Recenzja: Gabriel Garzón-Montano Agüita

Data: 15 października 2020 Autor: Komentarzy:

Gabriel Garzón-Montano - Agüita

Gabriel Garzón-Montano

Agüita

Jagjaguwar

„Dlaczego nie mogę być nominowany w kategorii pop?” — pytał Tyler, The Creator po otrzymaniu nagrody Grammy za najlepszy rapowy album dla Igora. Pytanie to zresztą niebezzasadne (o ile przymkniemy oko na to, że Igor jest prawdopodobnie zbyt nieoczywisty aranżacyjnie dla kwadratowych kryteriów kapituły); ale też przecież nie takie nowe. A ostatnie przykłady aktywnych prób stworzenia popowej koegzystencji narodowościowo-muzycznej (do których należała choćby płyta Rosalíi) dają nadzieję, że odejście od anglosaskiej kategoryzacji w muzyce popularnej nie musi od razu kojarzyć się z cepelią.

W tym roku indywidualistycznymi ścieżkami Rosalíi czy Kali Uchis poszli kolejni muzycy, a Jagjaguwar zdaje się stosować żelazną konsekwencję w wypuszczaniu albumów promujących wielowątkowe historie muzyczne czy też (jak to się kiedyś określało zgrabnym i mało istotnym znaczeniowo słowem) eklektyzm. W konsekwencji sofomorem Græ Mosesa Sumneya okazuje się Agüita Gabriela Garzona-Montano.

Sam Montano określił album jako starcie trzech osobowości: hitmakera z kręgu urban latino, kapryśnego impresjonisty i zawadiackiego lidera. W jakim to celu tyle wszystkiego? Ano w takim, żeby pokazać złożoność tożsamości, stworzonej nie tylko z tzw. „korzeni”, ale też z inspiracji. A co za tym idzie, dać prztyczka w nos wszelkim uproszczeniom (wzorem swojego idola Prince‘a, którego uhonorował, cytując Lovesexy na okładce).

Starcie osobowości wygrywa jednak na Agüicie liryczny impresjonista. Album otwiera „Tombs” — utwór zapatrzony w Prince’a, a zarazem zbierający plony neo-soulowego ogrodnictwa Jardín. „Tombs” definiuje flagową cechę utworów Montano: podskórne napięcie uwięzione w kameralnej, orkiestrowej narracji. I to właśnie te momenty Montanowych asów z rękawa, gdzie obok siebie stoją delikatność, napięcie i nieoczywiste zwroty narracyjne, są tu najprzyjemniejsze. Choćby takie smaczki jak, bądź co bądź prince’owskie, harmoniczne drobiazgi w „With a Smile” — czy przypadkiem nie jest to wariacja na temat „Sometimes It Snows in April”? Świetnie sprawdza się też funkowe wah wah w „Someone”; niby niepozornym utworze, rozkwitającym w najmniej oczekiwanym momencie, a przy tym jedynym tak przebojowym i konsekwentnym (i nie da się ukryć — linearnym, co jednak nie jest tu zarzutem). I owszem, nieoczywiste prowadzenie melodii może zachwycić; uzupełnienie jej o dzwonki, smyki, harfę, czy inne czyste dźwięki strunowe sprawia, że sen o symfonicznej inkarnacji Prince’a wcale nie brzmi kuriozalnie. A przy obecności takich wybryków jak trapetonowe „Muñeca”, chciałoby się nawet powiedzieć — całe szczęście. Ale tyle szczęścia nie mamy. Mimo kameralnego (choć płochego) uroku Agüita sprawia wrażenie pisanego na kolanie szkicownika, wglądu do zapisków z inspiracjami (jak finałowy „Blue Dot”, przypominający relację ze spotkania Björk i Radiohead circa A.D. 2000) i rozpoczętymi wątkami, które dopiero miałyby się rozwinąć.

Z materiałów prasowych wynika jednak, że Gabriel Garzón-Montano dużo nad Agüitą rozmyślał. Szkoda, że tyle energii wykorzystał na celebrację indywidualizmu, bo zabrakło mu jej do stworzenia zajmujących kompozycji. Te bywają rokujące, ale w ostateczności pozostają rozmyte i zbyt niekonsekwentne brzmieniowo, żeby chciały chwycić uwagę słuchacza choćby w połowie tak skutecznie jak okładka i koncept stojący za płytą. Do swojego indiepopowego albumu najwyższej próby pan Montano będzie musiał jeszcze trochę poszkicować.

Komentarze

komentarzy