborach w Stanach Zjednoczonych — praktyk, jak twierdzą twórcy coraz bardziej powszechnych, a bardzo często przez wyborców nieuświadomionych. Film będzie dostępny na platformie Amazon Prime Video od 18 września.

Fatalistyczny retrofuturyzm w nowym klipie Janelle Monáe

Nareszcie Janelle Monáe zdecydowała się na zwizualizowanie być może najbardziej niezobowiązująco popowego wycinka naszej zeszłorocznej płyty roku — Dirty Computer. W kolejnym klipie promującym krążek nie wraca co prawda do historii Cindi Mayweather, ale z powodzeniem uprawia znany doskonale z jej wcześniejszych wydawnictw fatalistyczny retrofuturyzm — doskonale korespondujący w tym wypadku zarówno z tekstem numeru, jak i faktyczną sytuacją społeczno-ekologiczno-polityczną. Zobaczcie klip do „Screwed” poniżej.

Janelle Monáe wiedzie szalone, klasyczne życie w nowym klipie

Ostatnio Janelle Monáe mogliśmy zobaczyć w programie Stephena Colberta, gdzie artystka złożyła hołd Janet Jackson. Teledysk do „Crazy, Classic, Life” to kolejna część „emocjonalnego obrazu”, czyli hybrydy filmu z muzyką, jaką zaprezentowała na potrzeby wydanego w tym roku Dirty Computer. W powstałym klipie wypuszcza się z ekipą w podróż, która kończy się w klubie i czymś wyglądającym na pokaz mody (?). Na ekranie wokalistce partneruje m.in. aktorka znana z Thor:Ragnarok Tessa Thompson. Kawałek oparty na synth-trapowym, Prince’owym brzmieniu pochwala miłość bez ograniczeń i wbrew systemowi. I jeszcze ten rap na koniec!

Janelle Monáe oddaje hołd Janet Jackson u Stephena Colberta

Charakterystyczne nakrycie głowy, przyciemnione światło i robotyczna choreografia w rytm perkusji. Czyli hołd dla Janet Jackson w The Late Show With Stephen Colbert. To tak na wypadek, gdybyście zapomnieli, że Janelle Monáe wydała w tym roku swój najbardziej autentyczny album, Dirty Computer. Po nostalgicznym intrze nawiązującym do Rhythm Nation jest już tylko bardziej tanecznie i kolorowo. Let’s go funky!

Dawn Richard zremiksowała feministyczny utwór Janelle Monáe

Dawn Richard zremiksowala feministyczny utwor Janelle Monae

Feministyczny hymn o celebracji kreatywności, seksualności i miłości do siebie, którym Janelle Monáe zauroczyła nas jeszcze przed wydaniem Dirty Computer, bardzo szybko doczekał się coveru. Zapytacie kto i w jakim celu? Dawn Richard postanowiła wykorzystać kawałek „Pynk”, żeby podkreślić swoją emancypację i działania na rzecz kobiet. Artystka od dawna kreuje się na niezwykle niezależną i silną kobietę, więc singiel idealnie pasuje do wyznawanej również przez nią pussy power. Richard nazwała remiks „(Dark) Pynk Cover” i stworzyła bardzo minimalistyczną, elektroniczną wersję kompozycji. Janelle kower się podoba, bo „siła sióstr” jej u niej mocno wyznawana, ale dla mnie remiks Dawn jest po prostu wymęczony i pokuszę się o zarzut promowania się na popularności Monáe.

Recenzja: Janelle Monáe Dirty Computer

Janelle Monáe

Dirty Computer (2018)

Bad Boy

Po latach spędzonych w masce humanoidalnego androida Cindi Mayweather, Janelle Monáe na najnowszej, trzeciej długogrającej płycie, zatytułowanej niemniej futurystycznie niż jej wcześniejsze krążki — Dirty Computer, odkrywa wreszcie własną twarz.

Pierwsze rysy na ukutym przed kilkunastoma laty koncepcie Metropolis (opartej na kanwie klasycznego filmu science fiction Fritza Langa historii wspomnianej już Cindi Mayweather, alter ego Monáe, która popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku) pojawiły się jeszcze w 2015 roku, gdy na showcasie własnej wytwórni Wondaland Records bezkompromisowa jak dotąd piosenkarka w sygnowanym własnym nazwiskiem singlu „Yoga” zwróciła się w stronę bezrefleksyjnie trappopowego radiowego R&B. Wystarczyła jedna fałszywa nuta, by w jednej chwili runęły mury skrzętnie budowanego przez lata koncepcyjnego miasta. Od tej chwili nie było już powrotu do przeszłości — oto Janelle Monáe zdjęła maskę Cindi Mayweather.

Tym samym Dirty Computer to dla Monáe wyzwanie na wielu poziomach. Monáe nie jest już bowiem niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, mesjanistycznym cyborgiem z misją ocalenia kosmicznej utopiii spętanej jarzmem policyjnej dyktatury. Jest człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. I to właśnie robi Monáe na nowym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe. Bała się, że ludzie będą ją oceniać, że pozostanie niezrozumiana i wystawi się na pośmiewisko przed oczyma całego świata. Na nowej płycie rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, który wciąż jest zarówno motorem dla jej twórczości, jak i demonem, z którym się zmaga. Zmaga się także z własnymi korzeniami — bardziej niż czegokolwiek obawia się pytań swoich krewnych o tę płytę, która, jak sama określiła w rozmowie z magazynem Rolling Stone — w dużej mierze jest reakcją na pogląd niektórych członków jej rodziny, że wszyscy homoseksualiści idą do piekła. „Może popełniam błędy, może wyciągam wnioski post factum, ale jestem gotowa, by ruszyć w tę podróż” — dodaje.

Na Dirty Computer Monáe stawia czoła nie tylko swoim lękom, ale i kreacjom skupionym w postaci charyzmatycznej Cindi Mayweather, ikony futurystycznego rock & rolla, sygnaturowego brzmienia Monáe zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu, które dało podwaliny rozwojowi nowej fali artystycznego R&B, w 2007 roku dopiero nieśmiało raczkującego. Dirty Computer nie jest więc w żadnym razie kontynuacją brzmienia (niedokończonej) serii Metropolis, a nową drogą dla Monáe — bliższą radiowym standardom, owszem, ale niezdradzającą Prince’owskiego kanonu. Jest to z pewnością najbardziej prostolinijna i popowa rzecz w dotychczasowej dyskografii artystki, ale nie jest to bynajmniej zarzut. Tam gdzie Mayweather była przerysowana, Monáe cechuje szlachetna prostota, tam gdzie Cindi uciekała, Janelle staje obnażona (ale nie bezbronna), o tym, co w Metropolis było tabu, na Dirty Computer mówi się otwarcie.

Monáe nie ma może za sobą tak barwnej historii jak Mayweather, ale wreszcie jest w swojej muzyce naprawdę obecna. Ze zmianą stylistyczną Monáe, jak i z pewnymi potknięciami (ujawniającymi się zwłaszcza gdy piosenkarka zbyt długo rapuje) i niezręcznościami (zwłaszcza w postaci niespodziewanych tekstowych catch phrase’ów), trzeba się tu zwyczajnie oswoić. Na Dirty Computer Monáe ma być może ucieka się zbyt często do prostych, radiowych refrenów, ale domyka je zawsze przemyślaną, wysmakowaną produkcją na najwyższym poziomie — począwszy od synthtrapowego midtempo z ewidentną słabością do 80sowego Prince’a we w przeciwnym razie momentami dość niezbornym „Crazy, Classic, Life”, przez bezceremonialnie bawiące się perwersyjną dwuznacznością „Screwed” z harmonijnym featuringiem córki Lenny’ego Kravitza, Zoë (być może najbardziej ewidentnie przebojowy fragment dyskografii Monáe, który zupełnie niespodziewanie mógłby znaleźć się na tej samej wakacyjnej plejliście co wypuszczony 12 lat wcześniej numer Paris Hilton o tym samym tytule), po w całości rymowanego afropopowego dancefloor killera „I Got the Juice” zmalowanego przez Janelle wspólnie z Pharellem Williamsem. Jane tym razem nie przebiera w słowach i czynach — nie boi się trapu, przekleństw i swojej nienormatywnej seksualności. „I like that and I don’t really give a fuck if I was just the only one who likes that — I never like to follow” — śpiewa w refrenie singlowego „I Like That”. To prawdziwa emancypacja byłej androidki.

Jednym z powodów, dlaczego na Dirty Computer trzeba było czekać aż pięć długich lat, był Prince. Prince, który od dawna był mentorem piosenkarki i wywarł znaczący wpływ na brzmienie jej muzyki. Prince, który pojawił się gościnnie w jednym z utworów The Electic Lady i z którym piosenkarka od tego czasu miała swoiste kreatywne przymierze. Prince był ponoć zaangażowany w powstawanie wstępnych szkiców Dirty Computer. I rzeczywiście nie sposób nie odnieść wrażenia, że krążek jest swoistym hołdem oddanym Purpurowemu Księciu. Gdy Monáe jako pierwszy singiel wydała funkujące „Make Me Feel”, internet obiegły pogłoski (nieprawdziwe), że to numer oparty na niewykorzystanym riffie, który Książę napisał przed laty i zaoferował go Janelle z myślą o tej płycie. Przez zamykające krążek „Americans” bez wątpienia od pierwszej do ostatniej nuty przemawia spuścizna klasycznego „Let’s Go Crazy” — nieżyczliwi doszukają się tu plagiatu, ale Monáe robi to z pełną świadomością, a zważywszy na okoliczności, tak obszerny cytat nie jest tu jakkolwiek niestosowny. „Pynk” z kolei, jak deklaruje sama Monáe, jest w części inspirowane psotnym uśmieszkiem Prince’a dostrzeżonym przez nią w którymś z jego koncertowych nagrań. I takim właśnie psotnym uśmieszkiem zdaje się uśmiechać do swoich słuchaczy w każdym zakątku i aspekcie Dirty Computer także Monáe.

I choć piosenkarka chętnie bawi się na krążku nowo nabytą wolnością poza murami upadłego Metropolis, wciąż potrafi pierwszorzędnie przetwarzać dziedzictwo czarnej muzyki z niezrównaną charyzmą i kreatywnością. Prawdziwą siłę pokazuje jednak wtedy, gdy nie kreuje się i nie psoci — w intymnym „Don’t Judge Me”, niewątpliwej kulminacji albumu, gdzie przepięknie rozwija temat kameralnego post-wonderowskiego neo-soulu, łącząc go z wartym opuszczonego Metropolis filmowym zacięciem. Dirty Computer to tym samym najbardziej eklektyczny krążek na trapowych bitach, jaki do tej pory powstał. I choć przy pierwszym odsłuchu można odnieść wrażenie, że bez koncepcyjnej historii Cindi Mayweather samej Janelle nie uda się skutecznie obronić i skleić licznych wolt stylistycznych, to tylko pozory. Monáe wcale nie jest sama, ma za sobą komplet stałych współpracowników z Wondalandu, duchy Prince’a i Cindi Mayweather, bogatą historię sztuki afroamerykańskiej i queerowej, wreszcie — nowo odzyskaną miłość i siłę, która płynie ze szczerego jej wyznania. Przez minionych naście lat Monáe naturalnie i na swoich własnych warunkach wyrosła na prawdziwą gwiazdę współczesnego R&B, która podobnie jak Beyoncé poniosła Lemonade samą sobą, niesie teraz Dirty Computer. „That’s just the way you make me feel, so real, so good, so fuckin’ real”.

Janelle Monáe udostępnia film towarzyszący Dirty Computer

„Film” to mało powiedziane, „emotion picture” — takim określeniem opatrzyła Monáe 48-minutowy obraz towarzyszący wczorajszej premierze jej najnowszego krążka Dirty Computer. Po emisji w amerykańskiej stacji BET całość trafiła na oficjalny Youtubowy kanał artystki tak, żeby mogła zobaczyć go reszta świata. Akcja filmu dzieje się w totalitarnej przyszłości, gdzie ludzie są znani jako „komputery”. Monáe wciela się w rolę Jane 57821, a towarzyszy jej domniemana partnerka życiowa Tessa Thompson. Zobaczcie całość poniżej.

#FridayRoundup: Janelle Monáe, Post Malone, Wiley, Akua Naru i inni

Przed nami bardzo długi weekend, podczas którego z pewnością znajdziecie czas na zapoznanie się z premierami płytowymi, jakie przynosi nam piątek. Wśród nich, najbardziej oczekiwaną rzeczą jest z pewnością świeży krążek od Janelle Monáe, ale fani kilku innych gatunków muzycznych również spędzą ten czas z uśmiechem na ustach. Zaczynamy!


Dirty Computer

Janelle Monáe

Bad Boy Records

Janelle Monáe swoją działalnością zasłużyła sobie na miano aktorki, modelki, producentki czy raperki. Po premierze jej najnowszego wydawnictwa, Dirty Computer, przypomniała się jednak przede wszystkim jako piosenkarka. To już trzeci długogrający krążek w jej dorobku. Najnowszy materiał został poprzedzony singlami, „Make Me Feel”, „Django Jane”, „I Like That” oraz „Pynk” z gościnką Grimes. Warto wspomnieć, że swój wkład w „Make Me Feel” miał Prince, którego brzmienie od zawsze inspirowało Janelle. Na płycie, poza Grimes, usłyszeć możemy także Briana Wilsona, Zoë Kravitz i Pharrella Williamsa. Piosenkarka twierdzi, że w przypadku tego albumu zależało jej na oddaniu głębokich, skrajnych nieraz emocji. Zabiera głos w kwestiach takich jak seksualność czy rola i pozycja kobiet. Tytuł nawiązywać ma do metaforycznego „brudu”, który każdy z nas niepotrzebnie stara się wyprzeć z siebie (artystka sądzi, że nie jest on niczym złym). Z kolei do komputera porównuje nasz umysł, maszynę, przez którą przewijają się informacje i która bywa zawirusowana. —Polazofia


Beerbongs & Bentleys

Post Malone

Republic Records

Dzięki spektakularnemu sukcesowi Stoney i takich hitów jak „Congratulations” czy „I Fall Apart” Post Malone wbił się do absolutnej czołówki hip-hopowego mainstreamu. Trapowe produkcje, melodyjność i chwytliwe refreny stały się jego znakiem rozpoznawczym, a swoista powtarzalność nie przeszkodziła mu zaatakować Billboard kolejnymi przebojami, „Rockstar” i „Psycho”. Beerbongs & Bentleys będzie z całą pewnością zawierało kontynuację tego brzmienia. Usłyszymy tu gościnne zwrotki takich gwiazd jak Nicki Minaj, 21 savage, YG czy Swae Lee, oraz bity autorstwa samego Posta i kilku innych producentów z obozu rapera. Spore obawy może budzić długość płyty – 18 utworów oznacza wysokie ryzyko monotonii, chociaż kto wie, może czeka nas parę niespodzianek, jak np. zwrot w stronę muzyki rockowej, z której Post przecież się wywodzi. Największe culture vulture od czasów Elvisa Presleya? Niech będzie, ważne, żeby bujało — Adrian


Godfather II

Wiley

CTA

Król grime’u powraca zaledwie rok po premierze ostatniej płyty. Godfather było świetnym krążkiem, w którym każdy z siedemnastu znajdujących się na nim numerów był prawdziwą petardą. Czy tym razem ojciec chrzestny grime’u potwierdzi swoją pozycję na scenie? Kontynuacja zawiera dwanaście tracków, a single, które do tej pory się pojawiły zdecydowanie zachęcają do sprawdzenia całości. Oby nowy materiał był co najmniej tak dobry jak poprzedni. — Dill


The Blackest Joy

Akua Naru

Code Black

Nie dajcie się zmylić łagodnej trąbce i odgłosom przyrody inaugurującym The Blackest Joy. Akua Naru to kobieta z krwi i kości, która nie obawia się trudnych tematów i sprowadzenia Sereny Williams do symbolu współczesnej Afroamerykanki. Na pierwszym planie u Naru jest charyzma, ale i pewna subtelność, która jednak nie jest słabością. Jeżeli lubicie świadomy, zaangażowany hip-hop wykorzystujący żywe instrumentarium osadzone w soulu i w jazzie (oraz dodatki, jak fale Oceanu Indyjskiego zarejestrowane o szóstej rano), sprawdźcie trzeci studyjny album artystki. — Maja Danilenko


Rejuvenate

Paul White

R&S Records

Moje pierwsze skojarzenie z nazwiskiem Paula White’a to przede wszystkim szalone kolaboracje w duecie z Dannym Brownem. Po niemalże wspólnym (nie licząc kilku bitów) Atrocity Exhibition, panowie wydali razem w ubiegłym roku krótką epkę Accelerator. I choć słuchacze przyzwyczaili się do jego pokręconych produkcji, to artysta nie boi się „ożywić” swojego stylu. Na Rejuvenate najprawdopodobniej usłyszymy Paula White’a w wersji bardziej stonowanej i łagodnej. A przynajmniej na to wskazują single „Spare Gold” i „Returning”. Czy rezygnacja z sampli na rzecz żywych instrumentów wyjdzie Brytyjczykowi na dobre? — Mateusz


Caer

Twin Shadow

Reprise Records

George Lewis Jr. aka Twin Shadow dwoi się i troi, żeby pod egidą Warner Music Group odtworzyć nostalgiczne, retro-popowe brzmienie z domieszką różnorodnych wpływów (w tym R&B), jakim dał się poznać na całkiem niezłym debiucie, zbiorze „letniaczków” Forget. W tym celu mają mu pomóc między innymi siostry z tria Haim, z którymi to współpraca wydawała się wręcz nieunikniona. Jeżeli chcecie poznać odpowiedź na pytanie, czy bajka Twin Shadow jest jedną z tych, które można opowiadać wielokrotnie, bez ryzyka utraty ich charakteru, to nie ma lepszego momentu w roku na weryfikację. — Maja Danilenko


Exotic Worlds and Masterful Treasures

Stimulator Jones

Stones Throw

Jeśli marzyła wam się płyta pełna oldschoolowych popsoulowych refrenów na surowych synthfunkowych bitach w stylu Dam-Funka, to właśnie się ukazała. Wydany dziś nakładem Stones Throw album Exotic Worlds and Masterful Treasures nie wyczerpuje może do końca obietnicy dalekich podróży z tytułu, ale z pewnością zapewni odpowiednie wibracje podczas wiosennego garden party. Stimulator Jones, czyli Sam Lunsford to najnowszy nabytek soulowej oficyny, didżej, producent, piosenkarz, songwriter i multiinstrumentalista, który potrafi zagrać na czymkolwiek — na swoim nowym krążku stawia jednak na syntezatory wskrzeszające ducha funku lat 70. i 80. — Kurtek


Floor Kids (Original Video Game Soundtrack)

Kid Koala

Kid Koala Productions

Floor Kids, to gra na konsolę Nintendo, osadzona w świecie tancerzy breakdance. Pojedynki rysunkowych B-Boys i B-Girls, jakie staczać możemy na ekranie, podkręcone zostały przez muzykę, którą specjalnie na potrzeby gry stworzył kanadyjski Dj i producent — Kid Koala. Jeżeli nie jesteście fanami konsol, a zamiast wpatrywać się w ekran, wolicie osobiście pobawić się na parkiecie, to ścieżka dźwiękowa z gry, składająca się z 42 utworów, trwających łącznie 71 minut, powinna dać Wam idealny podkład pod tego typu zachowanie. — efdote


Everything Matters

Clément Bazin

Nowadays

Po obiecującej zeszłorocznej epce Us francuski producent Clément Bazin wydaje wreszcie swój długogrający debiut. Na krążku bardziej niż kiedykolwiek wcześniej kieruje się w stronę tropikalnego UK bassu, łącząc vibe Quantica z brzmieniem Disclosure. Kolejny wart sprawdzenia kandydat na tegoroczną wakacyjną plejlistę. — Kurtek


Soma 0,25 mg

Taconafide

Nowadays

Dwa tygodnie po najgłośniejszej polskiej hiphopowej premierze roku Quebonafide i Taco Hemingway udostępniają w szerokiej ofercie streamingowej drugi dysk Somy 0,5 mg. To 11 dodatkowych nagrań w tym remiksy numerów z podstawowej wersji płyty z gościnnym udziałem m.in. KęKego, Palucha, Kaza Bałagane czy Dawida Posiadły. Must listen dla fanów fiskalnego trap popu. — Kurtek


Janelle Monáe prezentuje teledysk do „I Like That”

Niedawno pisaliśmy, że Janelle Monáe wypuściła nowy singiel zatytułowany „I Like That” To już czwarty kawałek promujący jej nadchodzącą płytę Dirty Computer, której premiera w piątek 27 kwietnia. Najpierw były „Make Me Feel” i „Django Jane”, a potem „Pink” z gościnnym udziałem Grimes. Wczoraj zaś ukazał się klip do ostatniego, póki co, singla. Widzimy w nim Janelle w otoczeniu egzotycznych ptaków (pawia i flamingów), śpiewającą i rapującą o tym, że zupełnie nie interesuje jej, czy ktoś lubi to co ona. My na pewno lubimy ten kawałek i czekamy na premierę krążka.

Janelle Monáe lubi to, a my lubimy Janelle

Janelle Monáe nie zwalnia tempa przed premierą trzeciego longplaya — po barwnym klipie do „Pynk” w minioną środę, już dzieli kolejnym singlem. „I Like That” to zręczny pomost pomiędzy soulową a Janelle a trapową Django Jane. Pomimo modnego bitu udaje jej się zachować wypracowany przez lata styl. Po raz kolejny jest niepoprawna i nie bierze jeńców. Dirty Computer otworzy dla piosenkarki zupełnie nowy rozdział. Premiera w przyszły piątek — 27 kwietnia. Czekamy!