Devotion było jak zwycięstwo obstawionego wcześniej konia w wyścigach”. Radek Miszczak & Soulbowl: Press Play # 16

Data: 7 grudnia 2012 Autor: Komentarzy:

Radek Miszczak to jedna z tych osób, które swoją energią, pasją i pracowitością potrafiłyby zarazić każdego. Od wielu lat jest muzycznym aktywistą, organizatorem imprez oraz promotorem gatunków, które czytelnikom tego portalu są najbliższe (patrz: Beaty, rymy, życie oraz Dusza, rytm, ciało. Leksykon muzyki r&b i soul). Ostatnimi czasy reaktywował jeden ze swych pierwszych około muzycznych projektów. Prowadzony przez niego Dobry Numer 2.0 jest kontynuacją pamiętnego bloga funkcjonującego już w 2001 roku. Zanim jednak popędzicie nadrabiać zaległości, sprawdźcie jak przedstawia się nasza playlista ze specjalnym udziałem Radka.

Radek Miszczak

Jessie Ware – Devotion, Island Records (2012)

Przygotowując ten krótki tekst uświadomiłem sobie sprawę, jak gigantyczną wręcz wartość ma dzisiaj dobry album. Żyjemy w złotej erze muzyki, o której będziemy z rozrzewnieniem opowiadać naszym dzieciom/wnukom, jak to w 2009-… wychodziły taaaakie majstersztyki, nie to co teraz… (zapamiętajcie moje słowa). Tym samym w czasach, w których ukazuje się masa genialnych pojedynczych numerów, a i ludzie mają mało czasu na świadomie słuchanie muzy, nagranie albumu, do którego słuchaczowi będzie się chciało wracać przy takiej konkurencji ze strony singli/podcastów, to duża sztuka. I w pełni wyszła debiutującej Jessie Ware. Kibicuję jej gorąco odkąd pierwszy raz usłyszałem niepokojące „Strangest Feeling” i jej featuringi u SBTRKTa, zaś zapoznanie się z całym Devotion było jak zwycięstwo obstawionego wcześniej konia w wyścigach. Wyjątkowo klimatyczna płyta, przy kontakcie z którą nie trzeba się wstydzić, że słucha się popu. Ware sprawdza się zarówno w rozmarzonych numerach vide „Taking in Water”, uptempowych „Sweet Talk”/”110%” czy okołosoulowych klimatach „What You Won’t do…” (ambitnie wzięła na warsztat absolutny klasyk Bobby’ego Caldwella). Nie mogę powstrzymać się od skojarzeń z elektronicznym-soulem początku lat 80′, zupełnie zapomnianymi dziś brzmieniami; a także z ówczesną twórczością Sade. Jedno i drugie to duże komplementy dla Jessie, i to w pełni zasłużone. Zaś mój absolutny faworyt to „Who Says No To Love” z Davem Okumu z Invisible – MISTRZ!

Bardzo cieszy mnie komercyjny sukces Jessie (także w Polsce), bo pokazuje, że i „masy” są spragnione dobrej muzyki.

ESTRELLA Q

D’Angelo – Vodoo, Virgin (2000)

Grzane wino i ciepły koc, alternatywnie ciepła osoba, to zestaw, który w zimowe wieczory idealnie uzupełnia D’AngeloVoodoo to perła, nie tylko ze względu na artystów, którzy wzięli udział w jej powstawaniu. Kompozycje i wokal tworzą niepowtarzalny neo-soulowy klimat, wyjątkowy dzięki ewidentnym wpływom różnych gatunków takich jak funk czy jazz. Osobiście nie jestem w stanie wybrać najlepszego czy ulubionego utworu, ale „Untitled (How Does It Feel)” i cover Roberty Flack „Feel Like Makin’ Love” zdecydowanie plasują się w czołówce. Największy śnieg i mróz nie straszny, kiedy Voodoo rozgrzewa do granic możliwości i… przyzwoitości.

Lejdi K 

Marika & Spokoarmia – Momenty,(2012)

Jakiś czas temu, po koncercie Mariki w Hard Rock Cafe w Warszawie kupiłam cedek, w sumie to tylko przez naładowanie siebie muzyczną baterią, bo nigdy jakąś wielką jej fanką nie byłam. Chociaż jak teraz sięgam pamięcią wstecz, to moja pierwsza recenzja była zdaje się jej albumu. Wróćmy jednak do tematu Momentów. Kupna nie żałuję. Co prawda, emocje już nie te same co podczas występu live, to ta polska kobieta czaruje. Ciekawe jest to, że nie do końca wiadomo czym, bo od rasta stylu odeszła już dawno. Momenty to dobra płyta na dojazdy do pracy, pełna pozytywnych prezentów w postaci ciekawych i życiowych tekstów, doskonałego poczucia humoru i niebanalnego wokalu. Mimo rozpięcia gatunkowego album jest spójny i przyjemnie się go słucha. Polecam.

Kurtek

The Shaggs – Philosophy of the World, Third World (1969)

Garażowe arcydzieło z 1969 roku. Trzy nastoletnie, raczej niewybitne muzycznie dziewczyny wykonują koślawe, ale uroczo atonalne (o słodki Schoenbergu!) i nieoczekiwanie niemal innowatorskie połączenie popu i rocka. Żeby było ciekawiej robią to wszystko pod okiem i za pieniądze ich ojca głęboko wierzącego w przepowiednię swojej małżonki o świetlanej przyszłości i wielkiej międzynarodowej karierze córek. Cóż, wówczas niespecjalnie się udało, ale patrząc z długoterminowej perspektywy, mama miała rację. Kurt Cobain wymienił The Shaggs jako jedną z jego ulubionych grup, a Frank Zappa w jednym z wywiadów powiedział, że są lepsze niż Beatlesi. I nawet jeśli to wszystko z przymrużeniem oka, to Shaggs, choć zupełnie nie wpisują się w ogólnie przyjęte kanony piękna, są tworem dogłębnie fascynującym. Dech w piersiach zapiera nie tylko naszpikowana zwrotami akcji linia perkusyjna, ale także psychodeliczne melodie skonfrontowane z totalnie nieszablonowymi, naiwnymi, zabawnymi, absurdalnymi (czy jakkolwiek je określicie) tekstami. Z tej chaotycznej, pokracznej, bezładnej brei wyłonia się coś unikalnego, co odbierane na nieco innym poziomie stanowi podręcznikowy przykład muzyki tak złej, że aż genialnej!

K.Zięba

J*Davey – New Designer Drug, ILLAV8R (2011)

Album New Designer Drug znalazł się wysoko w moim ubiegłorocznym rankingu podsumowującym. Tegoroczne wcielenie Jack zupełnie nie przykuwa mojej uwagi. Wielka szkoda, że duet nie poszedł na początku tego roku za ciosem, nie nagrywając w rezultacie nawet jednego singla. Wydawnictwo New Designer Drug było niezłym podsumowaniem umiejętności muzyków oraz zachodzącej między nimi chemii. Dowodziło również, że można pisać melodyjne hity z klasą, czerpiące z kilku rozbieżnych gatunków. Płytę miało wydać Warner Bros, jednak ostatecznie ukazała się za pośrednictwem oficyny utworzonej przez samych artystów. Przełożyło się to na lichą promocję i brak zainteresowania szerszej masy odbiorców. Wielka szkoda – w  New Designer Drug drzemie olbrzymi potencjał. Pozostaje nam czekać na szybką reaktywację J*Davey. Muzyka ich potrzebuje.

Eye Ma

Wiz Khalifa – O.N.I.F.C., Atlantic/Rostrum (2012)

Po całej serii mikstejpów najbardziej wyluzowany raper świata wydał w końcu drugą płytę. Miałam dość duże oczekiwania co do O.N.I.F.C., bo bardzo podobał mi się debiut Rolling Papers i całe szczęście nie zawiodłam się. Wiz serwuje typowe dla siebie produkcje, których można słuchać leżąc na kanapie z jointem w ręku. Nikt nie potrafi stworzyć tak mglistej atmosfery! Ulubione numery z płyty to: „Time”, „Let It Go”, „Got Everything” i „Medicated”.

Dźwięku Maniak

Ostatnio to głównie ten beatape hulał w moich głośnikach. Amerykański producent ukrywający się pod dość zagadkowym aliasem 1984, poszedł za ciosem i po wypuszczonym w maju LOST TAPES, udostępnił pod koniec września drugą część ‚Pogubionych Taśm’. Dwójeczka od swojego poprzednika różni się przede wszystkim pokaźniejszym ładunkiem energii, którym beatmaker obdarowuje słuchaczy w każdym jednym utworze. Mocna – wyrazista stopa, masa dęciaków, płynące pianinka, świetnie cięte wokalne sample a nawet mocne gitarowe riffy, to i wiele więcej serwowane jest nam w LOST TAPES II. 1984, choć mało znany, robi świetną robotę i już nie mogę doczekać się jego kolejnego wydawnictwa.
Materiał można oczywiście pobrać za darmo (o tutaj), a warto bo zima zapowiada się srogo, a jakoś baterie podładowywać trzeba!

Komentarze

komentarzy