Wakacyjnie się skończyło, zaczęło się jesiennie. Coraz częściej obijają mi się o uszy słowa z serii „mam znowu doła, znów pragnę śmierci”. Ku pokrzepieniu serc więc, a i z nadzieją odgrzebania kilku dawno zapomnianych numerów, idziemy Wam (i sobie) z pomocą. Zachęcając do odkurzenia przepastnych dyskografii proponujemy stworzenie wspólnej listy o radosnym tytule „antydepresant”. Na początek kilka inspiracji od nas. Zróbmy to porządnie. Liczę na Was!
1. Patti Drew „Fever”
„Fever” to jeden z tych numerów, które doczekały się dziesiątek coverów, a rzadko kto wie, kto popełnił oryginał. Wierzę, że Miskowicze znają odpowiedź! Na przepędzenie jesiennych chmur mamy dziś dla Was jedno z mniej znanych wykonań. Patti Drew energetycznie zabiera ten numer w nowy wymiar. Jeśli nie przemówią do was pulsujący bas i porywające przejścia na perce, to zawsze można sięgnąć po sprawdzoną wersję Peggy Lee. Gorączka sobotniej nocy nie zawsze musi mieć miejsce pod bezchmurnym niebem. Rozgrzewamy wnętrza moi drodzy.
2. Beady Belle „Game”
Skoro już aura zmusza nas do zabaw w czterech ścianach, Beady Belle proponuje odegranie roli Księżniczki i Księcia. Świat pięknych harmonii, w które od pierwszego taktu wciągnie Was „Game”, niezawodnie zainspiruje w długie wieczory. Pochodzący ze Skandynawii zespół ma ewidentne doświadczenie w podgrzewaniu atmosfery. A gdy już zabawki pójdą w ruch, wystarczy zapętlić cały album Home. Pomysłów nie zabraknie.
Pozostałością wakacyjnego zawrotu głowy często są przeróżne nałogi. Czasem tym nałogiem staje się nie coś, a ktoś. Joss Stone wie o tym najlepiej i trafia w punkt tekstem „clinically I’m insane”. Identyfikujemy się? Lawina wspomnień i kolaż z gorących wojaży maluje się przed oczami. Pozostając w klimacie nucimy tuż potem „Baby, Baby, Baby”. Wokal Joss = tęcza w głowie i motyle w brzuchu. Cieplej?
Gdy czasami rozmyślam co stało się ze skrzypaczką-wariatką Vanessa-Mae, niemal natychmiast wpada mi w głośniki Miri Ben-Ari. „Sunshine to the Rain” to mój osobisty numer 1 w walce z marazmem. Wersy kładzione na szalejące smyki – słońce przebija przez najcięższe chmury. Rozkręceni? „We Gonna Win” na drugi ogień.
Uzasadnienia chyba w tym przypadku nie trzeba. Piękna Lauryn, piękny numer, wszystko jest piękne. Nóżka chodzi, dośpiewujemy chórki i bujamy biodrami. Potrzeba jeszcze większego pobudzenia? Może by tak „Can’t Take My Eyes Off You” na rockowo? Muse pomogą. Założę się, że przynajmniej połowa tańcuje właśnie ze mną, ze szczotką w ręku wyśpiewując „I loooove you baby”!
Miał być letni romans, a skończyło się miłochą? Nastrojowo roztapiamy lody, które chwilowo zastąpiły miejsce pikawy i śpiewamy z Rahsaanem „I wanna be where you are”. Drogie Panie uzupełniamy playlistę o Maxwella i D’Angelo z domieszką Raphaela Saadiqa, mieszając dowolnie jak na przykład w „Be Here” i można nie opuszczać świata fantazji przez pół nocy. Repertuar zdecydowanie na po 22:00. Puchowe kołdry nie potrzebne. Rtęć w termometrach powędrowała w górę.
Przedłużenie letnich uniesień zapewni w zaciszu domowym T. S. Monk. Bez dwuznaczności, bezpośrednio, ale z klasą. W duecie z Princem i jego „I Wanna Be Your Lover” zachęcą do zrzucenia swetrów i wyskoczenia z pod kocyka. Natychmiastowe remedium. Kto jeszcze zdołał rączki przy sobie utrzymać?
Na zakończenie jak zwykle już coś z naszego podwórka. Tym razem lekarstwo w postaci mięciutkiego jak puch, nastrojowego wokalu Ani Dąbrowskiej. Osobiście jej największą fanką nie jestem, ale przyznaję, że jest w jej głosie coś kojącego. Wraz z nią, „w spodniach czy w sukience”, rozglądamy się za tym panem ze zdjęcia. Nie martwcie się jednak, jak się nie uda odnaleźć tych twarzy z fotografii, niedługo już kolejne lato i kolejne fascynujące znajomości.


Komentarze