jagjaguwar

Recenzja: Moses Sumney Græ

Moses Sumney - Grae

Moses Sumney - Græ

Moses Sumney

Græ

Jagjaguwar

Parafrazując klasyka: uwielbiam Mosesa Sumneya w izolacji/nie znoszę Mosesa Sumneya w izolacji. Jeszcze w lutym podział jednego albumu na dwie odseparowane wydawniczo części można było nazwać przekornym, na upartego nawet eksperymentalnym; dziś, niczym samospełniająca się przepowiednia, świetnie wpasowuje się w nastroje społeczne. Nie jestem jednak pewna, czy równie dobrze wpasowuje się w nastroje percepcyjne. Ja nadal mieszam się w odczuciach co do Græ, mimo że zgodnie z zamysłem Mosesa Sumneya-performera wygląda to (paradoksalnie) na prawidłową reakcję.

Sam autor sugeruje bowiem, że złożoność materiału i waga przesłania o wielowymiarowej tożsamości wymaga równie kompleksowego, skupionego procesu odbiorczego. I nawet przy pełnym zrozumieniu dla tego postulatu i wydawniczego kaprysu (powiedzmy, że dydaktycznego), przypadkiem precyzyjnie odpowiadającego na potrzeby łasego na nowe bodźce życia w rozproszeniu, nie potrafię przejść obojętnie nad pytaniem „po co”. No bo po co usilnie dopowiadać to, co wyraźnie powiedziano już kilka miesięcy temu. Założenie formy wynikającej z funkcji w takiej rozpiętości czasowej i przestrzennej balansuje na granicy przerostu formy nad treścią.

Bo przecież to, że labirynty Sumneya wypełnione są niejednoznacznością wiemy już od dawna. Aranżacje na Græ są wprawdzie dużo bardziej bezczelne od kameralnej ambient-artowej oprawy z debiutu Aromanticism. Więcej, głośniej!; zdaje się komenderować wokalista, co słychać choćby w quasi-awangardowej szarpaninie wokalu, smyków i gitary w „Conveyor” czy w „Virile”, gdzie warkocz harfy podczepiony dźwiękami fletu wije się słodko na progu, by chwilę później dołączyć do krzykliwego, gitarowego pochodu. Nic nowego pod słońcem, narracja oparta na antynomiach to przecież jeden z emblematów Sumneya, który upodobał sobie dialogowanie wśród takich par jak słaby-silny czy ascetyczny-wystawny. W tych zestawieniach tkwi zresztą jego wyjątkowość; wzmiankowana szarość (czy niejednolitość) nie powinna być jakimś szczególnym zaskoczeniem. Nawet obudowany monumentami aranżacji Græ: part 1 nie jest pozbawiony Sumneyowskiego oniryzmu. Muzyk konsekwentnie roztacza wokół siebie aurę mglistej, zapierającej dech w piersiach mary. Nie dziwią skojarzenia z Thomem Yorkiem czy Benjaminem Clementinem. Sumneya wyróżnia od obu nie tylko większe skupienie na wątkach tożsamościowych, ale też pewnego rodzaju enigmatyczność. Pięknie składa się to na kolejną antynomię, bo przy koloraturze narodzonej niewątpliwie w innym uniwersum (aż trudno uwierzyć, że wypracowanej samodzielnie!) i otoczce nierealistycznej persony wokalista tworzy intymne kompozycje, doskonale wiedząc, kiedy rozproszyć wokalno-instrumentalną łagodność lawiną dźwięków. Robi to zresztą bezbłędnie również w drugiej, bardziej kameralnej części Græ. Ta ma nam pewnie jeszcze dobitniej unaocznić flagowe cechy Sumney Industries, choć spokojnie mogłaby funkcjonować jako dodatkowa epka czy materiał, który w dawnych czasach zwykło się nazywać B-Sidem. No i pewnie, ja też czekałam na album Mosesa Sumneya, a koncert na Offie 2018 sprawił, że bez wahania wydałabym każde pieniądze na następny. Emocjonalnie bliżej mi nawet do drugiej części Græ; nie sposób się tam nie rozpłynąć, choćby w subtelnościach à la walczyka „Lucky Me”, z aranżem wyjętym jakimś cudem z szafy Davida Lyncha, a tak naprawdę Jamesa Blake’a (stanowiąc jednocześnie jeden z lepszych utworów Blake’a od dawna). Szkoda, że takie ładne motywy zwyczajnie gubią się w tłumaczeniu tej przegadanej płyty.

Oczywistym jest jednak założenie autora, że szufladkowanie jego twórczości jest tą najmniej pożądaną interpretacją. Odbiór muzyki Sumneya to w dużej mierze tworzenie nowych kategorii odbiorczych. Græ jest tego doskonałym przykładem. Gdybyśmy rozdawali podziemne wersje Grammmy’s, Moses Sumney dostałby pewnie taką dla ambasadora performatywnego autentyzmu i kreatywności. I jeśli znów przyjdzie nam czekać trzy lata na nowy album, Græ będzie wybawieniem. Dziś chciałoby się jednak ciut mniej niż więcej.

Gabriel Garzón-Montano w nowej stylistyce

Gabriel Garzón-Montano

Gabriel Garzón-Montano

Gabriel Garzón-Montano wraca z nowym singlem po 3 latach przerwy

Wszystko wskazuje na to, że wydany właśnie singiel „Someone” Gabriela Garzona-Montanoa to pierwszy zwiastun następcy znakomitego krążka Jardín. Podobnie jak w niecodziennym medleyu nagranym dwa miesiące temu dla Colors Show, artysta wychodzi poza wcześniejszą strefę komfortu opartą na post-Dangelowskim neo-soulu. „Someone” jest bardziej oszczędne aranżacyjnie niż single z Jardín, ale broni się wchodzącym w głowę refrenem i charyzmą Garzona-Montano.

Moses Sumney zapowiada drugi longplay Græ

Moses Sumney

Moses Sumney

Moses Sumney w wydaniu NSFW

Dwadzieścia nowych utworów na rok 2020 — to ambitny plan Mosesa Sumneya na drugie długogrające wydawnictwo. Płyta zatytułowana Græ ma już pełną tracklistę, odważną okładkę (z nagim, najwyraźniej, Sumneyem) i oficjalny preorder — wszystkie trzy znajdziecie na Bandcampie artysty. Jest też pierwszy singiel, który to wydawnictwo promuje zatytułowany „Virile” — nieco bardziej gitarowy niż debiutancki Aromanticism, podobnie jak zeszłoroczna epka Black in Deep Red, 2014, ale wciąż na wskroś artystyczny i progresywny. Nie ma wątpliwości, że Græ będzie intensywną i nietuzinkową płytą. Całość wyda Jagjaguwar, ale dopiero 15 maja. Na osłodę Sumney zaprezentował do pierwszego singla teledysk.

Moses Sumney zadebiutował w 2017 roku znakomicie przyjętym krążkiem Aromanticism, który w zeszłym roku kunsztownie przeniósł na scenę podczas swojego pierwszego występu w Polsce na OFF Festivalu.

Moses Sumney zapowiada długogrający debiut

Aromanticism. Tak zatytułowany został długogrający debiut folk-soulowego wrażliwca z Los Angeles Mosesa Sumneya. Płyta ukaże się 22 września nakładem Jagjaguwar, a od kilku tygodni promuje ją intymny singiel „Doomed” zilustrowany równie sensualnym teledyskiem. Na płycie znajdzie się w sumie 11 utworów — wśród nich znane z zeszłorocznej epki Lamentations „Lonely World”. O tej płycie będzie głośno!

Jessie Ware - What's Your Pleasure