Recenzja: The Weeknd House of Balloons

Data: 5 maja 2011 Autor: Komentarzy:

The Weeknd

The Weeknd

House of Balloons (2011)

Czy można zmienić postrzeganie muzyki tysięcy ludzi w ciągu jednej nocy (no cóż, może nie całej przepastnej otchłani muzyki, ale choćby jej skrawka)? Do tej pory chyba trudno było to sobie wyobrazić, ale mamy Internet, a czasy, kiedy płyty potrzebowały tygodni czy nawet miesięcy, aby dotrzeć na szczyty popularności bezpowrotnie minęły wiele lat temu. Teraz WSZYSTKO dzieje się w ciągu jednej nocy. Liczy się świeżość, hype. Trzeba skumulować w jednej chwili wielką siłę, by móc tylko na ten krótki moment wedrzeć się do świadomości słuchaczy. Tak właśnie było z The Weeknd. 21 marca w sieci zupełnie za darmo został udostępniony mixtape, do tej pory anonimowego, kanadyjskiego projektu. I nagle wszyscy oszaleli.

Ale czy to faktycznie nowa jakość? The Weeknd bierze garściami z ostatnio bardzo rozchwytywanych, przez spragnioną muzycznych innowacji krytykę, brytyjskich nurtów dubstepowo-futuregarażowych, dorzucając szczyptę amerykańskiego splendoru i całkiem konkretne, choć niezapierające tchu, melodie. Produkcja nie jest sterylna, co (o dziwo!) nie tylko uchodzi albumowi płazem, ale obraca się wręcz w rodzaj atutu, wyróżniającego projekt z tłumu. Na prawdziwy podziw zasługuje jednak dopiero magiczny sposób, w jaki wszystkie te elementy połączono w jedną, spójną i ciekawą całość. To właśnie ten lekko posępny, a równocześnie uwodzicielski nastrój, zupełnie wyrwany z kontekstu i wykradziony dubstepowym kolegom – tu efektownie wpisany w jakże inny muzyczny krajobraz, świadczy o jakości House of Balloons.

Abel Tesfaye (człowiek stojący za The Weeknd) wydaje się autentyczny w tym co robi, nie owijając przy tym w bawełnę, podobnie zresztą jak, inny do niedawna anonimowy wykonawca, Frank Ocean. Jego świat jest niespokojny, porozdzierany, czasami lekko rozmyty, często nieprzyzwoity, czy wręcz ociekający seksem („Loft Music”), ale pełnowymiarowy i budowany na prawdziwych emocjach i uczuciach. Wszystko to paradoksalnie na tle generycznych beatów i syntezatorowych wariacji, co już kilka lat temu działo się na płytach The-Dreama, ale bardziej po amerykańsku i z bezsprzecznie mniejszą wrażliwością. Tak samo natomiast jak u Dreama dużą część, pozornie hermetycznej i pogrążonej w autohedonistycznym akcie, przestrzeni płyty zajmują rzeczy wcale niespodziewane. W szczytowym jej punkcie – podwójnym, niesamowicie przestrzennym „House of Balloons/Glass Table Girls” Tesfaye brzmi jak dubstepowo zdeformowany Justin Timberlake, w słodko-gorzkim „Wicked Games” poraża szczerością wyznań, a w najdłuższym na krążku, niemal ośmiominutowym „The Party & the After Party” łączy dwa zupełnie przeciwległe muzyczne bieguny: eksperymentalnej zabawy dźwiękiem i przyjaznej radiu, gładkiej soulowej melodii.

Posłuchaj House of Balloons:

Komentarze

komentarzy