hatti vatti

Nowy teledysk: Coals feat. Hatti Vatti „VHS Nightmare”

Melanż magnetycznych i absurdalnych obrazków wyciągniętych z najlepszego koszmaru zapisanego na taśmie VHS. Tak przedstawia się nowy klip duetu Coals debiutującego w październiku albumem długogrającym. „VHS Nightmare” to kolejny klip promujący Tamagotchi LP. Gościnnie w utworze udzielił się Hatti Vatti.

Trzeba przyznać, że Kasia Kowalczyk i Łukasz Rozmysłowski po raz kolejny nie biorą jeńców samemu zabierając się za reżyserię i montaż video. W efekcie dostajemy bardzo kwaśną opowieść o samotnym, społecznie odizolowanym bohaterze, która świetnie koresponduje z treścią utworu i wizualnymi inspiracjami zespołu (Skojarzenia z „Twin Peaks” są nieuniknione). Autorem zdjęć do „VHS Nightmare” jest francuz Stephan Ridard, z którym Coals poznali się przy okazji nagrania live sesji dla KEXP w islandzkim Kex Hostel. Już podczas drugiego spotkania, podczas trasy zespołu po Francji, zdecydowali o wspólnej pracy nad klipem. Co ciekawe Stephane Ridard regularnie jako operator współpracuje z francuską gwiazdą pop o polskich korzeniach – Mattem Pokorą. Twórcze działania przy „VHS Nightmare” z pewnością stanowiły odskocznię od jego codziennych zajęć. Przekonajcie się sami!

Klip promuje debiutancki album Coals. Tamagotchi LP to materiał bardzo współczesny, choć na wskroś przesiąknięty nostalgią. Inspiracje folkiem i klipami z MTV, łączą się tu z najbardziej aktualnymi odmianami hip-hopu. Na cykających hi-hatami, zbasowanych instrumentalach Łukasza Rozmysłowskiego, Katarzyna Kowalczyk płynnie przechodzi od elfich wokaliz do nieśmiałych rapsów. Efektem jest emocjonalnie zdystansowana, introwertyczna muzyka dla wszystkich, dla których najlepsza impreza oznacza wieczór w domu z YouTubem, a najlepszy rave to ten w ich głowie. Premierze płyty będzie towarzyszyć trasa koncertowa. Oprócz występów w Niemczech, Austrii, Czechach i Słowacji, Coals w listopadzie i grudniu zagrają w dziewięciu miastach w Polsce.

Tamagotchi Tour:
10.11 / Łódź / Pop’n’Art
11.11 / Sopot / Sfinks700
17.11 / Lublin / Dom Kultury
18.11 / Katowice / Fabryka Porcelany
19.11 / Kraków / Zet Pe Te (+ Lor)
30.11 / Toruń / NRD
1.12 / Poznań / Scena Na Piętrze
2.12 / TBA
3.12. / Warszawa / Niebo (Distorted Club)

Shabazz Palaces i Actress na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty


Wrocław nareszcie stał się prawdziwie „mądry” (jak od lat chcą go widzieć autorzy pewnej serialowej piosenki), przynajmniej jeżeli chodzi o wakacyjny repertuar koncertowy. Organizatorzy 17. edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, jak zresztą niemal co roku, zadbali o to, żeby muzyczne punkty programu były nie mniej interesujące niż te filmowe. W Klubie Festiwalowym w Arsenale między 3 a 13 sierpnia pojawią się między innymi Shabazz Palaces, Actress, Hatti Vatti oraz Mitch & Mitch. Świetna okazja, zwłaszcza dla tych, którzy będą chcieli nadrobić nowości płytowe. Pełny program koncertowy do sprawdzenia tutaj.

Hatti Vatti & Soulbowl: Press Play # 25

Dwudziestą piątą odsłonę naszych nieskrępowanych datą premiery i gatunku rekomendacji uświetnia Piotrek Kaliński, którego muzyczne horyzonty zdają się być nieograniczone. Gitarzysta w punkowej ekipie, dj, twórca brzmień z pogranicza muzyki elektronicznej. Jako Hatti Vatii ma za sobą m.in. album wyprodukowany do spółki z Noonem oraz ostatnio wydany Szum w szeregach MOSTu, sublabelu Prosto. Trzymamy kciuki za kolejne realizacje licząc, że niejednokrotnie nas zaskoczą.


Hatti Vatti

Here

Alicia Keys

RCA

Śledzę Alicię Keys od samego początku jej kariery, doskonale pamiętam jej pierwsze single dokładnie sprzed 15 lat. Swoją naturalnością i oryginalnością totalnie wybijała się w morzu grząskiego R&B, nastawionego głównie na świecenie seksualnością i dyskotekowe podrygiwanie. Niestety w okolicy trzeciej płyty Alicja zaczęła gubić swoją muzyczną drogę i na wiele lat pogrążyła się w lawirowaniu pomiędzy rasowym, czarnym R&B a’la lata 70. i 80., a mdłym, radiowym popem oraz bardzo dziwnymi featuringami. Na szczęście w zeszłym roku wydała płytę Here, która spokojnie mogłaby być tą trzecią. Płyta, która brzmi autentycznie, jest prosta, czarna jak węgiel i ma wiele świetnie napisanych i wykonanych numerów. Welcome back!


Kurtek

Unreleased, MISC.

Frank Ocean

no label (2013)

Niedługo po tym jak Frank Ocean zadebiutował błyskotliwym mikstejpem Nostalgia, Ultra. w pierwszej połowie 2011 roku, do sieci trafił obszerny nieautoryzowany zbiór dem, odrzutów i niewydanych numerów The Lonny Breaux Collection pominięty przez miłośników piosenkarza ze względu na chaotyczną formę i niepewne pochodzenie nagrań. Błędów tych nie popełnia inne nieoficjalne wydawnictwo w katalogu muzyka — wypuszczone dwa lata później Unreleased, MISC., które jest jednocześnie prequelem i sequelem Nostalgii. Trudno dociec kiedy i w jakich okolicznościach powstawały te utwory. Niektóre pojawiły się w sieci razem z The Lonny Breaux Collection, inne przy okazji premiery Channel Orange. 15-utworowa składanka prezentuje natomiast trochę inną stronę Oceana, w dalszym ciągu nieoczywistą w kontekście sceny R&B, ale zdecydowanie bardziej popową niż cokolwiek, co Ocean kiedykolwiek udostępnił oficjalnie fanom. Zwłaszcza po zeszłorocznym Blonde warto udać się w krótką podróż sentymentalną, by dostrzec, jak Ocean ewoluował jako tekściarz, songwriter i wokalista, który, gdyby tylko chciał, mógłby spokojnie podbić teraz listy przebojów numerem w stylu „Bedtime Story”.


Polazofia

L.A. Women 

The Doors

Electra Records (1971)

Swoją przygodę z The Doors można zacząć nieco na opak, od końca, bowiem w zespole najłatwiej zakochać się po odsłuchu magicznego L.A. Woman. Album, wydany na kilka miesięcy przed śmiercią Jima Morrisona, to zwieńczenie krótkiej, ale jakże płodnej działalności grupy. Płyta jest połączeniem psychodelii i bluesa w najlepszym wydaniu, ballad oraz rytmicznych, nieco szybszych kawałków, wszystko oczywiście z domieszką poetyckich tekstów frontmana The Doors. Mnie ujmuje sam Morrison, warto przysłuchać się jego wokalowi. Wydaje się, że na tej płycie dał z siebie wszystko, jak okazało się niecałe trzy miesiące później — faktycznie wykrzesał wówczas ostatnie pokłady energii. Porównując ostatni album z ich debiutem, możemy usłyszeć, jak bardzo zmienił się sam głos Jima. Chłopięca chrypa z „Break on Through” ustąpiła grubemu tembrowi z „Love Her Madly”. Różnice słychać gołym uchem, uświadamiamy sobie, jak przez te lata ewoluował Morrison i muzyka całego zespołu. Płyta z 1971 zdaje się być melancholijnym echem kolorowych lat 60-tych, nawiązaniem do jakości brzmienia tamtych czasów, wspomnieniem powoli wówczas upadających gwiazd festiwalu Woodstock. Ostatni krążek zespołu to prawdziwy artyzm, którego szczytem jest kultowe „Riders on The Storm” lub mniej znany kawałek „Orange County Suite”.


Marysia Krawczyk

Biała Flaga

Hania Rani & Dobrawa Czocher

MyMusic Group (2015)

Jeśli jeszcze o nich nie słyszeliście, to bardzo się cieszę, że to właśnie ja mogę Wam je przedstawić. Poznajcie pianistkę Hanię Raszewską i wiolonczelistkę Dobrawę Czocher. Z ich muzyką po raz pierwszy spotkałam się podczas warszawskiego koncertu zorganizowanego z okazji Piano Day 2017, gdzie zachwyciły mnie interpretacją „Chwile” utworu „Dni, których nie znamy” Marka Grechuty. Album „Biała Flaga” to połączenie 10 nowych aranżacji utworów Grzegorza Ciechowskiego i 5 autorskich kompozycji Hani Raszewskiej. Na płycie znajdziemy interpretacje na fortepian i wiolonczelę takich piosenek jak: „Biała Flaga”, „Telefony”, „Nie pytaj o Polskę” czy „Mamona”. Słowa, które stanowią istotną część utworów Republiki dziewczyny zastąpiły muzyką i emocjami. Dlaczego warto sięgnąć po ten album? Bo to po prostu dobra muzyka klasyczna w nowoczesnym wydaniu.


Empee

Radius

Allen Stone

Capitol Records (2015)

Na Allena natknęłam się kilka lat temu, przeglądając skarbnicę kapitalnej muzyki w postaci kanału Mahogany Sessions na YouTube i nie przesadzę mówiąc, że od razu zachorowałam na tego człowieka. Jego Radius znajduje się w gronie moich ulubionych albumów wszech czasów. Stone jest mistrzem w miksowaniu popu, soulu, funku, R&B, a nawet disco czy odcieni folku. Teksty są zarówno o miłości (na przykład w matematycznym wydaniu na „Symmetrical”), jak i o zagubieniu w świecie pełnym technologii („Fake Future”) albo społecznych nierównościach („American Privilege”). Warto sięgnąć po wydaną w 2016 roku edycję deluxe, poszerzoną aż o 7 utworów (w tym porywające „The Weekend i „Loose”), które są wspaniałym dopełnieniem całości okraszonej pełnym feelingu wokalem Allena. Przepyszna uczta, na której trudno nie znaleźć czegoś do uszczknięcia dla siebie.


mmisiak

Guardians Of The Galaxy Vol. 2: Awesome Mix Vol. 2

Various Artists

Hollywood Records

Niedawno do kin trafiła druga część Strażników Galaktyki, czyli lekkiego filmu akcji sci-fi z dużą domieszką humoru. Osobiście film gorąco polecam, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że nie każdego przekonuje dwugodzinny odmóżdżający kosmiczny western. Jeśli tak jest, sugeruję dać szansę, chociaż samej ścieżce dźwiękowej. Okazuje się, że Awesome Mix Vol. 2 to nie tylko świetne tło do tego, co rozgrywa się na ekranie kina. Jest to naprawdę solidny zbiór utworów z jakże beztroskich lat 70-tych. Klasyczny rock od Eletric Light Orchestra, Sweet czy Cheap Trick przeplata się z bliższymi nam funkowo soulowymi klimatami w wykonaniu Sama Cooke’a oraz Parliament. Znalazło się nawet miejsce dla Fleetwood Mac, czyli zespołu pomnika tamtego okresu w muzyce. Płyta to zbiór lekkich i nieskomplikowanych utworów co w połączeniu z poprawiającą się pogodą za oknem jest dla mnie idealnym przepisem na przyjemnie spędzone popołudnie. Czego i wam życzę.


K.Zięba

Heavi Metal

Fisz Emade

Asfalt Records (2008)

Podświadome próby kojarzenia muzyki z książkami od zawsze sprawiają mi sporą frajdę. To jednak przekleństwo kłopotliwe i niesprawiedliwe dla literatury, kiedy bieg wciągającej opowieści tnie jak gilotyna potrzeba zatrzymania emocji i spotęgowania ich muzyką. Nie ma zmiłuj – książka (nie wiem jak dobra i wciągająca) na bok, a ja szperam w płytach. Ostatnio poszło szybko, bo jeszcze w trakcie jednego z wątków Wzgórza psów Żulczyka wiedziałem, że musi zabrzmieć Heavi Metal Fisza i Emade.
Ostatni album Waglewskich wydany w Asfalcie przepełnia młodzieńcza naiwność, a właściwie wspomnienia o niej. W moim przypadku idealnie sprawdza się, kiedy stojąc w korku gapię się na przerażone maturzystki i jak każdy marzę, żeby chociaż na kilka godzin wrócić do czasów, kiedy czas płynął trzy razy wolniej, a zasada „nie ważne co, ważne z kim” – była jak nigdy później najważniejsza.


Forrel

Grown Folks Music

Nicci Gilbert

MCA Records (2005)

Debiutancki i niestety jedyny solowy album członkini grupy Brownstone – Nicci Gilbert, to autentyczny klimat R&B lat ’90. Na Grown Folks Music znalazły się mid-tempo kompozycje z dusznym wokalem Amerykanki. Niewątpliwym hajlajtem na płycie, wprawiającym słuchacza w przyjemny nastrój, jest eteryczna ballada „This Woman”. Artystka, posiadając w sobie oldskool flava, przeniosła to na brzmienie krążka, pozostając tym samym wierną soulowi. Chociaż w czasie, w którym Gilbert wydała krążek królował dynamiczny hip-hop i klubowe bangery, ona zdecydowała się pójść drogą neo-soulu, przez co wydawnictwo, które rzeczywiście przepełnione jest dojrzałymi utworami, przeszło bez większego echa. Pogrzebało to niestety solową karierę tej zdolnej wokalistki, która w ostateczności zajęła się rozkręcaniem własnych biznesów. W dobie auto-tune’ów i skrzeczących delfinów (jeśli wiecie, co mam na myśli), Grown Folks Music będzie przyjemną odskocznią.


MajaDan

In My Room

Jacob Collier

Membran Entertainment Group (2016)

Spoiler alert: jeżeli lubicie Dirty Loops czy Hiatus Kaiyote, to w zasadzie moglibyście już przestać czytać. Zwłaszcza, że ciężko się tu czepiać. Jacob Collier to cudowne dziecko – w wieku 22 lat niemal samodzielnie skomponował, zaaranżował i wyprodukował swój debiutancki album. Etykieta bedroom pop jest jednak w tym wypadku zupełnie nietrafiona, bo choć na płycie znajdzie się kilka ballad, to produkcja wypadła pierwszorzędnie. Mamy też imponująca wielowątkowość. Jacob Collier kieruje się bowiem zasadą „jak najwięcej naraz instrumentów”, na których – niespodzianka – gra sam. Sam też śpiewa i mnoży partie wokalne, dopełniając całości swojej jednoosobowej orkiestrze. W porównaniu z ostatnim krążkiem przywołanych już Hiatus Kaiyote In My Room wydaje się bezpieczniejsze. Ale jest tu też więcej spójności i zabawy, a mnogość motywów i tak nie pozwoli się od tej płyty łatwo uwolnić.


Dill

Brainchild

Society of Soul

La Face Records (1995)

Był czas kiedy Sleepy Brown nie funkcjonował jeszcze jako powszechnie znany wokalista, ale dał się za to poznać jako świetny producent w ramach kolektywu Organized Noize odpowiedzialnego już wtedy za muzykę na pierwszej płycie Outkast czy na rewelacyjnym pamiętnym singlu TLC „Waterfalls”. W 1995 roku wyszedł jednak album, na którym tak naprawdę Sleepy pierwszy raz prezentuje swoje umiejętności szerszej publiczności w większej formie. To Brainchild autorstwa Society of Soul. Oprócz Sleepy’ego w skład tej grupy wchodzą dwaj pozostali członkowie Organized Noize (Rico Wade i Ray Murray), ale także Big Rube z Goodie Mob i wokalistka Espraronza. Ich jedyny jak na razie krążek przepełniony jest soczystym soulem, funkiem i rapem. Prawdziwym smaczkiem jest też gościnny udział związanej z TLC T-Boz, ale także samego George’a Clintona. Ten album jest ważny jeszcze z innego powodu. Spokojnie można powiedzieć, że jest prekursorski jeśli chodzi o neo-soulowe brzmienia, a wyszedł dwa lata przed klasycznym Baduizmem.


Mateusz

The Carrollton Heist Remixed 

Currensy

Jet Life Recordings (2016)

Ubiegły rok okazał się być dla Currensy’ego wyjątkowo pracowity. Czternaście projektów (o ile żadnego nie pominąłem) to nieziemska ilość, nawet jak dla kogoś, kto zdążył już  przyzwyczaić słuchaczy do wydawniczej rozrzutności. W tym gąszczu albumów, moją uwagę przykuł mixtape zatytułowany The Carrollton Heist. Nie będę jednak pisać o pierwowzorze, a wydanej ponad pół roku później kompilacji remiksów. Knxwledge, Jake One, Evidence, Samiyam czy nawet Earl Sweatshirt, to tylko część osób odpowiedzialnych za brzmienie tego projektu. W oryginale stroną produkcyjną zajął się legendarny Alchemist, którego bity — oparte w większości na jazzowych samplach, były raczej mroczne i chłodne. I chociaż autorzy remiksów czerpią garściami z tego samego gatunku, to efekt końcowy mocno kontrastuje z tym co prezentuje pierwotna wersja. Duch Stones Throw Records jest wyczuwalny na odległość, co może być zaskoczeniem w kontekście dotychczasowej twórczości rapera z Nowego Orleanu. Szczerze mówiąc, to nie miałbym nic przeciwko, gdyby Currensy częściej decydował się na podobne kolaboracje. The Carrollton Heist Remixes to projekt godny polecenia, szczególnie dla tych, którzy szukają muzyki na nadchodzące letnie wieczory.


Pat

All I Have

Amerie

Columbia (2002)

Od premiery tego krążka minęło już 15 (!!) lat. W międzyczasie mnóstwo artystów zaliczyło swoje wzloty i upadki, ba, sama Amerie zdążyła nagrać parę płyt i nieco zmienić kierunek twórczy z muzyki na pisanie. Wiele osób powie, że zarówno w samym 2002 jak i w latach późniejszych powstało dużo lepszych albumów. To fakt, ale dla mnie, All I Have jest najbardziej niedocenianym i klasycznym dziełem tamtego okresu.
Warto nakreślić kontekst – cofamy się o prawie dwadzieścia lat, tuż za nami era boomu na r’n’b, rap wrósł powoli w czołówki list przebojów, neo soul wszedł do mainstreamu. Piękne czasy. Nieznany jeszcze na szeroką skalę producent Rich Harrison ma za sobą współpracę z Mary J. Blige a debiutująca wokalistka Amerie dograła zwrotkę do kawałka Nasa. Dobry los sprawia, że ta dwójka postanawia połączyć siły i tak powstaje All I Have. Amerie przyznaje później w wywiadach, że łączy ich niesamowita chemia i zawsze, gdy współpracują, tworzą świetne rzeczy. Dodałabym, że powstają rzeczy wręcz genialne. Bo, wyobraźcie sobie płytę, która przenosi was, nawet w środku zimy, w sam środek wiosny, gdzieś na Bronx („Why Don’t We Fall in Love”) czy przypomina o pierwszych zauroczeniach („Talkin’ to Me”, „Float”). Album spójny, lekki i z bitami nie do podrobienia. Taki, który mogę odtwarzać dziesięć razy pod rząd albo nie słuchać go przez dwa lata i nagle wrócić a on zawsze będzie brzmiał równie dobrze.


Dżesi

Experience

Night Marks

U Know Me (2017)

Dostałam wspaniałą okazję przedpremierowego odsłuchu nowej płyty Night Marks. No i jak się domyślacie – wspominam o tym tutaj, znaczy to więc tyle, że od Experience nie mogę się uwolnić. No i tak od kilku dni pochłaniam soul w najczystszej postaci, wyobrażając sobie wypełnione kluby na koncertach chłopaków. Na albumie goszczą m.in. zaprzyjaźnione siostry Przybysz — ale to nie wszystkie niespodzianki, reszty zdradzić jednak nie mogę. Wyłapać też można puszczone oczko do Isaaca Hayesa, a w numerze tytułowym po ciele przechodzą takie ciary, że naprawdę ciężko się pozbierać. Zresztą zestawienie Marka Pędziwiatra (dla mnie obecnie największego muzycznego wrażliwca w Polsce) wraz ze Spiskiem Jednego, którego na albumie też wyraźnie słychać, nie może nie wróżyć sukcesu – którego życzę im z całego serca, bo album cholernie mnie poruszył. Premiera już 26 maja. Świat!


„Nie mam ciśnienia na udowadnianie czegokolwiek” — Hatti Vatti dla Soulbowl.pl


Tuż po premierze albumu SZUM, wydanego nakładem MOST Records, spotkaliśmy się z Piotrem Kalińskim, aby zadać mu kilka pytań. Złapać się z nim było ciężko, bo — jak się okazało — Kaliński jest obecnie niezwykle zabieganą osobą. W końcu jednak się udało, czego efektem jest ciekawa rozmowa z rozgadanym Hatti Vatti, którą to możecie przeczytać poniżej. Zapraszamy!

Soulbowl: Na początek chcielibyśmy cię zapytać o pierwsze wrażenia po udostępnieniu twojej ostatniej płyty SZUM i czy rzeczywiście był szum po premierze?

Hatti Vatti: Spotkałem się z paroma opiniami, że to jest coś innego i to mnie cieszy, bo tak miało być od samego początku oraz że jest to jakiś progres względem rzeczy, które robiłem wcześniej. Nie chodzi o to, że poprzednie rzeczy nie są autoryzowane przeze mnie, tylko że jest to jakiś naturalny proces artystyczny i takich informacji dostałem rzeczywiście sporo. Widziałem też, że ten materiał zainteresował ludzi, którzy nie śledzą elektroniki na co dzień i pytali, gdzie tę płytę można dostać, ponoć słuchacze Trójki pytają o „Warszawę”.

Natomiast dużo osób mówi, że nadal można poznać, że ty to ty, chociaż dla nas nie jest to takie oczywiste.

Rzeczywiście, również spotkałem się z tym stwierdzeniem. Kiedyś na przykład z partyzanta wrzucałem jakiś swój niepublikowany numer w samochodzie czy na domówce, pytając jak się podoba, bardziej na zasadzie, żeby zobaczyć jakie będą reakcje i za każdym razem słyszałem „aaa, ale przecież to twój numer”. Rzeczywiście więc jest coś takiego chyba, że mam jakąś swoją własną paletę barw muzycznych. Nie wiem czy to dobrze czy źle, może chyba dobrze w czasach generycznego brzmienia soundcloudowo-abletonowego, ale z drugiej strony, jest to też jakieś takie ograniczenie, że na przykład czasami miałem problem, kiedy tworzyłem rzeczy stricte komercyjne, np. reklamówki, aby wyjść poza swoją bańkę muzyczną, ale ja po prostu chyba nie umiem robić inaczej.

A może to taki naturalny rozwój, że to z czasem przyjdzie, jak z każdym kolejnym wydawnictwem, że gdzieś tam sobie poszukiwałeś takiego nazwijmy wspólnego mianownika – brzmienia, które się będzie przebijać?

Nie, tego nie mam. Już od dłuższego czasu w ogóle nie myślę, że coś musi być w muzyce jak ją nagrywam. Już od dobrych paru lat mam raczej strumień świadomości tego, co chce robić i te rzeczy, które są znamienne dla wielu produkcji wychodzą zupełnie naturalnie. Nie jest tak, że sobie myślę „wrzucę jakieś charakterystyczne brzmienie syntezatora, czy pogłos typu X”, ja tak robię; to jest mój naturalny język, to jak jeżdżenie na rowerze. W ogóle o tym nie myślę, przychodzi to naturalnie. Nie mam też od dłuższego czasu ciśnienia na udowadnianie czegokolwiek.

…co słychać na nowej płycie, ale słychać to też na projekcie ze Stefanem Wesołowskim (Nanook of the North – przyp. redakcja).

Czyli?

Że trochę odbiegasz od tej swojej niszy, od tej bańki, o której wspomniałeś.

Nie, nie zgadzam się z tym. Uważam, że płyta ze Stefanem w wielu aspektach brzmi też trochę jak ja solo, oczywiście tylko w połowie, bo to duet, ale słyszę absolutnie te same palety barw jeśli chodzi o elektronikę, której używam w swoim solowym projekcie. W Nanook of the North można powiedzieć, że używam tych niektórych rzeczy bardziej odważnie, jeśli chodzi np. o przestery i bardziej agresywne brzmienia, bo one tam po prostu bardziej pasują i tyle. Ale ogólnie to nie jest tak, że nagle mam jakiś zestaw do robienia tego projektu, czy tego, ba! na płycie SZUM jest jeden taki temat dość czytelny, który nagrywaliśmy ze Stefanem, ale stwierdziliśmy jednak, że on nie pasuje do tej płyty, ale znalazł swoje idealne miejsce na mojej i ten temat, mam wrażenie, jest jednym z ulubionych numerów słuchaczy.

To znaczy?

Temat syntezatorowy w piosence „Hikikomori”. Dosyć wyraźny, więc te projekty dość się przenikają ze sobą, tylko kwestia bardziej, że jak nagrywam z Ffrancis, to nie używam jakiejś ogromnej ilości mocno przesterowanych brzmień, bo to najzwyczajniej w świecie się gryzie z innymi rzeczami, które tam są. Natomiast spokojnie mogłyby tam być – i są, tylko w mniejszym stopniu.


Tworząc solo masz pełną dowolność, jeżeli chodzi o sposób wyrazu i tego, co chcesz zrobić. Z kolei kolaborując z wokalistkami, bo głównie z nimi pracujesz, starasz się już bardziej wygładzać to brzmienie? Masz w głowie, żeby kompozycje były bardziej piosenkowe?

Nie, zresztą my tylko mieliśmy jedną taką EP-kę z Katee, to było świadome podejście do tej formy, bo po prostu fascynowaliśmy się rożnymi piosenkami z lat 80., 90., już troszeczkę oldskulowymi hiciorami i chcieliśmy z przymrużeniem oka nagrać coś luźniejszego. I to jest jedyna forma, która była bardziej piosenkowa. Natomiast wszystkie inne rzeczy, które nagrywałem, najczęściej powstawały jako instrumentale i dopiero później szukaliśmy wokalu. Ale ogólnie nigdy nie robiłem utworów pod wokalistów. Pochodzę ze szkoły dubowej, czyli selektor puszcza stronę B singla z tzw. „version”, mikrofon jest wolny i można ten numer dowolnie zinterpretować.

A sam fakt, że zazwyczaj współpracowałeś z kobietami, a nie śpiewającymi facetami, ma jakieś znaczenie?

Nie, jest to zupełny przypadek, aczkolwiek współpracowałem trochę z Cianem – więc nie wiem czy to stwierdzenie jest prawdziwe. Ale fakt że ten projekt zaczynałem wiele lat temu z Sarą Brylewską, z która nagraliśmy jeden numer, który wydaliśmy na winylu, co było moim pierwszym wydawnictwem w wytworni Mindset, prowadzonej przez Synkro i Indigo. To była inna era muzyczna, jakieś 10 lat temu, wiec trochę czasu minęło. Sara pojawiła się jeszcze gościnnie na mojej płycie Worship Nothing. Bardzo chciałem aby znaleźli się na niej goście z singli i EP-ek, które poprzedzały album.

A to ty się do nich zgłosiłeś, czy oni do ciebie?

Na samym początku współpracowałem tylko z Brytyjczykami. Indigo, Versa, Synkro… był taki remiks na samym początku mojej przygody z muzyką, który zrobił XXXY, który teraz jest dość znaną postacią, a wtedy był jeszcze jednym z takich zwykłych ziomków z naszej wspólnej sceny. Odrzuciliśmy ten numer, bo nam jakoś nie pasował do wizji. Gdzieś jeszcze go mam. Podobnie odrzuciliśmy numer dość istotnej postaci świata dub-techno, czyli Quantec. Pamiętam, że wtedy chcieliśmy, by ten kawałek został zremiksowany w dość oryginalny sposób, wiec pomyślałem, by zrobił go Andy Stott, który też jest z Manchesteru i cała ta ekipa się nim jarała, natomiast nie miał on wtedy statusu światowej skali producenta. Zrobił zajebisty remiks, który też wyszedł na winylu, a dziś Andy jest gwiazdą festiwalową, światową, co w odniesieniu do tamtego czasu jest dla mnie dość zabawne. To były zupełnie inne czasy, czasy Myspace’a, raczkującej sceny dubstepowej, zupełnie inna era muzyki Internetu. Powstawały nowe gatunki muzyczne…. to była zupełnie inna muzyka, inny odbiór, nie było też specjalnie pieniędzy w tym, więc to wszystko było bardziej zajawkowe. A w Polsce w tym temacie wtedy nic się nie działo, stąd mój wybór, bo tu nie było ani odbiorców, ani jakichkolwiek wydawnictw, wytwórni. Nic nie działało. Kultowe imprezy jak np. My Head is Dubby we Wrocławiu dopiero startowały.

Pewnie to też gdzieś cię tam ukształtowało.

Oj, na maksa! W ogóle moja ulubiona muzyka, to muzyka brytyjska. Lubiłem gitarowe rzeczy, Oasis, Blur… W połowie lat 90. w Anglii działo się bardzo dużo ciekawych rzeczy i oglądałem to wszystko w TV z wypiekami na twarzy, po czym biegłem do sklepu i kupowałem kasety. A później w telewizji pojawiły się fajne rzeczy elektroniczne, to były moje pierwsze zetknięcia; Chemical Brothers z Noelem Gallagherem z Oasis, płyta Dig Your Own Hole – nie miało to nic wspólnego z ich charakterystycznym, obecnym brzmieniem, to było rave’owe, breakbeatowe, zupełnie inne historie. Wtedy też w TV pojawił się UK garage, w wersji lajtowej, 2-stepowej, natomiast zawsze mi się to podobało. Trochę się tego wstydziłem, bo to było takie cukierkowe, a wtedy wszyscy słuchaliśmy gitarowych rzeczy. Był taki numer nawet, „Sweet Like Chocolate”, okropna piosenka z beznadziejnym teledyskiem z czekoladowymi ludźmi. Okropne to było, takie naprawdę najgorsze ścierwo (śmiech), ale miało fajną rytmikę. Był jeszcze Artful Dodger, wczesny Craig David… i to wszystko miało później echa z tymi Brytyjczykami, bo dla mnie i dubstep i UK garage stanowiło zawsze jedno i UK garage lubiłem najbardziej. Dodajmy jeszcze do tego echa dubu jamajskiej emigracji w UK. Jak grywałem jeszcze jako puszczacz płyt, to starałem się kupować garażowe brzmienia, a później okazało się, że moje ziomki w Anglii się wychowali na tym samym i garage jest dla nich super ważny. Już nie mówiąc o takim gościu jak Synkro, który jest ikoną takiego drugiego życia garażu. W Polsce ludzie jarali się drum’n’bass, który był dla mnie zbyt agresywny, mało osób kojarzyło garage i UK dub.

Tak, chyba Joy Orbison zaczął reaktywować to brzmienie postdubstepowe.

Tak, nawet kupiłem tę 12” i dużo osób bawiło się przy tym. Pamiętam, to był duży i niespodziewany hit wydawcy w Hot Flush, które słynęło z bardzo deepowego brzmienia. Był fajny, trochę śmieszny i imprezowy, kolorowy i taneczny – czuło się że, ten debiutancki singiel rozpoczyna coś nowego. Od „Hyph Mngo” bardzo dużo się zmieniło w tym świecie. Trochę ludzi zaczęło też się bawić w ten nieszczęsny future garage.

Jest jeszcze wspomniany postdubstep…

Tak, no ale chodzi o takie historie stricte garażowe, takie drugie życie przestrzennego UK garage.


A kojarzysz, kiedy ta wajcha w głowie się przestawiła i stwierdziłeś, że chcesz robić elektronikę?

Myślałem o tym jakiś czas temu i nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak to się stało, bo jak byłem nastolatkiem, to niespecjalnie słuchałem elektroniki, wychowały mnie głównie dubowe rzeczy i strasznie długo i namiętnie tego słuchałem. Pamiętam, że mega szokiem było dla mnie to, co poznałem z niemieckich labeli typu Scape, jakieś 10-15 lat temu. Był taki projekt Rhythm & Sound i to mi zryło beret całkowicie. Stwierdziłem, że to jest to i chciałem robić coś takiego. Miałem parę razy takie zrywy w życiu, pamiętam je, bo były to momenty takie, że słyszysz jeden numer czy set i myślisz: TO JEST TO. Chcę to robić. Chcę podążać tym środkiem ekspresji. To było jedno, a drugie to była taka audycja w BBC Radio 1, Dubstep Warz na Breezblock. Był tam Kode9, Pinch, Mala, Distance… To była taka audycja, że nie mogłem po niej spać. Pierwszy raz słyszałem wtedy taką muzykę i nagle wjechała dwugodzinna audycja The Best Of brytyjskiego undergroundu, grana przez nich samych i pamiętam, że było to wstrząsające doświadczenie. Kolejną rzeczą był set FabricLive od dBridge i Instra:mental, czyli rzeczy bardziej drum’n’basowe, syntezatorowe. Wtedy też tempo trochę mi się przestawiło i pojawiła się większa fascynacja syntezatorowymi brzmieniami, które jednocześnie miały trochę szybsza motorykę. Miałem takie uczucie, że to jest to. Grałem seta z taką muzyką parę dni temu i miałem ubaw po pachy.

Czy w ostatnim czasie trafił się taki artysta, zjawisko, brzmienia, które miałyby realny wpływ na to, co teraz robisz, tak jak tych 10 lat temu? Czy raczej wszystko stało się już taką jednolitą papką?

Szczerze mówiąc, to o wiele mniej śledzę teraz muzykę. Kiedyś miałem więcej czasu, też przez wzgląd na pracę, jaką wykonywałem, mogłem kilka godzin dziennie przy obróbce zdjęć słuchać audycji, całych setów. Parę lat temu nowa muzyka przestała mnie też jakoś porywać, nie znalazłem nic takiego, co by zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Z rzeczy, które mi się mega podobają, ale nie mają jakiegoś wielkiego przełożenia, jest taki producent Rival Consoles. Inspirują mnie aktualnie koledzy, z którymi pracuję, przecinam się. Są to często i inspiracje, i rzeczy wynikające ze spotkań, przemyśleń. Dużo się wtedy uczysz, podłapujesz.

A która z osób, z którą współpracowałeś, wniosła najwięcej nauki u ciebie?

Mikołaj Bugajak.

(śmiech) W końcu krótko i na temat! Ale wróćmy do SZUMU. Spytaliśmy cię o odbiór wydawnictwa z zewnątrz, a ciekawi nas również twoje osobiste zdanie. Bo wiadomo, że praca nad albumem to jest jakiś proces twórczy: na początku masz pomysł, który sukcesywnie przeobraża się w konkrety, pojawiają się pierwsze utwory, później zbierasz je wszystkie, zatwierdzasz ostateczny kształt i oczekujesz momentu wypuszczenia wydawnictwa. Czaso i pracochłonne. Naturalne więc, że  interesują cię te wszystkie reakcje i emocje zwrotne. Pytanie, jak osobiście do tego podchodzisz? Jest to już któreś twoje legalne wydawnictwo, któraś z kolei wytwórnia. To jest dla ciebie przełom, czy wyłącznie kolejny kroczek w karierze?

Dla mnie jest to na tyle ważne, że bardzo chciałem nagrać album solo. Nie żebym miał problem, tylko po prostu potrzebowałem mieć output tylko dla siebie, wyrazić się tylko i wyłącznie instrumentalnie i na bieżąco, bo dużo rzeczy, które nagrywałem wcześniej, wychodziły wiele, wiele później. A płyta, która teraz wyszła, była gotowa już przed świętami Bożego Narodzenia, skończyłem ją nagrywać jesienią. Trochę leżakowała, ale nie chcieliśmy robić czegoś takiego, że wydajemy tylko kompakt, a winyl o wiele później. Strasznie nie lubię takiego promocyjnego podejścia, że coś się rozwleka, teaseruje, wymaga od ludzi zbytniej atencji. Bardzo chciałem, żeby to wyszło na czasie – jest płyta i koniec, proszę.

A jeśli chodzi o sam koncept, to działaliście dwutorowo — czyli MOST miał coś do powiedzenia pod kątem okładki, daty wydania, samego materiału, czy to był twój pomysł, a wytwórnia tylko pomagała w realizacji?

W zasadzie od samego początku wszystko robiliśmy razem, zawsze się z nimi konsultowałem. Natomiast wszystkie rzeczy jeśli chodzi o koncepty, pochodziły ode mnie, co z kolei oni przekuwali na okładkę czy klip. Wszyscy byliśmy bardzo zgodni co do naszych wizji. Pokrywały się w 99%. Były pomysły, żeby była zabawa z tracklistą, by była zakodowana, niejasna, by przekaz był poukrywany i nie była to kolejna nudna płyta.

A to też miało pokazywać sam fakt, że jest ona elektroniczna, czyli składa się z symboli — niemal jak w Matrixie?

Trochę tak, chcieliśmy po prostu odrobinę utrudnić życie słuchaczom (śmiech). Ale jak dobrze przyłożysz nakładkę, to wszystko jest widoczne.

Na Worship Nothing jeden z utworów miał tytuł „Sopot”, a tutaj znajdujemy „Warszawę”. Jest w tym jakiś ciąg logiczny?

Tak, są to piosenki o miejscach, w których mieszkam, które są dla mnie ważne i mam do nich ogromny stosunek emocjonalny. Dla mnie miejsca są cholernie ważne, też jeśli chodzi o muzykę: gdzie ona jest robiona, o czym jest. Oczywiście to nie było jakieś bardzo zamierzone, wyszło naturalnie. W ogóle zauważyłem, że często dużo rzeczy w mojej twórczości jest bardzo spójnych ze sobą, a wynikają z przypadku. Co też pokazuje mój charakter, że jestem uparty i konsekwentny. Może czasem chaotyczny, ale jednak bardzo, wręcz chorobliwie, sfokusowany na tym, żeby wszystko się trzymało kupy.


A skoro już został poruszony temat miejsc, to — jak powszechnie wiadomo — sporo podróżujesz. Europa, Japonia, Korea, Grenlandia, Bliski Wschód. Czy któreś z tych miejsc wywarło na tobie wymierny wpływ, mający przełożenie na twórczość?

Tak, jak najbardziej ma to przełożenie. Siłą rzeczy człowiek inspiruje się otoczeniem, w którym przebywa, i jest tak oczywiście nie tylko z muzykami. Natomiast same miejsca nie wpływają szczególnie na konkretne brzmienie jako takie, bardziej w kontekst utworów… choć przyznam, że rzeczywiście jest jedno takie, które ma taki wpływ i jest to Japonia, która jest dla mnie bardzo specyficzna i wyjątkowa.

Pozostając jeszcze na chwilę w klimacie podróży, to zastanawiamy się, jak odbierasz powroty do Polski? Czy są rzeczy, za którymi tęsknisz i cieszysz się, że wracasz, no i z drugiej strony, czy są kwestie, które cię w naszym kraju irytują, tak na dzień dobry?

Lubię Polskę, ale to jest taka trudna miłość. Uważam, że Polska to naprawdę ciężkie miejsce do życia. Największy problem jest w tym, że ten kraj jest brzydki. Nie chodzi mi oczywiście o przyrodę, bo ta jest piękna i nią się zawsze zachwycam, mamy stare miasta, trochę ciekawych, modernistycznych budynków, ale jako ogół, Polska jest po prostu brzydka. Osobiście kocham niemieckie relikty w północnej Polsce i takie otoczenie jest dla mnie naturalne, bardzo egzotycznie czuje się w Kazimierzu i Białymstoku – są takie bardzo polskie, wschodnie. Do tego jest dostrzegalny problem międzyludzki. Bym powiedział, że uprzejmość i serdeczność to jest tu raczej rzadkość, niż reguła i coś powszechnego, no i właśnie to mi czasami bardzo przeszkadza. Natomiast bardzo lubię polską muzykę oraz to w jakim kierunku obecnie się ona rozwija. Niezal jest naprawdę niezalem. Potrafimy doceniać rzeczy bardziej undergroundowe i to jest fajne.

Jakich artystów byś więc wskazał jako tych, którzy w najbliższym czasie zrobią sporo szumu, a może nie są tak powszechnie kojarzeni?

Może powiem, na kogo płyty czekam. Bardzo bym chciał usłyszeć płytę Bartosza Kruczyńskiego. Bardzo mnie ciekawi nowy album Mikołaja Bugajaka. Słyszałem nową płytę Stefana Wesołowskiego i jest świetna. Myślę, że dobrze by było, gdyby Daniel Drumz w końcu wydał follow up do poprzedniego albumu. Fajne rzeczy robi również Karolina Rec, czyli Resina. Bardzo jestem też ciekaw solowej płyty 1988, producenta SYNÓW. Do tego zawsze mnie ciekawią rzeczy, które wychodzą w polskim rapie. Nie słyszałem jeszcze debiutanckiej płyty Coals, ale stawiam duży hajs, że to będzie objawienie.

A na jakie koncerty chodzisz?

Chodzę zazwyczaj na takie, które mogą mnie czymś zaskoczyć i nie do końca mnie muszą fascynować płytowo. Często pojawiam się na koncertach artystów, których twórczość nawet niekoniecznie znam, jedynie coś wybiórczo i są to zazwyczaj historie, gdzie pojawia się jazz w różnych odmianach. Tak samo lubię słuchać i chodzić przy okazji na koncerty artystów, którzy robią muzykę jakiej do końca nie rozumiem i nie potrafię przeanalizować jako producent. Dlatego często są to rzeczy klasyczne lub wprost odwrotnie – etniczne, ludowe. Bardzo lubię też występy i płyty ludzi z mocno innych kultur muzycznych jak np. Indie, Turcja czy Nunavut. Obca jest mi naomiast kompletnie kultura klubowa, jest to coś, czego do końca nie rozumiem, przez to też w tym nie uczestniczę.

A jakie plany koncertowe na rok 2017 szykujesz w ramach najnowszego projektu?

Plany koncertowe są takie, że na pewno zrobimy tour po największych polskich miastach. Teraz w planach jest Gdańsk, później będziemy grali na Spring Break w Poznaniu, na pewno też  pojawimy się z chłopakami na kilku letnich festiwalach, plus zagramy w Pradze, w jednym z najciekawszych klubów w Europie. Ogólnie chciałbym grać jak najwięcej, bo czuję, że się dopiero rozkręcamy i jako zespół mamy jeszcze wiele do powiedzenia.

W występach na żywo towarzyszą ci na scenie Paweł Stachowiak i Rafał Dutkiewicz. Skąd koncept na zespół i dlaczego akurat ta dwójka?

Od dłuższego czasu chciałem spróbować sił z zespołem i przenieść rzeczy z komputera na żywe instrumenty. Nie jestem jednak instrumentalistą, mam także tylko dwie ręce, więc jak nadarzyła się okazja, to naturalnie z tego skorzystałem. Poza tym cała ta płyta jest dla mnie nowym otwarciem. Może chciałem nie tyle wymyślić siebie na nowo, co zrealizować rzeczy, które niemal od zawsze chciałem zrobić, ale jakoś nigdy nie było ku temu okazji. Natomiast co do samego zespołu, to od dłuższego czasu śledziłem poczynania Rafała Dutkiewicza jako genialnego perkusisty, szczególnie w pamięci utkwił mi koncert Skalpela w Warszawie i kiedyś nadarzyła się okazja, by porozmawiać o wspólnym graniu, na co sam Rafał zareagował bardzo entuzjastycznie. Więc był już perkusista. Z kolei co do Pawła, to byliśmy jakiś czas temu w Seulu z Night Marks Electric Trio, gdzie Paweł pojawił się w zastępstwie na basie, no i też rzuciłem między wierszami czy nie byłby zainteresowany kolaboracją, na co znów usłyszałem pozytywną odpowiedź. Do tego się okazało, że Rafał i Paweł znają się osobiście i chcieli od dłuższego czasu zrobić coś razem, ale jakoś nie było okazji, także byli bardzo ucieszeni, że w końcu będą mieli możliwość zagrać w jednym projekcie. Więc znów okazało się, że przez przypadek wszystko zbiegło się idealnie. Dla mnie jest to ogromny zaszczyt i chciałbym z nimi grać jak najdłużej, a nawet nagrać kolejną płytę.

Czyli podczas występów na żywo też będą ci towarzyszyć?

Zdecydowanie. Jeśli chodzi o live, to występujemy jako zespół, natomiast DJ sety gram standardowo solo.


Chcielibyśmy jeszcze zapytać o związek z NinĄ, czyli Narodowym Instytutem Audiowizualnym, ponieważ premierowy koncert SZUMU nie był pierwszym koncertem, który tam zagrałeś. Dlaczego więc ponownie tam i skąd te zażyłości?

Ja tam po prostu lubię grać. Jest tam bardzo profesjonalna obsługa, odpowiada mi sala tej wielkości, do tego nagłośnienie jest świetne. Już po pierwszym doświadczeniu z NinĄ wiedziałem, że jest to ekipa, która dobrze produkuje wydarzenia muzyczne. Między innymi dlatego też są partnerem wydawnictwa, ponieważ udostępnili swoje archiwa, których fragmenty znalazły się na albumie. Stąd też chcieliśmy, żeby premierowy koncert i zapowiedź płyty odbyły się właśnie tam.

Ostatnio też miałeś okazję przeprowadzić wywiad z autorem animacji, która była wyświetlana podczas twojego koncertu premierowego. Czy możesz powiedzieć coś więcej o tym spotkaniu?

To znaczy nie ja przeprowadzałem wywiad, tylko był to wywiad z panem Witoldem Gierszem i ze mną. To było niesamowite doświadczenie, bo to znowu jest historia z serii tych, które dzieją się przypadkowo, ale mają wpływ na to, co się dzieje później, ponieważ film, który wybierałem („Gwiazda” – przyp. redakcja) i z którego najwięcej samplowałem, należy do osoby z którą po paru miesiącach się widzę osobiście i mam okazję na ten temat porozmawiać. Do tego to było bardzo ciekawe spotkanie, ponieważ pomimo znaczącej różnicy wieku (Witold Giersz w tym roku skończył 90 lat – przyp. redakcja), to w bardzo wielu aspektach się zgadzaliśmy. Mogę więc śmiało powiedzieć, że to było jedno z ciekawszych spotkań, w jakich miałem kiedykolwiek okazję uczestniczyć.

 

 

#FridayRoundUp: GoldLink, Mike Will Made-It, Tuxedo, Reakwon i inni

Początek wiosny nie przyniósł może jeszcze takiej pogody, jakiej każdy by sobie życzył. Dostarczył nam za to kilka muzycznych premier, które z pewnością umilą nam czas w oczekiwaniu na słońce. Wybierać możecie, chociażby spośród funkowego sztosu od Tuxedo, hip-hopowych młodych talentów, wśród których znalazł się GoldLink oraz cała masa gości na producenckim albumie od Mike Will Made It. Słuchacze ceniący bardziej klasyczne brzmienia sprawdzą z pewnością nowy krążek od Reakwona, a wszystkich fanów R&B zadowolić powinien Trey Songz. Odsłuchy jak zawsze poniżej.


At What Cost

GoldLink

RCA Records

Minął tydzień od czasu, kiedy dowiedzieliśmy się, że ten album ujrzy światło dzienne i już po pierwszym singlu wiadomo, że warto było czekać. „Meditation” przy wsparciu Jazmine Sullivan na bicie niezawodnego Kaytranady pozwala odżyć po przeciągającej się jesieni i zimie. 14 utworów na drugim albumie waszyngtońskiego rapera świetnie nadaje się do poczucia klimatu, który zagościł za oknem. Wale, Steve Lacy, Shy Glizzy i przede wszystkim sam gospodarz, który rapuje dosłownie na każdym podkładzie, na pewno o to zadbają. — Richie Nixon


Ransom 2

Mike Will Made-It

Eardruma/Interscope

Mike Will to obok Metro Boomina najgorętszy obecnie producent hiphopowy — przynajmniej z tych debiutujących w przeciągu ostatnich kilku lat. Ransom 2 to sequel jego mikstejpu sprzed trzech lat i zarazem pierwszy oficjalny album producencki. Mam pewne obawy, że Michał wystrzelał się najlepszych podkładów na albumach Gucci Mane’a, Rae Sremmurdów i innych znajomych. Obym się mylił. Wśród gości na płycie między innymi Kendrick Lamar, Pharrell Williams, Rihanna, czy najwybitniejszy z nich wszystkich Lil Yachty. — Chojny


Tuxedo II

Tuxedo

Stones Throw Records

Mayer Hawthorne i Jake One wracają jako Tuxedo, dwa lata po wypuszczeniu pierwszego wspólnego albumu. Na Tuxedo II można się spodziewać kontynuacji tego co słyszeliśmy na poprzednim krążku czyli powrotu do starych dobrych lat 70-tych-80-tych. Disco i p-funk będą się lać z głośników strumieniami, a George Clinton i Charlie Wilson pomyślą sobie, że mają godnych siebie naśladowców. Wydana w tym roku epka Fux With The Tux każe się spodziewać tego, że będziemy mieli do czynienia z naprawdę klasowym materiałem. — Dill


The Wild

Raekwon

H20 Records/EMPIRE

Pewna stara shaolińska legenda powiada, że im bardziej raperzy z Wu-Tang Clanu oddalają się od swoich rodzimych klimatów, tym mocniej skazani są na artystyczną porażkę. The Wild — ósmy solowy krążek Chefa — zapowiada się na kompletne odejście od stylu znanego chociażby z obu Only Built 4 Cuban Linx. Ani wytrawni wutangoholicy, ani bardziej liberalni fani (to ja) nie są zachwyceni dotychczas wypuszczonymi singlami. Liczymy przynajmniej na jakieś przebłyski wyższej jakości. Na coś liczyć trzeba. — Chojny


Termarine

Trey Songz

Atlantic

No i proszę — Trey Songz wypuścił dzisiaj prawowitego następcę krążka Trigga z połowy 2014 roku. Na Tremaine Songz po raz kolejny próbuje sprzedać nam tę samą porcję przeciętnego egocentrycznego i przesadnie seksualnego R&B, tym razem doprawionego dodatkowo, zgodnie z radiowymi trendami trap-popowymi bitami. — Kurtek


Visitantes Nordestinos

Mitch & Mitch / Kassin

Agora S.A.

Mitch & Mitch tym razem w poszukiwaniu inspiracji wybrali się do Brazylii. Brazylii, którą można już zresztą było poniekąd usłyszeć na ich głośnym wspólnym albumie ze Zbigniewem Wodeckim. Tym razem do współpracy zaprosili brazylijskiego muzyka i producenta Kassina, znanego z projektu +2, współtworzącego grupę Orquestra Imperial, a oprócz tego współpracującego z gwiazdami MPB m.in. Gal Costą czy Marcosem Valle. Efektem ich spotkania jest właśnie płyta Visitantes Nordestinos. — Kurtek


Szum

Hatti Vatti

Most

Na najnowszym wydawnictwie rozwijającego się w ekspresowym tempie labelu Most Hatti Vatti połączył w znakomity sposób przeszłość, z tym, co dopiero ma nadejść. Sample ze ścieżek dźwiękowych do „Narodzin Ziemi” Stefana Szwakopfa, „Gwiazdy” Witolda Giersza czy „Inwazji” Stefana Schabenbocka, czyli polskich, animowanych filmów sprzed kilkunastu lat, w połączeniu z analogowymi efektami i instrumentami, stworzyły tutaj równie niesamowitą, minimalistyczną opowieść o przyszłości, w którą naprawdę warto się wybrać. Ciekawe doznania gwarantowane. — efdote


Hatti Vatti zapowiada SZUM

hv2

Od dawna chodziły słuchy, że Hatti Vatti będzie kolejnym artystą wydającym album pod szyldem wytwórni MOST — nie dość, że plotki się potwierdziły, to okazuje się, że nie będzie to taki zwykły longplay. Z dostępnych informacji wiemy, że oprócz samego artysty w całym przedsięwzięciu palce maczali także Narodowy Instytut Audiowizualny oraz holenderskie Sound & Vision, a to w ramach międzynarodowego projektu RE:VIVE, mającego na celu przywracanie do życia archiwalnych nagrań audiowizualnych. Cała płyta podobno nie jest jednak oparata na samplach, o czym wczoraj Hatti opowiadał w audycji Agnieszki Szydłowskiej — fragmenty nagrań są jedynie dodatkiem do produkcji.

W związku z tym mamy kilka informacji:
– premiera zaplanowana jest na 24.03, ale płytę w pre-orderze zamówić możecie już teraz (klik!
– 28 lutego w Narodowym Instytucie Audiowizualnym odbędzie się koncert premierowy albumu, na którym z HV zagrają Rafał Dutkiewicz (perkusja / Skalpel, SONAR, Marika) i Paweł Stachowiak (bas / EABS, Kroki) — wydarzenie fb
– poniżej video do utworu „Hero/in”, promujące zbliżającą się premierę

U Know Me Records rusza w trasę po Japonii!

ukmjapan

Nieczęsto zdarza się taka możliwość, by tak ciekawa reprezentacja rodzimych muzyków miała okazję wyruszyć we wspólną trasę. Trasę po… Japonii. U Know Me Records ma jednak duże moce i na pokładzie z RYSY (z Justyną Święs), Hatti Vatti, Lady Katee i wodzem Grohem, pod koniec maja udadzą się na 2 tygodnie do kraju kwitnącej wiśni by promować polską muzykę elektroniczną.

My ideę zdecydowanie propsujemy i zachęcamy do wzięcia udziału w beforze trasy, który jutro odbędzie się w Syrenim Śpiewie, a tam wszyscy (prócz Katee) uraczą Was najlepszymi piosenkami, dając mały przedsmak tego, czym zamierzają rozkochać Azję.

Całą akcję wspiera Instytut Polski w Tokio. Część informacji znajdziecie tutaj, wydarzenie before’u tutaj, a wszystkie bieżące sprawy z rodziny UKM obserwować możecie o tu.

12.05.2016, Syreni Śpiew
U Know Me Records – Japan Tour – Before Party
start: 21:00
wstęp: 20 zł

Nowe video: Ffrancis „Would You Like Me To Continue?”

FF

Pisaliśmy Wam już o tym doskonałym utworze. Teraz dzięki inicjatywie Out of Town Films dostajemy tenże numer zarejestrowany na żywo. Hatti Vatti z Misią Furtak rozstawieni w pokoju ze sprzętem tylko potwierdzają wysoki poziom „Would You Like Me to Continue?”. Sceneria wśród płyt, książek, świec, roślin, obrazów a przede wszystkim starym klawiszom tworzy ciekawy i trochę tajemniczy klimat. Zdecydowanie czekamy na kolejne produkcje tego duetu, video też. Te wyszło świetnie, co potwierdza tylko wymowny uśmiech HV na samym końcu nagrania.

Nagraj swój własny utwór za pomocą DOPE LOOPS!

dope loops_n

Marzyliście kiedyś o tym, by choć przez chwile stać się muzycznym producentem, ale za bardzo nie wiece, od czego tak naprawdę zacząć? Z pomocą przychodzi ekipa Order Group i ich najnowszy pomysł, czyli DOPE LOOPS. Jest to interaktywne narzędzie, które za pośrednictwem klawiatury (lub komputerowej myszki w wersji dla początkujących) pozwala na sterowanie gotową bazą sampli, rejestrowanie powstałych w ten sposób numerów oraz dzielenie się nimi na Facebooku. Do dyspozycji mamy dźwięki z utworów współczesnych polskich artystów, takich jak: Spisek Jednego, Teielte, Hatti Vatti, En2ak, Jakub NOX Ambroziak czy Tubas Składowski. Jak jednak twierdzą pomysłodawcy projektu, baza ma się w przyszłości jeszcze bardziej rozrosnąć i przy okazji pomóc w promocji dobrej, krajowej muzyki. Całość wraz z instrukcją obsługi znajdziecie TUTAJ, a nam pozostaje życzyć twórczej i kreatywnej zabawy!!

Nowy teledysk: Hatti Vatti & Lady Katee „Farba Wszystkich Zdarzeń”

hv + katee

Autor jednego z najlepszych – naszym zdaniem – remiksów ubiegłego roku, czyli trójmiejski producent Hatti Vatti nie zwalnia w swych działaniach wydawniczych. Pochodzący z Gdańska Piotr Kaliński wraz ze swą dobrą znajomą Lady Katee, przedstawiają pierwszy utwór ze wspólnej EPki zatytułowanej Farba Wszystkich Zdarzeń, która w całości będzie udostępniona wraz z początkiem lutego pod szyldem oficyny Absys Records. Tytułowy singiel, jest przy okazji pierwszym numerem w wieloletniej współpracy duetu nagranym po polsku, a sama kompozycja pod wieloma względami jest ukłonem w stronę tanecznej, czasem lekko kiczowatej, ale jakże wspaniałej muzyki z lat 80-tych, która została ubrana w realia współczesnej muzyki elektronicznej. Poniższe wideo zapowiada tłoczącą się już EP-kę, która będzie wydana na różowym, 10-cio calowy winylu, który to z kolei powinien trafić do sklepów (nie tylko w Polsce) już pod koniec stycznia za sprawą Triple Vision Distribution.

Epkę w wydaniu fizycznym można zamawiać pod niniejszym linkiem.

25 najlepszych remiksów 2015

Image899992

Pora rozpocząć okres, na który – jak co roku – czeka spora grupa naszych sympatyków. Dwa tysiące piętnastemu pozostały już tylko dwa tygodnie, czas więc, by zebrać cały muzyczny rok i wypunktować rzeczy najważniejsze. (więcej…)

Nowy utwór: Hatti Vatti feat. Versa „Love Dub”

hv

Czasem przeszukując stare rzeczy można znaleźć zapomniane perełki, które skrzętnie pokrywał kurz. Hatti Vatti ostatnio zrobił właśnie małe porządki i odgrzebał świetny dubowy utwór z (podobno!) 2011 roku. „Love Dub” to pozostałość po albumie Worship Nothing, który został wydany w zeszłym roku. Gościnnie w numerze udziela się brytyjczyk Versa. „Love Dub” to numer, który przyda się na długie jesienne (zimowe też) wieczory. Spokojny, wycofany, wzbogacony samplem z Brandy. Produkcja wkrótce ukaże się fizycznie w formie lathe-cut w limitowanym… wróć, w bardzo limitowanym nakładzie — 10 sztuk. Warto powalczyć, bo za jakiś czas może okazać się białym krukiem!

HV/NOON w Cafe Kulturalna 26.11.2015!

hvnoon

Hatti VattiNoonem na dniach (24.11) wydają Versions, czyli instrumenalną wersję zeszłorocznej, bardzo dobrze przyjętej płyty. Dwa dni później wystąpią w Pałacu Kultury, a właściwie w Cafe Kulturalna. Będzie to dobra okazja do zobaczenia tego duetu na żywo tuż po premierze nowego wydawnictwa. Warszawa jest jednym z przystanków na trasie koncertowej promującej Versions (w tym występ w Polskim Radio). Poniżej daty tegorocznych koncertów:

14.11 — GDYNIA, ATLANTIC
15.11 — BYDGOSZCZ, MÓZG
26.11 — WARSZAWA, CAFE KULTURALNA
27.11 — POZNAŃ, OCZY
28.11 — WROCŁAW, SZKLARNIA
09.12 — KATOWICE, RAJZEFIBER
10.12 — ŁÓDŹ, BEDROOM
17.12 — TRÓJKA POLSKIE RADIO

WYDARZENIE FB W CAFE KULTURALNA

FFRANCIS – zapowiedź projektu oraz video!

ffrancis

Jestem pewien, że jako słuchacze Michy znacie obydwoje autorów tego projektu. Niesamowity muzyk, producent oraz piękna i obdarzona genialnym głosem wokalistka. Mało tego, oboje są z Polski i robią DUŻE rzeczy. Piotr Kaliński (Hatti Vatti, HV) oraz Misia Furtak — razem znani jako FFRANCIS. Na pozór inne muzyczne światy, które przy zderzeniu dają zupełnie nową wartość — przez to właśnie kochamy muzykę. Singiel Would You Like Me To Continue? przywołał mi skojarzenie zorzy polarnej, jakiegoś świetlnego zjawiska, które można dostrzec tylko w nocy. Muzyka jest niepokojąca, tajemnicza, ale intryguje i hipnotyzuje jak Aurora Borealis. Co więcej, Misia Furtak wcześniej tak nie śpiewała. Jej głos nienachalnie głaszcze kolejne takty melodii i podkręca odczucie tajemniczości. Załóżcie słuchawki, zamknijcie oczy i posłuchajcie jak to brzmi. Emocje gwarantowane. Video do tego numeru to zapis podróży duetu do Japonii, gdzie zagrali kilka koncertów.

Singiel wyszedł na pięknej czerwonej, woskowej siódemce. Na drugiej stronie odsłuchacie numer Got Me Started (odsłuch tutaj), który jest spokojniejszy, ale utrzymany w podobnym klimacie. Całość do nabycia między innymi w sklepie U Know Me Records, Asfalt Shop czy hhv.de. Na wiosnę 2016 roku zapowiedziany jest longplay FFRANCIS — my po takiej zapowiedzi zdecydowanie czekamy.

Nowy teledysk: HV/NOON feat. Małpa „Jakbym nie miał celu”

hvnoon

Niedługo minie rok od premiery wspólnego projektu HV/NOON. W kwietniu odbył się w Warszawie Red Bull Music Academy Weekender, gdzie panowie wystąpili w Pałacu Kultury wraz z gośćmi, którzy dograli się na ich projekt. To wydarzenie było dobrą okazją do nakręcenia teledysku do jednego z najlepszych numerów na albumie, w którym swojego wokalu użyczył Małpa. (więcej…)