Wydarzenia

motown records

M jak Motown #8: The Contours „Do You Love Me (Now That I Can Dance)”

the-contours-do-you-love-me-gordy

Brzmienie Motown Soundu w latach sześćdziesiątych było na tyle charakterystyczne i specyficzne, że średnio obeznany w katalogu wytwórni słuchacz szybko uczy się wyczuwać taką muzykę na kilometr. Ale zanim ten „dźwięk” został w pełni wyrobiony to musiał czerpać inspiracje z zewnątrz. Do tych inspiracji zaliczamy z pewnością zespół The Isley Brothers, który swoją kampanię wpływu na czarną muzykę rozpoczął w połowie lat pięćdziesiątych (i kontynuuje do dziś, bardzo ładny album Ron Isley wydał w zeszłym roku). Mieli nawet swój epizod w Motownie, ale o tym kiedy indziej. Dziś będzie o „Do You Love Me”, przeboju bardzo bliskim isleyowskiemu „Shout!” i jeszcze bliższym bliźniaczemu (wydanemu w tym samym miesiącu) „Twist & Shout”.
Utwór ten napisał sam Berry Gordy. Na początku z myślą o jeszcze anonimowej wówczas grupie The Temptations – singiel ten miał sprawić, że zespół Davida Ruffina zaistniałby na muzycznej mapie Stanów, ale jak wiemy, znakomicie sobie i bez niego poradził. Niedogadali się jak powinni z Gordym, skupili się na współpracy z inną wytwórnią z Detroit no i C.E.O. pozostał sam z ogromną żądzą nagrania tego przeboju. Chwilę później, dosłownie na korytarzu kwatery głównej Hitsville USA, natknął sie na członków grupy The Contours i spontanicznie złożył im wiadomo jaką propozycję. Znakomicie na tym Konturowcy wyszli – zyskali hit, dzięki któremu pamięta o nich znacznie wiecej ludzi niż grono motownowych zapaleńców do których należę. „Do You Love Me” pokonało nawet na Billboardzie wspomniane „Twist And Shout” Isleyów, doczekało się wielu coverów, a obecność utworu na ścieżce dźwiękowej do Dirty Dancing ostatecznie uczyniło przebój nieśmiertelnym. Klasyk, aż chce się zatańczyć Mashed Potato, nawet jak się nie wie co to jest Mashed Potato.

M jak Motown #7: Yvonne Fair „It Should Have Been Me”

yvonne-fair-it-should-have-been-me-1975

Parę tygodni temu pisałem jak wielką szkodą dla muzyki było przedwczesne odejście utalentowanej Tammi Terrell, dzisiaj będzie o kolejnej niespełnionej karierze i to w jeszcze większym stopniu. Tammi pozostawiła nam solówkę oraz trzy nagrania z Marvinem Gaye’em, natomiast dzisiejsza bohaterka – Yvonne Fair – zaczęła i skończyła się na jednym tylko albumie. Ale za to na jakim! Odsłuchom wydanego w 1974 The Bitch Is Black towarzyszy wrażenie, że mamy doczynienia ze składanką największych hitów artystki z niemałym stażem, a jak jest faktycznie to już zaznaczyłem. To materiał bardzo bogaty brzmieniowo, czerpiący inspiracje z psychodelicznego soulu, ze Steviego Wondera, Jamesa Browna (u boku którego zaczynała), oraz z uwielbianej przez Iwonę Etty James. Album równie fascynujący co osobowość wokalistki słynącej z charyzmy, niewyparzonego języka i ogromnych pokładów ekstrawagancji (za przykład może służyć ten odważny tytuł albumu, jak i jeszcze odważniejsza okładka – zdecydowanie za mało grzeczne jak na Motown Records). Co zatem spowodowało, że taka bomba nie wybuchła? Prawdopodobnie niemożność przebicia się nowej artystce w drugiej połowie lat 70 z czymś innym niż rytmy disco, plus ówczesna strategia wytwórni kładąca nacisk na promocję tych już znanych i kochanych.
„It Should Have Been Me” to doskonały przykład tego, że producenci producentami, ale bez mocnej osobowości na mikrofonie hitu nie będzie. Utwór ten został początkowo napisany przez Normana Whitfielda dla Kim Weston, potem cover nagrała Gladys Knight. Możecie właściwie zapomnieć o tych dwóch smutnych wersjach, gdyż Yvonne Fair dokonała tutaj cudu, wynosząc charakter utworu na poziom niemalże kosmiczny. Zresztą całe The Bitch Is Black jest nie z tej Ziemi, polecam się zapoznać.

M jak Motown #6: Gordon Staples & The Motown Strings “Sounds of the Zodiac”

gordon-staples-and-the-motown-strings-sounds-of-the-zodiac-motown

Teraz coś dla tych, którym skrzypce kojarzą się wyłącznie z muzyką poważną, z góralskimi potańcówkami oraz ze złapanym ostatnio z 16 gramami zioła łódzkim raperem. Strung Out to wydany w 1970 roku album – dowód na to jak mocno funkujące mogą być instrumenty smyczkowe. Nagranie to popełnione zostało przez pana Gordona Staplesa, koncertmistrza z Orkiesty Symfonicznej Detroit, który w latach sześdziesiątych odpowiadał za sekcje smycznkowe motownowskich hitów. Niespecjalnie się o nim pamięta, ale nie ma co sie dziwić – w brzmieniu zdominowanym przez charakterystyczną perkusję, gitarę basową i instrumenty dęte ciężko były, żeby skrzypce grały… pierwsze skrzypce. Na Strung Out było inaczej i dzięki temu jest to absolutnie ekskluzywny, limitowany towar z katalogu Motown.
Materiał promowało tytułowe „Strung Out”, ale z najwiekszym uznaniem spotkał się utwór „Sounds Of the Zodiac” (nie mylić z zodiakiem na melanżu). Ciężko mi w sumie opisać własnymi słowami geniusz tego utworu, posłużę się cytatem z recenzji na PopMatters. „Pierwsza i trzecia część tego dzieła są na przemian trzymające w napięciu i nastrojowe (racja) niczym pająk powoli wijący swoją sieć (niech będzie, że tez racja). Natomiast środek utworu to nieokrzesany funk przenoszący słuchacza wprost do Sanctuary (kultowy klub na Manhattanie, nie byłem, wiec nie wiem czy racja)”. Niestety znalazłem link jedynie do środkowej części utworu, także wizji z pajączkiem niestety nie uświadczycie. Pozostając przy cytatach: „Wpadnij i daj się z nami wystrunować” – głosi napis na okładce albumu. Nie wypada odmówić, prawda?

M jak Motown #5: Syreeta „To Know You Is to Love You”

syreeta-to-know-you-is-to-love-you-mowest

Dzisiaj odbijamy od standardów najbardziej klasycznego Motown Soundu i przeskakujemy na katalog wytwórni z lat siedemdziesiątych – czasów bogatszych aranżacji, czasów wielkich karier solistów. Do tego opisu doskonale pasuje Stevie Wonder, który wydając w 1972 roku Music Of My Mind zapoczątkował swój klasyczny okres, ostatecznie owocujący wypuszczeniem Songs In The Key Of Life – najlepszej rzeczy jaka kiedykolwiek przydarzyła sie czarnej muzyce. Stevie przez te kilka lat dosłownie zmieniał oblicze soulu i popu, przy okazji niejednemu artyście pomagając zaistnieć. Poznajcie Syreetę Wright – pochodzącą z Pittsburgha wokalistkę, która pod patronatem legendy nagrała dwa znakomite, choć zapomniane albumy. Pierwszy z nich nazywał sie po prostu Syreeta, drugi na potrzebę podkręcenia wyników sprzedaży otrzymał tytuł Stevie Wonder Presents: Syreeta.
Debiut pani Wright premierę miał w 1972 roku, wydany został przez kalifornijski oddział Motownu – MoWest Records (powstał on w 1971, przestał istnieć wraz z przeniesieniem „kwatery głównej” do Los Angeles). Nagrania odbyły się nie tylko na zachodnim wybrzeżu, ale i na wschodnim – w słynnym do dzisiaj Electric Lady Studio. Kawał świetnej muzyki i z daleka słychać, że powstawała ona pod czujnym okiem, to znaczy uchem Wondera. Warto wspomnieć o napisanym początkowo na potrzeby albumu Music of My Mind utworze „I Love Every Little Thing About You”, o „Black Maybe” (z którego Kanye West wyczarował potem znakomity podkład na Finding Forever Commona), no i oczywiście o świetnym coverze „She’s Leaving Home” Beatlesów z zastosowanym w refrenie talkboxem. Nie zabrakło również duetu z mistrzem. Nie do końca duetu, bo w „To Know You Is to Love You” Stevie śpiewa jedynie wstęp, no ale nie przeszkadza to w odbiorze tego majestatycznie zrealizowanego singla. Posłuchajcie sami i nie zapomnijcie o przesłuchaniu całej Syreety.

M jak Motown #4: Barrett Strong „Money (That’s What I Want)”

barrett-strong-money-thats-what-i-want-tamla

Cykl „M Jak Motown” rozpocząłem od napisania o pierwszym singlu wydanym przez Hitsville U.S.A., dzisiaj będzie o pierwszym przeboju. „Money (That’s What I Want)” z 1959 roku nie zdobyło jeszcze szczytów list Billboard (udało się to dopiero paniom z The Marvelettes, które dwa lata potem wydały „Please Mr. Postman”), ale 2 miejsce na liście US R&B i 23 na liście US POP zdecydowanie wystarczyły, by skromna wytwórnia z Detroit zaistniała na muzycznej mapie Stanów Zjednoczonych. Utwór napisany został przez Janie Bradford wraz z Berrym Gordym, a dystrybucją nagrania zajęło się Anna Records – krótko istniejący podlabel Tamli/Motown załozony przez rodzeństwo pana C.E.O., Annę i Gwen Gordy. Wydanie tego singla było w zasadzie największym sukcesem siostrzyczek.
„Money (That’s What I Want)” to kolejny love song, ale tym razem o miłości do czego innego i wiecie od razu do czego. Utwór złożony jest z nawiązującego do ogromnej żądzy pieniądza refrenu, oraz z trzech dwuwersowych zwrotek – ale za to jak trafnych. „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo, ale zostawiam je dla ptaszków i pszczółek”. Albo „Twoja miłość tak mnie zachwyca, ale twoja miłość nie zapłaci moich rachunków” (te ostatnie słowa muzyk uznał chyba za zbyt mocne i dlatego właśnie na stronę b singla trafił utwór zatytułowany „Oh I Apologize”). W każdym razie rockandrollujące „Money…” miało idealne predyspozycje do bycia hitem i się faktycznie nim stało. Trafiło na wiele list największych przebojów wszech czasów, pojawiło się w dzesiątkach filmów/seriali, doczekało się mnóstwa coverów. Do muzyków, którzy również grali ten hymn pogoni za forsą należą między innymi: The Beatles, The Rolling Stones, The Doors, Jimi Hendrix, Roy Orbison, Ike & Tina Turner, albo The Supremes.

M jak Motown #3: Tammi Terrell „I Can’t Believe You Love Me”

tammi-terrell-i-cant-believe-you-love-me-motown

Tammi Terrell w kwietniu tego roku skończyłaby 66 lat. Być może miałaby dzisiaj status Diany Ross, Arethy Franklin, albo co najmniej Chaki Khan. Być może jej kolejne albumy nagrane w duecie z Marvinem Gayem jeszcze mocniej utwierdziłyby nas w przekonaniu, że oboje tworzyli największy damsko-męski duet w historii muzyki. Być może rozpoczęłaby wspaniałą solową karierę, podbiłaby lata siedemdziesiąte swym świeżym podejściem do soulu, po czym przetrwałaby próbę plastikowych lat osiemdziesiątych. Być może pod sample z jej muzyki nagrywałaby połowa obecnej mainstreamowej sceny hiphopowej. Być może. A jak jest? My, słuchacze zdecydowanie niepamiętający tamtych czasów, możemy ją kojarzyć wyłącznie jako przeurocze dziewczę występujące w teledysku do „Ain’t No Mountain High Enough”. Na swoich półkach mozemy postawić trzy nagrane wspólnie z Marvinem albumy, z czego dwa są istnymi arcydziełami motown soundu. Jak będziemy mieli więcej szczęścia to upolujemy jedyną, ale nie do końca oficjalną solówkę Tammi. To już nie arcydzieło, ale nadal dzieło.
Album Irrestible wyszedł w styczniu 1969, półtora roku po tym jak młoda piosenkarka zemdlała na scenie padając prosto w ramiona Marvina Gaye’a (dał jej wtedy o sobie pierwszy raz znać złośliwy nowotwór mózgu – przyczyna przedwczesnej śmierci wokalistki). Nie był to zatem projekt, nad którym dziewczyna miałaby czas i możliwości pracować, a jedynie (i aż) zbiór singli nagranych dla Motownu od roku 1965. Czyli od czasu, kiedy osobiście odkrył ją sam Berry Gordy. Płytę rozpoczyna jej zapewne najważniejszy solowy singiel: „I Can’t Believe You Love Me”, napisany przez mniej znanych motownowskich producentów: Harveya Fuqua i Johnny’ego Bristola. Obaj odpowiadali za brzmienie większości piosenek Tammi, ale oprócz nich na składankę trafiła też na przykład kompozycja Smokeya Robinsona. Nieśmiertelny zespół Holland-Dozier-Holland także jest tu obecny – napisali dla panny Terrell luźno trzymający się oryginału, ale świetny cover przeboju „This Old Heart Of Mine (Is Weak For You)” Braci Isley.

M jak Motown #2: Martha & The Vandellas „Nowhere To Run”

martha-the-vandellas-e28093-nowhere-to-run-1

Mówisz „Motown”, w pierwszej chwili myślisz – grupy wokalne. Oczywiście grupy o jednopłciowym składzie, oczywiście 3-4 osobowe z wyraźnym liderem, oczywiście śpiewające dziesiątki piosenek o szczęśliwej lub nie miłości. Zacznijmy zgodnie z regułą „ladies first”. Za najważniejszy kobiecy zespół motownowski przyjęło się uznawać The Supremes. Trio stało się nie tylko miłą dla oka wizytówką wytwórni, ale także ikoną afroamerykańskiej popkultury lat sześćdziesiątych. Ogromny sukces zapewniły takie hity zawierające słowo „love” w tytule jak „You Can’t Hurry Love”, „Baby Love”, „Stop! in the Name of Love”. Zastanawiające jest tylko, czemu inna żeńska paczka – The Vandellas – nie zyskała tego samego statusu co Diana Ross z koleżankami. Przecież też miały warunki i równie imponujący pakiet przebojów: „Heat Wave”, „Dancing in the Street”, „Jimmy Mack”, oraz właśnie „Nowhere To Run”.
Utwór trafił na wydany w 1965 roku album Dance Party i już wtedy był lekko w cieniu wspomnianego wyżej „Dancing…” współwyprodukowanego przez Marvina Gaye’a. Ale produkcją „Nowhere to Run” również zajęli się najlepsi – święta trójca Motownu, czyli Holland-Dozier-Holland, razem z muzykami z Funk Brothers. Ci ostatni wykazali sie pomysłowością, wykorzystując tutaj w ramach sekcji rytmicznej… łańcuchy do opon samochodowych. „Motor Town” do czegoś w końcu zobowiązuje. Kompozycja stała się obowiązkowym elementem repertuarów amerykańskich orkiestr marszowych i jednym z hymnów żołnierzy w Wietnamie. Martha Reeves śpiewa tutaj o niemożności ukrycia się przed echami dawnej miłości, ale podopieczni Wuja Sama na własny sposób utożsamili się z refrenem mówiącym o braku odwrotu. Świetny występ pani Marty, bardzo ubolewam, że jej kariera solowa nie przypominała kariery Diany Ross i zakończyła sie praktycznie na piosence do filmu „Willie Dynamite”, o której też zresztą mało kto pamięta.

M jak Motown #1: Marv Johnson „Come To Me”

marv_johnson_tamla

Czas na nowy cykl na soulbowl.pl. „M jak Motown” to historia muzycznego imperium z Detroit przedstawiona w postaci pojedynczych epizodów, nastawiona na przypomnienie kluczowych momentów, kamieni milowych dla wytwórni (jak i dla całej czarnej muzyki), a także na przedstawienie artystów, którym ciężko było się wybić w labelu wydającym przeboje Diany Ross, Smokey Robinsona czy Steviego Wondera. Pamiętajmy o tym ile dobrego dla muzyki zrobi Berry Gordy tworząc pod koniec lat pięćdziesiątych markę Tamla/Motwon, zapomnijmy o tym że wydał na świat potomstwo, które podbija ostatnio dyskoteki swoim eurodancem („ewrydej ajm szaflyn”). Zapoznamy się też z sylwetkami producentów muzycznych, między innymi członków The Funk Brothers, którzy przyczynili się do powstania większej liczby numer-jeden-na-liście przebojów niż Żuki, Toczące Się Kamyki i Plażowi Chłopcy razem wzięci.
Jako, że to początek cyklu, to przenieśmy się w czasie najdalej jak się da. Zaszczytu nagrania bardzo pierwszego utworu dla Hitsville doznał Marv Johnson. W maju 1959 wyszło doo-wopowe „Come To Me”, skromna inwestycja, która jeszcze nie rozbujała marki tak jak później Barrett Strong i The Marvelettes, ale kto by sie spodziewał, że wytwórnia z nikąd od razu wyda coś wielkiego. Na okładce widniał już wtedy napis „Tamla”, którym potem sygnowali swoje kultowe wydawnicta Marvin Gaye i Stevie Wonder. Gordy chciał, by wytwórnia nazywała się „Tammy” (w hołdzie dla utworu aktorki i piosenkarki Debbie Reynolds), lecz oficyna o takiej nazwie już istniała. Berry osobiście czuwał nad nagraniem (co oczywiście z czasem zdarzało się rzadziej), do studia zaprosił basistę Jamesa Jamersona i perkusistę Benny’ego Benjamina. Obaj nawiązali potem dłuższą współpracę z Motownem, uczesnicząc w nagraniach późniejszych klasyków, w tym What’s Going On.

Mya odchodzi z wytwórni

W ostatnim wywiadzie dla StarOnlineNews.com Mya wyjawiła, że opuści w tym roku swoją wytwórnie Motown Records oraz, że nie planuje podpisać kontraktu z żadną inną wytwórnią. Oto co powiedziała:

Naprawdę nie chcę podpisywac kontraktu z inną wytwórnią. Jeśli wszystko kończy się tak, że musisz samemu dokładać pieniądze do większości swoich projektów, to czemu nie miałabym wydać płyty sama i mieć z tego dla siebie 100% zysków.