Hatti Vatti & Soulbowl: Press Play # 25

Data: 24 maja 2017 Autor: Komentarzy:

Dwudziestą piątą odsłonę naszych nieskrępowanych datą premiery i gatunku rekomendacji uświetnia Piotrek Kaliński, którego muzyczne horyzonty zdają się być nieograniczone. Gitarzysta w punkowej ekipie, dj, twórca brzmień z pogranicza muzyki elektronicznej. Jako Hatti Vatii ma za sobą m.in. album wyprodukowany do spółki z Noonem oraz ostatnio wydany Szum w szeregach MOSTu, sublabelu Prosto. Trzymamy kciuki za kolejne realizacje licząc, że niejednokrotnie nas zaskoczą.


Hatti Vatti

Here

Alicia Keys

RCA

Śledzę Alicię Keys od samego początku jej kariery, doskonale pamiętam jej pierwsze single dokładnie sprzed 15 lat. Swoją naturalnością i oryginalnością totalnie wybijała się w morzu grząskiego R&B, nastawionego głównie na świecenie seksualnością i dyskotekowe podrygiwanie. Niestety w okolicy trzeciej płyty Alicja zaczęła gubić swoją muzyczną drogę i na wiele lat pogrążyła się w lawirowaniu pomiędzy rasowym, czarnym R&B a’la lata 70. i 80., a mdłym, radiowym popem oraz bardzo dziwnymi featuringami. Na szczęście w zeszłym roku wydała płytę Here, która spokojnie mogłaby być tą trzecią. Płyta, która brzmi autentycznie, jest prosta, czarna jak węgiel i ma wiele świetnie napisanych i wykonanych numerów. Welcome back!


Kurtek

Unreleased, MISC.

Frank Ocean

no label (2013)

Niedługo po tym jak Frank Ocean zadebiutował błyskotliwym mikstejpem Nostalgia, Ultra. w pierwszej połowie 2011 roku, do sieci trafił obszerny nieautoryzowany zbiór dem, odrzutów i niewydanych numerów The Lonny Breaux Collection pominięty przez miłośników piosenkarza ze względu na chaotyczną formę i niepewne pochodzenie nagrań. Błędów tych nie popełnia inne nieoficjalne wydawnictwo w katalogu muzyka — wypuszczone dwa lata później Unreleased, MISC., które jest jednocześnie prequelem i sequelem Nostalgii. Trudno dociec kiedy i w jakich okolicznościach powstawały te utwory. Niektóre pojawiły się w sieci razem z The Lonny Breaux Collection, inne przy okazji premiery Channel Orange. 15-utworowa składanka prezentuje natomiast trochę inną stronę Oceana, w dalszym ciągu nieoczywistą w kontekście sceny R&B, ale zdecydowanie bardziej popową niż cokolwiek, co Ocean kiedykolwiek udostępnił oficjalnie fanom. Zwłaszcza po zeszłorocznym Blonde warto udać się w krótką podróż sentymentalną, by dostrzec, jak Ocean ewoluował jako tekściarz, songwriter i wokalista, który, gdyby tylko chciał, mógłby spokojnie podbić teraz listy przebojów numerem w stylu „Bedtime Story”.


Polazofia

L.A. Women 

The Doors

Electra Records (1971)

Swoją przygodę z The Doors można zacząć nieco na opak, od końca, bowiem w zespole najłatwiej zakochać się po odsłuchu magicznego L.A. Woman. Album, wydany na kilka miesięcy przed śmiercią Jima Morrisona, to zwieńczenie krótkiej, ale jakże płodnej działalności grupy. Płyta jest połączeniem psychodelii i bluesa w najlepszym wydaniu, ballad oraz rytmicznych, nieco szybszych kawałków, wszystko oczywiście z domieszką poetyckich tekstów frontmana The Doors. Mnie ujmuje sam Morrison, warto przysłuchać się jego wokalowi. Wydaje się, że na tej płycie dał z siebie wszystko, jak okazało się niecałe trzy miesiące później — faktycznie wykrzesał wówczas ostatnie pokłady energii. Porównując ostatni album z ich debiutem, możemy usłyszeć, jak bardzo zmienił się sam głos Jima. Chłopięca chrypa z „Break on Through” ustąpiła grubemu tembrowi z „Love Her Madly”. Różnice słychać gołym uchem, uświadamiamy sobie, jak przez te lata ewoluował Morrison i muzyka całego zespołu. Płyta z 1971 zdaje się być melancholijnym echem kolorowych lat 60-tych, nawiązaniem do jakości brzmienia tamtych czasów, wspomnieniem powoli wówczas upadających gwiazd festiwalu Woodstock. Ostatni krążek zespołu to prawdziwy artyzm, którego szczytem jest kultowe „Riders on The Storm” lub mniej znany kawałek „Orange County Suite”.


Marysia Krawczyk

Biała Flaga

Hania Rani & Dobrawa Czocher

MyMusic Group (2015)

Jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to bardzo się cieszę, że to właśnie ja mogę Wam je przedstawić. Poznajcie pianistkę Hanię Raszewską i wiolonczelistkę Dobrawę Czocher. Z ich muzyką po raz pierwszy spotkałam się podczas warszawskiego koncertu zorganizowanego z okazji Piano Day 2017, gdzie zachwyciły mnie interpretacją „Chwile” utworu „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty. Album „Biała Flaga” to połączenie 10 nowych aranżacji utworów Grzegorza Ciechowskiego i 5 autorskich kompozycji Hani Raszewskiej. Na płycie znajdziemy interpretacje na fortepian i wiolonczelę takich piosenek jak: „Biała Flaga”, „Telefony”, „Nie pytaj o Polskę” czy „Mamona”. Słowa, które stanowią istotną część utworów Republiki dziewczyny zastąpiły muzyką i emocjami. Dlaczego warto sięgnąć po ten album? Bo to po prostu dobra muzyka klasyczna w nowoczesnym wydaniu.


Empee

Radius

Allen Stone

Capitol Records (2015)

Na Allena natknęłam się kilka lat temu, przeglądając skarbnicę kapitalnej muzyki w postaci kanału Mahogany Sessions na YouTube i nie przesadzę mówiąc, że od razu zachorowałam na tego człowieka. Jego Radius znajduje się w gronie moich ulubionych albumów wszech czasów. Stone jest mistrzem w miksowaniu popu, soulu, funku, R&B, a nawet disco czy odcieni folku. Teksty są zarówno o miłości (na przykład w matematycznym wydaniu na „Symmetrical”), jak i o zagubieniu w świecie pełnym technologii („Fake Future”) albo społecznych nierównościach („American Privilege”). Warto sięgnąć po wydaną w 2016 roku edycję deluxe, poszerzoną aż o 7 utworów (w tym porywające „The Weekend i „Loose”), które są wspaniałym dopełnieniem całości okraszonej pełnym feelingu wokalem Allena. Przepyszna uczta, na której trudno nie znaleźć czegoś do uszczknięcia dla siebie.


mmisiak

Guardians Of The Galaxy Vol. 2: Awesome Mix Vol. 2

Various Artists

Hollywood Records

Niedawno do kin trafiła druga część Strażników Galaktyki, czyli lekkiego filmu akcji sci-fi z dużą domieszką humoru. Osobiście film gorąco polecam, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdego przekonuje dwugodzinny odmóżdżający kosmiczny western. Jeśli tak jest, sugeruję dać szansę, chociaż samej ścieżce dźwiękowej. Okazuje się, że Awesome Mix Vol. 2 to nie tylko świetne tło do tego, co rozgrywa się na ekranie kina. Jest to naprawdę solidny zbiór utworów z jakże beztroskich lat 70-tych. Klasyczny rock od Eletric Light Orchestra, Sweet czy Cheap Trick przeplata się z bliższymi nam funkowo soulowymi klimatami w wykonaniu Sama Cooke’a oraz Parliament. Znalazło się nawet miejsce dla Fleetwood Mac, czyli zespołu pomnika tamtego okresu w muzyce. Płyta to zbiór lekkich i nieskomplikowanych utworów co w połączeniu z poprawiającą się pogodą za oknem jest dla mnie idealnym przepisem na przyjemnie spędzone popołudnie. Czego i wam życzę.


K.Zięba

Heavi Metal

Fisz Emade

Asfalt Records (2008)

Podświadome próby kojarzenia muzyki z książkami od zawsze sprawiają mi sporą frajdę. To jednak przekleństwo kłopotliwe i niesprawiedliwe dla literatury, kiedy bieg wciągającej opowieści tnie jak gilotyna potrzeba zatrzymania emocji i spotęgowania ich muzyką. Nie ma zmiłuj – książka (nie wiem jak dobra i wciągająca) na bok, a ja szperam w płytach. Ostatnio poszło szybko, bo jeszcze w trakcie jednego z wątków Wzgórza psów Żulczyka wiedziałem, że musi zabrzmieć Heavi Metal Fisza i Emade.
Ostatni album Waglewskich wydany w Asfalcie przepełnia młodzieńcza naiwność, a właściwie wspomnienia o niej. W moim przypadku idealnie sprawdza się, kiedy stojąc w korku gapię się na przerażone maturzystki i jak każdy marzę, żeby chociaż na kilka godzin wrócić do czasów, kiedy czas płynął trzy razy wolniej, a zasada „nie ważne co, ważne z kim” – była jak nigdy później najważniejsza.


Forrel

Grown Folks Music

Nicci Gilbert

MCA Records (2005)

Debiutancki i niestety jedyny solowy album członkini grupy Brownstone – Nicci Gilbert, to autentyczny klimat R&B lat ’90. Na Grown Folks Music znalazły się mid-tempo kompozycje z dusznym wokalem Amerykanki. Niewątpliwym hajlajtem na płycie, wprawiającym słuchacza w przyjemny nastrój, jest eteryczna ballada „This Woman”. Artystka, posiadając w sobie oldskool flava, przeniosła to na brzmienie krążka, pozostając tym samym wierną soulowi. Chociaż w czasie, w którym Gilbert wydała krążek królował dynamiczny hip-hop i klubowe bangery, ona zdecydowała się pójść drogą neo-soulu, przez co wydawnictwo, które rzeczywiście przepełnione jest dojrzałymi utworami, przeszło bez większego echa. Pogrzebało to niestety solową karierę tej zdolnej wokalistki, która w ostateczności zajęła się rozkręcaniem własnych biznesów. W dobie auto-tune’ów i skrzeczących delfinów (jeśli wiecie, co mam na myśli), Grown Folks Music będzie przyjemną odskocznią.


MajaDan

In My Room

Jacob Collier

Membran Entertainment Group (2016)

Spoiler alert: jeżeli lubicie Dirty Loops czy Hiatus Kaiyote, to w zasadzie moglibyście już przestać czytać. Zwłaszcza, że ciężko się tu czepiać. Jacob Collier to cudowne dziecko – w wieku 22 lat niemal samodzielnie skomponował, zaaranżował i wyprodukował swój debiutancki album. Etykieta bedroom pop jest jednak w tym wypadku zupełnie nietrafiona, bo choć na płycie znajdzie się kilka ballad, to produkcja wypadła pierwszorzędnie. Mamy też imponująca wielowątkowość. Jacob Collier kieruje się bowiem zasadą „jak najwięcej naraz instrumentów”, na których – niespodzianka – gra sam. Sam też śpiewa i mnoży partie wokalne, dopełniając całości swojej jednoosobowej orkiestrze. W porównaniu z ostatnim krążkiem przywołanych już Hiatus Kaiyote In My Room wydaje się bezpieczniejsze. Ale jest tu też więcej spójności i zabawy, a mnogość motywów i tak nie pozwoli się od tej płyty łatwo uwolnić.


Dill

Brainchild

Society of Soul

La Face Records (1995)

Był czas kiedy Sleepy Brown nie funkcjonował jeszcze jako powszechnie znany wokalista, ale dał się za to poznać jako świetny producent w ramach kolektywu Organized Noize odpowiedzialnego już wtedy za muzykę na pierwszej płycie Outkast czy na rewelacyjnym pamiętnym singlu TLC „Waterfalls”. W 1995 roku wyszedł jednak album, na którym tak naprawdę Sleepy pierwszy raz prezentuje swoje umiejętności szerszej publiczności w większej formie. To Brainchild autorstwa Society of Soul. Oprócz Sleepy’ego w skład tej grupy wchodzą dwaj pozostali członkowie Organized Noize (Rico Wade i Ray Murray), ale także Big Rube z Goodie Mob i wokalistka Espraronza. Ich jedyny jak na razie krążek przepełniony jest soczystym soulem, funkiem i rapem. Prawdziwym smaczkiem jest też gościnny udział związanej z TLC T-Boz, ale także samego George’a Clintona. Ten album jest ważny jeszcze z innego powodu. Spokojnie można powiedzieć, że jest prekursorski jeśli chodzi o neo-soulowe brzmienia, a wyszedł dwa lata przed klasycznym Baduizmem.


Mateusz

The Carrollton Heist Remixed 

Currensy

Jet Life Recordings (2016)

Ubiegły rok okazał się być dla Currensy’ego wyjątkowo pracowity. Czternaście projektów (o ile żadnego nie pominąłem) to nieziemska ilość, nawet jak dla kogoś, kto zdążył już  przyzwyczaić słuchaczy do wydawniczej rozrzutności. W tym gąszczu albumów, moją uwagę przykuł mixtape zatytułowany The Carrollton Heist. Nie będę jednak pisać o pierwowzorze, a wydanej ponad pół roku później kompilacji remiksów. Knxwledge, Jake One, Evidence, Samiyam czy nawet Earl Sweatshirt, to tylko część osób odpowiedzialnych za brzmienie tego projektu. W oryginale stroną produkcyjną zajął się legendarny Alchemist, którego bity — oparte w większości na jazzowych samplach, były raczej mroczne i chłodne. I chociaż autorzy remiksów czerpią garściami z tego samego gatunku, to efekt końcowy mocno kontrastuje z tym co prezentuje pierwotna wersja. Duch Stones Throw Records jest wyczuwalny na odległość, co może być zaskoczeniem w kontekście dotychczasowej twórczości rapera z Nowego Orleanu. Szczerze mówiąc, to nie miałbym nic przeciwko, gdyby Currensy częściej decydował się na podobne kolaboracje. The Carrollton Heist Remixes to projekt godny polecenia, szczególnie dla tych, którzy szukają muzyki na nadchodzące letnie wieczory.


Pat

All I Have

Amerie

Columbia (2002)

Od premiery tego krążka minęło już 15 (!!) lat. W międzyczasie mnóstwo artystów zaliczyło swoje wzloty i upadki, ba, sama Amerie zdążyła nagrać parę płyt i nieco zmienić kierunek twórczy z muzyki na pisanie. Wiele osób powie, że zarówno w samym 2002 jak i w latach późniejszych powstało dużo lepszych albumów. To fakt, ale dla mnie, All I Have jest najbardziej niedocenianym i klasycznym dziełem tamtego okresu.
Warto nakreślić kontekst – cofamy się o prawie dwadzieścia lat, tuż za nami era boomu na r’n’b, rap wrósł powoli w czołówki list przebojów, neo soul wszedł do mainstreamu. Piękne czasy. Nieznany jeszcze na szeroką skalę producent Rich Harrison ma za sobą współpracę z Mary J. Blige a debiutująca wokalistka Amerie dograła zwrotkę do kawałka Nasa. Dobry los sprawia, że ta dwójka postanawia połączyć siły i tak powstaje All I Have. Amerie przyznaje później w wywiadach, że łączy ich niesamowita chemia i zawsze, gdy współpracują, tworzą świetne rzeczy. Dodałabym, że powstają rzeczy wręcz genialne. Bo, wyobraźcie sobie płytę, która przenosi was, nawet w środku zimy, w sam środek wiosny, gdzieś na Bronx („Why Don’t We Fall in Love”) czy przypomina o pierwszych zauroczeniach („Talkin’ to Me”, „Float”). Album spójny, lekki i z bitami nie do podrobienia. Taki, który mogę odtwarzać dziesięć razy pod rząd albo nie słuchać go przez dwa lata i nagle wrócić a on zawsze będzie brzmiał równie dobrze.


Dżesi

Experience

Night Marks

U Know Me (2017)

Dostałam wspaniałą okazję przedpremierowego odsłuchu nowej płyty Night Marks. No i jak się domyślacie – wspominam o tym tutaj, znaczy to więc tyle, że od Experience nie mogę się uwolnić. No i tak od kilku dni pochłaniam soul w najczystszej postaci, wyobrażając sobie wypełnione kluby na koncertach chłopaków. Na albumie goszczą m.in. zaprzyjaźnione siostry Przybysz — ale to nie wszystkie niespodzianki, reszty zdradzić jednak nie mogę. Wyłapać też można puszczone oczko do Isaaca Hayesa, a w numerze tytułowym po ciele przechodzą takie ciary, że naprawdę ciężko się pozbierać. Zresztą zestawienie Marka Pędziwiatra (dla mnie obecnie największego muzycznego wrażliwca w Polsce) wraz ze Spiskiem Jednego, którego na albumie też wyraźnie słychać, nie może nie wróżyć sukcesu – którego życzę im z całego serca, bo album cholernie mnie poruszył. Premiera już 26 maja. Świat!


Komentarze

komentarzy