press play

Hatti Vatti & Soulbowl: Press Play # 25

Dwudziestą piątą odsłonę naszych nieskrępowanych datą premiery i gatunku rekomendacji uświetnia Piotrek Kaliński, którego muzyczne horyzonty zdają się być nieograniczone. Gitarzysta w punkowej ekipie, dj, twórca brzmień z pogranicza muzyki elektronicznej. Jako Hatti Vatii ma za sobą m.in. album wyprodukowany do spółki z Noonem oraz ostatnio wydany Szum w szeregach MOSTu, sublabelu Prosto. Trzymamy kciuki za kolejne realizacje licząc, że niejednokrotnie nas zaskoczą.


Hatti Vatti

Here

Alicia Keys

RCA

Śledzę Alicię Keys od samego początku jej kariery, doskonale pamiętam jej pierwsze single dokładnie sprzed 15 lat. Swoją naturalnością i oryginalnością totalnie wybijała się w morzu grząskiego R&B, nastawionego głównie na świecenie seksualnością i dyskotekowe podrygiwanie. Niestety w okolicy trzeciej płyty Alicja zaczęła gubić swoją muzyczną drogę i na wiele lat pogrążyła się w lawirowaniu pomiędzy rasowym, czarnym R&B a’la lata 70. i 80., a mdłym, radiowym popem oraz bardzo dziwnymi featuringami. Na szczęście w zeszłym roku wydała płytę Here, która spokojnie mogłaby być tą trzecią. Płyta, która brzmi autentycznie, jest prosta, czarna jak węgiel i ma wiele świetnie napisanych i wykonanych numerów. Welcome back!


Kurtek

Unreleased, MISC.

Frank Ocean

no label (2013)

Niedługo po tym jak Frank Ocean zadebiutował błyskotliwym mikstejpem Nostalgia, Ultra. w pierwszej połowie 2011 roku, do sieci trafił obszerny nieautoryzowany zbiór dem, odrzutów i niewydanych numerów The Lonny Breaux Collection pominięty przez miłośników piosenkarza ze względu na chaotyczną formę i niepewne pochodzenie nagrań. Błędów tych nie popełnia inne nieoficjalne wydawnictwo w katalogu muzyka — wypuszczone dwa lata później Unreleased, MISC., które jest jednocześnie prequelem i sequelem Nostalgii. Trudno dociec kiedy i w jakich okolicznościach powstawały te utwory. Niektóre pojawiły się w sieci razem z The Lonny Breaux Collection, inne przy okazji premiery Channel Orange. 15-utworowa składanka prezentuje natomiast trochę inną stronę Oceana, w dalszym ciągu nieoczywistą w kontekście sceny R&B, ale zdecydowanie bardziej popową niż cokolwiek, co Ocean kiedykolwiek udostępnił oficjalnie fanom. Zwłaszcza po zeszłorocznym Blonde warto udać się w krótką podróż sentymentalną, by dostrzec, jak Ocean ewoluował jako tekściarz, songwriter i wokalista, który, gdyby tylko chciał, mógłby spokojnie podbić teraz listy przebojów numerem w stylu „Bedtime Story”.


Polazofia

L.A. Women 

The Doors

Electra Records (1971)

Swoją przygodę z The Doors można zacząć nieco na opak, od końca, bowiem w zespole najłatwiej zakochać się po odsłuchu magicznego L.A. Woman. Album, wydany na kilka miesięcy przed śmiercią Jima Morrisona, to zwieńczenie krótkiej, ale jakże płodnej działalności grupy. Płyta jest połączeniem psychodelii i bluesa w najlepszym wydaniu, ballad oraz rytmicznych, nieco szybszych kawałków, wszystko oczywiście z domieszką poetyckich tekstów frontmana The Doors. Mnie ujmuje sam Morrison, warto przysłuchać się jego wokalowi. Wydaje się, że na tej płycie dał z siebie wszystko, jak okazało się niecałe trzy miesiące później — faktycznie wykrzesał wówczas ostatnie pokłady energii. Porównując ostatni album z ich debiutem, możemy usłyszeć, jak bardzo zmienił się sam głos Jima. Chłopięca chrypa z „Break on Through” ustąpiła grubemu tembrowi z „Love Her Madly”. Różnice słychać gołym uchem, uświadamiamy sobie, jak przez te lata ewoluował Morrison i muzyka całego zespołu. Płyta z 1971 zdaje się być melancholijnym echem kolorowych lat 60-tych, nawiązaniem do jakości brzmienia tamtych czasów, wspomnieniem powoli wówczas upadających gwiazd festiwalu Woodstock. Ostatni krążek zespołu to prawdziwy artyzm, którego szczytem jest kultowe „Riders on The Storm” lub mniej znany kawałek „Orange County Suite”.


Marysia Krawczyk

Biała Flaga

Hania Rani & Dobrawa Czocher

MyMusic Group (2015)

Jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to bardzo się cieszę, że to właśnie ja mogę Wam je przedstawić. Poznajcie pianistkę Hanię Raszewską i wiolonczelistkę Dobrawę Czocher. Z ich muzyką po raz pierwszy spotkałam się podczas warszawskiego koncertu zorganizowanego z okazji Piano Day 2017, gdzie zachwyciły mnie interpretacją „Chwile” utworu „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty. Album „Biała Flaga” to połączenie 10 nowych aranżacji utworów Grzegorza Ciechowskiego i 5 autorskich kompozycji Hani Raszewskiej. Na płycie znajdziemy interpretacje na fortepian i wiolonczelę takich piosenek jak: „Biała Flaga”, „Telefony”, „Nie pytaj o Polskę” czy „Mamona”. Słowa, które stanowią istotną część utworów Republiki dziewczyny zastąpiły muzyką i emocjami. Dlaczego warto sięgnąć po ten album? Bo to po prostu dobra muzyka klasyczna w nowoczesnym wydaniu.


Empee

Radius

Allen Stone

Capitol Records (2015)

Na Allena natknęłam się kilka lat temu, przeglądając skarbnicę kapitalnej muzyki w postaci kanału Mahogany Sessions na YouTube i nie przesadzę mówiąc, że od razu zachorowałam na tego człowieka. Jego Radius znajduje się w gronie moich ulubionych albumów wszech czasów. Stone jest mistrzem w miksowaniu popu, soulu, funku, R&B, a nawet disco czy odcieni folku. Teksty są zarówno o miłości (na przykład w matematycznym wydaniu na „Symmetrical”), jak i o zagubieniu w świecie pełnym technologii („Fake Future”) albo społecznych nierównościach („American Privilege”). Warto sięgnąć po wydaną w 2016 roku edycję deluxe, poszerzoną aż o 7 utworów (w tym porywające „The Weekend i „Loose”), które są wspaniałym dopełnieniem całości okraszonej pełnym feelingu wokalem Allena. Przepyszna uczta, na której trudno nie znaleźć czegoś do uszczknięcia dla siebie.


mmisiak

Guardians Of The Galaxy Vol. 2: Awesome Mix Vol. 2

Various Artists

Hollywood Records

Niedawno do kin trafiła druga część Strażników Galaktyki, czyli lekkiego filmu akcji sci-fi z dużą domieszką humoru. Osobiście film gorąco polecam, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdego przekonuje dwugodzinny odmóżdżający kosmiczny western. Jeśli tak jest, sugeruję dać szansę, chociaż samej ścieżce dźwiękowej. Okazuje się, że Awesome Mix Vol. 2 to nie tylko świetne tło do tego, co rozgrywa się na ekranie kina. Jest to naprawdę solidny zbiór utworów z jakże beztroskich lat 70-tych. Klasyczny rock od Eletric Light Orchestra, Sweet czy Cheap Trick przeplata się z bliższymi nam funkowo soulowymi klimatami w wykonaniu Sama Cooke’a oraz Parliament. Znalazło się nawet miejsce dla Fleetwood Mac, czyli zespołu pomnika tamtego okresu w muzyce. Płyta to zbiór lekkich i nieskomplikowanych utworów co w połączeniu z poprawiającą się pogodą za oknem jest dla mnie idealnym przepisem na przyjemnie spędzone popołudnie. Czego i wam życzę.


K.Zięba

Heavi Metal

Fisz Emade

Asfalt Records (2008)

Podświadome próby kojarzenia muzyki z książkami od zawsze sprawiają mi sporą frajdę. To jednak przekleństwo kłopotliwe i niesprawiedliwe dla literatury, kiedy bieg wciągającej opowieści tnie jak gilotyna potrzeba zatrzymania emocji i spotęgowania ich muzyką. Nie ma zmiłuj – książka (nie wiem jak dobra i wciągająca) na bok, a ja szperam w płytach. Ostatnio poszło szybko, bo jeszcze w trakcie jednego z wątków Wzgórza psów Żulczyka wiedziałem, że musi zabrzmieć Heavi Metal Fisza i Emade.
Ostatni album Waglewskich wydany w Asfalcie przepełnia młodzieńcza naiwność, a właściwie wspomnienia o niej. W moim przypadku idealnie sprawdza się, kiedy stojąc w korku gapię się na przerażone maturzystki i jak każdy marzę, żeby chociaż na kilka godzin wrócić do czasów, kiedy czas płynął trzy razy wolniej, a zasada „nie ważne co, ważne z kim” – była jak nigdy później najważniejsza.


Forrel

Grown Folks Music

Nicci Gilbert

MCA Records (2005)

Debiutancki i niestety jedyny solowy album członkini grupy Brownstone – Nicci Gilbert, to autentyczny klimat R&B lat ’90. Na Grown Folks Music znalazły się mid-tempo kompozycje z dusznym wokalem Amerykanki. Niewątpliwym hajlajtem na płycie, wprawiającym słuchacza w przyjemny nastrój, jest eteryczna ballada „This Woman”. Artystka, posiadając w sobie oldskool flava, przeniosła to na brzmienie krążka, pozostając tym samym wierną soulowi. Chociaż w czasie, w którym Gilbert wydała krążek królował dynamiczny hip-hop i klubowe bangery, ona zdecydowała się pójść drogą neo-soulu, przez co wydawnictwo, które rzeczywiście przepełnione jest dojrzałymi utworami, przeszło bez większego echa. Pogrzebało to niestety solową karierę tej zdolnej wokalistki, która w ostateczności zajęła się rozkręcaniem własnych biznesów. W dobie auto-tune’ów i skrzeczących delfinów (jeśli wiecie, co mam na myśli), Grown Folks Music będzie przyjemną odskocznią.


MajaDan

In My Room

Jacob Collier

Membran Entertainment Group (2016)

Spoiler alert: jeżeli lubicie Dirty Loops czy Hiatus Kaiyote, to w zasadzie moglibyście już przestać czytać. Zwłaszcza, że ciężko się tu czepiać. Jacob Collier to cudowne dziecko – w wieku 22 lat niemal samodzielnie skomponował, zaaranżował i wyprodukował swój debiutancki album. Etykieta bedroom pop jest jednak w tym wypadku zupełnie nietrafiona, bo choć na płycie znajdzie się kilka ballad, to produkcja wypadła pierwszorzędnie. Mamy też imponująca wielowątkowość. Jacob Collier kieruje się bowiem zasadą „jak najwięcej naraz instrumentów”, na których – niespodzianka – gra sam. Sam też śpiewa i mnoży partie wokalne, dopełniając całości swojej jednoosobowej orkiestrze. W porównaniu z ostatnim krążkiem przywołanych już Hiatus Kaiyote In My Room wydaje się bezpieczniejsze. Ale jest tu też więcej spójności i zabawy, a mnogość motywów i tak nie pozwoli się od tej płyty łatwo uwolnić.


Dill

Brainchild

Society of Soul

La Face Records (1995)

Był czas kiedy Sleepy Brown nie funkcjonował jeszcze jako powszechnie znany wokalista, ale dał się za to poznać jako świetny producent w ramach kolektywu Organized Noize odpowiedzialnego już wtedy za muzykę na pierwszej płycie Outkast czy na rewelacyjnym pamiętnym singlu TLC „Waterfalls”. W 1995 roku wyszedł jednak album, na którym tak naprawdę Sleepy pierwszy raz prezentuje swoje umiejętności szerszej publiczności w większej formie. To Brainchild autorstwa Society of Soul. Oprócz Sleepy’ego w skład tej grupy wchodzą dwaj pozostali członkowie Organized Noize (Rico Wade i Ray Murray), ale także Big Rube z Goodie Mob i wokalistka Espraronza. Ich jedyny jak na razie krążek przepełniony jest soczystym soulem, funkiem i rapem. Prawdziwym smaczkiem jest też gościnny udział związanej z TLC T-Boz, ale także samego George’a Clintona. Ten album jest ważny jeszcze z innego powodu. Spokojnie można powiedzieć, że jest prekursorski jeśli chodzi o neo-soulowe brzmienia, a wyszedł dwa lata przed klasycznym Baduizmem.


Mateusz

The Carrollton Heist Remixed 

Currensy

Jet Life Recordings (2016)

Ubiegły rok okazał się być dla Currensy’ego wyjątkowo pracowity. Czternaście projektów (o ile żadnego nie pominąłem) to nieziemska ilość, nawet jak dla kogoś, kto zdążył już  przyzwyczaić słuchaczy do wydawniczej rozrzutności. W tym gąszczu albumów, moją uwagę przykuł mixtape zatytułowany The Carrollton Heist. Nie będę jednak pisać o pierwowzorze, a wydanej ponad pół roku później kompilacji remiksów. Knxwledge, Jake One, Evidence, Samiyam czy nawet Earl Sweatshirt, to tylko część osób odpowiedzialnych za brzmienie tego projektu. W oryginale stroną produkcyjną zajął się legendarny Alchemist, którego bity — oparte w większości na jazzowych samplach, były raczej mroczne i chłodne. I chociaż autorzy remiksów czerpią garściami z tego samego gatunku, to efekt końcowy mocno kontrastuje z tym co prezentuje pierwotna wersja. Duch Stones Throw Records jest wyczuwalny na odległość, co może być zaskoczeniem w kontekście dotychczasowej twórczości rapera z Nowego Orleanu. Szczerze mówiąc, to nie miałbym nic przeciwko, gdyby Currensy częściej decydował się na podobne kolaboracje. The Carrollton Heist Remixes to projekt godny polecenia, szczególnie dla tych, którzy szukają muzyki na nadchodzące letnie wieczory.


Pat

All I Have

Amerie

Columbia (2002)

Od premiery tego krążka minęło już 15 (!!) lat. W międzyczasie mnóstwo artystów zaliczyło swoje wzloty i upadki, ba, sama Amerie zdążyła nagrać parę płyt i nieco zmienić kierunek twórczy z muzyki na pisanie. Wiele osób powie, że zarówno w samym 2002 jak i w latach późniejszych powstało dużo lepszych albumów. To fakt, ale dla mnie, All I Have jest najbardziej niedocenianym i klasycznym dziełem tamtego okresu.
Warto nakreślić kontekst – cofamy się o prawie dwadzieścia lat, tuż za nami era boomu na r’n’b, rap wrósł powoli w czołówki list przebojów, neo soul wszedł do mainstreamu. Piękne czasy. Nieznany jeszcze na szeroką skalę producent Rich Harrison ma za sobą współpracę z Mary J. Blige a debiutująca wokalistka Amerie dograła zwrotkę do kawałka Nasa. Dobry los sprawia, że ta dwójka postanawia połączyć siły i tak powstaje All I Have. Amerie przyznaje później w wywiadach, że łączy ich niesamowita chemia i zawsze, gdy współpracują, tworzą świetne rzeczy. Dodałabym, że powstają rzeczy wręcz genialne. Bo, wyobraźcie sobie płytę, która przenosi was, nawet w środku zimy, w sam środek wiosny, gdzieś na Bronx („Why Don’t We Fall in Love”) czy przypomina o pierwszych zauroczeniach („Talkin’ to Me”, „Float”). Album spójny, lekki i z bitami nie do podrobienia. Taki, który mogę odtwarzać dziesięć razy pod rząd albo nie słuchać go przez dwa lata i nagle wrócić a on zawsze będzie brzmiał równie dobrze.


Dżesi

Experience

Night Marks

U Know Me (2017)

Dostałam wspaniałą okazję przedpremierowego odsłuchu nowej płyty Night Marks. No i jak się domyślacie – wspominam o tym tutaj, znaczy to więc tyle, że od Experience nie mogę się uwolnić. No i tak od kilku dni pochłaniam soul w najczystszej postaci, wyobrażając sobie wypełnione kluby na koncertach chłopaków. Na albumie goszczą m.in. zaprzyjaźnione siostry Przybysz — ale to nie wszystkie niespodzianki, reszty zdradzić jednak nie mogę. Wyłapać też można puszczone oczko do Isaaca Hayesa, a w numerze tytułowym po ciele przechodzą takie ciary, że naprawdę ciężko się pozbierać. Zresztą zestawienie Marka Pędziwiatra (dla mnie obecnie największego muzycznego wrażliwca w Polsce) wraz ze Spiskiem Jednego, którego na albumie też wyraźnie słychać, nie może nie wróżyć sukcesu – którego życzę im z całego serca, bo album cholernie mnie poruszył. Premiera już 26 maja. Świat!


Rosalie. & Soulbowl: Press Play #24

Notowania Rosalie. nieustannie idą w górę. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat nieśmiało opublikowała kilka singli, by pod koniec 2016 roku wypuścić udaną epkę i dogadać się z Alkopoligamią. W oczekiwaniu na pełnoprawny debiut, sprawdzćie ostatni klip „Pozwól” oraz kolejny cykl naszych rekomendacji stworzonych wspólnie z Rosalie. Rzućcie okiem również na plan jej koncertowych wojaży i przekonajcie się jak radzi sobie na scenie.

Rosalie.

Groove Theory ‎ Groove Theory, Epic (1995)

Jeżeli nałogowo słuchaliście takich płyt jak One in a Milion Aaliyah czy Writing’s On The Wall Destinys Child to zachęcam was do zapoznania się z Groove Theory. Zespół tworzy wokalistka Amel Larrieux i producent Bryce Wilson.
Duet nieźle namieszał mi w głowie, a historia powstania zespołu jest bardzo ciekawa. Larrieux po skończeniu 18 lat rozpoczęła pracę recepcjonistki w Rondor Music, gdzie Bryce produkował swoją muzykę. Pewnego dnia wydawca poszukiwał wokalistki do produkcji Bryce’a. Podszedł do Larrieux i ot tak zapytał czy nie miałaby ochoty nagrać piosenki. Poszło całkiem nieźle, bo wypuszczając utwór „Tell Me”, który znajdziecie na Groove Theory, zdobyli złoto.
Ja zakochałam się od pierwszych dźwięków. Jest to mieszanka pięknego, delikatnego wokalu Larrieux i produkcji stricte hip hopowych, które od razu wpadają w ucho.
Z jednego z ich wywiadów dowiedziałam się, że głównymi inspiracjami do powstania albumu były późne lata 80 i początek lat 90 – złote lata hip hopu. I wiecie co? Nic dziwnego, że brzmi to tak dobrze.

Forrel

Teairra Mari ‎Roc-A-Fella Records Presents Teairra Marí, Roc-A-Fella Records (2005)

Księżniczka Roc-A-Fella, jak określił ją sam Jay-Z, dzięki swojemu talentowi i szczęściu, trafiła pod skrzydła hiphopowej dywizji. Swoim debiutem namieszała nieco na ówczesnym rynku muzycznym. Pierwszy promujący singiel „Make Her Feel Good”, z gościnnym udziałem wspomnianego Jaya-Z, z miejsca stał się hitem, a drugi — „No Daddy”, zadebiutował na 5. miejscu listy Billboardu. Zdobycie fizycznej kopii tego albumu graniczyło wówczas dla mnie z cudem, ale wraz z „Point of no Return” Shareefy, bezpiecznie dotarły pod mój adres i intensywnie zajmowały odtwarzacz. Do dzisiaj sięgam po obie płyty w ramach małego throwbacku. Niestety debiut był jedynym długogrającym wydawnictwem artystki. Kolejne — pozostały tylko zapowiedziami i do tej pory Teairra Marí wydaje tylko luźne single i klipy.

Eye Ma

a0252952788_10

Ojerime fang2001 (2016)

Ojerime wygląda na tej okładce dokładnie jak Aaliyah we wczesnych latach 90-tych. Nie napiszę, że brzmi tak samo bowiem to dwie zupełnie różne osobowści, ale w twórczości naszej debiutantki słychać wyraźnie wpływy zmarłej tragicznie artystki. Ojerime bliżej do oldschoolowej Brandy niż Tinashe i właśnie to urzeka w niej najbardziej. fang2001 hipnotyzuje i zniewala; „R U Sure” to zdecydowanie najmocniejszy moment tego wydawnictwa, ale równie dobrze na zmysły działają takie numery jak „Showing You Off” czy „Kids With Depression”. Tak długo jak potrwa jeszcze zima, a wieczory będą długie i chłodne, tak długo na mojej playliście będę gościła Ojerime. Wam również polecam.

Miimazu

the-shape-of-a-broken-heart-b-iext36318450

Imany The Shape of a Broken Heart (2011)

Na The Shape of a Broken Heart Imany trafiłam zupełnie przypadkiem, a stała się moją ulubioną płytą. Jej głos od samego początku mnie oczarował – lekko zachrypnięty, lecz subtelny i delikatny. Jeśli chodzi o płytę, jest ona bardzo spójna, a utwory cechuje skromności i prostota, które są mieszanką soulu, bluesa oraz folku. W większości utworów przeważa tylko głos Imany oraz gitara. Mimo wszystko nie są one za skromne czy za banalne i właśnie ta prostota cechuje Imany. Niewiele potrzebuje, by sobą zahipnotyzować. Zdecydowanie moimi ulubionymi utworami na tym  longplay’u są „Pray for Help”, „Where Have You Been” oraz „Seat With Me”, a ten ostatni jest również ulubionym kawałkiem samej autorki.

 K.Zięba

Flirtini  Heartbreaks & Promises Vol. 3, Asfalt Records (2016)

Do trzech razy sztuka. Grudniowy album Flirtini jest stanowczo bardziej kompletną produkcją niż dwie pierwsze części Heartbreaks & Promises. Zadziwiająco równy jak na składankę z samymi premierami i sprytnie zróżnicowany. Wypełniony smakowitościami oscylującymi w sferze brzmień tzw. „muzyki miejskiej”. Pierwszorzędne tempo płyty — za dziesiątym odsłuchem „skippowałem” nie więcej niż trzy razy. Na podium zapętleń: 3. SoDrumatic / Sarcast ; 2. Julia Wieniawa / Zeppy Zep ; 1. Iza Lach / Pepe.

Kurtek

Mighty Sparrow Sparromania! Wit, Wisdom and Soul From the King of Calypso, 1962-1974, Strut (2012)

Pochodzący z Grenady Mighty Sparrow jeszcze w latach 50. został okrzyknięty Królem Calypso — wywodzącej się z tradycji afrykańskiej muzyki tanecznej popularnej w rejonie Morza Karaibskiego — zwłaszcza na wyspach Trynidad i Tobago. Od tego czasu aż do połowy lat 90. Sparrow konsekwentnie nagrywał i koncertował, wydając koniec końców ponad 60 płyt długogrających. Jego mały komercyjny przełom przypadł na rok 1974 i wydany przez Warner Bros. na całym świecie album Hot and Sweet wyprodukowany przez Vana Dyke’a Parksa — byłego współpracownika The Beach Boys i popularyzatora calypso w Ameryce. W 2012 roku Sparrow doczekał się wreszcie kompetentnej kompilacji w niemal 30 numerach przekrojowo przedstawiającej jego najbardziej płodny okres — lata 1960-1974. Na płytach słyszymy głównie Sparrowa orkiestrowego, funkującego, bigbandującego — z niesamowitym soulowym feelingiem śpiewającego „Shango Man” w Hotelu Hilton na Barbados w 1967 roku czy swingującego z gracją do zaskakująco żywej interpretacji klasycznego „Try a Little Tenderness” kojarzonego dziś głównie z wykonaniem Otisa Reddinga. Koniec końców Sparromania pokazuje, zgodnie z tezą postawioną na krążku Discover America Vana Dyke’a Parksa w 1972 roku, że calypso, choć zupełnie inaczej rozkłada akcenty, ma bardzo wiele wspólnego ze staromodnym amerykańskim jazzem i soulowo-funkową ekspresją. To nietuzinkowa podróż na Karaiby o charakterze nie tylko historycznym.

 Dill

Pigeon John Good Sinner, Dine Alone Records (2016)

Pigeon Johna przedstawiać chyba nikomu nie trzeba, a jednak odnoszę wrażenie, że wciąż jest mocno niedoceniony w środowisku hip-hopowym. Nie od dziś wiadomo przecież, że to świetny raper, ale także utalentowany wokalista. Jego Good Sinner z zeszłego roku doskonale pokazuje jak wszechstronnym jest artystą. Album kipi od inspiracji rock and rollem, czuć tu nawet nawiązania do twórczości Beatlesów. To świetna pozycja, na której właściwie każdy utwór to murowany hit. Chyba wiedzą coś o tym ludzie odpowiedzialni za niedawną telewizyjną reklamę jednego z polskich piw, bo „Rebel, Rebel” właśnie z tej płyty zostało w niej wykorzystane. Dziwi, że krążek został właściwie pominięty w muzycznych podsumowaniach minionego roku.

 Dźwięku Maniak

Oddisee The Odd Tape, Mello Music Group (2016)

Zanim będziemy mogli nacieszyć uszy nowym albumem Oddiseego warto zrobić mały i nie tak odległy flashback do jego poprzedniego wydawnictwa z maja ubiegłego roku. The Odd Tape to kwintesencja bardzo wszechstronnych i niezwykle wysokich skillsów Amerykanina, który – jak zapewne doskonale wiecie – jest nie tylko świetnym MC, ale i nad wyraz uzdolnionym producentem. Na wspomnianej płycie usłyszymy 12 pieczołowicie zaaranżowanych kompozycji, z których tętni pełna paleta doskonale dobranych sampli i sekcji perkusyjnych, które nawet na chwilę nie wpadają w sztampowość hiphopowego beatu. Do takich LP zdecydowanie warto wracać!

Soulbowl Press Play #23: Suplement 2016

Tworzenie końcoworocznych podsumowań jest sporą frajdą. Stawia jednak przed każdym z soulbowlowych redaktorów wiele zagwozdek, z których najczęstszym dylematem jest ostateczny wybór i wyróżnienie płyt najlepszych nad ulubionymi. Aby wyczerpać naszą potrzebę nieustannego rekomendowania Wam, drodzy Czytelnicy, muzyki, która sprawia nam największą radość, przygotowaliśmy skromne uzupełnienie najlepszych albumów i epek 2016 roku, które nie znalazły miejsca w grudniowych rankingach.

Forrel

Pablo Nouvelle All I Need, Armada Music (2016)

Pablo Nouvelle to szwajcarski producent muzyczny, który zadebiutował w 2013 roku. Łączy żywe instrumenty z elektronicznym brzmieniem, tworząc modern soul, melancholijny pop i dance, a całość okrasza wokalem zapożyczonym od soulowych wokalistów. Inspiracje czerpie od muzycznych ikon, takich jak Marvin Gaye, Donny Hathaway i Willie Wright. Jego najnowszy album All I Need to zbiór nowatorskich i odprężających dźwięków — swoiste the „best of” tego, co stworzył w ciągu trzech lat przed wydaniem krążka. Awangardowy Pablo na swojej płycie wprowadza różnorodność głosów, przez co prawie każdy kawałek brzmi inaczej. Spokojna instrumentalna melancholia miesza się z dynamiczną elektroniką, tworząc nieprzeciętne muzyczne krajobrazy. Całość wydawnictwa brzmi świeżo i pozytywnie. Idealna propozycja również do kontemplacji. Jeśli studyjne wersje utworów są dla Was niewystarczające, odsyłam do znakomitych występów na żywo, z których artysta słynie.

Chojny

Adrian Younge Presents Venice Dawn ‎ Something About April II, Linear Labs (2016)

W tym fascynującym muzycznie roku również Adrian Younge znalazł kilka sposobów by nas zafascynować. Pomimo takich niespodzianek jak prawie stuminutowa ścieżka dźwiękowa do serialu Netflixa albo natchniony dyskografią Kraftwerk elektroniczny (!) album, najmocniej w pamięć zapadło zachowawcze, ale i tak perfekcyjnie zaaranżowane Something About April II. To idealne podsumowanie dotychczasowego dorobku producenta, które dzięki rozważnej selekcji gościnnie udzielających się wokalistów (Laetitia Sadier, Bilal, Loren Oden) wkroczyło na wyżyny popkulturowej nostalgii — w tym możliwie pozytywnym znaczeniu. Wciąż coś jest w tym Adrianie.

Eye Ma

Kid Cudi Passion, Pain & Demon Slayin’, Wicked Awesome/Republic 2016 (2016)

Od czasów Man on the Moon II: The Legend of Mr. Rager Kid Cudi ciągnął mocno w dół. Porzucił rapowanie, zawiesił się gdzieś między hipsterskim indie a alternatywnym rockiem, walczył z uzależnieniem od narkotyków. Problemy psychiczne nie zniknęły, czego efektem było wielokrotne przesuwanie premiery Passion, Pain & Demon Slayin’ i kolejne załamania nerwowe rapera. Jednak w końcu album ujrzał światło dzienne i dopiero teraz Kid Cudi naprawdę przełożył ból i cierpienie na mgliste, gęste, momentami mdłe i drażniące utwory, tworząc dzieło będące niemalże nirwaną. „Swim In The Light”, „Releaser”, „By Design” i „All In” hipnotyzują tak bardzo, że człowiek nawet nie wie, kiedy znajduje się już w połowie krążka. Fakt, Passion, Pain & Demon Slayin’ mogłoby być nieco krótsze, ale to prawdopodobnie tylko dowód na to, że stany lękowe i bezradność ciągną się właśnie w nieskończoność, jak ta płyta. Depresja jeszcze nigdy nie brzmiała tak dobrze.

 Antkovsky

Majid Jordan Majid Jordan, OVO Sound (2016)

Po premierze hitowego singla Drake’a — „Hold On, We’re Going Home”, który został wyprodukowany przez Majid Jordan, świat bardzo szybko zaczął się interesować, kim są dwaj pupile Drizzy’ego. W styczniu wydali debiutancki krążek w wytwórni OVO Sound. Jego premiera miała być falą starannie wyselekcjonowanych, potencjalnych hitów, nienagannie napisanych utworów, które składałyby się w spójną, wyważoną całość, a jednocześnie byłyby dowodem na talent wokalny, produkcyjny i tekściarski Kanadyjczyków. Majid i Jordan znaleźli pomysł na siebie, wytworzyli własne brzmienie — gładkie, niekiedy cierpkie i mroczne R&B. To, w połączeniu z popem i deep house’em, którym się dawniej zajmowali, zaowocowało całkiem spójnym i solidnym materiałem. Będę słuchał tego albumu każdej zimy.

K.Zięba

Moods  A Beautiful Mind EP, Boogie Angst (2016)

Holenderski producent popisał się niespełna dwudziestominutową epką, którą zapętlałem tej jesieni częściej niż większość tegorocznych albumów. Sprytnie wyważył proporcje podsuwając miksturę, na którą składają się głównie: elektroniczny soul, nu-disco, hiphopowy vibe i futurystyczny funk. Zmysłowe „How I Feel” i ciepłe „Evolve” rozbudzają wyobraźnie, energetyczne „Beautiful Mind” i pulsujące „The Hero” pobudzają ciało i umysł. To produkcje, w asyście których znacznie przyjemniej wyczekiwać wiosny.

Efdote

Sonar Pętle, U Know Me Records ‎(2016)

Rok po wydaniu rewelacyjnie przyjętej płyty Traveler firmowanej przez RYSY, połowa tego zespołu, czyli Łukasz Stachurko powróciła z nowym projektem. Projektem zupełnie innym, na którym co prawda również usłyszymy elektroniczne granie, ale tym razem zdominowane przez współtworzących zespół instrumentalistów. Znakomity perkusista Rafał Dutkiewicz, doświadczony klawiszowiec Artur Bogusławski oraz zaproszony do nagrań kwartet smyczkowy, zadbali o to odpowiedni klimat wydawnictwa. A ten z kolei oscyluje wokół brzmień downtempowych i trip hopu, przywodząc na myśl najlepsze dokonania tych gatunków. Idealnie wpasowuje się w to wszystko kolejny element przedsięwzięcia, czyli debiutująca tu wokalistka — Lena Osińska. Swoim bardzo dobrym wokalem wyśpiewuje teksty, w całości po polsku napisane przez znanego z zespołu Małe Miasta — Holaka oraz Tego Typa Mesa, którzy to wraz z Rasem i Otsochodzi występują również gościnnie na tym wyjątkowym albumie, wprowadzając nieco zadziorności, świetnie kontrastującej z delikatnym wokalem wokalistki. Znakomity krążek, którego słuchanie polecam szczególnie w nocy.

Kurtek

D.R.A.M. Big Baby D.R.A.M., Atlantic ‎(2016)

Według Eryki Badu gdyby George Clinton, Ol’ Dirty Bastard i D’Angelo mieli dziecko, to nazywałoby się właśnie D.R.A.M. i zdecydowanie trudno temu zaprzeczyć. Koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi zwrotkami — zwał jak zwał. Łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż Westowi, Chance’owi the Rapperowi i Fetty’emu Wapowi razem wziętym. Tym samym bez pomocy autotune’a syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i R&B. Pozycja obowiązkowa w płytotece A.D. 2016.

Dawid Korbaczyński & Soulbowl: Press Play #22


Wierząc, że lepiej późno niż wcale, publikujemy dwudziestą drugą odsłonę rekomendowanych przez nas płyt. Bez względu na gatunek, datę premiery czy uznanie recenzentów. To albumy, które kochamy „od zawsze” oraz te, w których zgubiliśmy się przed chwilą.
Dzisiejsze zestawienie uświetnia Dawid Korbaczyński – piekielnie zdolny gitarzysta, współzałożyciel jednej z najciekawszych zespołów w kraju. Mikromusic od lat przekonuje do siebie za sprawą rewelacyjnych koncertów i dopieszczonych albumów. To również grupa świadomych i pracowitych muzyków, którzy lubią odkrywać i analizować wartościowe brzmienia. Przekonajcie się sami czytając rekomendację Dawida.

Dawid Korbaczyński / Mikromusic

Mutemath ‎ Armistice, Teleprompt Records (2009)

Kilka lat temu wąski światek muzyczny Wrocławia obiegł film na YouTube, który początkowo potraktowałem jako internetową ciekawostkę. Otóż pewien osobnik, nazwijmy go na bieżące potrzeby zwierzęciem scenicznym, rzuca w rozentuzjazmowany tłum centralę (największy bęben), wskakuje na nią i gra na innym bębnie. Zwierzak ma wielkie słuchawki przymocowane do głowy taśmą samoprzylepną, a całość mimo cyrkowego wydźwięku groovi niesamowicie. Szybko (kilka kliknięć później) okazało się, że ta „ciekawostka” na długo stała się moim ulubionym zespołem. Zwierzak to bębniarz amerykańskiej grupy Mutemath.
Mój wybór płyty do recenzji (Armistice) podyktowany jest chyba jedynie tym, że to w tym krążku zakochałem się jako pierwszym. Zespół, który ewidentnie nazwałbym rockowym, nie zamyka się jedynie w tej stylistyce. Nowoorleańczycy nie stronią od jazzu, soulu i elektroniki. Podają to jednak w sposób dla mnie kompletnie świeży, niesamowicie energetyczny a przy tym z wielkim szacunkiem dla pięknych melodii (Pins and Needles). Wszystko krąży tu wokół potężnego bębna ponad którym unosi się jasny wokal i pozostałe przestrzenne instrumenty. Już pierwsze przesłuchanie uświadomiło mnie w przekonaniu, że mam do czynienia z supergrupą wirtuozów, którym obcy jest  jednak wyścig kto szybciej i bardziej skomplikowanie zagra. Dojrzałość bije z każdej nuty. Spokój ale i fenomenalna energia, kierowanie nastrojem słuchacza i mnóstwo smaczków, wykrywanych dopiero po którymś przesłuchaniu.
Muzyką zajmuje się większość swojego życia i z czasem zauważyłem, że coraz ciężej znaleźć mi krążki, które by mnie inspirowały. Takim właśnie albumem jest Armistice jak i reszta płytoteki Mutemath, z której prawie połowa to albumy koncertowe. I tutaj chciałbym poruszyć jeszcze inna kwestię – koncertów właśnie. Od lat głosuję na nich jako propozycje na Openera. Kiedy straciłem już nadzieję na usłyszenie swojej kapeli na żywo, chłopaki (a raczej panowie przed czterdziestką podobnie jak piszący te słowa) zaplanowali europejską trasę obejmującą sąsiedzki dla Wrocławia Berlin. Okazało się, że w czwartek akurat nic nie gram i mogę się wraz grupką kumpli wybrać na swoja ulubioną kapelę. Mały klub na trzysta osób zapowiadał niesamowite doznania, ale to co zobaczyłem i usłyszałem przeszło moje wygórowane oczekiwania. Koncert wkroczył z wielkim hukiem do trójki moich ulubionych a reakcje ludzi, którzy wyszli po nim na fajkę oświadczyły mnie w tym, że nie jestem odosobniony w swoich odczuciach. Otwarte usta słuchaczy nie mogących wykrztusić słowa po tym co się przed chwila stało.
Więcej nie napiszę, bo w tle leci właśnie Mutemath i znowu się zasłuchałem.

Forrel

 Ania Dąbrowska Dla naiwnych marzycieli, Sony (2016)

Dotychczasowa twórczość Ani Dąbrowskiej kojarzona była z melancholią i głębokimi ponurymi tekstami, a jej charakterystyczny sposób śpiewania i niepowtarzalna barwa głosu wpisały się na dobre w polską scenę muzyczną, dzięki czemu z każdym nowym krążkiem artystka zyskiwała coraz większą popularność. Może to również za sprawą jej swobody i nie przybierania płaszcza innej postaci, a może polskie społeczeństwo lubi się smucić. Dla naiwnych marzycieli jest zdecydowanym przeciwieństwem poprzednich wydawnictw. Album jest lekki i miejscami wesoły. Ania odkleiła swoją łatkę ponurego muzyka i postanowiła wydać coś innego, coś przyjemnego dla ucha. Na płycie nie brakuje miłego bujania reggae w „Nieprawdzie” czy „Bez Ciebie”, typowych dla wokalistki instrumentalnych kawałków jak „Gdy nic nie muszę” czy „Oddycham”, ale również gospelowego szeptu w „Staraj się nie czuć”. Taki efekt wokalistka osiągnęła za sprawą połączenia sił ze zdolnym producentem Czarnym HiFi, który nadał luźny charakter krążkowi. Już sama okładka, odchodząca od stylu retro, utrzymana w ciepłych barwach wskazuje, że zawartość będzie inna od dotychczasowego dorobku Dąbrowskiej, bardziej komercyjna i pozytywna. W moim odtwarzaczu ten krążek już się zapętlił.

Chojny

Kamaiyah  A Good Night In The Ghetto (2016)

Z kondycją kobiecego hip hopu mam pewien problem — utalentowanych raperek niby nie brakuje, ale ich umiejętności niespecjalnie przekładają się na interesujące, konsekwentne dyskografie, którymi mogłyby dorównać choćby Missy Elliott w jej czasach świetności. Nie przeszkadza mi to jednak w kibicowaniu co poniektórym, na przykład tej nowej twarzyczce z Oakland. Kamaiyah pojawiła się znikąd i wymachując spożywanym z gwinta koniakiem oraz telefonem rodem z pierwszych sezonów The X-Files przyciągnęła naszą uwagę do jej debiutanckiego mixtape’u. Jak na zupełnie absolutny debiut, artystka zachwyca nas nie tyle wylewającym się z każdego utworu charakterem sympatycznej dziołchy z osiedla, co kompletnie wypracowanym stylem nawijki i wyczuciem kalifornijskiego rodowodu, na który składają się i neo-westoastowe wpływy DJ’a Mustarda, ale i duch starego dobrego g-funku/mobb music/hyphy’u (niepotrzebne skreślić). Dzięki A Good Night In The Ghetto lato trwa u mnie nadal i skończyć się nie zamierza.

Eye Ma

71pyjqtamql-_sl1200_

JONES New Skin, 37 Adventures (2016)
Odpaliłam tę płytę zupełnie przypadkiem przeglądając zakładkę nowe wydania na Spotify, chyba tylko i wyłącznie ze względu na ciekawą okładkę, bo nazwisko JONES zupełnie nic mi nie mówiło. Jeśli i wam nie przychodzi do głowy żaden singiel czy piosenka tej jeszcze nieodkrytej gwiazdy bierzcie ze mnie przykład i czym prędzej sięgnijcie po New Skin. To płyta będąca doskonale płynnym przejściem między kończącym się latem i związaną z nim radością a przygnębiającą do bólu jesienią. Jeszcze ciepło, ale jednak już nie tak kolorowo. Wspaniały, łagodny głos i równie solidnie skrojone podkłady, będące mieszanką popu i współczesnego r&b. Na razie faworyty z krążka to „Indulge”, „Melt” oraz „Walk My Way”, ale czegokolwiek byście nie zagrali z tego krążka, poczujecie się jak w domu.

 K.Zięba

B.B. King King Of The Blues, Crown Records (1960)

Znasz ten moment, kiedy czujesz się nieswojo z powodu nieznajomości twórczości któregoś z kultowych muzyków? Szczególnie w rozmowach ze znajomymi wynikających z niespodziewanej śmierci kogoś ważnego dla muzyki? Kiedyś miałem z tym problem i nadużywałem wtrąceń „tak, znam gościa, wielka strata” lub „ tak, ich płyta z końca lat siedemdziesiątych to był przełom!”. Dziś już nie wczuwam się tak bardzo i szczerze przyznaję, że odejście Dawida Bowie’ego czy Janusza Muniaka zupełnie nie wpłynęło na moją równowagę i nie namnożyło sentymentalnych emocji. Zminimalizowałem również odruch rzucania się na biografie i dyskografie świeżych nieboszczyków. Tak się złożyło, że znałem ich twórczość bardzo wybiórczo, więc czemu mam pompować żałobny balonik? Są po drugiej stronie ciszy, więc niepotrzebne im moje spóźnione gonitwy.
Z drugiej strony, kiedy atmosfera kondolencji opada, możesz ze spokojem podejść do odrobienia pracy domowej i przeanalizowania najważniejszych etapów kogoś, kogo powszechnie uważa się za jednostkę wybitną. Dać płytom kilkukrotnie wybrzmieć w Twoim domu, a nie skakać szlakiem youtube’owych podpowiedzi. Tylko wtedy możesz rzeczywiście wyrobić swoją opinie i na chłodno zdecydować czy dołączasz do grona entuzjastów.
Ja w tym tygodniu sprawdziłem, doceniłem i przyłączyłem się do grona fanów B.B. Kinga. Pomimo, że znam zaledwie dwie płyty, na czele z King of the Blues z 1960 roku. A to dopiero początek naszej przygody, Panie Riley!

Dill

Black Eyed Peas Bridging The Gap, Interscope (2000)

Wybrałem drugi krążek Black Eyed Peas. Warto do niego wrócić żeby uchwycić różnicę między tym, jak brzmiało BEP kiedyś, a jak brzmi teraz. Niebezpodstawnie dzięki takim albumom, jak Behind The Front czy właśnie Bridging The Gap mówiło się o nich, że należą do tego samego grona co The Roots, a to ze względu na ciekawą produkcję Will.I.Ama, który nie stronił w swoich bitach od żywych instrumentów, co zresztą i dzisiaj mu się zdarza. Niemniej jednak, wtedy czarnookie groszki były zdecydowanie bardziej hip-hop niż pop. Warto zwrócić uwagę na ten materiał nie tylko dlatego. Dla fanów dobrego, czarnego brzmienia jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa chociażby ze względu na rewelacyjne singlowe numery — rozpoczynające płytę „BEP Empire” na bicie DJ’a Premiera, „Weekends” czy „Request+Line” z gościnnym udziałem Macy Gray, które przecież swego czasu było bardzo popularnym kawałkiem i szalało na listach. Te utwory pokazują, że Bridging The Gap ma niesamowity przebojowy potencjał. Zresztą nie tylko one, bo w zasadzie przy każdym tracku człowiek zaczyna się ruszać i widać, że nie potrzeba do tego żadnych tanich chwytów, tu wszystko brzmi naturalne. Większość na pewno zna to wydawnictwo, ale jeśli ktoś jeszcze się nie zapoznał i kojarzy Black Eyed Peas głównie z ostatnich kilku płyt, niech koniecznie sprawdzi.

Dźwięku Maniak

ghost-fot

Ghost Freedom Of Thought, Breakin’ Bread (2009)

Ksywka tego niezbyt znanego producenta z Glasgow jest tak samo tajemnicza, jak jego wydawnictwo z 2009 roku, na którego temat próżno szukać jakichkolwiek recenzji. Jedynym wyjątkiem jest niezastąpione BBC, które pochyliło się nad – wydanym w niewielkim brytyjskim labelu – albumem Freedom Of Thought. Z perspektywy czasu ciężko stwierdzić co wpłynęło na tak nikły szum wokół płyty Ghosta, jednak nie ma takiej siły, która zabroniłaby wam teraz to nadrobić. Zwłaszcza, że materiał zaprezentowany na wspomnianym Freedom Of Thought, to bardzo solidna dawka instrumentalnego hip hopu, który balansuje gdzieś pomiędzy klasyczną boombapową stylistyką, a nieszablonową zabawą z samplami. Krążek z pewnością można polecić fanom DJ Shadowa, Cut Chemista, Emancipatora, Arts the Beatdoctora czy 40 Winks. Z samego wydawnictwa warto z kolei zapamiętać chociażby takie kompozycje jak bardzo shadowowe „Return Journey” oraz „Feel Pain”, boogie-funkowe „It’s All Love” czy też przyjemnie jazzujące „Road To Somewhere”. Zróbcie więc sobie przerwę od gonitwy za nowościami i pozwólcie pozbyć się choćby odrobiny kurzu z Freedom Of Thought.

Efdote

Baloji Kinshasa Succursale, Crammed Discs ‎(2012)

Tegoroczny festiwal Tauron Nowa Muzyka zaserwował nam wiele wspaniałych i zapadających w pamięć koncertów. Oprócz znakomitych koncertów, tak zwanych „pewniaków”, z wydarzenia tego powraca się z całym zestawem muzycznych odkryć. I tak oto, przez zupełny przypadek, namiot Carbon Continent przyciągnał nas jakąś magiczną siłą i kilkoma ciekawymi dźwiękami słyszanymi z oddali. Jak się okazało, na scenie szalał wtedy wraz ze swoim sześcioosobowym składem, pochodzący z Kongo — Baloji. Rewelacyjny i pełen energii koncert rapera, sprawił, że po powrocie do rzeczywistości, od razu sięgnąłem po jego nagrania, z których do dzisiaj pozostał ze mną w głośnikach, rewelacyjny Kinshasa Succursale z 2011 roku. Hip hop spotyka tu afrykańską muzykę, tradycyjne francuskie ballady czy też jazz. Wszystko to wsparte znakomitą sekcją dętą oraz jeszcze lepszymi chórkami. Jeżeli lubicie muzyczne podróże po Afryce, jakie serwuje Blitz the Ambassador, to ta płyta zabierze Was jeszcze głębiej w fascynujący świat Czarnego Lądu.

Kuba Witek & Soulbowl: Press Play #20

W styczniu zazwyczaj łapiemy oddech po gorączkowym czasie podsumowań. Okres satysfakcji po sumiennie wykonanym zadaniu i gruntownym przebrnięciu przez najciekawsze wydawnictwa zazwyczaj jednak nie trwa zbyt długo. Zawsze bowiem przychodzi moment, kiedy trafiamy na coś, co powinniśmy wziąć pod lupę jeszcze w roku poprzednim.

Tak właśnie ma się sprawa z najnowszą płytą Zaburzeń, projektu Kuby Witka i Szatta. Kuba, znany do niedawna jako Tusz Na Rękach, dopełnił wydanie Igieł autobiograficzną książką Re:Tusz, której nie sposób scharakteryzować w jednym akapicie. Tym z Was, którzy zastanawiają się dlaczego historia Kuby warta była druku polecamy zapoznać się z utworem otwierającym album Zaburzeń lub „Śniegiem” zamieszczonym na tej samej płycie.

Zanim jednak sięgnięcie po powyższe, zapraszamy do comiesięcznego zestawienia płyt, które niezależnie od daty polecamy Waszej uwadze.

 

Kuba Witek

The Notorious B.I.G. ‎– Ready To Die, Bad Boy Entertaintment (1994)

Zawsze jest mi bardzo trudno wybrać jeden album, który wywarł na mnie największy wpływ lub ten, z którym wiążą się moje najlepsze wspomnienia. Na różnych etapach życia były to Greatest Hits zespołu The Queen, koncertowa wersja Baduizmu Eryki Badu, z którą przejechałem wiele nocnych autostrad, czy niesamowity album Fever Ray o tak samo brzmiącym tytule. Gdybym zaczął zastanawiać się bardziej, zapewne powstałaby dużo dłuższa lista, ale płytą, która towarzyszy mi od wielu lat, i której zawsze będę słuchał z pewnym sentymentem, będzie Ready to Die Notoriousa B.I.G.

Po pierwsze dlatego, że jest to jeden z najlepszych autobiograficznych albumów ever. Po drugie za stary Nowy Jork, opisy miejsc, dzielnic, klimatu jaki w nich kiedyś panował w złotych latach kultury hip-hopowej. Po trzecie za flow, groove, funk i charyzmę w głosie. Po czwarte za kontrasty, które tak pięknie przenikają się pomiędzy poszczególnymi utworami. Za pełne spektrum emocji. Biggie zabiera nas na swoje podwórko, na imprezę, fantazjuje o przyszłości, opowiada o swojej przeszłości i codziennych problemach. Czasem nas rozbawi, innym razem zmusi do refleksji. I jak nikt inny, po dziś dzień, opowiada co zrobi tym, którzy będą chcieli zabrać jego kasę. A ja przy tym kiwam głową z uśmiechem, choć wciąż jest mi trochę smutno, że nie mogę posłuchać jak Biggie Smalls nawija o dorosłym życiu, wychowywaniu dzieci i innych rozterkach czterdziestolatka.

Chojny

Dawid Bowie – Blackstar, Columbia (2016)

Dziwny jest ten świat. Jeszcze tydzień temu słuchaliśmy nowego albumu Davida Bowiego podziwiając jego płynące z awangardowego jazzu piękno i nie ukrywając lekkiego przerażenia enigmatyczną treścią całości. Od poniedziałku aż dziwimy się sobie samym, jak można było się tego wszystkiego nie domyślić. Blackstar wciąż przeraża — ale tym razem dlatego, że już rozumiemy każdy wers, każdy motyw, każdy ton głosu artysty. Płyta zapadnie w naszej pamięci jako bezbłędne studium umysłu człowieka gotowego podążyć za światłem na końcu tunelu, ale również jako byc może najlepsze pożegnanie w fanami w historii muzyki. Geniusz do samego końca. Dziękujemy.

Eye Ma

Lupe Fiasco ‎– The Cool, Atlantic (2007)
Styczeń może oznaczać tylko jedno – koniec końcoworocznych podsumowań, niemalże brak nowych albumów, a co za tym idzie, powroty do starych klasyków. Lupe Fiasco obwieścił niedawno światu, że w 2016 wyda aż trzy album, a ja w międzyczasie, zupełnie przypadkiem, odpaliłam po długiej przerwie, jego album The Cool. I wiecie co? Żaden krążek w przeciągu ostatnich miesięcy nie wywołał u mnie tyle wspomnień. Zaczynając od radiowego „Superstar”, które było piosenką sztandarową mojej starej paczki, a kończąc na „Hello/Goodbye (Uncool)”, którego nie mogła znieść moja babcia. Jednak najbardziej sentymentalną podróż odbyłam słuchając „Hip-Hop Saved My Life” oraz „Intruder Alert”. Oba numery zachwycają świetnymi refrenami. Teorie spiskowe chyba zaszkodziły Fiasco, nie tylko w sprawie promocji i reklamy, ale także rzutując na jego twórczość, dlatego życzyłabym sobie, aby chociaż jeden z zapowiadanych krążków, był w połowie tak klimatyczny jak The Cool.

Brzozkaaa

Jaakko Eino Kalevi – Jaakko Eino Kalevi, Domino Recording Co Ltd (2015)

Gdy po odegraniu hitów z chwytliwymi refrenami i wytańczeniu wyczerpujących choreografii, popowy świat spokojnie zapada w sen pod stosem kolorowego confetti i brokatu, ekscentryczni Skandynawowie chwytają jego ukryty potencjał i wplatają w bajeczne kompozycje. Urodzonemu w Finlandii Jaakko Eino Kalevi nieobce są niestandardowe rozwiązania. Już od dłuższego czasu odważnie eksperymentuje z francuską lekkością, marzycielską elektroniką i house’owymi porywami, wrzucając wgryzające się w podświadomość, minimalistyczne teksty między soulowe basy a indie gitary. To, co w teorii może sprawiać wrażenie bolesnej kakofonii, w praktyce zaowocowało przepysznie spójnym, elegancko dopracowanym wydawnictwem zmiksowanym na kuszący dźwiękowy krem. Na swoim ostatnim krążku Jaakko Eino Kalevi oczarowuje nonszalancką tanecznością i hipnotyzuje zza zasłony długich blond włosów powtarzając „Break the self and build it again”. Nie byle jaka propozycja na noworoczną odwilż.

K.Zięba

Dj Spinna ‎– Intergalactic Soul, Wonderwax (2006)

To właśnie tą płytą Spinna udowodnił, że stawianie go jedynie w szeregu z hiphopowymi producentami jest wysoce niesprawiedliwe. Międzygalaktyczny Soul Vincenta Williamsa zbudowany jest wpływami neo-soulu, deep house’u, hip hopu, nu-jazzu, broken beatu i electro. Ta zacna mieszanka była mi bliska szczególnie w okolicach premiery albumy – 2006 roku. Okresu, kiedy zacząłem ziewać na boombapowe rytmy i doceniać mikrokosmos mojej starszej Siostry, której zawsze towarzyszyły cieplejsze odcienie muzyki.

Rafał Kulasiński

 Kaz Bałagane – LOT022 (2015)

Ostatnio znowu wróciłem do tej produkcji. Słuchałem jej również najwięcej w 2015 roku z polskich rapowych płyt i muszę ją uznać za najlepszą w tej kategorii. Dlaczego? Kaz to charyzmatyczny emce, który z pewnością siebie i cwaniacką barwą głosu wyświetla miejskie scenariusze. Nie słodzi, nie używa koślawych metafor tylko dosadnie i na pełnej mocy przekazuje real talk w połączeniu ze świetnymi klasyczno-nowoczesnymi bitami Smolastego. Wszystko brzmi świeżo i od rapera czuć prawdziwość i świadomość tego, o czym mówi. Znajdziecie tu mnóstwo obserwacji na temat rapu, podejścia do życia, zasad, relacji ludzkich czy też kobiet. Bez lizania po tyłkach i sentymentów. Rozszerzona wersja epki zawiera 9 utworów i zapewniam, że przesłuchacie wszystko bez skipu, a potem będziecie wracać regularnie. Właśnie tak powinien brzmieć uliczny rap. Jeszcze przed lotem Kaz wydał z Belmondziakiem (genialny refren w „Dr. Traphouse”) mixtape pt. Sos, Ciuchy i Borciuchy, gdzie dobijał się stylówą i charakterem do pierwszej ligi. Teraz pretendent podniósł mistrzowski pas. Poprzeczka zawisła jeszcze wyżej. Sorry Panowie raperzy, ale musicie ustąpić miejsca dla gościa, który tą płytą wjechał na scenę z buta i wziął wszystko czego tylko sobie zażyczył. Oczywiście bez jeńców.

Dill

Anderson .Paak – Venice,  Steel Wool / OBE (2014)

Przed premierą jednej z najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt tego roku, czyli Malibu Andersona .Paaka, postanowiłem odświeżyć sobie jego długogrający debiut sprzed dwóch lat. Venice to album, który trudno jednoznacznie sklasyfikować. Niby to soul, ale nie do końca, trochę tu rapu, ale samego .Paaka też raperem nazwać nie można bo jego styl nie mieści się w żadnych ramach. Słychać inspirację Bilalem, ale na upartego można też się doszukać naleciałości Lil’Waynowskich. Słucha się tego wyśmienicie, chociaż przyznam, że początek („Milk’n’Honey”) mnie odstraszył, kiedy pierwszy raz włączyłem krążek. Jednak później jest zdecydowanie lepiej i na dobrą sprawę, ciężko wybrać jeden, najlepszy kawałek. To ciekawa, różnorodna płyta, a potwierdzeniem tych słów niech będzie to, że na trackliście obok siebie znajdziecie produkcje TOKIMONSTA i Ta – Ku, serwującego tu jeden ze stand outów, czyli „Right There”, do którego często wracam. Cóż tu więcej pisać — „Venice” stanowi po prostu świetną przystawkę przed nowym wydawnictwem, którego premiera miała wczoraj miejsce!

Dźwięku Maniak

 

 

Atu ‎– Pictures of Silence , Soulection (2013)

Wydawnictwo, do którego lubię wracać. Bardzo zapamiętywalny materiał od reprezentującego Soulection producenta Atu, to do dziś wciąż jeden z najciekawszych, typowo bedroomowych albumów. Wydane w 2013 roku Pictures of Silence, po blisko trzech latach wciąż posiada ten uzależniający potencjał. Uzależnienie, jest tu zresztą kluczowym słowem. Samo wydawnictwo tworzone było prawdopodobnie w oparach ładnie pachnącego dymu, bowiem przesiąknięte jest narkotycznym (wręcz hipnotyzującym) klimatem, od pierwszej do ostatniej sekundy jego trwania. Wskazywanie faworytów mijałoby się z celem, ponieważ Pictures of Silence jest tak pięknie zharmonizowane, że całość brzmi jak jeden idealnie zmasterowany track. Jeśli z kolei miałbym w jakikolwiek sposób tagować ten materiał, to zdefiniowałbym go jako mistrzowską fuzję soulu, dream popu, chillwave, nowych bitów i tak w zasadzie cholera wie czego jeszcze. Polecam jako substytut diety tym, co lubią chmurkę lub dwie:)

Forrel

 Jully Black – The LP, Jully Black Entertainment Inc./The Officials Music Group Rok (2015)

Jully Black jest pracowitą i utalentowana osobą. Jesli śledzicie jej karierę i czytaliście nasz wywiad, to na pewno wiecie o tym doskonale. Jej dążenia do niezależności sprawiły, że podobnie do znacznej części artystów, Jully postanowiła założyć własna wytwórnię i na własnych warunkach dzielić się muzyką ze światem. Owocem tego posunięcia jest m.in. krążek The LP, z którego pochodzą single „Here 2 Love U” i „Fever”, o których pisalismy na łamach miski. Osiem utworów, które znajdują sie na płycie, powoduje niedosyt, szczególnie że wydawnictwo jest zdecydowanie spokojniejsze w porównaniu do The Black Book i słucha sie go znacznie przyjemniej. Nie znaczy, że dynamiczne oblicze Kanadyjki odeszło w niepamieć, bo wciąż słychać wulkan energii we wspomnianym „Here 2 Love U” oraz „Don’t Keep Me Guessing”. Przeważają jednak kompozycje soulowe i pełne wrażliwości, jak w „Missing the Way” czy wzruszającym „The Moment”. The LP nie jest więc do tańczenia, lecz do zadumy.

Andrzej Cała & Soulbowl: Press Play #19

calak

fot. Michał Mazurek

Przed Wami kilka propozycji w ramach kolejnej odsłony naszych płytowych rekomendacji. Możecie je traktować jako antidotum na wszechobecne świąteczne dzwoneczki albo propozycje do nadrobienia w czasie urlopowo – feryjnym. (więcej…)

Marek Pędziwiatr & Soulbowl: Press Play #18

marekpedziwiatr

Minęło sporo czasu od naszych ostatnich rekomendacyjnych zestawień. Doszliśmy do wniosku, że warto reaktywować cykl by znów się nawzajem inspirować i podpowiadać Wam na które płyty (bez względu na datę premiery) warto zwrócić uwagę. Szczególnie jeśli zapraszamy do udziału gości nieprzeciętnych. (więcej…)

Jake&Papa & Soulbowl: Press Play # 12

Zapraszamy do sprawdzenia dwunastej odsłony cyklu Press Play i zarazem pierwszej z udziałem zagranicznych gości. Pochodzący z Los Angeles bracia Cheyenne „Papa” i Jacob „Jake” Harrellowie już jako kilkuletni chłopcy wiedzieli, że scena jest ich miejscem na świecie. Pomimo defjamowskiego debiutu w ramach zespołu Brutha, współpracy z takimi postaciami jak Jermaine Dupri i Ne-Yo, nie udało im się nigdy wspiąć na wyżyny dostępne dla największych gwiazdorów r&b. Za sprawą wydanych ostatnio mikstejpów (w tym tegorocznych Somethin’ SoulfulWesternplayalisticamaromuzic) wzbudzili zainteresowanie blogosfery i spragnionych powiewu świeżości poszukiwaczy undergroundowego r&b.

Jake

Alex Isley – theLoveArtMemoirsEp (2012)

Słuchałam właśnie theLoveArtMemoirsEp Alexa Isleya. To nowy artysta, którego odkryłem przez przyjaciela. Tekstowo i muzycznie jest niesamowicie. Nie mogę tego wyłączyć!

Papa

Frank Ocean – channel ORANGE, Def Jam (2012)

Słucham albumu Franka Oceana Channel ORANGE non stop. Facet jest cholernie utalentowany. Myślę, że jest najlepszym tekściarzem naszych czasów. Kiedy słuchasz jego muzyki to bardzo dużo doświadczasz, jest jak film audio. Możesz rzeczywiście zobaczyć to o czym śpiewa, co jest niebywale ważne. Niewiele osób może tego dokonać.

Estrella Q 

Donny Hathaway – Donny Hathaway LP, ATCO REcords (1971)

Kapryśna sierpniowa aura raczy nas ostatnio deszczowymi wieczorami, do których idealnym akompaniamentem jest niezastąpiony Donny Hathaway. Będąc doskonałym dowodem na to, że utwory dłuższe niż 3:30 nie muszą być nudne, pozwala myślom spod znaku deszczu wypuszczać się w nieznane dotąd rejony. Idealnym punktem kulminacyjnym tej emocjonalnej wycieczki jest wyjątkowy cover „A song for you”, gdzie klawisz niczym tęcza maluje bajkowy pejzaż. Instrumentaliści z najwyższej półki towarzyszący mistrzowi władania wokalem tworzą niesamowity klimat racząc nas dźwiękami, do których wraca się nie tylko z przyjemnością, ale i niejako z obowiązku, obowiązku dbania o to, by muzycy tacy jak on nie odeszli w zapomnienie.

 

Eye Ma 

Alicia Keys – As I Am, J Records (2007)

Singiel „New Day” sprawił, że postanowiłam wrócić do poprzednich płyt Alicii Keys. Pamiętam, że przed premierą artystka zapowiadała As I Am jako wydawnictwo, które łączy w sobie wpływy Arethy Franklin i Janis Joplin. Może nie do końca ten cel został zrealizowany, ale Alicia nabrała werwy, jej delikatna soulowa muzyka dostała porządnego kopa. Moimi faworytami niezmiennie od kilku lat są piosenki „Lesson Learned”, „Like You’ll Never See Me Again”, „Teenage Love Affair” oraz „Where Do We Go from Here”. Jestem bardzo ciekawa co zaprezentuje nam na kolejnym krążku.

Chojny

TNGHT – TNGHT EP, Warp (2012)

TNGHT to brytyjsko-kanadyjska unia zawarta w celu ostatecznego zdefiniowania terminu „hiphopowy banger”. Debiutancka epka duetu to pięć instrumentali, w trakcie których bas schodzi nisko jak nigdy, drumrolle szaleją jak nigdy, interesujący wybór sampli i źródeł elektronicznych inspiracji zadziwia jak nigdy. Sztos za sztosem i gwarantowany ból karku od kiwania głową. Warunek: rozkręcone do maksimum głośniki z pracującym jak należy subwooferem. Albo jeszcze lepiej: obecność na tegorocznym Tauron Festiwalu. Tyle przegrałem tam nie będąc.

K.Zięba

BB & Q BAND – Greatest Hits & Essential Tracks, Fonte Records (2009)

Minęło sporo czasu odkąd Kasia (aka brownsugar) zaraziła mnie fenomenalnym utworem „Genie” w wykonaniu BB & Q Band. Nie jestem jednak fanem YouTube’wych wersji, więc dzielnie rozpocząłem długotrwałe poszukiwanie jakiejkolwiek pozycji z dyskografii zespołu. Szczęście odwróciło się do mnie tydzień temu, kiedy to dorwałem dwupłytową kompilację największych hitów BB & Q Band. Esencja moich ulubionych brzmień z lat osiemdziesiątych. „Genie” dzierży rzecz jasna najwyższą pozycję, jednak „Main Atraction”, „All Night Long” czy remiksy „Dreamer” są również ponadczasowe. Jeśli czujecie nowobitowych twórców future funku czy synth soulu – koniecznie sprawdzajcie korzenie tych nurtów.

Lejdi K

Jessie Ware – Devotion, Island Records (2012)

Zachwycona muzyką i głosem Jassie Ware nie byłabym sobą, gdybym w tym odcinku Press Play nie zamieściła jej ostatniej płyty ‚Devotion’. Po długim czasie oczekiwania nie zawiodłam się w ogóle. Pięknie dopracowany album od początku do końca. Delikatna konwencja, 100% spójności, niebanalne teksty, doskonałe dryfowanie między gatunkami. Więcej przy recenzji, ale jak na razie dla mnie album roku. Oddałam się mu cała.