piernikowski

„Białas chciałby być, a nie musieć ciągle walczyć” — Piernikowski dla Soulbowl.pl

Piernikowski

„Białas chciałby być, a nie musieć ciągle walczyć”

Piernikowski to jedna z najbardziej wyjątkowych osobowości na polskiej scenie muzycznej. Enigmatyczny MC związany z duetem Syny, producent muzyczny, wysłannik orientu, orędownik Primeshitu i, jak sam się określa, „dźwiękowo-wizualny” artysta. Przy okazji premiery jego trzeciego solowego albumu, The best of moje getto, udało nam się złapać tego niezwykłego twórcę w Warszawie i porozmawiać o jego najnowszej płycie, zahaczając przy okazji o węgierskie slow cinema, pracę w teatrze i autotune’a. Sami Piernikowskiego możecie złapać na jego najbliższej trasie koncertowej, bilety dostępne są na Going!

Mamy 17 października, a to oznacza, że dzisiaj premierę ma twoja trzecia solowa płyta, The best of moje getto. Miałem okazję przesłuchać ją przedpremierowo i pierwsza rzecz, która się rzuca w uszy bardzo mocno, to autotune, którego wcześniej nie mieliśmy okazji słyszeć, a na pewno nie w takiej ilości. Mimo tego, że to narzędzie przyjęło się już w kulturze hiphopowej, dalej słychać głosy purystów odrzucających go. Czy zatem traktować to mamy jako chwilową potrzebę eksperymentu czy nowy, stały element primeshitu?

Wiem, że w wielu środowiskach autotune jest punktem zapalnym, ale nie przywiązuję zbytniej uwagi do tego i nie emocjonuję się tym, bo dla mnie jest zwykłym narzędziem, takim jak reverb czy delay. Mam wrażenie, że cała dyskusja o autotunie trochę przypomina pojawienie się gitary elektrycznej. Wydaje mi się, że trzeba już go po prostu zaakceptować. Każdy używa tego na swój sposób. Na The best of moje getto sprawdza się zajebiście, kiedy tworzę sobie jakąś inną postać w głowie, innego narratora. Wokale, które są na tunie, są takim bardziej hajpem; spreparowaną przeze mnie sytuacją pojawienia się fikcyjnego hypemana. Bardziej w takim klimacie czuję to na tej płycie.

Co do tej gitary myślę, że to całkiem trafna analogia, bo w dyskursie o autotunie często pojawienie się go porównuje się  do momentu, kiedy Bob Dylan po raz pierwszy sięga właśnie po gitarę elektryczną na Newport Folk Festival w ’65.

Przechodzę nad tym na luzie. Ale myślałem o tym z innej strony: miałem ostatnio taką rozkminę, że ludzie rezygnują ze swojego głosu na rzecz autotuna, który jest takim uniwersalnym, nierealnym głosem jakiejś istoty albo głosem jednego, uniwersalnego człowieka, wręcz jakiegoś androida. Obdzierają się z wszelakich ozdobników i zakładają taki uniwersalny strój. Taki „mnisi” strój osobowości. Ja to tak rozkminiam. 

To jest prawdopodobnie najbardziej zajebiste określenie na autotune’a, które słyszałem, coś w tym jest.

No, to ma swoje zalety. Nagle wszyscy stają się równi pod względem umiejętności czy barwy głosu — wszystkiego. Są nagle istotą uniwersalną. Stają się medium.

No tak, dlatego tym bardziej ważne jest, żeby jednak obchodzić się z autotunem jak z narzędziem. W wywiadach, których udzielałeś jeszcze przed premierą The best of moje getto, często mówiłeś, że inspiruje cię to, co robi na przykład Gaika. To jest taki gracz, który korzysta z tego narzędzia, a jednak nie gubi przy tym swojej osobowości.

Dobrze kombinuje. Czasami jest ascetyczny, czasami błyszczący, czasami wręcz przerysowany. 

Okej, to przejdźmy od inspiracji do samej płyty. W kontekście twoich albumów, zarówno solowych jak i Synowskich, często pojawiającą się frazą jest określenie, że to takie „dźwiękowe filmy”. Zresztą nie dziwię się, bo narracyjnie są to rzeczywiście zawsze bardzo przemyślane rzeczy. The best of moje getto jest już na streamach i z ciekawości wszedłem na RateYourMusic, by sprawdzić, czy są już pierwsze opinie. No i w pierwszej recenzji, która się pojawiła, pada właśnie to określenie „filmu”. Ja chciałbym tę filmowość ugryźć z trochę innej strony, a mianowicie zapytać o teledyski. W warstwie wizualnej nastąpiła u ciebie duża zmiana. „Dobre duchy” mają wydźwięk takiego medytacyjnego slow cinema — skąd taka zmiana estetyki?

The best of moje getto to trochę inna sceneria, niż poprzednie primeshitowe płyty. Mi w głowie majaczą skraje miast, gdzie z jednej strony jest już las i jakieś pola, ale kiedy się odwracasz widzisz jeszcze miasto i jakieś jego dziwne elementy. Ten styk jest zajebisty. Jeśli chodzi o „Dobre duchy”, to rozkminiając z Gosią Heman (reżyserka klipu – przyp. red.) pomysły, doszliśmy do takiej wizji powolnego obrazu, który jest w sumie takim antyklipem, który opowiada, niewiele mówiąc. No, klimat.

Taki specyficzny oniryzm?

Kajetan Plis, który odpowiadał za obraz, zajebiście to uchwycił, a nawet pogłębił. Pokazał naturalne środowisko w sposób niepokojący i afirmujący równocześnie. Bo utwór niby jest wołaniem o pomoc, jest tam taki ubolewający ton z jednej strony, ale z drugiej jest też afirmujący te „dobre duchy”. Udało się złapać jakiś dziwny klimat zen. A tak w ogóle zajebistą sztuką jest pokazanie lasu i natury, kiedy takich kadrów było już tysiące… postać wśród drzew, czy coś w tym stylu — w kinie było tego dużo. Kiedy rozmawialiśmy z Gośką o tym klipie, mieliśmy w głowach rzeczy Tarkowskiego czy Idź i patrz Klimowa.

To skoro pojawił się już Tarkowski i pojawiło się Idź i patrz, to nie mogę nie zapytać o postać Béli Tarra, bo ten przewijający się wcześniej motyw trwania i estetyka teledysków wydaje mi się mocno korespondować.

No tak, Béla Tarr jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Same pojedyncze sceny w jego filmach są dla mnie takim mikroświatem, na przykład dwóch typów idących w tántangó ulicą pośród śmieci.

Początek Harmonii Werckmeistera też jest przecież taką miniaturą samą w sobie.

Jasne, każda scena u niego mogłaby trwać dla mnie godzinę. Te rzeczy mają też taki wspólny mianownik. Mam wrażenie, że kiedy pojawia się jakieś zło i nieszczęście, to nie ma nad tym lamentu, tylko takie pogodzenie się z tym. Może nawet nie pogodzenie, ale obserwacja bez oceny. Świadomość tego, że jeżeli świat jest idealny, to znaczy, że są one na swoim miejscu; a jeżeli świat jest nieidealny, to są one częścią tego świata i są nie do naprawy i nie ma co z nimi walczyć, trzeba się z nimi pogodzić. Ma to też swoje piękno, okrucieństwo też jest jego częścią. Jeżeli  kwitnięcie jest zajebistością kwiatów, to więdnięcie też jest zajebiste. Przychodzi mi na myśl sentencja z Truposze nie umierają Jarmusha, którą wypowiada RZA: „The world is perfect. Appreciate the details.” Oczywiście to gówno nie jest takie łatwe. 

O kinie myślę, że moglibyśmy jeszcze długo rozmawiać, natomiast przez to, że obecnie rezyduję w Krakowie, to nie mogę nie zahaczyć o kwestie teatralne. Na teatrze odcisnąłeś swoje piętno, współpracując m.in. z Janem Klatą w Teatrze Starym w Krakowie. Mam wrażenie, że ostatnio hip hop i teatr zaczynają coraz częściej przecinać swoje drogi. W zeszłym roku projekt czasem miał swój finał w Teatrze Słowackiego, a młody traper Koza robi spektakl z awangardowym twórcą, Krzysztofem Garbaczewskim. Jak myślisz, czy to początek jakiejś większej fali?

Nie wiem czy jest tendencja czy tylko jednorazowe akcje. Przenikanie się tych światów jest dobre i chociaż czasami może się nie udać, to spoko, że ktoś ryzykuje. Dla obu stron to dobre doświadczenie. Jak wchodziłem do Teatru Starego, to nazywali mnie tam „panem DJ-em” albo „panem raperem” (śmiech). Cenię sobie zderzenie światów. Dzięki pracy w teatrze zaobserwowałem jak konstruuje się spektakl i o ile elementów trzeba zadbać, żeby osiągnąć pewien efekt. To też wywarło duży wpływ na moją rozkminę na temat koncertów.

Jak już zaczęliśmy temat przenikania się światów, to chciałbym odnieść go także do The best of moje getto. Pierwszy raz, zarówno w kontekście twoich solowych rzeczy jak i synowskich projektów, na płycie pojawia się dużo gości z bardzo różnych światów. W jednym z wcześniejszych wywiadów mówiłeś, że jesteś sceptyczny co do gościnek, bo rzadko kiedy dają satysfakcjonujący efekt. Jak było tym razem? Czy te występy to wynik bardziej wpisania się w twoją wizję, czy wyszło to na zasadzie burzy mózgów?

Trudno sobie wyobrazić taką współpracę w sposób syntetyczny, że ktoś jest bez backgroundu, poczucia wspólnego flow i wjeżdża z czapy, tym bardziej w takie coś. Każda z tych kooperacji była poprzedzona odpowiednią rozkminą. To też często nie było pierwsze spotkanie, bo na przykład z Kachą zdążyliśmy się już trochę pobujać, poznać się, znamy też swoją muzykę. Mamy taki wspólny lot, że niewiele musimy rozmawiać, po prostu czaimy co ma się wydarzyć… Z kolei z Adamem (Repuchą- przyp.red.) już od dłuższego czasu chcieliśmy zrobić coś razem. Łączy nas podobne odczuwanie melancholii, jakiejś tęsknoty. I mam wrażenie, że nieświadomie zrobiłem follow up do „Zabierz mnie do morza…”. Czuję jakieś „soulmate’ostwo”. Tak samo z Hadesem i Brodką, to wszystko wyszło w sposób bardzo naturalny… Przez muzykę zawiązała się jakaś przyjaźń. Zapraszając gości, wiedziałem kogo zapraszam i na maksa zaufałem, że  się w tym znajdą i rozwiną to, co zastają u mnie. Brodce przyśnił się jej tekst… Po prostu czuć miłość… do muzyki miłość.

Bardzo mi się podoba to określenie, że łączy was z Adamem podobne pojmowanie refleksji i tęsknoty. Kiedy się go słucha, czuć w jego muzyce coś, o czym sam wielokrotnie mówiłeś, czyli taką świnoujską nostalgię. Na tej płycie jest też dużo momentów duchologicznych pasaży syntezatorowych, w samym tytule pojawia się także „getto”, czyli jakieś miejsce, które różnie można rozumieć i stąd też moje rozkminy, ile jest w tym tytułowym getcie świnoujskości i czy w takim razie w tych momentach na płycie także przebija się ta nadmorska wrażliwość?

Właśnie mam wrażenie, że tutaj to Świnoujście przeszło na drugi plan. Czuję je trochę w numerze „Być Jak”, ale to są bardziej takie rzeczy trudne do opisania, no wiesz, jakieś wewnętrzne jazdy. Słyszę w tym emocje, które kojarzą mi się z konfrontowaniem się z taką siłą i przestrzenią, jaką jest morze. Obcowanie z dużym żywiołem, do którego idziesz w sytuacji swojej słabości, a zarazem wiesz, że ono ma siłę, która może cię zabić. To jest zarazem niepokojące i przyciągające. Jeżeli chodzi natomiast o samą tęsknotę, to mam odczucie, że jak słucham tego, czyli oglądam ten film (śmiech), to widzę, że to próba skomunikowania się z czymś, nie wiadomo do końca z czym. Samo „Getto” natomiast ma kilka znaczeń. Jedno jest takie dosyć indywidualne, to zbiór powtarzających się sytuacji, trochę jak w „Dniu Świstaka”. Świadomie też dlatego używam niektórych rzeczy, które pojawiały się na poprzednich płytach, do podkreślenia tego, że świat się nie rozszerza. Wbrew pozorom mam wrażenie, że świat się zwęża. Tu już przechodzę do bardziej globalnej rozkminy, że mimo takiej ilości rzeczy do wyboru i do skonsumowania, tak naprawdę wybory stają się coraz mniej znaczące, a produkty mniej odżywiające. Wchodząc na przykład do Żabki kiedy jestem głodny i chcę coś zjeść, widzę pełne półki, ale nic mnie właściwie nie nakarmi. Poprostu szit. „World is a getto”.

Mam też wrażenie, że ten taki wątek konsumpcyjny, podobnie jak było na wcześniejszych nagraniach, przewija się także na tej płycie. Jest tu na przykład dużo nawiązań do wszelkiego rodzaju ubrań, pojawiają się takie marki jak Nike, Adidas czy H&M. Markowe ciuchy są w pewien sposób mocno fetyszyzowane we współczesnym rapie i dlatego zastanawiam się, na ile może być to przytyk w kierunku konsumpcjonistycznej kultury, a na ile nawiązanie do pojawiających się wcześniej „Bluz kangurów”?

To nie przytyk, to medytacja uniformu, który towarzyszy mi od początku. Oczywiście ma to kilka znaczeń. To jest trochę gra iluzją posiadania dóbr. Te ubrania sprawiają wrażenie czegoś, co jest plebejskie, ale jednocześnie daje pozór czegoś ekskluzywnego. Zależy od tego gdzie się znajduje. Jest to też trochę gra z samym sobą, taki trochę autodiss (śmiech), że jestem w pewnym sensie niewolnikiem w tym wszystkim. Tak jak bluzy kangury miały być chroniące, tak jest też takie pytanie z drugiej strony: przed czym właściwie mają chronić? No mógłbym tutaj odpowiedzieć po prostu, że „Białas chciałby być, a nie musieć ciągle walczyć”.

„Białas chciałby być, a nie musieć walczyć”. To brzmi jak piękne hasło, które chyba doskonale też podsumowuje naszą dzisiejszą rozmowę i niech w takim razie wybrzmi odpowiednio i stanie się takim „dobrym duchem” tej dzisiejszej rozkminy.

Spoko, ale mam w takim razie jeszcze pytanie do ciebie. Jak ty odbierasz tę płytę w kontekście poprzednich? Bo spotkałem się z takimi opiniami, że ona jest wręcz taka… pozytywna.

Wiesz co, jest w niej coś takiego, że — jak już mówimy nazwiskami — bardziej czuć tu Tarkowskiego niż Tarra. Nie do końca siedzi mi określenie „pozytywna”, bo moim zdaniem poprzednie rzeczy nie były negatywne.

Może tu bardziej chodzi o słowo „ciężkość”.

Jest na pewno lżejsza. I słychać tu coś, o czym pisałem na przykład a propos „Dobrych duchów”; że to poczucie takiego trwania z Białasami przekuło się we wrażenie medytacji. Czuć pogodzenie z rzeczywistością.

Medytacja, drogi białasie…

Dokładnie tak! I wydaje mi się, że takie spojrzenie może być czymś, co ludzie mogą odbierać właśnie jako coś pozytywnego, jako wrażenie ciepła. A ze strony muzycznej mi się bardzo podoba, jaram się takimi glitchowatymi, trochę połamanymi rzeczami, no i bardzo trafia do mnie narracyjność tej płyty, że to dalej jest bardzo nieśpieszne, powolne. Dużo też robi to wrażenie melancholii, która jest tutaj dużo lżejsza niż na przykład na No Fun. Może to tylko czepianie się słówek, ale widzę w tym trochę zamienienie czegoś, co można określić jako tęsknotę, właśnie na to ciepło melancholii.

Na No Fun było więcej szamotania się, rozdarcia, takiego niepogodzenia.

No, tutaj też pojawia się, w tym kontekście dosyć wymowny, numer „Abhajamudra”, nawiązujący do buddyjskiego gestu odrzucenia lęku. Idąc takimi torami, można pewnie widzieć The best of moje getto jako coś pozytywnego.

Dziękuję za odpowiedź (śmiech).

Rozmawiał Wojtek Siwik

#FridayRoundup: Anna Wise, clipping., Kash Doll, Floating Points i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem znajdziecie tu zarówno świetne wokalistki (Anna Wise, Tawiah, Nicole Bus), muzyczne eksperymenty (clipping. Piernikowski), trap Kash Doll, wyszukaną elektronikę (Floating Points), awangardowy jazz (Matana Roberts) czy też klasyczny hip-hop (Temzki, Smoke DZA & Benny the Butcher, Gucci Mane). Wszystko to poniżej, a jeszcze więcej nowości znajdziecie na naszej zbiorczej playliście.


As If It Were Forever

Anna Wise

Anna Wise

Trudno mi jeszcze śledzić Annę Wise z powodu innego niż ciekawość (uzasadniona wiadomymi względami; mniej oczywisty tu). Na moje szczęście As If It Were Forever, figurujące w portfolio wokalistki jako pełnoprawny debiut, nie odbiega gabarytowo od standardowo rozumianej epki. Debiutancka Anna Wise próbuje zaś nieco odbiec od aż nazbyt impresyjnych i cierpiących na brak ukierunkowania tropów, cechujących jej poprzednie lata wydawnicze. Chwilami nawet mam wrażenie, że jej się to udaje. Przeboju na miarę „Go” na As If It Were Forever raczej nie znajdziecie; jest tu za to trochę udelikaconego, intymnego alt-art-R&B, podbitego rytmicznym (chyba zbyt wczesnym momentem kulminacyjnym) na „Nerve” i finałowym, odważniejszym harmonijnie od reszty „Juice”. Nadal jednak Anna Wise potrzebuje więcej produkcyjnej odwagi, by chciało się ją wspominać równie dobrze, co z gościnnego występu u Kendricka Lamara. — Maja Danilenko


There Existed an Addiction to the Blood

clipping.

Sub Pop

Nie czekałem na nowe clipping. Brzmi to jak mała spowiedź, ale przyznam szczerze, że formuła trio zaczęła się dla mnie powoli wyczerpywać i zjadać swój własny ogon, a zmierzenie jej z formułą ambicjonalnego albumu narracyjnego na Splendor&Misery pokazało, że ma swoje ograniczenia, które czasami są nie do przeskoczenia. Do There Existed an Addiction to the Blood podchodziłem zatem z dystansem, który coraz bardziej topniał w miarę słuchania albumu. Najnowszy krążek to, póki co, najlepsze ich dzieło. Wspaniałe instrumentale nie tylko czerpią z muzyki noise, concrete music i tape music, ale także w obrębie samego hip hopowego beatmakerstwa kombinują, w przeciwieństwie do poprzednich nagrań, z nieoczywistymi brzmieniami i podziemnym sznytem. Brzmienie krążka jest gęste, ale narracyjnie dostajemy dużo miejsca na oddech, a dźwięki mają przestrzeń na, dosłownie, wyszumienie się. Moje ambientowe serce kupił także pomysł na zakończenie krążka 18-minutowym trackiem z zapisem dźwięku płonącego pianina. Brzmi jak pretensjonalne silenie się na oryginalność, ale outro daje za to mnóstwo czasu na medytacje i ochłonięcie po noiserapowym znęcaniu się nad słuchaczem.– Wojtek


Stacked

Kash Doll

Republic Records

„Doświadczenie z ulicy bez jego wychwalania” plus unikalny styl, niezłe rymy i drapieżność to główne zalety Kash Doll. Po zeszłorocznych mixtape’ach Brat MailThe Vault Kash Doll powraca tymczasem ze studyjnym krążkiem. Związana z labelem Republic Records – wytwórni, z którą współpracowali m.in. Nicki Minaj, Drake, The Weeknd czy Ariana Grande – raperka prezentuje najnowsze wydawnictwo Stacked. Na płycie znalazło się 17 numerów, w tym single: trapowe „Kitten” z Lil Wayne’em, imprezowe „Ready Set” z Big Seanem i „Mobb’n” z zabawnym nawiązaniem do „Pass That Dutch” Missy Elliott. Znalazł się tu też znany wcześniej banger „Ice Me Out”, duet z Teyaną Taylor, parodia pop rapu („So Amazing”) i outro pierwsza klasa („KD Diary”). Kash Doll ma wszystko ułożone. Nie bez powodu zaprosił ją na wspólne występy Drake, a Rihanna wymienia ją jako ulubioną raperkę. Przy tworzeniu Stacked pomagał jej André 3000. I to jest chyba najlepsza rekomendacja. Odpowiedź na Cardi B z Detroit? Być może. — ibinks


Crush

Floating Points

Ninja Tune

Na nowy album Floating Points fani musieli czekać aż 4 lata. Zdecydowanie było warto, bo Crush to jedna z ciekawszych propozycji okołoelektronicznych ostatnich lat. Kompozycje muzyczne Sama Sepherda od zawsze miały w sobie coś tajemniczego i nostalgicznego. Czuć w nich brytyjską aurę i tęsknotę. Elektroniczne brzmienia Floating Points to idealny soundtrack na jesień. Crush wyszło w doskonałym momencie, wydaje się stworzone na ponure, październikowe wieczory. Album kontynuacja mrocznego klimatu Eleani, ale tym razem częściej poza smyczkowymi czy jazzowymi wstawkami, muzyk zdecydował się na szczyptę szaleństwa. Miejscami Crush nawiązuje do tradycyjnych klubowych brzmień, czego kulminacją jest energiczne „LesAlpx”. Floating Points znowu udowadnia, że jest nie tylko DJ-em otwartym na różne gatunki, ale i prawdziwym muzykiem chcącym eksperymentować i zmieniać oblicze muzyki elektronicznej. — Polazofia


Starts Again

Tawiah

First Word Records

Starts Now to debiutancki krążek brytyjskiej artystki, ale jej postać na scenie widoczna jest już od dawna. Dwie świetne przyjęte epki, mixtape oraz wiele gościnnych udziałów m.in. u tak znaczących postaci, jak Cinematic Orchestra, Blood Orange, Mark Ronson, Kindness, Cee-Lo, Wiley, Zed Bias czy Eric Lau, świadczyć mogą o jej statusie oraz niezwykłym talencie. Album jest bardzo osobistą eksploracją tożsamości jako kolorowej kobiety, wychowanej w rodzinie zielonoświątkowców, która chce wyrazić swoją muzykalność w całej jej okazałości, wolną od ograniczeń wielkich wytwórni. — efdote


Coin Coin Chapter Four: Memphis

Matana Roberts

Constellation

Prawie pięć lat po trzecim rozdziale projektu Coin Coin eksperymentalnej saksofonistki jazzowej Matany Roberts wreszcie doczekaliśmy się czwartej odsłony dzieła. Na Memphis, podobnie jak we wcześniejszych częściach, Roberts po raz kolejny eksploruje tematy związane z afroamerykańską historią, pamięcią i dziedzictwem, łącząc awangardowy jazz z formułą spoken word, by stworzyć nietuzinkowy muzyczny dokument. Tym razem Roberts przywraca pamięć swojej babci (na okładce płyty) pochodzącej z tytułowego Memphis. — Kurtek


The best of Moje Getto

Piernikowski

Asfalt Records

The best of Moje Getto owiane było duchem dużych zmian. Na płycie po raz pierwszy pojawia się tak wielu gości i to o tak dużym kalibrze (Brodka, Adam Repucha, Kacha Kowalczyk z Coals, Hades), a obecność Piernikowskiego w Asfalt Records mogła budzić kontrowersje i niepewność pośród fanów zarówno jednego i drugiego. Finalny owoc tej współpracy to jednak nadal przede wszystkim primeshitowa piernikowszczyzna najwyższych lotów. W stosunku do poprzedników, nagrywanych zarówno solowych jak i w duecie z 88, dużo więcej jest tutaj ciepła i harmonii. Tęskną, świnoujską melancholię zastąpiły nostalgiczne pasaże syntezatorów o nieco duchologicznym wydźwięku, a nihilistyczne trwanie przekute zostało w medytacyjne mantry, zwieńczone pojawieniem się na krążku numeru „Abhajamudra”. W tle szumią inspiracje elektronicznym brzmieniem spod znaku takich graczy jak Gaika, po raz pierwszy czuć też na krążku lepkie, psychodeliczne ciepło przebijające się tu i ówdzie. Piernikowski/Dziecko z Polski/Emce specjalnej troski nagrał najwrażliwszy swój album do tej pory i jeżeli to najlepsze, co przynosi jego Getto, to niech ono trwa. —Wojtek


Lift Ep

Pete Philly

B.U.

Jeden z najlepszych europejskich raperów (który swoją drogą jest też znakomitym wokalistą) powraca na scenę po dłuższej przerwie spowodowanej problemami ze zdrowiem. Tematem przewodnim epki zatytułowanej Lift, jest właśnie „uzdrowienie”. Artysta, aby wrócić do pełnej funkcjonalności, musiał przez kilka lat badać swoje ciało, umysł oraz ducha, co doprowadziło do jego głębokiej przemiany. Dużej przemiany nie uświadczymy na szczęście w muzyce, która jest nadal na wyśmienitym poziomie, a sam artysta porównuje proces jej tworzenia, do tego, co czuł, nagrywając wraz z Prequisite genialne Mindsate. Na epce tej odnajdziemy również sporo wpływów afro-karaibskich, bo takie korzenie ma właśnie holenderski muzyk, a w otwierającym całość utworze „Here” usłyszymy ponadto elementy folku oraz gospel. — efdote


Statue of Limitations

Smoke DZA & Benny The Butcher

RFC Music Group / Cinematic Music Group

Prawie trzy lata od wypuszczenia udanego Don’t Smoke Rock, Smoke DZA ponownie łączy siły z legendarnym producentem – Pete Rockiem. Tym razem dołącza do nich jeszcze reprezentant Griselda Records, Benny The Butcher. Efektem współpracy tej trójki jest epka Statue of Limitations. Duet świetnie się sprawdza na klasycznych boom-bapowych bitach. Gościnnie dołączają do nich stali współpracownicy – Conway the Machine, Styles P i Westside Gunn. It’s Smoke and Butcher, You can get smoked and butchered! —Mateusz.

T La Soul

Temzki

Temzki

Grupa De La Soul miała niepodważalny wpływ na twórczość wielu artystów wychowanych na hip-hopie z lat 90. Jedna z takich postaci jest bez wątpienia raper Temzki, o którym dłuższy czas nie było słychać, ale właśnie powrócił ze swoim nowym projektem, będącym niczym innym niż hołdem dla wyżej wymienionego zespołu. Na T La Soul zaprosił on kilku znakomitych producentów (m.in. Soulpete, Spinache, Roux Spana), którzy do stworzenia swoich beatów, posłużyli się samplami wykorzystanymi już na klasycznym krążku Stakes Is High. Dodatkowo usłyszeć możemy tu kilku gości, którzy doskonale wpasowali się w pozytywny i bujający vibe całości, tworząc znakomity materiał, nie tylko dla fanów De La. — efdote


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Słowiańskie medytacje Piernikowskiego

Na kanale Asfalt Records na YouTubie pojawił się ostatnio pierwszy singiel z drugiej solowej płyty Piernikowskiego, rapera, producenta, 1/2 duetu Syny i byłego zawodnika Latarnia Records. Na kawałku gościnnie udziela się Kacha Kowalczyk, wokalistka duetu Coals, z którym wokalista miał okazję już współpracować w tym roku przy ich EPki Klan. Singiel „Dobre Duchy” promuje nadchodzący album The Best of Moje ghetto, którego premiera została zaplanowana na 19 października 2019, a preorder możecie już zamówić pod tym linkiem.

Pozwolę sobie przemycić trochę prywaty i napisać, że o żadnym innym projekcie nie lubię pisać tak bardzo, jak właśnie o Synach i ich twórczości solowej. To, co w samym założeniu miało być dadaistyczną, klimatyczną fantazją na temat polskiego blokowiskowego rapu, z biegiem czasu stało się pięknym polem przemycania ukrytych znaczeń i inspiracji, których odnajdywanie i rozszyfrowywanie daje mnóstwo satysfakcji. Z resztą trudno się dziwić, samego Piernikowskiego częściej zobaczymy w towarzystwie Jana Klaty niż Quebonafide, a w wywiadach o muzycznych fascynacjach śmiało wymieniają koło siebie Gaikę, ciężkie techno czy twórców ambientu spod znaku tape music. Wszystkie te nieoczywiste inspiracje i mnożące konteksty odniesienia znajdziemy także w „Dobrych Duchach”.

Jednym z naczelnych tematów przewijających się w twórczości rapera, zarówno w duecie z 88, jak i solowej, jest trwanie. Ale nie trwanie spod znaku wiernego wyczekiwania, bardziej cierpliwa, przepełniona pustką egzystencja w monotonii i nijakości rodem z filmów Beli Tara. I tak, po trwaniu z białasami i kawie za dużo pieniędzy, najnowszy singiel twórcy przynosi wreszcie przedziwną ulgę. Dalej narracyjnie utwór jest powolny i niespiesznie prowadzi natchnione, syntezatorowe linie, a oniryczny szum, znany z dotychczasowych nagrań, przelewa się powoli na dalszych planach, ale z tej stagnacji wydobyty jest piękny, medytacyjny, słowiański duch. Do tego dorzućmy wokal Kachy Kowalczyk, która już na tegorocznym wydawnictwie Coals pokazała wyraźne inspiracje cloudowym, ambientalnym rapem, aby tutaj na niemal sakralną modłę (nomen omen) powtarzać mantryczne wersy w rodzaju „Pierdole ten gniew” czy oniryczne „Dobre duchy, gdzie one są?”. Do tego Piernikowski w impresjonistycznym, minimalistycznym tekście (który ma zarówno swoich skrajnych przeciwników, jak i zagorzałych fanów) serwuje prawdopodobnie najbardziej relatable wers tego roku:

E E, nie odchodź duchu, stój
Jestem wrażliwy jak chuj

Wisienką na torcie są cierpliwe kliknięcia subtelnego szumu, które powracają jak fale w ostatnich kilkunastu sekundach kawałka i mamy jedno z najpiękniejszych muzycznych zjawisk tego roku.

Przy Piernikowskim nie byłoby na miejscu nie wspomnieć o wspaniałym teledysku. Wideo do „Dobrych Duchów” to takie miniaturowe slow cinema. Na ekranie pojawiają się strzępki wspomnianej słowiańskości w postaci tytułowych widm nieśpiesznie przechadzających się po łonie natury. Powolny rytm i cierpliwość w prowadzeniu kadrów wspaniale komponują się z mantrycznym wydźwiękiem samego utworu. Zaostrza to tylko naszą ciekawość, by usłyszeć singiel w kontekście reszty płyty.

Syny z najlepszym teledyskiem 2019?

Wybaczcie ten prowokacyjny tytuł, nie jest zupełnie bezpodstawny. Taka właśnie opinia obiegła internet po premierze najnowszego wideo do utworu „Nag Champa” otwierającego Sen, zeszłoroczny długograj Synów.

Syny to polski duet rapersko-producencki (88 i Piernikowski) tworzący eksperymentalny rap. W ich kawałkach przestrzenna, ambientalna produkcja na modłę Boards of Canada i niemal poetycka, wolna narracja rozbijają się o ściany brudnego, szarego polskiego blokowiska i koślawego prymitywizmu, tworząc miks, któremu równie blisko do uduchowionego hołdu, co do subtelnej satyry. Nieoczywistość Synowskiego primeshitu przełożenie znalazła także na warstwę wizualną projektu. Operując głównie chłodnymi barwami i czarno-białą kolorystyką, tworzą oni oniryczne etiudy zamykające banał codziennej rutyny „dobrych chłopaków” w formule naturalistycznych impresji rodem z polskich blokowisk.

Wszystkie te dotychczasowe koncepcje przecinają się ostatecznie w najnowszym teledysku duetu. Kawałek „Nag Champa” to krótki narracyjny numer opowiadający o zakupie przez duet uwielbianej przez nich wytwornicy dymu AntariM10. Sebastian Pańczyk, który odpowiada za scenariusz i reżyserię, nie uderzył jednak w banał i zamiast bezpośrednio odzwierciedlić rozgrywającą się w warstwie lirycznej scenę, ubiera ją w powłokę absurdu i oniryzmu. Najciekawsze rzeczy dzieją się jednak w drugiej części wideo. W momencie, gdy utwór przechodzi z formuły abstract rapu w teksturalne, nieśpieszne przeprowadzanie gęstych, ambientowych przestrzeni, wizualizacje odlatują w doskonale przemyślany impresjonistyczny postmodernizm. Punktem zaczepienia jest ogrywanie wszelakich tekstur dymnych, przy czym każdy kadr jest małym dziełem sam w sobie. Na ekranie przecina się symbolika codziennego, smutnego konsumpcjonizmu z postapo na pełnej melancholii. Wideo kończy się rozpłynięciem się Synów w powietrze, widzowie zaś pozostają w osłupieniu.

Do kręcenia teledysków (określanych mianem „chorych filmów”) na Śnie było dosyć dużo odwołań, jednak kierunek, w którym cały projekt zmierza, sugeruje coraz szersze wchłanianie w twórczość projektu innych dziedzin sztuki. Nie możemy się doczekać tego, co nastąpi dalej.

6 nowych artystów dołącza do line-upu festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice

Program tegorocznej edycji Tauron Nowa Muzyka nieustannie rośnie! Do grona wykonawców dołączają charyzmatyczna diwa amerykańskiej alternatywy, nowojorski zespół łączący postpunk z muzyką taneczną oraz czołowi przedstawiciele polskiej sceny alternatywnej i elektronicznej. Nowo ogłoszeni goście powiększają line-up do 65 artystów, którzy przez 4 dni wystąpią aż na 8 scenach!

Ci nowi artyści to:
Cat Power (solo)
!!! (chkchkchk)
Kroki
Piernikowski
SOTEI
DEAS/AGIM

Wszyscy wymienieni wyżej artyści wystąpią między 6 a 9 lipca w katowickiej Strefie Kultury, która zamieni się w tętniącą dźwiękiem przestrzeń festiwalową. Na stronie festiwalnowamuzyka.pl cały czas trwa sprzedaż karnetów!

Aktualnie line-up przedstawia się tak, czyli imponująco: