jagjaguwar

Recenzja: Gabriel Garzón-Montano Agüita

Gabriel Garzón-Montano - Agüita

Gabriel Garzón-Montano - Agüita

Gabriel Garzón-Montano

Agüita

Jagjaguwar

„Dlaczego nie mogę być nominowany w kategorii pop?” — pytał Tyler, The Creator po otrzymaniu nagrody Grammy za najlepszy rapowy album dla Igora. Pytanie to zresztą niebezzasadne (o ile przymkniemy oko na to, że Igor jest prawdopodobnie zbyt nieoczywisty aranżacyjnie dla kwadratowych kryteriów kapituły); ale też przecież nie takie nowe. A ostatnie przykłady aktywnych prób stworzenia popowej koegzystencji narodowościowo-muzycznej (do których należała choćby płyta Rosalíi) dają nadzieję, że odejście od anglosaskiej kategoryzacji w muzyce popularnej nie musi od razu kojarzyć się z cepelią.

W tym roku indywidualistycznymi ścieżkami Rosalíi czy Kali Uchis poszli kolejni muzycy, a Jagjaguwar zdaje się stosować żelazną konsekwencję w wypuszczaniu albumów promujących wielowątkowe historie muzyczne czy też (jak to się kiedyś określało zgrabnym i mało istotnym znaczeniowo słowem) eklektyzm. W konsekwencji sofomorem Græ Mosesa Sumneya okazuje się Agüita Gabriela Garzona-Montano.

Sam Montano określił album jako starcie trzech osobowości: hitmakera z kręgu urban latino, kapryśnego impresjonisty i zawadiackiego lidera. W jakim to celu tyle wszystkiego? Ano w takim, żeby pokazać złożoność tożsamości, stworzonej nie tylko z tzw. „korzeni”, ale też z inspiracji. A co za tym idzie, dać prztyczka w nos wszelkim uproszczeniom (wzorem swojego idola Prince‘a, którego uhonorował, cytując Lovesexy na okładce).

Starcie osobowości wygrywa jednak na Agüicie liryczny impresjonista. Album otwiera „Tombs” — utwór zapatrzony w Prince’a, a zarazem zbierający plony neo-soulowego ogrodnictwa Jardín. „Tombs” definiuje flagową cechę utworów Montano: podskórne napięcie uwięzione w kameralnej, orkiestrowej narracji. I to właśnie te momenty Montanowych asów z rękawa, gdzie obok siebie stoją delikatność, napięcie i nieoczywiste zwroty narracyjne, są tu najprzyjemniejsze. Choćby takie smaczki jak, bądź co bądź prince’owskie, harmoniczne drobiazgi w „With a Smile” — czy przypadkiem nie jest to wariacja na temat „Sometimes It Snows in April”? Świetnie sprawdza się też funkowe wah wah w „Someone”; niby niepozornym utworze, rozkwitającym w najmniej oczekiwanym momencie, a przy tym jedynym tak przebojowym i konsekwentnym (i nie da się ukryć — linearnym, co jednak nie jest tu zarzutem). I owszem, nieoczywiste prowadzenie melodii może zachwycić; uzupełnienie jej o dzwonki, smyki, harfę, czy inne czyste dźwięki strunowe sprawia, że sen o symfonicznej inkarnacji Prince’a wcale nie brzmi kuriozalnie. A przy obecności takich wybryków jak trapetonowe „Muñeca”, chciałoby się nawet powiedzieć — całe szczęście. Ale tyle szczęścia nie mamy. Mimo kameralnego (choć płochego) uroku Agüita sprawia wrażenie pisanego na kolanie szkicownika, wglądu do zapisków z inspiracjami (jak finałowy „Blue Dot”, przypominający relację ze spotkania Björk i Radiohead circa A.D. 2000) i rozpoczętymi wątkami, które dopiero miałyby się rozwinąć.

Z materiałów prasowych wynika jednak, że Gabriel Garzón-Montano dużo nad Agüitą rozmyślał. Szkoda, że tyle energii wykorzystał na celebrację indywidualizmu, bo zabrakło mu jej do stworzenia zajmujących kompozycji. Te bywają rokujące, ale w ostateczności pozostają rozmyte i zbyt niekonsekwentne brzmieniowo, żeby chciały chwycić uwagę słuchacza choćby w połowie tak skutecznie jak okładka i koncept stojący za płytą. Do swojego indiepopowego albumu najwyższej próby pan Montano będzie musiał jeszcze trochę poszkicować.

Gabriel Garzón-Montano kwitnie w nowym singlu

Gabriel Garzón-Montano

Gabriel Garzón-Montano prezentuje trzeci singiel z nowej płyty

Gabriel Garzón-Montano na 2 października zapowiedział premierę swojego drugiego studyjnego krążka Agüita i właśnie zaprezentował trzeci singiel go zwiastujący. Numer zatytułowany
„Bloom” miał już swoją premierę podczas marcowego medleyu dla Colors Show, gdzie wokalista wykonał go razem ze znanymi już „Someone”/a> i tytułową „Agüitą”. Tym razem wokalista jest bardziej sentymentalny i introspektywny, a sam numer uderza w delikatniejsze tony. Na albumie znajdzie się dziesięć utworów, w tym m.in. cover z niemieckim jazzmanem Theo Bleckmannem. Wiemy też, że Garzón-Montano będzie kolejnym mężczyzną w tym roku po Mosesie Sumneyu, który na swojej nowej okładce postanowił polecieć Prince’m na pełnej. Tu możecie zobaczyć piosenkarza prężącego tors w tropikalnej scenerii. Szczucie cycem? Być może, ale dopóki muzyka się broni, wcale nam to nie przeszkadza.

Recenzja: Moses Sumney Græ

Moses Sumney - Grae

Moses Sumney - Græ

Moses Sumney

Græ

Jagjaguwar

Parafrazując klasyka: uwielbiam Mosesa Sumneya w izolacji/nie znoszę Mosesa Sumneya w izolacji. Jeszcze w lutym podział jednego albumu na dwie odseparowane wydawniczo części można było nazwać przekornym, na upartego nawet eksperymentalnym; dziś, niczym samospełniająca się przepowiednia, świetnie wpasowuje się w nastroje społeczne. Nie jestem jednak pewna, czy równie dobrze wpasowuje się w nastroje percepcyjne. Ja nadal mieszam się w odczuciach co do Græ, mimo że zgodnie z zamysłem Mosesa Sumneya-performera wygląda to (paradoksalnie) na prawidłową reakcję.

Sam autor sugeruje bowiem, że złożoność materiału i waga przesłania o wielowymiarowej tożsamości wymaga równie kompleksowego, skupionego procesu odbiorczego. I nawet przy pełnym zrozumieniu dla tego postulatu i wydawniczego kaprysu (powiedzmy, że dydaktycznego), przypadkiem precyzyjnie odpowiadającego na potrzeby łasego na nowe bodźce życia w rozproszeniu, nie potrafię przejść obojętnie nad pytaniem „po co”. No bo po co usilnie dopowiadać to, co wyraźnie powiedziano już kilka miesięcy temu. Założenie formy wynikającej z funkcji w takiej rozpiętości czasowej i przestrzennej balansuje na granicy przerostu formy nad treścią.

Bo przecież to, że labirynty Sumneya wypełnione są niejednoznacznością wiemy już od dawna. Aranżacje na Græ są wprawdzie dużo bardziej bezczelne od kameralnej ambient-artowej oprawy z debiutu Aromanticism. Więcej, głośniej!; zdaje się komenderować wokalista, co słychać choćby w quasi-awangardowej szarpaninie wokalu, smyków i gitary w „Conveyor” czy w „Virile”, gdzie warkocz harfy podczepiony dźwiękami fletu wije się słodko na progu, by chwilę później dołączyć do krzykliwego, gitarowego pochodu. Nic nowego pod słońcem, narracja oparta na antynomiach to przecież jeden z emblematów Sumneya, który upodobał sobie dialogowanie wśród takich par jak słaby-silny czy ascetyczny-wystawny. W tych zestawieniach tkwi zresztą jego wyjątkowość; wzmiankowana szarość (czy niejednolitość) nie powinna być jakimś szczególnym zaskoczeniem. Nawet obudowany monumentami aranżacji Græ: part 1 nie jest pozbawiony Sumneyowskiego oniryzmu. Muzyk konsekwentnie roztacza wokół siebie aurę mglistej, zapierającej dech w piersiach mary. Nie dziwią skojarzenia z Thomem Yorkiem czy Benjaminem Clementinem. Sumneya wyróżnia od obu nie tylko większe skupienie na wątkach tożsamościowych, ale też pewnego rodzaju enigmatyczność. Pięknie składa się to na kolejną antynomię, bo przy koloraturze narodzonej niewątpliwie w innym uniwersum (aż trudno uwierzyć, że wypracowanej samodzielnie!) i otoczce nierealistycznej persony wokalista tworzy intymne kompozycje, doskonale wiedząc, kiedy rozproszyć wokalno-instrumentalną łagodność lawiną dźwięków. Robi to zresztą bezbłędnie również w drugiej, bardziej kameralnej części Græ. Ta ma nam pewnie jeszcze dobitniej unaocznić flagowe cechy Sumney Industries, choć spokojnie mogłaby funkcjonować jako dodatkowa epka czy materiał, który w dawnych czasach zwykło się nazywać B-Sidem. No i pewnie, ja też czekałam na album Mosesa Sumneya, a koncert na Offie 2018 sprawił, że bez wahania wydałabym każde pieniądze na następny. Emocjonalnie bliżej mi nawet do drugiej części Græ; nie sposób się tam nie rozpłynąć, choćby w subtelnościach à la walczyka „Lucky Me”, z aranżem wyjętym jakimś cudem z szafy Davida Lyncha, a tak naprawdę Jamesa Blake’a (stanowiąc jednocześnie jeden z lepszych utworów Blake’a od dawna). Szkoda, że takie ładne motywy zwyczajnie gubią się w tłumaczeniu tej przegadanej płyty.

Oczywistym jest jednak założenie autora, że szufladkowanie jego twórczości jest tą najmniej pożądaną interpretacją. Odbiór muzyki Sumneya to w dużej mierze tworzenie nowych kategorii odbiorczych. Græ jest tego doskonałym przykładem. Gdybyśmy rozdawali podziemne wersje Grammmy’s, Moses Sumney dostałby pewnie taką dla ambasadora performatywnego autentyzmu i kreatywności. I jeśli znów przyjdzie nam czekać trzy lata na nowy album, Græ będzie wybawieniem. Dziś chciałoby się jednak ciut mniej niż więcej.

Gabriel Garzón-Montano w nowej stylistyce

Gabriel Garzón-Montano

Gabriel Garzón-Montano

Gabriel Garzón-Montano wraca z nowym singlem po 3 latach przerwy

Wszystko wskazuje na to, że wydany właśnie singiel „Someone” Gabriela Garzona-Montanoa to pierwszy zwiastun następcy znakomitego krążka Jardín. Podobnie jak w niecodziennym medleyu nagranym dwa miesiące temu dla Colors Show, artysta wychodzi poza wcześniejszą strefę komfortu opartą na post-Dangelowskim neo-soulu. „Someone” jest bardziej oszczędne aranżacyjnie niż single z Jardín, ale broni się wchodzącym w głowę refrenem i charyzmą Garzona-Montano.

Moses Sumney zapowiada drugi longplay Græ

Moses Sumney

Moses Sumney

Moses Sumney w wydaniu NSFW

Dwadzieścia nowych utworów na rok 2020 — to ambitny plan Mosesa Sumneya na drugie długogrające wydawnictwo. Płyta zatytułowana Græ ma już pełną tracklistę, odważną okładkę (z nagim, najwyraźniej, Sumneyem) i oficjalny preorder — wszystkie trzy znajdziecie na Bandcampie artysty. Jest też pierwszy singiel, który to wydawnictwo promuje zatytułowany „Virile” — nieco bardziej gitarowy niż debiutancki Aromanticism, podobnie jak zeszłoroczna epka Black in Deep Red, 2014, ale wciąż na wskroś artystyczny i progresywny. Nie ma wątpliwości, że Græ będzie intensywną i nietuzinkową płytą. Całość wyda Jagjaguwar, ale dopiero 15 maja. Na osłodę Sumney zaprezentował do pierwszego singla teledysk.

Moses Sumney zadebiutował w 2017 roku znakomicie przyjętym krążkiem Aromanticism, który w zeszłym roku kunsztownie przeniósł na scenę podczas swojego pierwszego występu w Polsce na OFF Festivalu.

Moses Sumney zapowiada długogrający debiut

Aromanticism. Tak zatytułowany został długogrający debiut folk-soulowego wrażliwca z Los Angeles Mosesa Sumneya. Płyta ukaże się 22 września nakładem Jagjaguwar, a od kilku tygodni promuje ją intymny singiel „Doomed” zilustrowany równie sensualnym teledyskiem. Na płycie znajdzie się w sumie 11 utworów — wśród nich znane z zeszłorocznej epki Lamentations „Lonely World”. O tej płycie będzie głośno!