recenzja

Recenzja: James Blake Overgrown

James Blake

Overgrown (2013)

Republic Records

Overgrown w naturalny sposób wynika z wydanego przed dwoma laty debiutu Blake’a. Na nowym albumie artysta idzie jednak o krok dalej i odziewa dotychczas nierzadko nagie kompozycje w dźwięki, na które nie był jak dotąd najwyraźniej gotów. Jego muzyka nadal jest subtelna i emocjonalna — to jedne z jego największych atutów, z których z powodzeniem uczynił swój znak rozpoznawczy — ale na nowej płycie nabrała zauważalnej wyrazistości. Blake wciąż jest jednak bardzo powściągliwy i podobnie jak na debiucie z wrodzoną naturalnością udaje mu się wykreować atmosferę pełną emocjonalnego napięcia, dezorientacji, a nawet obcości.

Overgrown nie jest jednak ani przez chwilę monochromatyczne — to cała paleta myśli, uczuć i stanów, z których wszystkie bez wyjątku są tożsame dla muzyki Blake’a i jego samego. Artysta buduje swoją wizję dźwięku nadzwyczaj świadomie — nie ogląda się nadto za siebie, ale kreatywnie przetwarza przeszłe brzmienia w coś nierozerwalnie związanego z niemalże nieuchwytną chwilą obecną. Znajduje to odzwierciedlenie w zrównoważonym doborze współpracowników (Brian Eno, RZA) i wykorzystywanych środków estetycznych. Przede wszystkim słychać to jednak w muzyce, która zawsze jawi się jako część pewnej większej przemyślanej koncepcji artystycznej.

Blake konsekwentnie dekonstruuje tu współczesne R&B na sposoby właściwe jedynie jemu — wkomponowuje soulowo-gospelową wrażliwość w post-dubstepowe terytoria („Retrograde”, „Our Love Comes Back”, „DLM”), zastawia rytmiczne pułapki kreatywnie zastępując hip hopowy beat czymś, co można by nazwać post-beatem, a nawet antybeatem w „Take a Fall for Me”; z pomocą Eno wychodzi daleko poza konwencję piosenki w „Digital Lion”, odważnie inspiruje się fuzją drapieżnego house’u z mrocznym techno w „Voyeur”…

Początkowo nie mogłem znaleźć klucza do Overgrown — to dziesięć (jedenaście na edycji deluxe) zupełnie samodzielnych muzycznych elementów, które przy pomocy osoby Blake’a składają się we wciąż mglistą i nieprzeniknioną, ale jednocześnie pociągającą i zaskakująco spójną całość.

Recenzja: Charles Bradley Victim of Love

Charles Bradley

Victim of Love (2013)

Dunham Records/Daptone Records

Patrząc na historię Charlesa Bradleya można stwierdzić, że karma jednak istnieje. Żeby uświadomić sobie, czego doświadczył ten człowiek, warto obejrzeć dokument Charles Bradley: Soul of America. Dzięki temu filmowi możemy spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy, a także dostrzec jaką przemianę przeszedł sam wokalista – od bezdomnego po ikonę soulu.

Przedstawiciele wytwórni Daptone Records twierdzą, że Victim of Love to najlepsza płyta jaką wydali. Nie można tego stwierdzić z całą pewnością, ale widać pewną różnicę między pierwszym a drugim albumem. Na No Time for Dreaming królował motyw biedy i ubóstwa, których doświadczył Bradley, zaś na Victim of Love zagościły miłość i nadzieja. Kiedy Krzyczący Orzeł Soulu — bo taki przydomek nosi wokalista — śpiewa swoim szorstkim, ochrypłym, surowym głosem I got the love w otwierającym „Stricly Reserved for You”, czuć całym ciałem, że Bradley nikogo nie bajeruje. Atomowy ładunek emocjonalny piosenek dostarczany przez jego wokal to największa zaleta obu płyt. Za to go pokochaliśmy i to stawia go w jednym szeregu z wokalistami pokroju Otisa Reddinga, Jamesa Browna czy Wilsona Picketta.

Warstwa muzyczna schodzi nieco na drugi plan przy wokalnych możliwościach Charlesa. Płyta osadzona jest w klimacie końca lat 60. i początku 70. Na uwagę zasługują tytułowe akustyczne „Victim of Love”, funkowe „Love Bug Blues” oraz „Confusion”, które wprowadza słuchacza w świat psychodelicznego soulu i brzmi podobnie do „(Don’t Worry) If There’s a Hell Below We’re All Going to Go” Curtisa Mayfielda. Muzyka na tej płycie jest prosta, tak jak prostolinijny jest człowiek, który do niej śpiewa. To sprawdzony patent z poprzedniego albumu, więc jeśli to brzmi dobrze, to nie ma sensu tego zmieniać.

Bradley nie zanotował znaczącego progresu swoim drugim wydawnictwem, jednak trudno się przyczepić do jakości płyty jako całości. Jeśli zdecydujemy się przesłuchać album od pierwszego do ostatniego utworu, nie odnotujemy wyraźnych odstępstw od wysokiej formy. Wszystko trzyma się solidnego poziomu. Sięgając po tę płytę spodziewać się można pasjonującego śpiewu, od którego włos jeży się na głowie. Jeśli podobał Wam się pierwszy krążek, sięgniecie także po ten. Charles  Was nie zawiedzie.

Recenzja: Inc. No World

Inc.

No World (2013)

4AD

Jako doświadczeni muzycy sesyjni bracia AgedAndrew i Daniel – skrócili nazwę z Teen Inc. do inc., rozszerzyli zaś swoją działalność na własną rękę. W ten sposób po EP 3, otrzymaliśmy długogrający materiał pt. no world. Być może awersję do używania wielkich liter czerpią z minimalizmu, którym przepełnione jest ich brzmienie. Tak czy inaczej co z tym no world?

Duet na albumie zamieścił 11 wyszeptanych utworów. Tak. Dominuje szept zamiast śpiewu, chyba, że nazwiemy go eterycznym, co czasem przeszkadza zdekodować tekst piosenki, jednak w przypadku inc. przeradza się w zaletę i staje się ich znakiem rozpoznawczym. Co za tym idzie, wokalnie nie popisują się i nie aspirują do niczego. W tekstach braci doszukać się można mnóstwa tajemniczości i niedopowiedzeń, co wpływa na zwiększenie wysiłku intelektualnego, który słuchacz musi włożyć przy obcowaniu z tym wydawnictwem.

Gdybyśmy chcieli rozpoznać po dźwiękach, że to nowa fala alternatywnego R&B, nie bylibyśmy w stanie. Kawałki „The Place” i „5 Days” brzmią niczym vintage neo-soul z początku lat 90. a la Maxwell. To zresztą dwie najlepsze kompozycje z całej płyty. Można odnieść wrażenie, że zanim Andrew (odpowiedzialny za wokal i gitarę) oraz Daniel (bas i produkcja) weszli do studia, zamknęli się w ciasnym pomieszczeniu na kilka dni z płytą Voodoo D’Angelo. Wynikiem takich doświadczeń jest muzyka, która jest ekstremalnie nastrojowa, a kompozycje utworów niezwykle przestrzenne. Choć duet odżegnuje się od naśladowania stylem kogokolwiek to nam utwór „Black Wings” przypomina nieco Prince’a, zaś odwołanie do post-dubstepowej perkusji odnajdujemy w „Careful”.

Pointa jest następująca — inc.  nie zamierzają kłaniać się w pas ani bieżącym trendom mainstreamu, ani kopiować na siłę stylu wielkich poprzedników. Podążają swoją drogą. Minusem albumu może być to, że duet wykłada na stół wszystko, co ma do zaoferowania w pierwszych czterech kawałkach. Może to powodować znużenie resztą materiału. Jednak zmysłowość, to jak bracia Aged budują atmosferę i nastrój w swoich nagraniach sprawi, że ich muzyka będzie rozbrzmiewać w buduarach dzisiejszej bohemy.

Recenzja: José James No Beginning, No End

José James

No Beginning, No End (2013)

Blue Note

Syn saksofonisty z Minneapolis ciężko pracował na swój debiut w Blue Note. Odkryty przez Gillesa Petersona muzyk miał za sobą trzy dobrze przyjęte albumy. Zamysł czwartego szkicował będąc już w pełni świadomy, że wyda go legendarna oficyna.

Pierwsze sygnały dotyczące brzmienia No Beginning, No End pojawiły się na długo przed oficjalną premierą krążka. Zyskały kilka pochwał, obyło się jednak bez zbędnego szumu. Słusznie — „Trouble” nie jest przebojowe jak „I Need Dollar” Aloe Blacca, a ”It’s All Over (Your Body)” nie podkręca temperatury w sypialni jak „Climbing” Bilala. Odpowiednie znaczenie zyskały dopiero wtedy, gdy odbiorcy zrozumieli, że singiel może być jedynie pewnym zwiastunem nadchodzącego materiału, niekoniecznie przebojem, który ma ciągnąć za sobą resztę płyty. Niełatwe jest wyprodukowanie albumu, będącego w całości odbiciem wnętrza artysty. Jamesowi bez wątpienia się to udało.

No Beginning, No End jest płytą po brzegi wypełnioną jazzem. Na albumie znajdziemy świetnie zaaranżowane ballady, bujający neo-soul a’la koniec lat 90. czy oszczędne, downtempowo-soulowe kompozycje. Wokalista skorzystał tu zresztą z pomocy najlepszych instrumentalistów poruszających się w obrębie gatunku. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać o fantastycznych efektach współpracy Roberta Glaspera i Chrisa Dave’a. Swój wkład wniósł także Pino Palladino — basista współtworzący Voodoo D’Angelo czy Mama’s Gun Eryki Badu, a także wokalistki: Hindi Zahra i Emily King.

Niepowtarzalne umiejętności wokalne José Jamesa ubarwione bogatą paletą akordów jazzowych i neo-soulowych naleciałości, stawiają album w trudnym do zanegowania położeniu. No Beginning, No End to solidna płyta z niezawodnym gospodarzem w towarzystwie najlepszych muzyków. James nie wykorzystuje jednak do końca potencjału, jakim dysponuje. Jest dobrze, byłoby jednak lepiej, gdyby wokalista zaserwował nam album nieco bardziej różnorodny i wyważony brzmieniowo, jak było chociażby na Blackmagic LP.

Recenzja: Alice Russell To Dust

b85672632f56462671f525df122c87a6

Alice Russell

To Dust (2013)

Tru Thoughts

Wielka Brytania w ostatnich latach może pochwalić się wręcz wysypem młodych i zdolnych wokalistek, których mocne głosy w połączeniu z mieszanką popu i retro natychmiast otrzymują łatkę blue-eyed soul. Wszelkie szufladki zawsze są krzywdzące, a w szczególności, kiedy ktoś swoim talentem nie mieści się w tej ciasnej przegródce. Tak jest w przypadku Alice Russell, która nie musi się jednak ścigać z rodzimymi koleżankami. Na To Dust kolejny raz udowadnia, że już dawno stoi w jednym rzędzie z największymi divami soulu zza Oceanu.

Poprzednim razem otrzymaliśmy garnek pełen soulowego złota, ale i nowy krążek z powodzeniem mógłby nazywać się Pot of Gold 2.0. Po muzycznym podróżach z Quantikiem Alice wraca do znanego sobie stylu, w którym płynnie miesza nowoczesność z soulem lat 60. A że w kwestii retro soulu powiedziano już chyba niemal wszystko, mają to na uwadze także Russell i Alex Cowan, producent krążka. Nie serwują oni słuchaczowi kolejnej wycieczki w przeszłość umiejętnie wplatając w tradycyjne dźwięki elementy elektroniki czy połamane beaty. Nie jest to przesadna nowoczesność, wszystko łączy się nienachalnie i niekiedy dodaje utworom świeżości.

Cowan zdecydowanie jest świadomy, co tutaj gra pierwsze skrzypce, a co znajduje się na drugim planie. Bo elementy jazzu są przyjemne, ale główna rola na To Dust należy do głosu Alice — potężnego, głębokiego, pełnego pasji wokalu, który za każdym razem zachwyca. To ta sama klasa co Jill Scott — Alice nie musi popisywać się swoimi wokalnymi możliwościami, by urzec słuchacza i sprawić mu niemałą przyjemność. Russell czaruje i uwodzi sprawiając, że takie perełki jak „I Loved You” czy dobrze znane „Heartbreaker” chce się słuchać kolejny i kolejny raz.

Cztery lata trzeba było czekać na kolejny krążek Russell. Czas ten wokalistka wynagrodziła z nawiązką w 14-stu niezwykle świadomych i przemyślanych kompozycjach. Alice śmiało mogłaby powiedzieć Joss Stone czy Duffy „Moje młode koleżanki, możecie być popularniejsze, ale do tego poziomu przed wami jeszcze długa droga”. Dlatego Adele, przesuń się trochę.

Recenzja: Tomasz Stańko & New York Quartet Wisława

Tomasz Stańko

New York Quartet

Wisława (2013)

ECM

Stańko po raz kolejny stanął na wysokości zadania. Na swoim najnowszym albumie 70-letni jazzman składa ekspresyjny i stosowny hołd twórczości polskiej noblistki — Wisławy Szymbowskiej.

Wisława jest w równych proporcjach mieszanką europejskiej, ECM-owskiej szkoły jazzowej, będącej od dawna podstawą twórczości polskiego jazzmana i nowojorskiego rytmicznego szaleństwa, które zapewniają młodsi współpracownicy Stańki z New York Quartet — David Virelles, Thomas Morgan i Gerald Cleaver. Gdzieś pomiędzy błyskotliwymi odniesieniami do Milesa Davisa a szykowną elegancją zachodu pobrzmiewają jednak echa naszej Warszawy — czy to w tytułach wierszy poetki — teraz okalających niektóre z kompozycji Stańki, czy może pośród meander nostalgii i nagłych improwizacyjnych zrywów, towarzyszących nam od początku do końca tej sugestywnej muzycznej podróży.

Ciężko oceniać próby przetransponowania zawiłej i wieloznacznej twórczości Szymborskiej na język jazzu w kategoriach stricte poetyckich. To raczej pewna synkretyczna zależność, odbywająca się na poziomie uczuć, myśli, koncepcji. Tak jak poezja Wisławy, płyta jej dedykowana jest stonowana, kameralna, elegancka, a jednocześnie emocjonalna, przemyślana i wyrazista.

To kolejny piękny album na koncie naszego czołowego współczesnego jazzmana. Ponad stu-minutowa jazzowa wędrówka śladami Szymborskiej pod egidą Stańki.

Recenzja: A$AP Rocky Long.Live.A$AP

A$AP Rocky

Long.Live.A$AP (2013)

Polo Grounds

Gdy myślę o nowym pokoleniu raperów zza oceanu, do głowy przychodzi mi kilka ciekawych postaci. Nie trzeba się zbyt natrudzić, by dojść do wniosku, iż obecnie obserwujemy wielu niezłych MC, którzy w ostatnich dwóch-trzech latach wdarli się w rapowy biznes i konsekwentnie się w nim utrzymują. Spośród tych kilkunastu niezłych możemy wychwycić kilku wyjątkowych, mających „to coś”. Ciężko im cokolwiek odebrać – robią dobrą muzykę i zarabiają zasłużone pieniądze. Ponadto mają świetny flow, piszą dobre teksty i trudno ich krytykować za selekcję bitów. Istnieje jednak pewna rzecz, której im wyraźnie brak – żaden z nich nie nazywa się A$AP Rocky.

Wydając swój debiutancki longplay, nowojorski raper stanął na wysokości zadania, choć nie było to wcale tak oczywiste jakby się mogło wydawać. Po kilkukrotnym przekładaniu premiery płyty wątpliwym stało się czy krążek spełni oczekiwania publiczności i przebije mikstejp z 2011 roku LiveLoveA$AP, którym muzyk postawił sobie poprzeczkę dość wysoko. Jak się okazało, powodem opóźnienia były ambicja i perfekcjonizm artysty.

Artystyczny rozwój rapera jest na Long.Live.A$AP mocno zauważalny i wyraźnie słyszalny. Muzycznie nowe wydawnictwo jest naturalnym następcą mikstejpu, który w 2011 roku wprowadził Mayersa na rynek. Brzmienie znów skupione jest wokół przeplatających się spowolnionych wokali, które stały się znakiem charakterystycznym artysty. W niektórych momentach albumu pojawia się także dużo ambientu, tak jak w wyprodukowanym przez Clams Casino utworze „LVL”. Wszystko to przypomina nam koncept poprzednich działań artysty – jednak to, co rzuca się w oczy teraz, to umiejętna żonglerka stylem i różnymi rodzajami rapu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z jednej bowiem strony utwory takie jak „Goldie”, „Fuckin’ Problems” czy szalone i nagrane wspólnie ze Skrillexem „Wild for the Night” pokazują nam na czym polega podgatunek braggadacio, natomiast już kilka tytułów potem słyszymy klasyczny sampling i pełen soulu „Suddenly”, gdzie raper w fantastyczny sposób opowiada jak nagle i szybko jego życie uległo zmianie. Wraz z przyśpieszeniem bitu życie A$APa nabiera rozpędu i w momencie, gdy po prawie trzech minutach samego samplowanego wokalu i rapu artysty linia perkusyjna uderza nas po głowie, raper jest już na szczycie i powolutku upomina się o tron coraz pewniej spoglądając w kierunku obecnie rządzących rap-grą. Nie sposób nie wspomnieć także o jednym z najlepszych fragmentów całego albumu – kawałku „Phoenix”, produkcji Danger Mouse’a, w którym przepełniony pianinem i smyczkami piękny instrumental idealnie zlewa się w jedną całość ze szczerym do bólu tekstem Rakima, który rozprawia się ze wszystkimi zarzucającymi mu braku głębi i sensu w jego twórczości.

Młody nowojorczyk to dżentelmen, który oprócz wszystkich czynników charakteryzujących świetnego rapera posiada coś wyjątkowego. Kilka jego cech sprawia, że wyróżnia się na tle tłumu. Jest muzykiem uniwersalnym – mało kto potrafi zaprezentować się tak płynnie i naturalnie w jednym momencie rapując o modzie i zamiłowaniu do sztuki („Fashion Killa”), po czym zaraz przejść do tematu ciężkiego dorastania i Harlemu – przy tym wszystkim pozostając prawdziwym i unikając tandety. Ostatnim podobnym przypadkiem będzie pewnie Kanye West. Porównanie wcale nie jest przesadzone. Artysta obdarzony jest bowiem niesamowitym potencjałem, i może pochwalić się czymś więcej niż tylko dobrym rapem – jego prezencja i pewność siebie sprawiają, że ma wszystko co potrzebne, by zostać ikoną muzyki rap oraz gwiazdą świata pop, a to w żadnym wypadku nie świadczy o nim źle.

Recenzja: Angie Stone Rich Girl

Angie Stone

Rich Girl (2012)

Stax Records/ Warner Music Polska

Dlaczego płyta stawianej obok Eryki BaduJill Scott wokalistki przechodzi prawie niezauważona? Zmieniły się trendy? W pogoni za nimi łatwo się zgubić. Zagubiona była też Angie Stone na Unexpected. Teraz powróciła z bardzo solidną płytą w typowym dla siebie stylu. Gdzie więc tkwi problem Rich Girl?

W rzeczywistości trudno wskazać jeden czynnik. Muzyka jest w moim sercu i w mojej duszy – śpiewa w intrze Angie Stone i wszystko się zgadza. Jak zawsze jest emocjonalnie i kobieco, a jednak coś tu nie gra. Za zaletę nie można tym tazem uznać warstwy tekstowej. Stone, choć nosząca bogaty bagaż doświadczeń, nie dostarcza słuchaczom niczego przykuwającego uwagi i tylko muzyka ratuje jej nowy materiał przed popadnięciem w jeszcze większą niełaskę. Bo od tej strony jest znacznie lepiej.

Angie uczy się na błędach, które popełniła przy poprzednim krążku. Niepotrzebne udziwnienia to już przeszłość i w brzmieniu ponownie króluje klasyczna fuzja soulu z R&B. Wokalistka wzięła na swoje barki produkcję materiału, co jest chyba największym plusem Rich Girl. Dzięki temu album zawiera takie perełki jak osobiste „Proud of Me” czy pełne ciepła „Alright”, które z powodzeniem mogłyby trafić na najlepsze płyty Stone. Równy poziom utrzymuje także pełne bujających rytmów „Back-Up Plan”, a uroku nie da się odmówić singlowemu „Do What U Gotta Do”. W innych przypadkach nie jest już tak pięknie. Po wspomnianym „Alright” coś się psuje, utwory tracą swój blask, dlatego dobrym posunięciem było zamknięcie albumu świetnym „Sisters” z gościnnym udziałem m.in. Tweet.

Nic nowego nie oznacza od razu czegoś złego. Nie trzeba zawsze zaskakiwać, bo przypadek Stone pokazuje, że sprawdzony styl to dobry styl. Choć nie imponująco, bez wątpienia Angie powróciła na Rich Girl do formy. Warto to docenić.

Recenzja: Toro y Moi Anything in Return

Toro y Moi

Anything in Return (2013)

Carpark Records


 

Toro is not chillwave – tak o samym zainteresowanym mówi jego znajomy Tyler, the Creator. Łatkę, którą przypięto Bundickowi jeszcze zanim wydał swój debiut – Causers of This – można i trzeba wyrzucić do kosza. Im szybciej tym lepiej. Od 2010 roku minęło sporo czasu, a sam nurt chillwave’owy przygasł tak szybko jak się pojawił. Poza tym, na drodze do swojego trzeciego albumu, Toro popełnił jeszcze Underneath the Pine czy epkę Freaking Out, które ukazały skalę umiejętności oraz rozwoju Chaza.

Brzmienie Anything In Return, jest kontynuacją tego, co słyszeliśmy na wcześniejszych wydawnictwach i jest kolejnym naturalnym krokiem muzycznej ewolucji autora. Jedyną różnicą są bardziej wyraziste, głębokie melodie. Z pewnością Bundick dał popis swoich technicznych, producenckich umiejętności i upust swoim transgatunkowym fascynacjom. Tytułem jednego z singli – „So Many Details” – można opatrzyć co najmniej kilka utworów z tej płyty. Wielka szkoda, że na albumie zabrakło eksperymentalnego „Lyin’ (Parts 1-4)”.

Zaczyna się bardzo klimatycznie, kawałkiem „Harm in Change” z czystym pianinem i zniekształconymi keyboardami. Dalej mamy dwa single: „Say That” z hipnotyczną linią melodyczną i dopełniającymi je syntezatorami oraz wspomniany „So Many Details”, gdzie usłyszeć można bogactwo detali, jakimi Chaz ozdabia swoje nagrania. Niestety od czwartego do dziewiątego numeru, atmosfera jakby siada. Rozpatrując każdy utwór z osobna, ocena byłaby pozytywna, jednak słuchając ich po kolei, trzeba uważnie śledzić playlistę by trafnie je od siebie odróżnić. Na szczęście wraz z najbardziej popowym numerem na płycie – „Cake” – rodem z italo disco, następuje przełamanie tej tendencji i już do końca płyty możemy w pełni czerpać przyjemność z brzmienia Toro y Moi. Pomaga w tym z pewnością najbardziej energetyczny kawałek na płycie, „Never Matter”.

Ciężko wtłoczyć Toro do jakiejkolwiek szufladki z nazwą konkretnego gatunku muzycznego. Anything in Return jest jego najbardziej spójnym i konsekwentnym albumem. Delikatny wokal okrasza rozbudowane melodie, które przyjmują formę elektronicznej synth popowej mozaiki. Chaz zdaje się mówić tym albumem: Dopiero wchodzę w dorosłość. Mam przed sobą mnogość wyborów, zamierzam próbować i nie podejmować pochopnych decyzji. Świadome podejście.

Recenzja: Solange True EP

Solange

True (2012)

Terrible

True to wydawnictwo, którym Solange rzuca wyzwanie wszystkim, którzy widzą w niej jedynie „młodszą siostrę Beyonce”. Artystka podejmuje zdecydowaną próbę określenia swojego miejsca na muzycznej mapie, a pomaga jej w tym producent Dev Hynes. Mimo, że jest to jedynie zapowiedź albumu długogrającego, to wyraźnie wyznacza kierunek, w którym zmierzają jej poczynania. Materiał, który znalazł się na płycie jest dojrzały, świadomie wyselekcjonowany i dopracowany tak, by wciągać i uzależniać. Świetnym posunięciem jest przeniesienie słuchaczy w czasie. Klimat lat 80-tych tworzony przez  nieśmiertelne syntezatory czy pulsujące, nieskomplikowane linie basu, doskonale współgra z subtelnym wokalem Solange. Akcenty w stylu disco czy groove umiejętnie spięto klamrami R&B.

W przypadku True diabeł tkwi w sekcji rytmicznej. Perkusja, urozmaicona afrykańskimi instrumentami, w połączeniu z basem, nadaje indywidualny charakter każdemu utworowi. Niezwykłym tego przykładem jest „Locked in Closets”, w którym dźwięki zdają się synchronizować z krwiobiegiem słuchacza, zaskakując smaczkami w postaci klawiszowych czy perkusyjnych wstawek. Grzechem byłoby pominięcie wyśmienitych harmonii jak w „Losing You” czy „Some Things Never Seem To Be Fucking Work”, które przywodzą na myśl stare, dobre czasy, gdy słuchanie girlsbandów sprawiało jeszcze przyjemność. Lecz nie tylko tanecznymi dźwiękami żyje True. Krótkie „Look Good With Trouble” wprowadza w pościelowy klimat „Bad Girls” pozostawiając słuchacza w nastroju niepokojącego odprężenia.

Na tym wydawnictwie udało się płynnie połączyć dzień z nocą. Artystka podarowała słuchaczom zarówno poruszającą kołysankę jak i energetyzującą nutę napędową, zachowując przy tym stuprocentową spójność i konsekwencję. Jej wynurzająca się z mgły muzyczna sylwetka nabrała charakteru i wyrazistości. Dla wielu stała się Solange. Bez dodatkowego opisu.

Recenzja: Bruno Mars Unorthodox Jukebox

Bruno Mars

Unorthodox Jukebox (2012)

Atlantic

Pierwszy album Bruna Doo-Wops & Hooligans odniósł nie tylko spory sukces komercyjny, ale zyskał także przychylne recenzje krytyków. Często w takich przypadkach, wydając drugą płytę, trudno jest zachować zadowalający obie strony poziom. Mars znalazł jednak sposób na utrzymanie równowagi w tej kwestii jeszcze przez jakiś czas.

Na Unorthodox Jukebox Bruno kontynuuje założenia, które sprawdziły się na poprzedniej płycie. W chaotycznym repertuarze po raz kolejny znalazły się: typowy utwór z wpływami reggae („Show Me”), ballady prostodusznego romantyka („When I Was Your Man”, „Young Girls”) oraz nieskomplikowane popowe kawałki („Money Make Her Smile”, „Natalie”).

Mars nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaprezentował nam przebojowych numerów, których inspiracji należy szukać nawet o kilka dekad wcześniej. Wokalista czaruje i urzeka damską część publiczności słodkim głosem w piosence na wzór hymnów z lat 60. – „If I Knew”, hołduje zespołowi The Police w singlowym „Locked Out of Heaven” oraz odświeża funkowo-dyskotekowego ducha dawnych potańcówek w wibrującym „Treasure”. Stara szkoła swobodnie miesza się tutaj z nową. Łatwo wpadające w ucho, oparte na żywych instrumentach podkłady tworzą idealne radiowe, ale niebanalne, hity.

Unorthodox Jukebox to bezpieczna kopia poprzedniej płyty, która sprawi, że Bruno nie będzie musiał martwić się o swój los przez najbliższych kilka miesięcy. Pytanie tylko – co potem? Obawiam się, że przy następnym wydawnictwie fani mogą wymagać czegoś więcej niż jedynie poprawności.

Recenzja: Cody ChesnuTT Landing on a Hundred

Cody ChesnuTT

Landing on a Hundred (2012)

One Little Indian

Soul, klasyka, powrót do korzeni, Motown – tych kilka krótkich wyrażeń w najlepszy sposób opisuje najnowszy album artysty. W tym roku minęło 10 lat od wydania jego pierwszego dzieła The Headphone Masterpiece, jak można się więc domyślić, wszystko co słyszymy na Landing on a Hundred to podsumowanie minionej dekady w życiu ChesnuTTa. Mimo tego, iż w odróżnieniu od pierwszego albumu Cody zdecydował się rejestrować materiał w profesjonalnym studiu w Niemczech, jego zamiłowanie do analogowych technik nagrywania sprawia, że całość brzmi jakby stworzona była w domowym warunkach. Głębokość i ciepło analogowych taśm dają o sobie znać.

Podczas gdy pierwsza płyta była mieszanką popu, soulu i rapu, tym razem dostajemy krążek oparty w stu procentach o muzykę soul z okresu początku lat 70-tych. Cody skutecznie manipuluje swoim głosem oraz dźwiękiem instrumentów inspirując się przy tym największymi legendami soulu: Gayem, Womackiem czy Mayfieldem. Jeśli chodzi o treść, muzyk ociera się o różne tematy, oddając hołd swoim afrykańskim korzeniom w „I’ve Been Life”, rozważając o kwestiach miłości w „Love Is More Than a Weeding Day”, a także poruszając kwestie odkupienia w „Til I Met Thee”. Warto zaznaczyć, iż zdecydowaną siłą Codiego jest zdolność łączenia tematów socjalnych, politycznych i miłosnych z zachowaniem odpowiedniego balansu i uniknięciem tandetnego i taniego wydźwięku. Artysta swoimi tekstami zabiera nas na wycieczkę po życiu pełnym wzlotów, upadków, nadziei oraz ostatecznego zwycięstwa.

Analizując słabsze strony, muzycznie nie jest to produkt dla osób oczekujących nowoczesnych rozwiązań, ciekawych aranżacji oraz różnorakiej struktury utworów. Miłośnicy muzycznych innowacji z pewnością nie znajdą tutaj zbyt wielu rzeczy dla siebie. Mimo tego Cody swoim brzmieniem zabiera nas w interesującą podróż po zapominanych nieco w dzisiejszych czasach sferach oryginalnej muzyki soul, gdzie szumy i szelesty taśm dodają uroku a nie zakłócają odbioru płyty. Podsumowując całość, Landing on a Hundred to interesujące i ciekawe wydawnictwo, które jest godne polecenia wszystkim koneserom i fanom muzyki soul z lat 60-tych i 70-tych.

Recenzja: Nick Waterhouse Time’s All Gone

Nick Waterhouse

Time’s All Gone (2012)

Innovative Leisure

Po gigantycznym sukcesie Back to Black Amy Winehouse, retro soul na dobre zadomowił się we współczesnej popkulturze. Niczym grzyby po deszczu zaczęli wyrastać kolejni wykonawcy, mniej lub bardziej ewidentnie inspirujący się klasycznym rhythm & bluesem. Wkrótce słuchacze się znudzili, moda się zmieniła, ale nurt pozostał i nadal radzi sobie całkiem nieźle. W związku z tym pytanie jak odróżnić prawdziwie dobry album od marnej imitacji wciąż pozostaje aktualne.

Nick Waterhouse to idealny przykład na to, że współcześnie można tworzyć autentyczny rhythm & blues, głęboko zakorzeniony w klasyce gatunku. Kalifornijczyk nie wykorzystuje swojego brzmienia jako punktu zaczepienia do wielkiej multimedialnej kariery, nie dba o aktualne trendy, wydaje swoje płyty na winylu, jak nakazuje tradycja. Muzyka broni się sama.

Na Time’s All Gone, ledwie ponad półgodzinnym debiutanckim longplayu, Waterhouse nie stara się przepisywać przeszłości na teraźniejszość, by brzmieć adekwatnie; nie wygładza brzmienia; nie podszywa się pod kogoś, kim nie jest; nie pożycza wybranych elementów stylistyki lat 60., ignorując te, które mu nie leżą; nie jest wybitnym wokalistą — po prostu robi swoje, nagrywa muzykę, która go stworzyła i robi to z niesamowitym wyczuciem. Płyta zachwyca naturalnością z jaką muzyczna elegancja zostaje tu wpisana w surowy, niemalże garażowy rhythm & blues. Album jest kwintesencją przebojowości w starym stylu — na krótkie, ale intensywne piosenki składają się przejrzysty rytm, szczere emocje i nieskrępowane meandry żywych instrumentów.

A gdzie w tym wszystkim współczesność? Współczesność nie ma do zaoferowania niczego ponad tę w jakimś sensie pierwotną energię bijącą z każdego z jedenastu numerów na Time’s All Gone. Brown, Redding, Charles byliby dumni. Waterhouse’a można ze spokojem i bez cienia wątpliwości położyć na jednej półce w ich towarzystwie.

Recenzja: Cee Lo Green Cee Lo’s Magic Moment

Cee Lo Green

Cee Lo’s Magic Moment (2012)

Warner

„Dobra robota Cee Lo! Dobrze Cię widzieć po raz kolejny w tv! Uwielbiamy wszystkie twoje przeboje!” – sarkastycznie na temat ostatniej działalności muzyka wypowiadają się bohaterowie jednego z ostatnich odcinków serialu South Park. Wiecznie czujni łowcy absurdów popkultury po raz kolejny trafiają w sedno. Nie tylko oni zastanawiają się co kieruje panem Greenem, że ponad eksperymentalny hip hop postawił balansowanie na granicy kiczu w sferze retro-popu, a medialną nieśmiałość projektu Gnarls Barkley zamienił na celebryckie wszędobylstwo. Kiedy dowiedziałem się, że szykuje album ze świątecznymi piosenkami zacząłem się zastanawiać, czy będzie to tylko strzał w kolana, czy już gwóźdź do trumny.

Lubię wydany dwa lata temu nostalgiczny brzmieniowo album The Lady Killer. Jego urok tkwił nie tyle w podróży w lata 60.-80., co w kreowaniu bezpośrednio na muzycznej płaszczyźnie image’u pociesznego psychopaty z kreskówkowym głosem i niewyparzoną gębą. Są to aspekty, na które zabrakło miejsca na Cee Lo’s Magic Moment. Covery najbardziej znanych centrohandlowych przebojów na gwiazdkę nie dają wokaliście pola do popisu. Cee Lo grzecznie trzyma się oryginalnych wersji utworów. To zła droga – ktoś taki jak on powinien wokalne braki nadrabiać charyzmą post-outkastowego freaka, emanowaniem ekstrawagancją, a standardy śpiewane pod linijką zostawić takim osobom jak Michael Buble, czy obecny na płycie Rod Stewart.

Same aranżacje również utrzymane są głównie w mocno klasycznym stylu, dopiero zaskakująco chłodna i syntetyczna „Cicha noc” wzbudza pewien podziw – szkoda, że to dopiero ostatni utwór na płycie. Przed nim trzeba się zmierzyć na przykład z „All I Need Is Love” – koszmarkiem bazującym na muppetowym „Mah Na Mah Na”, słuchając którego poczułem w sobie nienawidzącego świąt Grincha.

„Walcie się, jestem Cee Lo i mogę robić co chcę, nawet nagrać świąteczny album!” – mam cichą nadzieję, że właśnie taka idea przyświecała muzykowi z Atlanty, kiedy zdecydował się nagrać tę płytę. Wciąż go cenię i dalej wierzę, że znów uraczy nas dobrym krążkiem, ale niestety, chcąc nie chcąc, słuchając Cee Lo’s Magic Moment zamiast przeżywać magiczną chwilę, z wyjątkowym utęsknieniem patrzyłem na półkę, na której stoją niesamowite Soul Food, Cee-Lo Green… Is the Soul Machine, czy St. Elsewhere.

Recenzja: L’Orange The Mad Writer

L’Orange

The Mad Writer (2012)

Jakarta

Od lutego 2011 roku, kiedy to ukazała się jego pierwsza epka The Manipulation, fani talentu L’Orange’a czekali na długogrający album. Po drodze dostaliśmy Old Soul, krążek z remiksami i mashupami, poświęcony pamięci i twórczości Billie Holiday. Jak się okazuje, okres ten był męczący dla samego twórcy, który długo marzył o swoim pierwszym, prawowitym solowym albumie. Nareszcie jest.

The Mad Writer to album koncepcyjny w czystej postaci, na którym teksty i wokalne występy są inspirowane filmami noir i jazzem z tamtej epoki. W trakcie 13 utworów odbywamy z tym zdolnym producentem kinową podróż do przeszłości, duszy, umysłu i wyobraźni . . . szalonego pisarza.

Sama produkcja artysty jest praktycznie bez skazy. Wszystko jest dopieszczone i dopięte na ostatni guzik. Sporo tu instrumentalnego i eksperymentalnego hip-hopu, połączonego z elementami jazzu, soulu i trip-hopu. Jeśli idzie o zaproszonych gości, to L’Orange postawił na znanych sobie z poprzednich projektów wykonawców. Trzeba przyznać, że jest to dość wytworne towarzystwo. Być może nazwiska takich postaci jak yU, Blu, Has-LoErica Lane szerszej publiczności mówią niewiele, ale idealnie wpasowują się w takie przedsięwzięcie. Niewątpliwie utwory z ich udziałem wysuwają się przed szereg — w tytułowym nagraniu, yU zagłębia się w umysł rzeczonego, szalonego pisarza, w „Alone” Blu daje próbkę swojego storytellingu, zaś w „Femme Fatale” Erica Lane, ucieleśnia jeden z klasycznych motywów filmów noir, czyli kobietę fatalną. Album jest złożony tak, że jedno nagranie zgrabnie przechodzi w drugie, co tworzy niezwykle urokliwy klimat. Niemal siedzimy obok Rity Hayworth palącej papierosa, uchwyconej na czarno-białej taśmie filmowej.

The Mad Writer legitymizuje pozycję L’Orange jako jednego z ciekawszych i uzdolnionych producentów w gatunku instrumentalnego hip-hopu. Artysta ma wyjątkowe wyczucie jak łączyć bogactwo talentów swoich gości ze swoją wyjątkową kreatywnością pod jednym szyldem. Utożsamiając na chwilę, tytułowego szalonego pisarza z autorem tego wydawnictwa, można stwierdzić, iż  twórca zagubił się w swoim umyśle, lecz znalazł z niego wyjście, zwyczajnie go pożerając.

Recenzja: Alicia Keys Girl on Fire

Alicia Keys

Girl on Fire (2012)

RCA Records

Nie bądź zły, to tylko całkiem nowa ja – śpiewa Alicia w otwierającym Girl on Fire utworze. Złym być nie można, bo zmiany są niewielkie, a mimo kiepskich singli dostajemy album, który tworzy najbardziej zwartą całość od wydania The Diary.

Mówi się, nieważne jak się zaczyna, ale jak się kończy. Keys nie tylko doskonale otwiera album znakomitym „Brand New Me”, ale zamyka go w jeszcze lepszym stylu przedstawiając w pełni dojrzały obraz samej siebie jako artystki. Ale choć klasyczne momenty mogą wydawać się najlepsze, na tle całej płyty wyróżniają się także te, gdzie Alicia pozwoliła innym artystom uchylić rąbka ich talentu i muzycznego kunsztu. Jako że jej samej od kilku lat nie udaje się już niczym zaskakiwać, wszelkie eksperymenty muzyczne dodają projektowi choć odrobinę świeżości (m.in. zaangażowanie lepszej połówki duetu The xx, Jamiego Smitha w „When It’s All Over”).

Ale jest tu także kilka poważnych pomyłek. Najsłabszy element to tytułowy „Girl on Fire”, który przewrotnie ma najmniej ognia ze wszystkich utworów. Nie jest to ewenement, że najsłabsza piosenka promuje całe wydawnictwo. Bardziej dziwi fakt, że nikt w sztabie tak szanowanej wokalistki nie zapobiegł wydania marnej kopii „No One” i to w najgorszej z możliwych wersji. W szczególności, że z kolejnym „Fire We Make” dzieli je ogromna przepaść. Duet z Maxwellem jest utworem subtelnym i pełnym klasy.

Nawet mimo tych słabszych momentów na Girl on Fire nawet można odnaleźć to, czego najbardziej brakowało na The Element of Freedom. Od zakorzenionego w tradycjach Motown „Tears Always Win”, delikatnego „Not Even the King” czy potwierdzającego pisarski talent Franka Oceana „One Thing” – słuchanie Alicii ponownie daje przyjemność w najczystszej postaci.

Kiedy wszystkie znaki na ziemi i  niebie wskazywały na kolejny bolesny zawód, Alicii z pomocą tuzina producentów udało się stworzyć solidną, spójną płytę łączącą spokojne, nastrojowe dźwięki z nowoczesnym brzmieniem. Wszyscy lubimy takie miłe niespodzianki.

Recenzja: Josh Berman & His Gang There Now

Josh Berman & His Gang

There Now (2012)

Delmark

Wyobraźcie sobie, że Art Ensemble of Chicago bierze na warsztat klasyczne big bandowe melodie Louisa Armstronga. Co następuje? Harmonijne brzmienie zostaje brutalnie zakłócone i rozerwane na drobne strzępy przez szaleńczą free jazzową improwizację. To właśnie czyni na swojej ostatniej płycie There Now amerykański kornecista Josh Berman wraz z grupą siedmiu współpracowników, których nazywa staromodnie swoim gangiem.

Berman robi to, co ostatnio jest dość powszechne na wszelkich płaszczyznach muzyki rozrywkowej, czyli pożycza stare i po swojemu miesza je z nowym. O ile jednak nierzadko efekty takich połączeń bywają niezręczne i odtwórcze, na There Now wszystkie dźwięki układają się swobodnie, przez co płyta jako całość brzmi bardzo adekwatnie, nawet jeśli wciąż, dla niektórych, niewystarczająco nowatorsko.

Grupa na potrzeby projektu pożyczyła kilka jazzowych standardów sięgających aż do lat 20. poprzedniego stulecia — wśród nich „Liza” i „Sugar” Eddiego Condona czy „I’ve Found a New Baby” spopularyzowane m.in. przez Benny’ego Goodmana — które niejako przetransponowała na warunki współczesnego jazzu, częstokroć zmieniając je nie do poznania dzięki pstrzącym się gęsto kunsztownym, nierzadko improwizowanym, solówkom i motywom. Te same zabiegi zastosowano zresztą w oryginalnych kompozycjach Bermana, co pozwoliło na wplecenie ich zupełnie niepostrzeżenie w bieg albumu, bez zakłócania jego misternej konstrukcji.

Prawdziwy jazz wcale nie umarł — ma się doskonale, właśnie dzięki takim płytom jak There Now. Usunął się jedynie gdzieś w cień, przytłoczony coraz szybszym biegiem czasu. Ale kto wie — być może za kilkadziesiąt lat jego współczesne owoce staną się równie legendarne, co płyty Mingusa, Monka czy Davisa obecnie? Szczególnie jeśli są tego naprawdę warte.

Recenzja: Keyshia Cole Woman to Woman

Keyshia Cole

Woman to Woman (2012)

Geffen

Aleksander Świętochowski mawiał kiedyś: „Rozumem kobiety jest miłość”. Słuchając piątego albumu Keyshii Cole, zatytułowanego w wolnym tłumaczeniu Kobieta kobiecie, nie sposób się z nim nie zgodzić.

Krążek to zbiór rozmaitych historii o wzlotach i upadkach płci pięknej. Historii, o których słyszała lub co gorsza, doświadczyła ich każda z nas. Mężczyzna, który oszukuje, zdradza, nie zapewnia odpowiedniej ilości czułości i namiętności, facet-świnia. Keyshia nie ma dla nich litości — w takich numerach jak „Enough of No Love” czy „Zero” z impetem rozlicza się z każdym napotkanym osobnikiem płci przeciwnej. Ból i frustracja wyrażone są także w emocjonalnych balladach „Trust and Believe” oraz tytułowej „Woman to Woman”. Gniew ten pozwolił uwolnić głęboko skrywane żale z przeszłości i sprawił, że Keyshia znów śpiewa na miarę swoich możliwości. Subtelne soprano wokalistki doskonale współgra z beatami utrzymanymi w średnim tempie.

A jeśli chodzi o nie, Woman to Woman niczym nie zaskakuje. W tej kwestii Keyshia pozostaje konsekwentna od lat — jej domeną jest konwencjonalne R&B z domieszką soulu czy ewentualnie kilku rześkich sampli. Łagodne, wyważone melodie „Hey Sexy” czy „Wonderland” dają nam jednoznaczny sygnał, że wszystko jest na swoim miejscu. Można odnieść wrażenie, że Cole z chęcią wraca do soczystych lat 90., czerpiąc inspiracje od div tamtych czasów – Faith Evans czy Mary J. Blige, powoli sama stając się jedną z nich.

Woman to Woman to solidny materiał, który udowadnia, że twórczości Keyshii można zaufać. To kolejny album do postawienia na jednej półce obok wielu pozycji sprzed lat, które pomagają podczas kłopotów z mężczyznami i towarzyszą płaczliwym rozmowom z przyjaciółkami.

Recenzja: Whitney Houston I Will Always Love You: The Best of Whitney Houston

Whitney Houston

I Will Always Love You: The Best of Whitney Houston (2012)

RCA

Z kompilacjami największych przebojów bywa różnie, zwłaszcza, że i oczekiwania słuchaczy mogą nie być jednakowe. Dodatkowo Whitney Houston sama w sobie jest ikoną, a jej twórczość zasługuje na stałe miejsce na półkach. Z tego właśnie powodu albumy takie jak ten należy odpowiednio przemyśleć i przygotować.

I Will Always Love You: The Best of Whitney Houston jest dobrze zaplanowanym wydawnictwem. Prowadzi słuchacza przez albumy artystki począwszy od pierwszego, aż po ostatni. Atutem płyty jest chronologiczne ułożenie utworów, które pozwala niejako prześledzić przebieg jej kariery.  Początek kompilacji to kwintesencja najlepszego okresu twórczości Whitney — połączenie niesamowitych ballad z mistrzowsko skomponowanymi i wykonanymi utworami stworzonymi do tańca. Nie trzeba zamykać oczu, by otoczył nas klimat lat 80-tych. Całość otwiera nastrojowe „You Give Good Love”, by już za moment przejść w rytmiczne „How Will I Know” i „I Wanna Dance With Somebody”. W ten sposób dochodzimy do lat 90-tych i soundtracków, gdyż jak wskazuje tytuł kompilacji, nie może obejść się bez „I Will Always Love You” z Bodyguarda. Ten pełen emocji, genialnie obrazujący umiejętności artystki utwór na zawsze pozostanie jej muzyczną wizytówką. „Exhale (Shoop Shoop)” i „I Believe in You and Me” godnie reprezentują dwie pozostałe ścieżki dźwiękowe do filmów z udziałem Houston. Ten drugi, pochodzący z Żony pastora, niesie optymistyczny przekaz i ciepło dzięki efektownemu wykorzystaniu sekcji smyczkowej.

W towarzystwie przebojów z czasów świetności Houston pojawiają się także dwie nowości. Przedostatni utwór to nowa wersja „I Look to You” z udziałem R. Kellego. Jest przyjemnym akcentem, a jednocześnie pokazuje, że twórcy kompilacji uwzględnili również ostatnie poczynania artystki. Na zakończenie słuchacze otrzymują niepublikowane wcześniej „Never Give Up”. Nie spodziewałam się, że będzie to najmocniejszy punkt wydawnictwa, lecz  trzeba przyznać, że stanowi piękną puentę — wkomponowuje się zarówno w konwencję, jak i zmusza do refleksji nad pełnym upadków i wzlotów życiem jednej z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie muzyki.

Twórczość Whitney jest dobrze znana i broni się sama, nie wymaga więc zbytniej reklamy. Ta kompilacja jest natomiast przemyślanym, dobrze ułożonym i wartym zakupienia albumem, który godnie uzupełni kolekcje fanów. Będzie dobrym prezentem, chociażby z okazji zbliżających się świąt.

Recenzja: Amy Winehouse At the BBC

Amy Winehouse

At the BBC (2012)

Universal Music Group

Amy Winehouse kochała występy na żywo. Choć mało kto mógł mieć tego świadomość w ostatnich latach jej życia, kiedy materiały z koncertów przedstawiały zataczającą się i niepamiętającą tekstów własnych piosenek kobietę w opłakanym stanie. Kolekcja At the BBC może to zmienić i przypomnieć, że przed wpadnięciem w szpony nałogów, mieliśmy do czynienia z jedną z najbardziej utalentowanych wokalistek naszych czasów.

Nie jest to zwyczajny album na żywo, ale zbiór wybranych występów Winehouse, jakie dała dla brytyjskiej rozgłośni BBC. Otrzymujemy zatem kilka nagrań z festiwali, programów radiowych i telewizyjnych. Może się wydawać, że dosyć długi okres czasu, jaki obejmują nagrania (2004–2009), a przez to swojego rodzaju eklektyzm nie jest w stanie stworzyć całości. Wspólny mianownik znajduje się jednak w osobie samej Amy. Live at the BBC to Winehouse w najlepszym okresie koncertowym jej życia.

W głosie piosenkarki słychać zaangażowanie, pasję, miłość do muzyki. Dokładnie to, czego zabrakło, gdy uzależnienie wzięło górę nad jej życiem. Największy skarb Amy brzmi silnie i czysto – w szczególności w nagraniach z 2004 roku, kiedy młoda wokalistka bawi się głosem – w doskonałym, jazzowym „Lullaby of Birdland” czy przebojowym „Best Friends, Right?”. Ogromną zaletą wydawnictwa jest właśnie nieograniczenie się do stałego koncertowego setu Winehouse sprzed kilku lat i umieszczenie utworów z debiutanckiego Frank (który wokalistka po wydaniu Back to Black prawie całkowicie pomijała) czy niewydanych wcześniej coverów.

W czasach gdy pośmiertnie albumy gwiazd często budzą kontrowersje dotyczące jakości i poziomu nagrań, At the BBC ukazuje wokalistkę z najdoskonalszej strony i przypomina, za co tak naprawdę pokochaliśmy Amy Winehouse.

Jessie Ware - What's Your Pleasure