Ulubione numery A Tribe Called Quest: selekcja gości i redakcji

Data: 11 listopada 2016 Autor: Komentarzy:

Oni wrócili. Naprawdę. To nie żart. We Got It from Here… Thank You 4 Your Service jest z nami od wczoraj, a niech o poziomie krążka świadczy jeden z komentarzy w naszej redakcji, a w zasadzie pewna zagwozdka, która szła mniej więcej tak: czy ten album przypadkiem nie popsuje nam już jakiejś tam wstępnej koncepcji na podsumowanie roku? Ano, popsuje. Ale kochamy, gdy rozpraszają nas takie rzeczy.

Niezależnie od tego czy sprawdziliście już We Got It from Here… Thank You 4 Your Service czy ta przyjemność dopiero przed wami, przygotowaliśmy dla was zestawienie naszych ulubionych numerów A Tribe Called Quest. My jako redakcja oraz specjalnie zaproszeni goście: Golden, Spisek Jednego, Duit i Bitykradne. Zapraszamy na podróż z najlepszymi momentami Q-Tipa i spółki. Przeżyjmy to jeszcze raz!

„8 Million Stories”

Midnight Marauders

Jive (1993)

Od zawsze miałem słabość do nieco bardziej nostalgicznych tracków. „8 Million Stories” ze swoją minimalistyczną produkcją i kontrastującym przełamaniem w refrenie urzeka mnie niebywale. Początkowo brzmienie bębnów wydawało mi się nieco zbyt płaskie, w odniesieniu do pozostałych tracków z płyty, ale z wiekiem i każdym kolejnym odsłuchem wszystko siedziało na swoim miejscu coraz solidniej. To kolejny dowód pokazujący, że mniej znaczy więcej, a prosty i klimatyczny loop potrafi zatrzymać przy głośniku na bardzo długo. Mój osobisty top! — Golden


„Scenario”

The Low End Theory

Jive, BMG Records (1991)

„Scenario” to według mnie jeden z kamieni milowych w historii muzyki. Gościnnie rapuje tu Busta Rhymes, dla którego był to przełom w karierze (Heel up, wheel up, bring it back, come rewind). Nagrywałem kiedyś w ciemno na kasety VHS teledyski z Vivy Zwei. Przy oglądaniu nagle natrafiam na „Scenario” i zbieram szczękę z podłogi. Z ciekawostek: potężnie brzmiące bębny to Jimmy Hendrix. — Spisek Jednego


„Can I Kick It”

People’s Instinctive Travels and the Paths of Rhythm

Jive, BMG Records (1990)

Czasy A Tribe Called Quest mnie nieco ominęły, więc nie znam na wylot ich dyskografii, w zasadzie nie znam jej niemal wcale. Więc skupmy się na „Can I Kick It”, który nawet pomimo mojej skromnej wiedzy o zespole, jest niepodważalnym klasykiem. Wielbię go pewnie za mistrzowski bit, który został oparty o sampel z piosenki „Walk on the Wild Side” pana Lou Reeda. Nieraz grywałem go na imprezach, ale i również często towarzyszył mi w domu. — Duit


„Electric Relaxation”

Midnight Marauders

Jive (1993)

Moim faworytem twórczości ATCQ pod względem produkcji jest zdecydowanie numer „Electric Relaxation”. Uwielbiam klasyczne breaki, połączone z kilkoma samplami, które układają się w dobrze brzmiącą całość. Bit jest klimatyczny i idealnie pasuje do wieczornego spaceru ze słuchawkami na uszach. Całość dopieszczają trzaski z wosku, które dodają produkcji niepowtarzalnego klimatu. — Bitykradne


„Oh My God”

Midnight Marauders

Jive (1993)

Rok 1998, piąty numer kultowego magazynu Klan. Pośród kilkunastu newsów głównie z rodzimej sceny, jest też kilka artykułów o wykonawcach z zagranicy. Jako fan mocniejszego hip-hopu, kompletnie zignorowałem jeden z nich. Czterech kolesi poubieranych w kolorowe dziwne stroje przypominające pidżamy, było czymś, na co chyba nie byłem wtedy mentalnie gotowy. Kilka tygodni później, podczas odwiedzin lokalnego sklepu muzycznego w celu zakupu drugiego albumu Xzibita, w głośnikach usłyszałem coś, co raz na zawsze odmieniło moje życie. Stałem jak wryty pośrodku pomieszczenia, wpatrzony w powieszony u góry telewizor, gdzie jedna z muzycznych stacji puściła właśnie klip, na którym dwóch raperów biegnąc ulicą, wyrzuca swoje pełne luzu wersy na delikatnym, ale jednocześnie bardzo bujającym i innym od tego co do tej pory słyszałem bicie. Gdy tylko pozbierałem z ziemi swoją szczękę, a sprzedawca (który był typowym fanem metalu, o dziwo bardzo dobrze znającym się na amerykańskim hip-hopie) poinformował mnie, że akurat tej płyty nie posiadają, ruszyłem czym prędzej do domu, w głowie mając już tylko cztery słowa wykrzykiwane przez Busta Rhymesa, aby jak najszybciej nadrobić informacje o zespole A Tribe Called Quest za pomocą wcześniej wymienionego czasopisma. Jakiś czas później ten sam klip, do jak się okazało zremiksowanej wersji numeru „Oh My God” wrócił do mnie, na zajechanej do granic możliwości kasecie VHS. Mam ją nawet do dziś. — efdote


„1Nce Again”

Beats, Rhymes and Life

Jive, BMG Records (1996)

Beats, Rhymes and Life. 1996. Co prawda byłem za mały, żeby słuchać tej płyty od razu po premierze, ale nie zrobiłem też tego w wieku zwyczajowo odpowiednim. A Tribe Called Quest poznałem dopiero mając 19 lat, a ich pierwszym utworem, który zapętliłem było „1Nce Again”. To do niego właśnie mam największy sentyment — słuchałem go na okrągło głównie dzięki temu, że ma ten charakterystyczny dla Tribe’ów klimat, stworzony z fuzji hip hopu i soulu (no i dzięki wpadającemu w ucho refrenowi Tammy Lucas). Dla mnie to ten utwór jest najważniejszy w całej twórczości grupy, a gdy myślę o Phife’ie, na myśl przychodzą mi od razu jego wersy z „1Nce Again”. Klasyk. — Kuba Żądło


„Find a Way”

The Love Movement

Jive (1998)

To zabawne, że w miarę upływu lat nie nudzi mi się atmosfera niedopowiedzeń, niezauważalnej dla innych przepychanki na gesty, uśmiechów i ulotnego flirtu. W pracy, w knajpie czy kolejce przy kasie. Możliwe, że to efekt uzależnienia od numerów typu „Find a Way”, który z kolei wielokrotnie nastrajał przed i asystował w trakcie wszelakiego kontaktu z kobietami. Popisowy przykład możliwości grupy producenckiej The Ummah i definicja bezbłędnej symbiozy Phife’a i Q-Tipa. — k.zieba


„Award Tour”

Midnight Marauders

Jive (1993)

Pamiętam, jak na początku studiów przy okazji jakiejś supermarketowej promocji „klasyczne płyty za bezcen” przyniosłem do domu Midnight Marauders A Tribe Called Quest. Znałem i wcześniej, owszem, a i zawartość tego krążka była mi dobrze znana, ale był to mój pierwszy namacalny kontakt z twórczością grupy. Paradoksalnie dzięki fizycznemu obcowaniu z oldschoolowym cedekiem udało mi się zawiązać z Tribe’ami głębszą relację (w istocie pewnie jednostronną, choć wówczas byłem przekonany o pewnej niemal metafizycznej wzajemności). Płyta, jak podejrzewam przypadkiem, a przynajmniej szczęśliwym zrządzeniem losu, znalazła się w centrum mistycznego doznania kilka tygodni później, gdy pewnego ciemnego zimowego wieczoru, gdy byłem sam w domu postanowiłem spędzić go w towarzystwie Tribe’ów, Calledów, Questów. Niewiele myśląc, pogasiłem wszystkie światła, zapaliłem świecę i w tym absurdalnym, jakby spojrzeć na to z boku, kontekście wysłuchałem Midnight Marauders w pełnym skupieniu od A do Z. Nigdy więcej nie powtórzyłem tego ani z ATCQ, ani właściwie z jakimkolwiek innym cedekiem. Można rozwodzić się o historycznym i teoretycznym wpływie grupy na muzykę i słuchaczy, ale nie jest to w stanie nijak oddać bezpośredniego kontaktu z ich muzyką. — Kurtek


„Scenario”

The Low End Theory

Jive, BMG Records (1991)

„Scenario” zdecydowanie nie trzyma się scenariusza, jakiego trzymałby się utwór definiujący styl i charakter muzyki A Tribe Called Quest, ale w jakiś sposób stał się dla mnie ich flagowym singlem. Może dlatego, że był moim pierwszym. Może to energia podkładu zbudowanego na muzycznych sprzecznościach. Może ikoniczny, kipiący autoironią na parę lat przed „What They Do” Rootsów teledysk. Może po prostu to, że nigdy wcześniej i nigdy później nie powstał hiphopowy posse cut tak idealnie obrazujący czym jest posse cut. Q-Tip i Phife Dawg wraz z kolegami z Leaders of the New School prześcigają się w nawijaniu o lekach na przeziębienie, Bobie Marleyu i podziemnych smokach. Kładą na wersy wszystko i nic, a jednak każda linijka ma swoją wagę. No i Busta Rhymes… po prostu nie znam drugiego rapera, który dobitniej pokazałby co to znaczy wejść z buta na scenę. Powerful impact! Boom! From the cannon! Uwaga: prawie doskonały jest również oficjalny remix „Scenario”, będący w zasadzie zupełnie osobnym tworem muzycznym. R.I.P. Kid Hood. — Chojny


„Midnight”

Midnight Marauders

Jive (1993)

Czasy świetności A Tribe Called Quest przypadają na moment, w którym prawdopodobnie uczyłam się korzystać z nocnika. Czasy mojego zachwytu grupą to jakoś ostatnie miesiące w liceum i powolne odkrywanie czegoś więcej niż Biggie Smalls czy 2Pac. Gdy ktoś puszcza mi „Midnight”, natychmiastowo przed oczami mam korytarze szkoły i upojne noce spędzone gdzieś na zadymionych imprezach. Nikt nie potrafił zrobić takiego oldschoolowego klimatu jak ta ekipa. Ten numer w szczególności podkreśla miłość do podziemia. — Eye Ma


Komentarze

komentarzy