kuba badach

Nowy teledysk: Kuba Badach „Wracam do siebie”

Nowy teledysk Kuba Badach Wracam do siebie

Miło mi poinformować, że solowa płyta Kuby Badacha Oldschool pokryła się złotem. Cieszę się, że album został doceniony. Lepiej późno, niż wcale. W tym samym czasie zbiegła się premiera teledysku do najnowszego singla z krążka. „Wracam do siebie” jest nastrojową balladą z ciekawym i inteligentnym tekstem autorstwa Janusza Onufrowicza. Sam teledysk może nie jest spektakularny, ale zdecydowanie oddaje klimat dojrzałego utworu. Smaczku dodaje jeszcze jazzowa aranżacja. Klip trwa aż sześć minut, ale kto miał okazję uczestniczyć w którymkolwiek z koncertów Kuby wie, że taką wersję tego kawałka i kilku innych, z pełnym instrumentarium, można usłyszeć podczas jego występów. „Wracam do siebie” jest trzecim utworem promującym debiut solowy Badacha. Jeśli nie wybieracie się dziś na imprezę w ramach ostatnich podrygów, przenieście się do klimatycznego świata stworzonego przez artystę.

Zabawna odsłona Kuby Badacha w nowym klipie „Jestem kimś”

Zabawna odslona Kuby Badacha w nowym klipie Jestem kims

Wraz z singlem „Życie„, promującym wydawnictwo Kuby Badacha Oldschool, powinien pojawić się do niego teledysk. Tymczasem artysta zaskoczył wszystkich i klip powstał do drugiego promującego utworu „Jestem kimś”. To jedna z najciekawszych propozycji i najbardziej dynamiczna z płyty. Pokazuje duży dystans wokalisty do siebie i poczucie humoru, co doskonale widać w nowym wideo, w którym zabawa i taniec wysuwa się na pierwszy plan. Zwróćcie uwagę na przebrania Kuby, wyglada w nich obłędnie. Końcówka teledysku przywodzi na myśl wyczyny wokalne i taneczne Michaela Jacksona. Miłej zabawy! A jeśli jeszcze nie czytaliście naszej recenzji krążka Oldschool, koniecznie nadróbcie zaległości.

Recenzja: Kuba Badach Oldschool

recenzja kuba badach oldschool

Kuba Badach

Oldschool (2017)

Wydawnictwo Agora

Wielu artystów komponujących utwory dla innych, dosyć późno decyduje się ujawnić swój wizerunek i rozpocząć karierę solową. Jednak Kuba Badach od najmłodszych lat stoi za mikrofonem, śpiewając głównie w zespołach The Globetrotters oraz Poluzjanci. Pierwsze solowe zakusy pojawiły się z chwilą wydania jazzującego krążka Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny, ale dopiero teraz wokalistka postanowił popracować na własny rachunek i zaprezentować w pełni autorski projekt o nazwie Oldschool, który zgodnie z deklaracją, jest inteligentnym popem dla dojrzałej publiczności.

Jak zapowiedział artysta, tytuł płyty odnosi się nie do jej staroświeckiej zawartości, lecz do określonego sposobu tworzenia muzyki, zainspirowanego twórczością takich artystów, jak: Quincy Jones, Burt Bacharach, Stevie Wonder i Donald Fagen. W utworach „Jestem Kimś”, „Tonight” oraz „Pusto” słychać wyraźne odniesienia do funku i disco oraz do syntezatorów. Dzięki oldskulowemu sposobowi rejestrowania dźwięków cały projekt brzmi, jakby był zapisem koncertu na żywo. Szczęśliwie nie znajdziemy na nim zbędnych ozdobników w postaci auto-tune’a i innych zabiegów upiększania wokalu, na które zapewne nie zgodziłby się sam wokalista. Na Oldschoolu stworzony został swoisty pomost łączący dwa muzyczne światy, gdzie klasyczne brzmienie przenika przez nowoczesną popową osłonkę, uzupełniając ją i nadając całości tradycyjny klimat. Teksty, napisane przede wszystkim przez Janusza Onufrowicza, przy niewielkiej współpracy Aleksandry Kwaśniewskiej, swobodnie opowiadają o szczęśliwej miłości i codziennym życiu. W utworze „Jestem kimś” nie można odmówić Kubie poczucia humoru i dystansu do siebie, gdy śpiewa „Biegałbym, ale mi to szkodzi /(…) Po co mam się głodzić / Chudszy się nie poznałbym”. Z kolei w nastrojowej i wzruszającej balladzie „Po drugiej stronie” odkrywa swoją wrażliwość i opanowanie.

Niestety wspomniane pozytywy nie przekładają się w pełni na cały album. Nie dajcie się zwieść okładce płyty, na której Badach skąpany w kolorowym pyle nie zwiastuje niczego szalonego. Zawartość wydawnictwa jest tylko poprawna i przyjemna, jak w promowanym „Życiu”, czy syntezatorowym „Pada”. Po tylu latach muzycznego doświadczenia i obcowania ze sceną wymagam od artysty odrobiny oryginalności. Zły jestem, że nie wysilił się na nieco eksperymentalne brzmienie. Do tego teksty, które momentami są bardzo przesłodzone i oczywiste, jak wpisy ze szkolnych pamiętników. Utwory „Chwile” i „Będę z Tobą”, zgodnie z przesłaniem jednego z nich „Gdy coś Cię znudzi / To nie wahasz się / Przedmiotów i ludzi / Pozbyć się bez łez” powinny znaleźć się w koszu i zostać zastąpione dojrzalszymi kompozycjami.

Jeśli ktoś po Odschoolu spodziewał się podmuchu muzycznej świeżości, może się zawieść. Z kolei ci, którym podobały się aranżacje utworów Andrzeja Zauchy, zapewne będą męczyć wydawnictwo do granic możliwości. Nie należy się dziwić, ponieważ album jest spójny i równy, a jego zawartość, to solidny, inteligentny pop z przyjemnym wokalem Kuby. I tylko tyle. Kibicuję artyście od czasu Poluzjantów i po solowym projekcie spodziewałem się więcej energii. Niestety do ostatniej nuty krążek brzmi jednostajnie z niewielkimi tylko amplitudami ekspresji. Dodatkowo miejscami banalne teksty budzą wątpliwość, do jakiej grupy słuchaczy skierowana jest płyta. W przyszłości należy mieć nadzieję, że z nowym projektem, na który nie będzie trzeba tak długo czekać, wykonawca nabierze więcej werwy, trochę poeksperymentuje, zachowując przy tym klasyczny charakter.

Kuba Badach zapowiada Oldschoolowy krążek

Kuba Badach zapowiada Oldschoolowy krazek

Właściciel jednego z najciekawszych męskich głosów w Polsce zdecydował się na wydanie autorskiego solowego debiutu. Kuba Badach, znany do tej pory głównie z występów w zespole Poluzjanci oraz z wykonywania repertuaru Andrzeja Zauchy, postanowił w końcu wydać swoją pierwszą płytę. Oldschool, bo taką nosi nazwę wydawnictwo, to nie staroświecka muzyka, ale jak twierdzi artysta:

płyta jest pewnym hasłem, odnoszącym się do sposobu pisania i aranżowania piosenek. Od dziecka najbardziej poruszały mnie utwory, w których dużo się działo, gdzie ciekawe melodie osadzone były na bogatych strukturach harmonicznych spiętych wielopłaszczyznowymi aranżacjami. Piosenki pisane i produkowane przez takich twórców jak m.in. Quincy Jones, Burt Bacharach, Stevie Wonder, Donald Fagen, to dzieła, których słucham do dziś i nie przestają mnie fascynować. Album „Oldschool” jest więc moim ukłonem w stronę mistrzów.

Singlem promującym krążek jest instrumentalna, jazzująca kompozycja „Życie” z idealnym feelingiem artysty.

Kuba Badach zaprezentował również drugą zapowiedź płyty. Jest nią angielski utwór „Tonight”. Na razie to tylko fragment, ale już słychać, że utrzymany jest w ciepłym klimacie. Premiera Oldschool 6 października.

Z tęsknoty za żywymi instrumentami

jazzW świecie, w którym dostęp do muzyki maści wszelkiej osiąga się jednym kliknięciem, zalewani jesteśmy masą produkcji. Nie mówię, że to źle, zwłaszcza, że jestem przedstawicielką pokolenia, które dorastając musiało się nieźle nagimnastykować (zwłaszcza przy przewijaniu kaset długopisem), żeby móc w każdej chwili posłuchać różnych dźwięków. Bardziej ubolewam nad tym, że za sprawą tegoż postępu technologicznego żywe instrumenty wypierane są przez bit maszyny i samplery. Rzadziej również jakiś projekt jest w stanie zaskoczyć słuchacza do tego stopnia, że dosłownie wbija go w krzesło/fotel/kanapę czy inny mebel na którym właśnie spoczywa. Inną kwestią jest fakt, że wszelkie odmiany gatunków takich jak jazz nadal pozostają poza mainstreamem, choć zdarzają się artyści, którzy zręcznie te gatunki eksploatują w sposób przystępny dla większego grona odbiorców.

Odświeżając ostatnimi czasy twórczość Glaspera, przy okazji oczekiwań na część drugą Black Radio, podryfowałam w kierunku takich właśnie klimatów. Kooperacje Roberta są doskonałym przykładem na to, jak umiejętnie położyć czarne brzemienia na jazzowe aranżacje. Wybór dobrze znanych wokalistów powoduje, że niejeden słuchacz klika „play”, by już za chwile otoczyły go najwyższej jakości dźwięki, wydobywane przez prawdziwych wirtuozów. To właśnie za  instrumentalne kompozycję (często covery) cenię Glaspera najbardziej. Chociażby nagrania z serii 1 Mic 1 Take wracają niczym bumerangi, idealnie pasując do jesiennej aury. W duecie z niezastąpionym Derrickiem Hodgem są mistrzowskimi towarzyszami do relaksacji w czystej postaci. Klawisz + kontrabas – niby tylko, ale wystarczy.

Glasper podsycił apetyt do tego stopnia, że dosłownie pociekła mi ślina na dźwięk fortepianu wydobywającego się spod sprawnych palców, brytyjskiego tym razem, pogromcy mięśni sercowych i narządów słuchu.  Jamie Cullum drodzy Miskowicze całkiem niedawno wydał swój kolejny krążek, o którym zresztą pisaliśmy. Jeśli jeszcze go nie słyszeliście, oto i dobra okazja. Ten młodziutki muzyk wie jak porwać aranżacjami na cały band, okazyjnie przy współpracy z utalentowanymi wokalistami. Zostawcie go jednak w jednym pomieszczeniu z samym fortepianem i mikrofonem, a sprawi, że poczujecie się jak na koncercie orkiestry symfonicznej. „Piach” w głosie i szaleńcze solo na klawiszu wywoła u słuchaczy dreszcze, a u „angielskiego króla coverów” siódme poty – do tego stopnia pochłonie go muzyka. Wielu pamięta go z jednego z najlepszych wersji live Rhiannowego „Don’t Stop The Music” , ale czy pokusiliście się również o sprawdzenie innych kawałków na żywo? Nie? Oto i fragment tego samego koncertu na festiwalu North Sea Jazz Festival, na którym zresztą gościem był już nie raz. Oszałamiające. Po co perka i bas, skoro wystarczy klapa fortepianu, nie tylko klapa zresztą.

Idąc tropem niesamowitych festiwali przypomniało mi się, jak kilka lat temu, na Festiwalu Standardów Jazzowych w Siedlcach, na scenie zobaczyłam mego ukochanego polskiego wokalistę Kubę Badacha, ale nie z Poluzjantami, lecz z projektem The Globetrotters. Fascynacja wibrafonem i niestandardowymi instrumentami perkusyjnymi pozostała mi do dzisiaj. Dodana do zamiłowania do nieziemskich umiejętności wokalnych Kuby i dęciaków powoduje, że nie sposób skończyć słuchania na jednym ich utworze. Światowy poziom, przeżycie jedno na milion. Żaden wirtualny instrument nie jest w stanie wywołać takich wibracji w ludzkim organizmie. Najlepsza produkcja, choćby nie wiem jak perfekcyjna, pozostanie jedynie dobrze dopracowanym efektem rzemieślnictwa. Świadomość, że w każdej chwili wokalista, bądź instrumentalista może „polecieć po czarnych”, potknąć się, daje możliwość docenienia, że tego nie uczynił, że jest tak dobry, że jedyne brudne interwały wydobywane są w celu osiągnięcia zamierzonego, niespodziewanego, w przyjemny sposób drażniącego efektu.

Na dalszą część tej muzycznej wycieczki pozostawiam Was już samych. Jakiś drogowskaz? Eksplorację zacznijcie na naszym własnym podwórku, tym razem w żeńskim wydaniu: Anna Serafińska, Dorota Miśkiewicz czy stara, dobra Ewa Bem pokierują Was dalej.

Ta wyżej wspomniana reprezentacja to jedynie namiastka tego, co czeka nas, gdy raz postanowimy postawić stopę w krainie czarodzieja zwanego „przystępnym jazzem” . W niej to magia tkwi w instrumentalnych szaleństwach, wokalnych jamach i najprawdziwszej chemii między słuchaczem a artystą. Tam gdzie kończy się elektronika, zaczyna się coraz częściej odchodząca w zapomnienie wirtuozeria. Nie pozwólmy, by prawdziwi muzycy grali jedynie do kotleta czy w knajpach, już nawet nie zadymionych, bo przecież wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych. Producenci wciąż czerpią z osiągnięć muzyki 20-go wieku, czyż to nie najlepszy dowód na to, że nie wolno zapominać o korzeniach? Kiedyś nawoływano kobiety na traktory, a ja dziś postuluję: muzycy do instrumentów.