Recenzja: Common Let Love

Data: 1 października 2019 Autor: Komentarzy:

Let Love

Common

Common / Loma Vista / Concord

Po chybionej współpracy na linii he’s the DJ, I’m the rapper z No I.D., której kulminacji należy upatrywać w bezbarwnym Nobody’s Smiling, na politycznym Black America Again Common wrócił pod skrzydła długoletniego współpracownika, znakomitego perkusisty jazzowego i producenta odpowiedzialnego za brzmienie m.in. klasycznego Like Water for Chocolate Karriema Rigginsa. Wydany przed miesiącem dwunasty krążek Commona Let Love to udana kontynuacja tej wieloletniej znajomości.

O ile jednak Black America Again wynikało z potrzeby skomentowania amerykańskiej rzeczywistości w obliczu widma zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, o tyle Let Love jest bardziej osobiste i intymne. Choć Common w dalszym ciągu porusza tematy niełatwe — w „Memories of Home” opowiada o wrażliwym dzieciaku, któremu ojca zastąpiła ulica, a w „Fifth Story” dostarcza rasowy storytelling ze zręcznym plot twistem, rozpisany na dwie role, gdzie w zdradzoną partnerkę w podwójnym refrenie wciela się Leikeli47 — akcent krążka położony jest na dążenie do miłości i świadomości. Tym samym dzięki organicznej produkcji, względnie kompaktowej formie i pozytywnemu przesłaniu Let Love w dyskografii Commona najbliżej do kultowego już Be. Kameralne „Good Morning Love” oparte na jazzowym perkusyjnym bicie jest w tym kontekście znakomitym kluczem do zrozumienia intencji rapera — Common trzeźwo zauważa, że nigdy nie przestajemy się stawać, że każde kolejne doświadczenie buduje nas na nowo — w tym sensie Let Love należałoby odczytać jako Become.

Przez ten pryzmat nawet laurki rapera do samego siebie można odbierać wyłącznie jako objaw zdrowego egoizmu i część płyty konieczną do dopełnienia koncepcji zawartej w tytule — w pędzącym „Herculesie” Common jest prawdziwie nieustraszony, w subtelnym „HER Love” wraz z Danielem Caesarem domyka z kolei trylogię o miłości do hip hopu, którą rozpoczęło wydane w 1994 roku „I Used to Love H.E.R.”. Zamknięty w nieco ponad trzech kwadransach krążek jest lżejszy od poprzednika pod każdym względem, zwłaszcza gdy rozkosznie rozpływające się w miłości do jazzu aranże Rigginsa parowane są z neo-soulowymi refrenami na wzór ostatnich płyt Noname czy Quelle Chrisa. W takim anturażu Common wieńczy Let Love słodką jazzrapową trylogią — od podszytego fortepianowym samplem i zwiewną smyczkową aranżacją, leniwie przestępującego przez jesienne tony „Show Me That You Love”, przez przesiąknięte post-mayfieldowskim optymizmem „My Fancy Free Future Love” nieskrępowanie samplujące „Fancy Free” Freedom Express, aż po uduchowioną kulminację w „God Is Love”, które z gospelowym zacięciem utwierdza słuchacza w pozytywnej wymowie Let Love z jasnym przesłaniem wyśpiewanym w refrenie współ przez Leona Bridgesa i Jonathana McReynoldsa — „Even when the hard times come / I’ll be standing in your love / Grateful for this life / You turned on the light”.

Komentarze

komentarzy