Eklektik Session: Boxed

Marianne Faithfull o Amy Winehouse

Data: 13 lutego 2009 Autor: Komentarzy:

Od jakiegoś 1,5 roku (możecie mnie poprawić) Amy Winehouse istnieje głównie w kontekście ,,tabloidowym”. Powróciłam ostatnio do jej nagrań, aby przekonać się, czy jej muzyka jest jeszcze wiarygodna, i czy słuchając jej nie będę mieć w głowie  wyłącznie obrazu zmarnowanej, zaćpanej Amy Amy w podartych ballerinach, ścigającej się z paparazzi po londyńskich ulicach. O dziwo, tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – zatęskniłam do Amy-artystki, a nie Amy-obiektu zainteresowania mediów. Mniej więcej w tym samym czasie trafiłam na to. W zeszłotygodniowym dodatku kulturalnego do  Dziennika ukazał się wywiad z Marianne Faithfull. Zarówno muzyczna twórczość jak i burzliwe oraz pełne skandali życie sprawiły, że Marianne zostawiła niezatarty ślad w historii muzyki i pop kultury. Może to zabrzmieć jakby duch tej brytyjskiej wokalistki i aktorki opuścił ten ziemski padół.  Jednak nic z tych rzeczy. W Polsce ukazał się właśnie jej nowy album Easy Come Easy Go, który w innych bardziej cywilizowanych krajach na półki trafił już zeszłej jesieni, ale to tylko tak na marginesie (co ciekawe Wielka Brytania jest znowu nie mnie dzika jak Polska, tam bowiem krążek Faithfull ukaże się dopiero w marcu). W związku z promocją płyty artystka rozmawiała z Marcinem Staniszewskim, który zadał jej takie oto pytanie:

Wracając jeszcze do pani szalonej młodości – zgodziłaby się pani z tezą, że pani spadkobierczynią jest dziś Amy Winehouse ?
Sugerujesz, że Amy Winehouse jest równie popieprzona jak ja? (śmiech). Niestety chyba tak jest. To fantastyczna artystka – uważam, ją za najlepszą współczesną wokalistkę młodego pokolenia. Myślę, że kłopoty, w jakie wpadła, są spowodowane fatalnie niską samooceną i brakiem pewności siebie. Nieraz widziałam już, jak show-biznes rujnuje ludzi. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że Amy dorośnie – skoro mi się udało, to jest szansa, że i ona w końcu się odnajdzie. Trzymam za nią mocno kciuki.

Co by pani jej poradziła?
Nic – mogę tylko wspierać i mówić wszystkim, że jest genialna – bo jest. Chciałabym, aby sama w to uwierzyła.

Zła wiadomość – Amy jest popieprzona. Dobra jednak to taka, że z rynsztoku można wyjść. Marianne wie, co mówi, ponieważ tam była. Co więcej, nie tylko udało jej się wrócić do żywych i trzeźwych, ale to także po zerwaniu z chemicznymi używkami nagrała swoje najlepsze rzeczy w tym m.in. ,,album-katharsis” Strange Weather (cf. Dziennik). Easy Come Easy Go to też bardzo dobre wydawnictwo, na którym Faithfull swoim zachrypłym głosem i w towarzystwie chociażby Nicka Cave’a, Cat Power czy Antony’ego Hegarty’ego wyśpiewuje swoje lekko jazzująco-bluesowe interpretacje takich utworów jak Solitude Duke’a Elligtona, Black Coffee Sary VaughanOoh Baby Baby Smokey Robinsona. Starsza pani nie boi się także poflirtować z kawałkami ,,indiowatych” The Decemberists czy country’owej Dolly Parton. W tym wszystkim tli się nadzieja dla Amy. Parafrazując Marianne Faithfull, chciałoby się, by sama w to uwierzyła. Aby zamknąć ten wpis jakąś klamrą, ,,wyklikałam” ten oto występ Amy ze Stronger Than Me z 2003 roku. Jest tutaj niezwykle … hmm … dziewicza  ? – żadnych czarnych lub białych kresek, brak widocznych znaków niedowagi. Amy Winehouse jest tutaj  za to  niewiarygodnie obecna. To może zająć trochę czasu, jednak i  absencja Amy może kiedyś się skończyć.

PS Czy Lauryn Hill nie jest  analogicznym przypadkiem ?

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed