Recenzja: Stormzy Gang Signs & Prayer

Data: 7 kwietnia 2017 Autor: Komentarzy:

Stormzy

Gang Signs & Prayer (2017)

#Merky Records

Ci, którzy choć trochę obserwują grime’ową scenę na pewno zauważyli, że ostatnie dwa-trzy lata to dla tego gatunku bardzo udany okres. I nie tylko chodzi tu o swoisty powrót do korzeni, jaki słychać na ostatnich płytach Skepty czy Wiley’a, ale również o to, że muzyka ta została w końcu szerzej doceniona nie tylko na Wyspach lecz także m.in. w USA. Najlepszym dowodem jest wydane niedawno More Life Drake’a, gdzie w kilku numerach słychać wyraźne inspiracje grime’m, a gościnny udział zaliczyli tam wspomniany już Skepta oraz Griggs. O obecnej sile tego gatunku świadczy również postać Stormzy’ego, czyli pochodzącego południowego Londynu 23-latka, który szturmem wbił się do muzycznego mainstreamu w UK, a jego debiut Gang Signs & Prayer tylko potwierdza, że to dla niego dopiero początek.

Charyzmę oraz bezkompromisowość młodego Brytyjczyka słychać już od otwierającego płytę „First Things First”, w którym wyjaśnia dlaczego było o nim cicho w 2016 roku („Had problems with the fam / I had problems with the gang / But I put that shit on pause”) oraz ostrzega, że jest gotowy na wojnę ze wszystkimi raperami, którzy chcieliby zająć jego miejsce. Bez wątpienia Stromzy’emu daleko do grzecznego chłopca, a swoją buntowniczą mentalność i fristajlowy  background (od którego zaczęła jego kariera) pokazuje w takich numerach jak „Bad Boys”, „Big for Your Boots” oraz Mr. Skeng”. Jednak już sam tytuł oraz symboliczna okładka zwiastują, że na Gang Signs & Prayer usłyszmy Stormzy’ego nie tylko w wersji charyzmatycznego MC obytego z ciemną stroną życia na londyńskich ulicach, ale także jako wrażliwego chłopaka, który nie wstydzi się otwierać przed słuchaczami i pokazywać swoich emocji. Robi to chociażby w mocno osobistym i ponurym „Don’t Cry for Me” oraz zamykającym album „Lay Me Bare”, w którym porusza temat depresji i izolacji, które trapiły go w zeszłym roku („Airplane mode on my phone sometimes / Sitting in my house with tears in my face / Can’t answer the door to my bro sometimes”).

Ta dychotomia pomiędzy dwiema stronami osobowości Stormzy’ego jest dodatkowo podkreślona przez warstwę produkcyjną Gang Signs & Prayer, która zdominowana jest w dużej mierze przez esencjonalne, choć wciąż nowoczesne grime’owe brzmienie. Trzeba jednak przyznać, że oprócz połamanych układów perkusyjnych, agresywnych syntezatorów i wbijających w fotel linii basu, znajdziemy tu także podkłady, które w większym stopniu odpowiadają wrażliwszej stronie 23-letniego artysty. Te bardziej melodyjnie momenty pokazują również, że Stormzy nie boi się wchodzić na do tej pory nieodkryte przez niego muzyczne terytoria — tak jak np. w obu częściach gospelowego „Blinded by Your Grace” czy w utrzymanych w stylistyce R&B „Velvet” i „Cigarettes & Cush”, w których gościnnie wystąpiły odpowiednio Nao i Kehlani (w drugim z tych numerów możemy również usłyszeć chórki w wykonaniu Lily Allen).

Oczywiście debiut Stormzy’ego nie jest płytą bez wad. Można się przyczepić do powtarzającej się tematyki, nie zawsze przekonujących śpiewanych wstawek rapera, czy do tego, że końcówka albumu nieco traci na intensywności względem reszty płyty. Argumenty te stają się jednak nieistotne, kiedy weźmiemy pod uwagę stojące na wysokim poziomie teksty i przemyślaną, dopracowaną w każdym calu produkcję Gang Signs & Prayer. Jeszcze ważniejsze jest natomiast to, że 23-latkowi udało się wydać ten ambitny, acz mający komercyjny potencjał album zupełnie niezależnie, bez pomocy jakiejkolwiek dużej wytwórni. Propsy!

Komentarze

komentarzy