recenzja

Recenzja: Rihanna Unapologetic

Rihanna

Unapologetic (2012)

Def Jam

W czasach cyfrowej rewolucji, mamy do czynienia z dwiema niepokojącymi tendencjami przy ocenianiu wydawnictw muzycznych. Z jednej strony postępuje radykalizacja opinii przeciętnych słuchaczy, którzy coraz częściej mają skłonność czy to do popadania w zachwyt, czy do ochoczego i niewyszukanego manifestowania swojej niechęci, z drugiej — muzyczni krytycy, kierowani pragmatyzmem i nadzwyczaj uodpornieni na rzeczy zarówno mierne, jak i rewelacyjne, wykształcili sobie na własne potrzeby nienaturalnie szeroką skalę przeciętności. A gdzie w tym całym bałaganie jest Rihanna?

Tam, gdzie są aktualne trendy. Od kilku lat, bez żadnych skrupułów, ideałów, bajek o artystycznej samorealizacji, jej płyty są konsekwentnie poligonem twórczym dla chmary songwriterów i producentów. Ona sama też wydaje się nie być specjalnie przejęta brakiem koherencji i wartości artystycznej materiału, który sygnuje swoim nazwiskiem. Cel jest jeden — utrzymać się na topie.

Unapologetic to płyta pełna kół ratunkowych — piosenek, które nagrano w nadziei, że w momencie gdy zostaną wydane jako single, nadal będą brzmiały modnie i staną się przebojami. Szansa na powodzenie jest duża, bo album Rihanny to nie inwestycja długoterminowa — dla wytwórni cykl trwa niecały rok (aż do wydania singla promującego kolejny album), dla słuchaczy nawet krócej, bo to zestaw piosenek, które są w stanie zaintrygować i znudzić się już podczas pierwszego odsłuchu.

Na swojej siódmej płycie Rihanna robi szybki przegląd playlist współczesnych mainstreamowych radiostacji: electropopowe (czy nawet house’owe, nie wspominając o zbyt wielu brostepowych wtrąceniach) generyczne bangery mieszają się z wokalnie emocjonalnymi, ale pozbawionymi treści power balladami i monotonnym R&B urozmaiconym gdzie niegdzie kosmicznymi efektami specjalnymi (Ginuwine niedorzecznie zestawiony ze Skrillexem; Brown udający Jacksona). W tym wątpliwej jakości zbiorze, nadzwyczaj korzystnie wypada, wyprodukowany przez The-Dreama, podwójny, niemal 7-minutowy teatralny opus „Love Without Tragedy”/”Mother Mary” subtelnie nawiązujący do lat 80., stanowiący kreatywny pomost między popową przeszłością i teraźniejszością, a także następujące po nim niespotykanie dyskretne „Get It Over With”, sprawiające wrażenie raczej akustycznego interludium niż pełnoprawnej odrębnej piosenki.

Nie ma do tej mieszaniny żadnego określonego klucza — to tylko resztki muzycznego fastfoodu, którymi od dobrych kilku lat Rihanna karmi swoich słuchaczy — z tym, że zręcznie przemielone przez maszynkę do robienia pieniędzy hitów i przyprawione produkcyjnymi niuansami tak, by skutecznie zabić nieświeży posmak. Ale nie trzeba wcale być smakoszem by zauważyć, że coś tu nie gra.

Recenzja: The Man With the Iron Fists OST

Various Artists

The Man With the Iron Fists (2012)

Soul Temple

The Man With the Iron Fists to klasyczny film o sztuce walki zwanej kung-fu. To również debiut na srebrnym ekranie RZA jako reżysera i współscenarzysty. Wydaje się, że nikt inny nie nadawałby się lepiej do tego, żeby nakręcić taki film i stworzyć do niego muzyczne tło. To prawda. Robert Diggs jest w tym przypadku właściwą osobą na właściwym miejscu. Efekt?

Okazuje się, że będąc producentem wykonawczym, sam Bobby Digital maczał palce tylko w czterech kawałkach, dbając jednak o utrzymanie wyjątkowego klimatu. Resztę pracy scedował na zaproszonych gości. Jest ich sporo, dzięki czemu dostarczają nam interesującą mieszankę hip-hopu, neo-soulu, bluesa i R&B. Rzarector przyznał, że przy tworzeniu muzyki filmowej do tego obrazu, a także klasycznych projektów spod znaku Wu-Tang Clanu, inspirował się muzyką takich postaci jak William Bell, David Porter, Isaac Hayes, Booker T. & The M.G.’s.

Wydawnictwo otwiera zgrabna kolaboracja RZAThe Black Keys „Baddest Man Alive” w rap rockowym stylu, której świadkami byliśmy już na albumie Blakroc. Dalej mamy jeden z kilku hip-hopowych numerów osadzonych w atmosferze starożytnych Chin i wojen klanów oraz mrocznych alejek z typami spod ciemnej gwiazdy. „Black Out” wypada z nich najlepiej, choć „Rivers of Blood” czy „Tick, Tock” są warte uwagi i trzymają odpowiedni poziom. Niemałym zaskoczeniem w świetle ostatnich produkcji jest numer Kanyego Westa. W intymnym, soulowym, wyjętym niczym z 808s & Heartbreak „White Dress” Weezy brzmi o niebo lepiej, niż w wieloosobowych kolaboracjach na podkładach sklejonych na kolanie. Ponad przeciętność, choć może docenicie to dopiero po więcej niż jednym odsłuchu, wznoszą się takie utwory jak nastrojowe „Get Your Way (Sex as a Weapon)” Idle Warship (Talib Kweli i Res), minimalistyczny i piwniczny „The Archer” Killa Sin, bluesowe „Chains” Corinne Bailey Rae czy emocjonalne „Your Good Thing (Is About To End)” Mable John. Perełką od samego RZA jest „Just Blowin’ in the Wind” z Flatbush Zombies.

Być może The Abbot mógł się bardziej zaangażować i stworzyć do swojego upragnionego i wymarzonego filmu muzyczne arcydzieło. Nie stworzył. Zamiast tego dostaliśmy przyzwoity soundtrack, adekwatny dodatek, który będzie towarzyszył filmowi. Zagorzali fani Wu-Tangu będą usatysfakcjonowani, ale przypadkowy słuchacz też znajdzie coś dla siebie.

Recenzja: Ne-Yo R.E.D.

Ne-Yo

R.E.D. (2012)

Universal Motown

Tytuł najnowszego, piątego już, albumu Ne-Yo R.E.D. jest adekwatny o tyle, że wokalista ma wszelkie podstawy ku temu, by zrobić się czerwonym ze wstydu. (więcej…)

Recenzja: Dead Prez Information Age

Dead Prez

Information Age (2012)

Krian Music Group / Boss Up Inc. / Sound Weapon

Po dwóch klasycznych albumach: Lets’ Get FreeRevolutionary But Gangsta wielu czekało z niecierpliwością na powrót Dead Prez w wielkim stylu, ale czy Information Age spełnia te oczekiwania?

M-1Sticman przyzwyczaili nas do surowego brzmienia, idealnie idealnie pasującego do zaangażowanych społecznie tekstów, pełnych buntu i niezgody dla otaczającej rzeczywistości. Niestety ci, którzy oczekiwali bitów w stylu starych utworów („Hip Hop”, „Hell Yeah” czy „They Schools”) grupy, będą zwiedzeni. Pomimo tego, że zwiastun płyty, utrzymany był w buntowniczej i nieco agresywnej formie – dobrze znanej wszystkim słuchaczom RBG’s – to sama płyta wcale taka nie jest.

Information Age to dwanaście tracków, z których trzy stanowią intro i skity (nota bene w skitach powtarza się jeden bit, który niewątpliwie jako jedyny przypomina starą stylistykę zespołu). Kilka numerów utrzymanych jest w klimacie singla „A New Beginning”, którego syntezatorowe brzmienie, szybkie tempo i śpiewany refren przypominają raczej hity z popowych list przebojów, niż stare dobre Dead Prez.

Jedynym kawałkiem, który zapada w pamięć i do którego chce się wracać to „Learning Growing Changing”, czego niestety nie można powiedzieć o reszcie. Najmocniejszą stroną płyty są teksty, które, tak jak na poprzednich płytach, namawiają słuchacza do samodzielnego myślenia, zwracania uwagi na ważne kwestie społeczne i na pewno mogą pomóc mu w szukaniu swojej drogi – za to duży plus. Szkoda jedynie, że M-1Sticman zmienili gust muzyczny, bo wciąż mają duży potencjałem, by zatrząść rapową sceną jeszcze raz.

Recenzja: Macklemore & Ryan Lewis The Heist

Macklemore & Ryan Lewis

The Heist (2012)

Macklemore LLC

Ręce do góry, to napad! — grzmi tytuł płyty stworzonej przez Macklemore’aRyana Lewisa. Czy trzeba zatem oddać wszystkie pieniądze, zegarek, telefon? Nie. Jedyne, co trzeba poświęcić, to chwila uwagi, bo The Heist to płyta duetu, jakiego obecnie z przysłowiową świecą szukać.

Ben Haggerty ma dar. Niezwykły dar opowiadania, który nie pozwala ot tak obojętnie przejść słuchaczowi od jednej piosenki do drugiej. Nieważne czy odnosi się do kwestii społecznych czy osobistych — zwraca uwagę i wymaga skupienia. Macklemore ma dużo do powiedzenia i bez problemu odnajduje się w trudnych tematach, zaczynając od konsumpcjonizmu, a kończąc na uzależnieniu od narkotyków i homoseksualizmie. W czasach, kiedy część raperów pisze tylko o imprezach i gorących dziewczynach, tak niebanalne i inteligentne teksty zmuszają do zastanowienia. Kim jednak byłby bardzo dobry aktor bez genialnego reżysera?

Macklemore’owi z muzycznej strony wtóruje Ryan Lewis, który spokojnie mógłby wydać płytę z instrumentalnymi wersjami utworów i wciąż byłoby o czym pisać. Niesamowicie sprawnie żongluje stylami i bawi się instrumentami trzymając wszystko w ryzach hip-hopu. Panowie uzupełniają się znakomicie tworząc niepowtarzalny duet. Jednakże nawet pomimo tego, nie dokonują tego rabunku sami. Z pomocą służy im niezawodna brygada, bez której część utworów nie brzmiałaby tak samo. Trudno wyobrazić sobie megaprzebojowe „Can’t Hold Us” bez Ryana Daltona czy odważne „Same Love” bez Mary Lambert. Wszyscy razem stworzyli kompletne i spójne dzieło. Niewielką rysą jest natomiast obecność Schoolboya Q, który niewiele wnosi od siebie i najzwyczajniej w świecie nie pasuje do koncepcji całego wydawnictwa.

The Heist to mądry album, co obecnie rzadko można powiedzieć o jakiejkolwiek płycie — pełen szczerości i muzycznego autentyzmu. Bo jak się okazuje, w tym napadzie nic nie tracimy, a wręcz możemy dużo zyskać. Wniosek wydaje się być prosty — potrzeba nam więcej takich złodziei.

Recenzja: Meshell Ndegeocello Pour une âme souveraine: A Dedication to Nina Simone

Meshell Ndegeocello

Pour une âme souveraine: A Dedication to Nina Simone (2012)

Naive

Jeśli album jest 10-tym wydawnictwem szanowanej i uznanej artystki, a dodatkowo porywa się ona na materiał muzyka formatu Niny Simone, to oczekiwania mogą być niemiłosiernie wygórowane. Należy więc podkreślić, że zamierzeniem Meshell nie było obdarcie utworów Simone z jej samej i stworzenie czegoś kompletnie innego. Wręcz przeciwnie, ideą albumu było oddanie hołdu tej nieżyjącej artystce.

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że jednym z atutów oryginalnych aranżacji jest wpływ wielu stylów takich jak R&B, jazz, blues czy folk. Jednocześnie należy oddać sprawiedliwość Ndegeocello, która tak dobrze znanemu repertuarowi, nadała swoje brzmienie. Zaczyna od klimatycznego “Please Don’t Let Me Be Misunderstood”, przez energetyczne „House of the Rising Sun”, aż do stanowiącego idealną kodę “Four Women”, prezentując instrumentalną perfekcję i spójność.

Dodatkowym atutem albumu są współpracownicy Meshell. Jedyny męski wokal należy do Codiego Chesnutta, który dzięki ciepłej barwie głosu, nadaje głębię minimalistycznemu podkładowi w „To Be Young, Gifted and Black”; Sinead O’Connor podejmuje próbę okiełznania „brudnego” brzmienia instrumentów w „Don’t Take All Night”, a Toshi Reagon, która w „House of the Rising Sun” daje słuchaczom popis dobrego, czarnego brzmienia, nie sposób wręcz się nie zachwycić. W ten bogaty wachlarz głosów i instrumentów wpisuje się i sama Meshell. Może się wydawać, że pośród tak ogromnej liczby coverów „Please Don’t Let Me Be Misunderstood”, jest w zasadzie niemożliwe stworzenie czegoś godnego uwagi – a jednak w tym wypadku opłaciło się podjąć ryzyko.

Trzeba przyznać, że Meshell znalazła złoty środek między poszanowaniem dla utworów uwielbianych od lat a nadaniem im swojego własnego stylu. Album jest dobrze skomponowany, wykonany i dopracowany do ostatniego dźwięku. Artystce można zarzucić jedynie brak podjęcia ryzyka w przypadku niektórych aranżacji — jak gdyby, na kilka utworów zabrakło już zdecydowanego pomysłu (choćby „Black is the Color of My True Love’s Hair” – niby ujmujące i przekonujące, ale brakuje tu Ndegeocellowego sznytu).

Recenzja: Brandy Two Eleven

Brandy

Two Eleven (2012)

Chameleon/RCA

Komercyjna klapa Human sprzed czterech lat zmusiła Brandy do postawienia sobie trudnego pytania: co dalej z moją karierą? Odpowiedź nie przyszła ani łatwo, ani szybko. Norwood dała sobie wyraźnie potrzebny jej czas do tego by skonfrontować swoją twórczość z oczekiwaniami odbiorców oraz wymaganiami dzisiejszego rynku.

Nie oznacza to jednak, że Brandy zaczyna muzyczną podróż od zera. To, że konsekwentnie pozostaje ona w stylistyce konwencjonalnego R&B, może tyle zaskakiwać, co cieszyć. Ale wbrew temu, że zdążyła nas już przyzwyczaić do sprawdzonych rozwiązań, Two Eleven dalekie jest od bycia miałkim.

Zasób tematów poruszanych na krążku jak zwykle w przypadku Brandy zawęża się do różnych obrazów miłości. Widoczna jest jednak bardzo istotna zmiana w kontaktach z słuchaczem – od lat artystka nie była tak otwarta w tej relacji. Wystarczy wsłuchać się w niezwykle intymne „Scared of Beautiful”, podniosłe „Hardly Breathing” czy rozpaczliwe „Without You”. Najbardziej odważny i osobisty utwór „Wildest Dreams” sygnalizuje, że bariera, która utrudniała odbiór i zrozumienie poprzedniej płyty, pękła.

Obok sentymentalnych kompozycji znajdziemy tu jednak także i takie utrzymane w średnim tempie. Nie są to nagrania szczególnie zaskakujące czy nowatorskie, ale dzięki nim, Brandy wcale nie zostaje w tyle za światowymi trendami, a jednocześnie nie sprawia wrażenia by szczególnie za nimi goniła. Producenci zadbali o rzeczowe potraktowanie nader słodkiego singla „Put It Down” i sprytnie przemycili sample z Lykke Li w „Let Me Go”.

W czasach, gdy wolność ekspresji artystów starej szkoły R&B, rzadko idzie w parze z komercyjnym sukcesem, Two Eleven nie pozostawia żadnych złudzeń. Wypracowanie w sposób naturalny zadowalającego obie strony kompromisu jest jak najbardziej możliwe.

Recenzja: John Surman Saltash Bells

John Surman

Saltash Bells (2012)

ECM

Słuchając Saltash Bells, nie sposób uwierzyć, że za tymi nagraniami stoi wyłącznie jeden człowiek. A jednak – angielski jazzman, John Surman, przy tworzeniu swojego ostatniego, a pierwszego od 18 lat w pełni solowego krążka, chwycił za trzy rodzaje saksofonów i klarnetów, harmonijkę oraz syntezator.

Saltash Bells sięga jednak znacznie dalej wstecz – aż do dzieciństwa Surmana wśród bezkresu bladozielonych pastwisk w spowitej gęstą mgłą Anglii. I taki też właśnie obraz kreśli się przed oczyma odbiorcy podczas spotkania z Saltash Bells. Instrumentaliście, przy pomocy umiejętnie zestawionych ze sobą klasycznych i nowoczesnych środków, udaje się wykreować żywe i plastyczne ujęcie świata z własnych wspomnień, płynnie przechodzącego czy to w senne marzenia, czy w baśnie i legendy ludowe. Dzieje się tak za sprawą gęsto, choć ukradkiem wplatanych śladów folkowych melodii i swoistej muzycznej mgły, utkanej jakby z delikatnych ambientowych syntezatorów, a unoszącej się nad całą płytą.

Ale choć wszystkie utwory harmonizują ze sobą, każda z dziesięciu kompozycji wydaje się mieć własną odrębną muzyczną tożsamość — od irlandzkich motywów w „The Crooked Inn”, przez minimalistyczne zacięcie („On Staddon Heights”, „Triadichorum”), po gęsty, mroczny ambientowy klimat jazzu przyszłości w otwierającym płytę „Whistman’s Wood”. Surman dodatkowo uwypukla te kontrasty poprzez barwy poszczególnych instrumentów, czasem zapuszczając się jednak na terytoria aż nadto bezpieczne muzycznie — w „Winter Elegy” brzmi niczym (odrobinę bardziej) natchniona wersja Kenny’ego G. Motywy muzyczne, które eksploruje i rozwija Surman, choć nastrojowo oprawione, nie zawsze potrafią pociągnąć za sobą uwagi słuchacza. Ale nawet pomimo tego, Saltash Bells jest albumem zupełnie nietuzinkowym, odważnie poszukującym nowej muzycznej drogi dla jazzu.

Recenzja: Brad Mehldau Trio Where Do You Start

Brad Mehldau Trio

Where Do You Start (2012)

Nonsuch

Where Do You Start to już drugi w tym roku album nagrany przez Brada Mehldau z towarzyszeniem basisty Larry’ego Grenadiera i bębniarza Jeffa Ballarda. Jednak w przeciwieństwie do marcowego Ode, na który składały się wyłącznie oryginalne kompozycje, nowy krążek zawiera głównie reinterpretacje.

Wachlarz oryginałów, jakie muzycy wzięli na warsztat jest imponujący: Sufjan Stevens, Elvis Costello, Sonny Rollins czy Chico Buarque niekoniecznie zazębiają się stylistycznie. A jednak – na Where Do You Start jesteśmy w zupełnie innym świecie, gdzie nie autor, ale wykonawcy dyktują warunki. Z muzycznych rozmaitości przełożonych na język fortepianu, Mehldau z właściwą mu wirtuozerią uwalnia specyficzny, tak charakterystyczny dla wszystkich jego nagrań, klimat. Jest stonowany, ale bezpośredni — szykowny, ale naturalny zarazem. Na Where Do You Start w całej rozciągłości obcujemy z prawdziwą muzyką — czasem dramatyczną i nieskrępowaną, innym razem przenikliwie piękną, ale nigdy nazbyt sentymentalną czy przeprodukowaną.

Niezależnie od repertuaru: czy to w karkołomnej, ale po stokroć udanej, próbie jazzowej reinkarnacji rockowego klasyka „Hey Joe” (kojarzonego głównie z Jimmy’m Hendrixem), czy w subtelnym i eterycznym „Where Do You Start” (przywodzącym na myśl najpiękniejsze melodie Vince’a Guaraldi’ego), Mehldau i jego trio zawsze wykazują się zrozumieniem i wyobraźnią wobec muzyki jaką wykonują. To sprawia, że pozornie obce melodie, bez trudu zamieniają w swoje własne.

Recenzja: Nelly Furtado The Spirit Indestructible

Nelly Furtado

The Spirit Indestructible (2012)

Mosley, Interscope

The Spirit Indestructible to pierwsza anglojęzyczna płyta Nelly Furtado po fenomenalnym Loose. Choć brakuje na niej współtwórcy opus magnum, Timbalanda, wokalistka stara się kontynuować założenia z 2006 roku.

Album zaczyna się dokładnie tam, gdzie Nelly skończyła swoje ostatnie poczynania. Fikuśne „Big Hoops (Bigger the Better)”, wymyślne „Parking Lot” oraz surowe „Something” z Nasem przywołują na myśl minione przeboje, gdzie udawało jej się sprytnie łączyć pop, R&B i rap. Niestety tym razem Furtado nie poprzestała na tym sprawdzonym koncepcie i wprowadziła niepotrzebny chaos, dorzucając kawałki z pogranicza indie („Believers (Arab Spring)”, „Enemy”) czy dance („Waiting for the Night”).

Jak powszechnie wiadomo, od zawsze jedną z największych inspiracji dla piosenkarki była kultura ludowa. Tu oprócz tytułowego singla, to zagadnienie zostało potraktowane w sposób marginalny — w „Miracles” wyświechtane wstawki muzyki orientalnej błyskawicznie męczą słuchacza.

The Spirit Indestructible pełno jest wątpliwości i niejasności. Nelly straciła wyrazistość, wraz z duchem folkloru, który gdzieś uleciał. Pozostaje mieć nadzieję, że nie bezpowrotnie.

Recenzja: Flying Lotus Until the Quiet Comes

Flying Lotus

Until the Quiet Comes (2012)

Warp Records

Dotychczasowy rozgłos jaki udało się zdobyć Flying Lotusowi jest o tyle zastanawiający, co po prostu cieszy. Cieszy, że producent tak ezoteryczny w swoim brzmieniu, zdobywa coraz szerszą publikę i uznanie. Kolejnym elementem układanki w jego muzycznej karierze jest czwarty album Until the Quiet Comes.

Z całą pewnością krążek jest silnym kopniakiem w żołądek dla muzycznych purystów. Sporo tu eksperymentów w składni bitów, a także swobodnego przeskakiwania z gatunku do gatunku. Słychać tu jazzowe korzenie Stevena Ellisona (jest pra-bratankiem pianistki Alice Coltrane, żony słynnego Johna Coltrane’a), które są punktem wyjścia do permutacji z nowoczesną elektroniką i hip-hopem. Rezultaty? Dają się usłyszeć w konkretnych utworach — w „Tiny Tortures” są to efekty rodem z eksperymentalnego minimal techno, w „Sultan’s Request” – dub-stepowe zabawy basem, a w „Getting There” – hip-hopowa linia werbla. Ozdobą są wokalne występy gości. Thom Yorke, Niki Randa, Laura Darlington czy Erykah Badu świetnie wpisują się w klimat marzeń sennych, które zaproponował nam w swojej narracji FlyLo.

À propos snów. Są one razem z ludzką podświadomością głównymi inspiracjami Ellisona, a także motywem przewodnim albumu. Słuchając płyty ma się wrażenie, jak gdyby jej twórca chwytał nas za rękę i prowadził przez swoje sny, marzenia, przestrzenie i miejsca dostępne tylko pozazmysłowo. Trzeba przyznać, że ciekawy z niego przewodnik. Na tej wycieczce często usłyszymy utwory, które są ze sobą zestawione na zasadzie kontrastu, biorąc pod uwagę budowę, strukturę czy nastrój.

Nowy album Flying Lotusa jest pozycją godną uwagi, która nie może przejść niezauważona w tegorocznym zestawieniu najlepszych albumów. Jest dziełem produkcyjnie dopieszczonym, z intrygującym konceptem i wysublimowanymi dźwiękami zawartymi w środku — wszystkim tym czego się spodziewaliście po FlyLo, czyli niespodziewanym eksperymentem na brzmieniach.

Recenzja: Miguel Kaleidoscope Dream

Miguel

Kaleidoscope Dream (2012)

Bystorm / RCA

Miguel uczy się na własnych i cudzych błędach. Na drugim studyjnym albumie odważnie wciela bezlik gitarowych motywów i syntezatorowych wariacji rodem z najlepszych albumów Prince’a do na wskroś współczesnych formuł melodycznych. Błyskotliwie łączy eteryczną, surową produkcję spod znaku The Weeknd z klasycznym R&B na hip-hopowych beatach, dodając od siebie szczyptę psychodelii („Kaleidoscope Dream”, „Don’t Look Back”) i całe mnóstwo charakteru, dzięki któremu owocnie splata jedenaście różnorodnych melodii w jedną harmonijną kompozycję. Umiejętnie operując głosem, potrafi stworzyć nader intymny nastrój („Adorn”, „Where’s the Fun in Forever”), ale choćby śpiewał o miłości, wciąż brzmi zgoła nietuzinkowo.

Recenzja: Abiah Life as a Ballad

Abiah

Life as a Ballad (2012)

Nia Music Distribution

Jesienna sonata tuż, tuż. Zbliża się do ziemi coraz szybciej i zanim się odwrócimy, na stałe zagości w naszych domach, wiejąc chłodem i siąpiąc deszczem. Ale ta znienawidzona przez wielu depresyjna pora roku nie musi być wcale nudna – na sklepowych półkach właśnie pojawia się zjawiskowy Abiah, który za sprawą Life as a Ballad rozgrzeje nasze cztery ściany do czerwoności.

Zmysłowa podróż w jaką Abiah zabiera słuchaczy, oczarowuje już od pierwszych dźwięków muzyki. Muzyki nieco eklektycznej i niezwykle wzruszającej. Artysta talent odziedziczył po matce, która była profesjonalnym, wykształconym muzykiem i właśnie trochę dzięki dobrym genom niespodziewanie wyrasta na jednego z najlepszych wokalistów jazzowych. Zawdzięcza to zresztą także prostocie i minimalizmowi, dzięki którym maluje przepiękny krajobraz swoich kontemplacji.

Wśród jazzowych ballad szczególnie poruszają „September” i wręcz muskające zmysły odbiorcy „Goodbye”. Nie pamiętam kiedy to ostatnio męski głos tak silnie wciągnął mnie w kącika zadumy. Abiah wychodzi przed szereg takich legend wokalnego jazzu jak Barbara Streisand czy Tony Benett i zmienia dotychczasowe pojmowanie tego gatunku jako staromodnego i sztampowego.

Wokalista serwuje na Life as a Ballad wyjątkowe, osobiste nagrania, których teksty i muzyka mocno dotykają słuchacza. Aby odkryć niesamowity urok płyty, wystarczy znaleźć odpowiedni moment w ciągu dnia, nieco zwolnić, zapomnieć o codzienności i oddać się całkowicie do dyspozycji artysty. Spadające żółto-czerwone liście za oknem będą idealnym ozdobnikiem, podobnie jak gruby koc i kubek kakao czy kieliszek dobrego wina. All that jazz!

Recenzja: Domo Genesis & Alchemist No Idols

Domo Genesis & Alchemist

No Idols (2012)

Odd Future

Przez długi czas do Odd Future podchodziłem ze sporą rezerwą. Chłopaki przekonali mnie dopiero do siebie swoim debiutem studyjnym – The Odd Future Tape Vol. 2. Mniej więcej od tego czasu zacząłem śledzić poczynania składu, będącego dziś już niejako symbolem nowej fali w rapie, charakteryzującej się zupełnie inną estetyką brzmienia.

Dlatego też, gdy usłyszałem, że Domo Genesis wypuścił płytę nagraną na bitach Alchemista nieco się zdziwiłem. Raczej wydawało mi się, że obaj panowie reprezentują przeciwległe bieguny jeśli chodzi o styl, więc spekulując wcześniej na temat planów wydawniczych reprezentantów Wolf Gang na pewno bym nie wpadł na to, że dojdzie do takiej kooperacji. A jednak – w końcu doczekaliśmy się w Odd Future kogoś, kto nagrał całą płytę na samplowanych bitach.

No Idols to wypuszczony do sieci za darmo long play, na którym znajduje się 11 tracków wyprodukowanych w całości przez Alchemista. Wokale Domo urozmaica bardzo ciekawe zestawienie występów gościnnych. Oprócz ziomków ze składu: Tylera i Earla, możemy usłyszeć takie gwiazdy podziemia jak Action Bronson i Freddie Gibbs, legendę Prodigy, czy mniej znanych: Space Ghost Purp, Smoke Dza i Vince Staples.

Wbrew powszechnej opinii jakoby Domo Genesis był przyćmiewany przez swoich gości – choć faktycznie momentami brakuje mu tchu – rymuje dobrze i równo, podbijając rytm bitów mnogością rymów. W tych szalonych labiryntach słownych nie jest mu daleko nawet do Earla Sweatshirta. Pozostając przy gościach, inni także wypadają dobrze – w pamięć szczególnie zapada pierwsza zwrotka z utworu No Idols, w której Tyler, The Creator energicznie rymowane wersy kończy niepasującym spokojnym głosem przy zupełnie wyciszonym podkładzie.

Nie zawiódł także Alchemist – album obfituje w zapętlone gitarowe riffy, pocięte wokale o podwyższonej tonacji i kontrastujący z nimi głęboki bas. Bity jednak nie są tu w stu procentach klasyczne – Alc urozmaica płytę, dość często rezygnując z mocnych bębnów, co genialnie oddaje mroczny klimat niektórych utworów…

Zaułki dzielnic i sąsiedztw Los Angeles, gdzie nie dociera miejski monitoring, czy nowojorskie ulice późną nocą, podczas ulewy jakiej nie pamiętają nawet najstarsi wyborcy Rudego Giuliani, tam właśnie przenoszą nas takie kawałki jak „Fuck Everybody Else”, „Elimination Chamber” czy „The Daily News” – będące najmocniejszą częścią albumu. Ale No Idols nie jest jedynie potencjalnym soundtrackiem do filmu gangsterskiego – Domo i Alchemist mają w zanadrzu także bardziej chillujące czy wręcz refleksyjne kawałki („The Feeling”, „Gamebreaker”, „All Alone”).

No Idols to bardzo dobra płyta, łącząca artystów z dwóch różnych nurtów rapu, którzy doskonale odnaleźli się współpracując ze sobą. Domo Genesis udowodnił, że nie jest tylko tłem w składzie Odd Future, a Alchemist na pewno zyska sobie dzięki niemu nowych fanów.

Recenzja: Slaughterhouse Welcome to: Our House

Slaughterhouse

Welcome to: Our House (2012)

Shady / Interscope

Pomysł na stworzenie grupy z czwórki przeciętnych raperów po trzydziestce, którym solowe kariery po prostu się nie udały, był, delikatnie mówiąc, dziwny. Ryzyko jednak się opłaciło – debiut Slaughterhouse zyskał przychylne opinie słuchaczy rapu, a nad drugim albumem grupy postanowił czuwać sam Eminem.

Zmiana wytwórni przyniosła Rzeźnikom więcej pożytku niż szkody. Co prawda ich brzmienie nieco złagodniało, ale tym samym otworzyły się dla nich drzwi do komercyjnego sukcesu, a singlowe „My Life” z refrenem Cee-Lo jest jednym z najjaśniejszych punktów na płycie.

Mistrz tworzenia klaustrofobicznego klimatu, Marshall Mathers III, nie pozwolił odejść grupie od pierwotnego tonu na dobre. Tytuł albumu brzmi Witajcie w naszym domu i choć członkowie grupy bezsprzecznie tworzą muzyczną familię, nie jest to dom pełen rodzinnego ciepła. Teksty oparte na osobistych przeżyciach raperów są często odzwierciedleniem najgorszych lęków, jakie kryje dusza ludzka. Znajdziemy tu więc rozpaczliwe „Rescue Me”, alarmujące „Flip a Bird” i przygnębiające „Goodbye”. Surowe i zimne podkłady nie są jednak pozbawione odpowiedniego rytmu, na co najlepszym przykładem jest agresywne „Hammer Dance”. Nie da się jednak ukryć, że choć cała czwórka jest niezwykle zgrana, raperom zdarzają się słabsze zwrotki. Słuchacza może również przytłoczyć duża liczba utworów na płycie.

Projektu Slaughterhouse absolutnie nie należy zaliczać do tych oczywistych. Zaangażowanie Rzeźników może nieco zdumiewać, ale solidny materiał jest najlepszym dowodem na to, że ich pasja ma sens. Ich poczynania są w pewnym sensie wyzwaniem, któremu – o dziwo – udało im się sprostać.

Recenzja: Killer Mike R.A.P. Music

Killer Mike

R.A.P. Music (2012)

Williams Street

To jest jazz, to jest funk, to jest soul, to jest gospel – rapuje Killer Mike w refrenie utworu będącego punktem kulminacyjnym R.A.P. Music. Chociaż tak naprawdę dostaliśmy krążek zawierający krystaliczny hip hop, nie sposób mu nie przytaknąć.

Nutę jazzowej improwizacji niesie za sobą sam fakt zaskakującej kolaboracji. El-P to dla przypomnienia jeden z najważniejszych amerykańskich producentów indie-hiphopowych. Natomiast Mike to Mike – ikona rapu made in Atlanta, która dopiero po uwolnieniu się spod protekcji OutKastów rozwinęła skrzydła i zapracowała na tytuł „Ice Cube’a południa”. Teraz to raczej zajęty występowaniem w filmach familijnych Ice Cube musiałby zacząć się ubiegać o tytuł „Killer Mike’a zachodu”.

El-Producto już dawno zasłużył na wprowadzenie go do panteonu renegatów funku. Na R.A.P. Music ponownie operuje swoim markowym, lodowatym brudem połączonym z fascynacją newschoolem z drugiej połowy lat 80, całość subtelnie doprawiając szczyptą południa. Kompozycje sprawiają wrażenie jakby były żywe, jakby samodzielnie chciały budować napięcie i zmieniać się zależenie od przedstawianych przez rapera sytuacji. El-P spisał się w swojej roli na medal.

Tym bardziej spisał się Mike Bigga czyniąc z nagrania odbicie swej duszy. Imponując na każdym kroku kunsztem i erudycją opowiada o niebezpiecznej Atlancie, wywołuje duchy ofiar policyjnych nadużyć, czy wreszcie soczyście spluwa jadem na grób Ronalda Reagana. Dla odmiany potrafi też podzielić się wycinkiem autobiografii lub zmyślić zabawną historię z niepoprawnym szczęściarzem i duchem Ghostface’a w rolach głównych. Nie od wczoraj wiadomo, że Killer Mike ma talent i łeb na karku, za pomocą tekstów na R.A.P. Music sam sobie wreszcie postawił w pełni zasłużony pomnik.

Jak gospel ma się do hip hopu? Kiedy raper nazywa go tutaj swoją religią to nie mamy wątpliwości, że nie mogłoby być inaczej. KRS-One od lat już próbuje kanonizować hip hop za pomocą wykładów, czy innych publikacji. Killer Mike z El-P wiedzą najlepiej, że nie słowa się liczą, a czyny.

Recenzja: GOOD Music Cruel Summer

GOOD Music

Cruel Summer (2012)

Good Music/Def Jam

Wydawnictwom sygnowanym marką Kanye West od zawsze towarzyszyły ogromne emocje. Do zbudowania napięcia i otoczki wokół premiery Cruel Summer wykorzystano między innymi krótkometrażowy film o tym samym tytule, który zadebiutował na festiwalu filmowym w Cannes. Niestety popełniono także kilka błędów. Prezentując przedpremierowo „Mercy”, „Cold”, „New God Flow” i Clique” odsłonięto nam wszystko co najlepsze w tym wydawnictwie, nie zostawiając prawie nic ciekawego na później.

Kanye – architekt i sprawnie zarządzający wytwórnią menadżer jednocześnie – tym razem nie do końca skupił się na tym co trzeba. Być może jego uwagę rozpraszał ostatnio bardziej udział w programie Keeping Up with the Kardashians. Mr. West nie dał rady wykrzesać z członków swojej wytwórni tego, co w nich najlepsze. Udział takich postaci jak Common czy John Legend przechodzi kompletnie bez echa. Niezbyt dobrze o formie obozu GOOD Music świadczy również to, że prawdopodobnie dwie najlepsze zwrotki rymują starzy wyjadacze, czyli Ghostface Killah („New God Flow”) i Raekwon („Morning”). Ogromny rozdźwięk ogarnia nas wtedy, kiedy słyszymy Marshę Ambrosius śpiewającą o wymachiwaniu bronią palną w „The One” lub R. Kelly’ego pozdrawiającego nas środkowym palcem w otwierającym album „To the World”. Jedynym charakterystycznym utworem jest „Creepers”, w którym Kid Cudi wprowadza nas w swój mroczny i nieco psychodeliczny klimat. Album jest po prostu nierówny, głównie z powodu różnicy jakościowej między singlami, do których produkcji Kanye przyłożył swoją utalentowaną rękę, a resztą płyty.

Lirycznym leitmotivem  krążka jest ostentacyjny konsumpcjonizm. Gospodarz potrafi wynieść przechwałki na niedostępny dla innych poziom. To więcej niż muzyka – rymuje Yeezy„Cold”, jednak czy nam naprawdę zależy na tym, żeby słuchać o spotkaniach z Anją Rubik?

Największym grzechem płyty jest brak spajającego całość konceptu. Trudno rozgryźć, co Kanye z kompanami z wytwórni chcieli tym wydawnictwem osiągnąć. Nawiązując do akronimu GOOD (Getting Out Our Dreams) nie dane nam zostało zapoznać się z marzeniami postaci związanych z obozem Westa. Yeezy zbyt mocno przyzwyczaił nas do wysoko stawianej poprzeczki, żeby tym razem usatysfakcjonować nas wyłącznie kilkoma udanymi singlami.

Recenzja: Michael Jackson Bad 25

Michael Jackson

Bad 25 (2012)

Epic / Legacy / MJJ Productions

Piąty najlepiej sprzedający się album wszech czasów, Bad Michaela Jacksona, został właśnie reedytowany z niesamowitą pompą z okazji 25-lecia wydania oryginału. Specjaliści od marketingu z Sony Music tym razem naprawdę srogo się natrudzili by po raz kolejny sprzedać album, który już wszyscy zainteresowani mają od lat na swoich półkach. Płyta ukazała się w pięciu różnych edycjach, a jeśli włączyć w to regionalne ekskluzywne wydania z różnych części świata – w aż jedenastu! Czy odkurzony, przeładowany dodatkami Bad jest w ogóle wart uwagi?

Oryginalne Bad, pomimo ogromnego komercyjnego potencjału – aż dziewięciu znaczących przebojów, po dziś dzień aranżacyjnie tkwi w niezręcznym uścisku R&B, rocka i charakterystycznych dla drugiej połowy lat 80. syntezatorów. Ta ryzykowna mieszanka dla wielu okazałaby się przytłaczająca, ale dla Jacksona była naturalnym wyrazem jego osobowości i niejako pogodzeniem pulsujących w nim skrajności, które, przy starannym doborze środków, ostatecznie udało się zamknąć w niezwykle przebojowych popowych piosenkach.

Podstawowa edycja Bad 25 obok oryginalnego programu albumu, zawiera dodatkowy dysk wypełniony odrzutami z sesji nagraniowych płyty (spośród których aż sześć utworów zostało wydanych po raz pierwszy) oraz trzema premierowymi remiksami. W skład wersji deluxe weszły ponadto CD i DVD ze znakomitego koncertu na stadionie Wembley z 1988 roku. Same bisajdy bez zarzutu dopełniają muzycznego konceptu Jacksona sprzed ćwierć wieku — na czele z subtelnie zaaranżowanym demem „Don’t Be Messin’ ‚Round”, tanecznym „Song Groove” (w którym Jackson sprzeciwia się aborcji) czy przejmującymi „Free” i „I’m So Blue” w stylu Steviego Wondera.

Reedycja nie przedstawia jednak Bad jako albumu kompletnego — wieńczące płytę remiksy autorstwa Afrojacka („Bad” z kuriozalnym udziałem najgorszego rapera naszych czasów – Pitbulla) i Nero („Speed Demon”) są w najlepszym razie nieporozumieniem – by nie napisać – największą profanacją jaką kiedykolwiek uczyniono muzyce Michaela Jacksona, włączając w to wcześniejszą kolaborację z Akonem. Z kolei dodane do albumu – hiszpańska i francuska wersja pierwszego singla „I Just Can’t Stop Loving You” mają walor raczej wyłącznie ciekawostkowy. Europejscy fani Jacksona nie będą też mieli szans na zdobycie DVD z teledyskami do singli z albumu, które dołączone jest wyłącznie do ekskluzywnego wydania sprzedawanego w amerykańskiej sieci sklepów Target. W końcu business is business.

Bad 25 nie jest z pewnością ani ostatecznym, ani najlepszym możliwym rewydaniem klasycznego albumu Jacksona, który to, znając życie, wytwórnie płytowe będą bez wątpienia jeszcze wielokrotnie eksploatować. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że na kolejnej edycji, wydawca pójdzie po rozum do głowy i nie zaprosi Pitbulla, by ten w rytmie „Coco Jambo” zatańczył na grobie króla popu.

Recenzja: Leela James Loving You More…In the Spirit of Etta James

Leela James

Loving You More…In the Spirit of Etta James (2012)

Aktora powinno się oglądać, nie słuchać! – wykrzykuje Jean Dujardin w czarno-białym filmie The Artist. I nie sposób się z tym nie zgodzić. W muzyce wszystko wygląda zupełnie odwrotnie, ta dziedzina sztuki zarezerwowała sobie głos. Niestety w wyuzdanym, plastikowym świecie coraz częściej zapomina się o tym, kto owy głos ma, a kto tylko doskonale się maskuje, kręcąc do kamery pupcią! Leela James postawiła na głos. Nagrywając Loving You More z piosenkami Etty James, piosenkarka przeniosła się w czasie o kilka dekad wstecz i przypomniała na czym kiedyś polegała muzyka.

„Dusza nigdy nie umiera” – tak rozpoczyna się Loving You More, niejako przekrój najważniejszych, a przynajmniej najpopularniejszych, piosenek Etty James. Wśród nich m.in. soulowe „Nobody Loves You Like Me”, spokojne „Sunday Kind of Love” czy lekko funkujące „I’m Loving You More Every Day”. Ale prócz standardów znajdziemy tu też dwie nowe kompozycje, które niestety naruszają spójność całej płyty. Nowe aranżacje, znacznie odbiegające od bluesowych standardów Etty, ujmują utworom charakteru i sprawiają, że te, choć urokliwe, wypadają tylko poprawnie. To wszystko jednak tylko tło, dla tego co w soulu najważniejsze – głosu.

W nawale miernych muzycznych reinterpretacji soulowych standardów (Seal, Macy Gray), można by błędnie pomyśleć, że również i Leela wpadła w artystyczną niemoc sięgając po klasykę. Vertigo! Nic bardziej mylnego – to sprawnie i solidnie odrobiona lekcja z historii muzyki, nie o dziejowym znaczeniu (jak bogaty dorobek Etty), ale bez wątpienia miła dla ucha młodego pokolenia słuchaczy.

Recenzja: Robert Glasper Experiment Black Radio

Robert Glasper Experiment

Black Radio (2012)

Blue Note Records

Miłośnicy smakowania muzycznych detali mają dzięki ostatniej płycie projektu Roberta Glaspera zapewnioną rozrywkę na wiele godzin. Niełatwo docenić ten album po jednym odsłuchu, a Glasper tytułując go Black Radio wiedział co robi, bo jak na dobre radio przystało oferta muzyczna jest tu bardzo różnorodna.

Wspólnym mianownikiem przedsięwzięcia są jazzowe aranżacje. Ale nawet pomimo tego amerykański pianista udowadnia, że swobodnie porusza się wśród wielu gatunków, głównie brzmień zakorzenionych w hip-hopie i R&B. Obok Eryki Badu wykonującej jazzowy standard „Afro Blue”, w surowszym od oryginału „Cherish the Day” (Sade) pojawia się pierwsza córka soulu Lalah Hathaway. Z kolei Lupe Fiasco i Bilal łączą siły w chillującym „Always Shine”, a sekcja rytmiczna współtworzy z rymami Mos Defa pulsujący utwór tytułowy. Nie zabrakło też miejsca dla wpływów mocniejszego brzmienia – „Letter to Hermione” w wykonaniu Bilala czy zamykające całość „Smells Like Teen Spirit” stanowią potwierdzenie wszechstronności twórcy.

Ze względu na perfekcjonizm wykonania, niemalże każdy utwór mógłby stanowić temat oddzielnej recenzji. Klamrą zgrabnie spinającą całość okazują się muzycy: basista – Derrick Hodge, perkusista – Chris Dave i saksofonista – Casey Benjamin do perfekcji opanowali tajniki gry na swoich instrumentach, co uzupełniają niesamowitym wyczuciem. Jednak największe ukłony należą się oczywiście samemu Glasperowi, który dzięki klawiszowym solówkom nadaje charakter każdemu kawałkowi z osobna i albumowi jako całości.

W muzycznym świecie, w którym coraz rzadziej możemy mówić o czystości gatunków muzycznych, Robert Glasper odnajduje się wspaniale. Nie tylko udowadnia, że jazz może być przystępny i wcale nie trzeba do niego dorastać, to do dość szczelnie zamkniętego światka jazzowych melomanów umiejętnie wprowadza czarne brzmienia.

Jessie Ware - What's Your Pleasure