
Choć mainstream w zeszłym roku pogrążony był w bezprecedensowej stagnacji — wszyscy mieliśmy poczucie, że radio i algorytmy drugi rok z rzędu wałkują te same numery, a aż do jesieni niemal wszystkie gwiazdy wielkiego formatu zrobiły sobie wolne od wydawania nowej muzyki — nasze kolejne już podsumowanie najlepszych płyt roku pokazuje, że znów wydano mnóstwo znakomitych rzeczy. W rzeczywistości cyfrowo-strumieniowej nie warto już więc zastanawiać się, czy i na ile był to dobry rok w muzyce, ale czy udało nam się trafić na te dobre rzeczy. Poniżej prezentujemy nasze redakcyjne typy krążków, które zainspirowały nas swoją wyobraźnią, zaimponowały nam wyczuciem i poruszyły nas dogłębnie.
25.
Lux
Rosalía
Columbia
Na Lux Rosalía inspirowana symboliką religijną, wielojęzykowością, muzyką klasyczną i filmami Kieślowskiego postanowiła śmiało połączyć wszystkie te inspiracje i stworzyła najbardziej ambitny krążek w swojej dotychczasowej karierze. Jej nietuzinkowa wizja z miejsca zachwyciła rzesze krytyków i fanów i śmiało można okrzyknąć Lux jedną z największych, ale też najbardziej interesujących premier płytowych minionego roku. Zdolną zafrapować nawet tych, którzy do tej pory nie rozumieli fenomenu Rosalíi lub których wystraszyła w odsłonie neoperreo. Ten fenomen staje się jednak zupełnie jasny, gdy piosenkarka pozwala sobie wrócić wokalnie do tradycji flamenco, z której przecież wyrosła i w ramach której jest najbardziej prostolinijnie zachwycająca. Lux jest jednak nawet bardziej zajmujące w momentach, gdy kolejne orkiestrowe post-ballady zostają mistrzowsko zdekonstruowane dzięki glitchowej elektronice. — Kurtek
24.
Magic, Alive!
McKinley Dixon
City Slang
Mckinley Dixon znowu to zrobił! Po fantastycznych For My Mama and Anyone Who Look Like Her i Beloved! Paradise! Jazz!? (nieoficjalną) maksymalistycznie jazzrapową trylogię rapera domyka tegoroczne Magic, Alive!, które, jak dotąd, to być może jego najlepszy całościowo krążek. Magia jest tu nie tylko obecna, jest silna i żywa! Kreatywnego połączenia rapu, big bandowego jazzu i soulu słucha się tak, jak musiało się słuchać klasycznych krążków De La Soul czy A Tribe Called Quest przed 30-ma laty — z wypiekami na twarzy i poczucia uczestnictwa w prawdziwej artrapowej uczcie. I pewnie zachłysnąłbym się tą płytą w tym roku bez reszty, gdyby nie to, że wciąż jestem oczarowany dwiema poprzednimi. — Kurtek
23.
Choke Enough
Oklou
Because
Pod tegoroczną, bardzo krytyczną, recenzją Choke Enough na kanale Anthony’ego Fantano ktoś napisał (parafrazując): Gdybyś był Europejczykiem to byś zrozumiał. Komentarz ten fascynujący, bo wkuwa się idealnie w sam kościec tożsamości nowego krążka Oklou — francuska songwriterka mimo posługiwania się językiem (zarówno dosłownie jak i metaforycznie) gatunków takich jak R&B czy synth pop, popełnia raz na jakiś czas wpadki w gramatyce tych stylistyk tworząc, niemal przypadkiem, rzeczy nieprzystające zupełnie do niczego i przez to tak fascynujące. Rozgołocone do samego szkieletu formuły piosenek zdają się czerpać po równo ze spuścizny PC Music co z sountracku do Zeldy. Melodyka „Obvious” czy „Family and Friends” ma w sobie coś przedziwnie neo-medivalnego, a oczyszczenie hyperpopowych tradycji z masy przesterów i kompresji pozostawia jedynie bitpopowe mapy syntezatorów, w których można błądzić jak labiryntach ambientowych loopów post-minimalizmu. — Wojtek
22.
Black British Music (2025)
Jim Legxacy
XL
Jim Legxacy jest jednym z artystów reprezentujących undergroundową scenę rapową Wielkiej Brytanii, która w ostatnich latach cieszy się coraz większą popularnością na świecie. Jego płyty przypominają kolaże: dorastający w erze social mediów raper miesza na nich gatunki, sample, nastroje. Nic dziwnego — ważną dla niego inspiracją jest The Life of Pablo Kanye Westa. BBM to trzeci mixtape i zarazem debiut Jima Legxacy w posiadającej długą historię wytwórni XL. Jak sugeruje tytuł, raper czerpał przede wszystkim z czarnej brytyjskiej muzyki — grime’u, UK rapu, afrobeatu, choć w kawałkach słychać również wpływy indie czy emo. — Klementyna Szczuka
21.
Ethereal
D’Leesa
(no label)
Dyskretny urok D.I.Y. i autentyczności spowijają od stóp do głów Ethereal, jeden z dwóch albumów wypuszczonych z końcem roku przez tajemniczą wokalistkę D’Leesę, stworzonych ewidentnie w relacji wieczór-noc. Artystka wychodzi z melodycznej (i lekko złamanej) perspektywy sypialnianiego R&B lat 90., przyjętej niedawno przez Nourished by Time, a jeszcze wcześniej przez Erikę de Casier. D’Leesie jednak zdecydowanie bliżej na Ethereal do Sade niż do Seala. Mamy nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy, a tymczasem polecamy Wam chwilę pożyć w eteryczności. — Maja
20.
Fancy That
PinkPantheress
Warner
W zeszłym roku do „Illegal” (utworu, który jak sama autorka przyznała, opowiada o kupowania weedu u dealera) swoje tik-toki nagrywała twoja babcia, szef w pracy, ulubiony aktor i bariści z lokalnej kawiarni. Mimo tego przesycenia w przestrzeni dźwiękowej hitowym singlem najbardziej imponujące jest bodaj to, że wraz z tą agresywną otwierającą linią syntezatorów ludzie nadal dają się jej porwać (czego nie można powiedzieć np. o równie wszechobecnym i niemal jednogłośnie nienawidzonym w internecie „Anxiety” Doechii). Ta niepodważalność piosenkowego skilla PinkPantheress od początku jej twórczości jest jej najmocniejszą kartą przetargową, a jej mixtape Fancy That to jej koronny klejnot i zwycięskie fanfary w popowej batalii. Nieustępliwie eksploatująca milenialny przełom wieków producentka dudni reese bassami, łamie breaki i wszeptuje się w uszy słuchaczy motywami, które na miesiące w nich pozostają. Nieoficjalny reboot „American Boy” w postaci „Stateside”, flirciarskie, house popowe „Tonight” czy rzewnie burialistyczne „Nice to Know You”- urokowi tej popisówki naprawdę trudno nie ulec. — Wojtek
19.
Pholks EP
Leon Thomas
Motown
Naprawdę nie trzeba wiele, bo zaledwie siedem utworów, by potwierdzić status Leona Thomasa jako jednego z najważniejszych twórców współczesnego R&B. Jeśli po sukcesie ubiegłorocznego krążka Mutt i nominacjach do nagrody Grammy, ktoś miał jeszcze co do niego jakiekolwiek wątpliwości, to epka Pholks powinna wyczyścić je do zera. W nieco ponad 20 minut Leon Thomas skutecznie prezentuje wachlarz swoich umiejętności, dorzucając do tego inspiracje z różnych muzycznych stron. Startuje z energią na miarę szczytowej formy Michaela Jacksona, buja niczym przebojowy Bruno Mars, przywołuje dobrze znany klimat R&B początku millenium, umiejętnie wplatając w to brzmienie elektrycznej gitary, która rozpędza się, by ostatecznie rzucić na kolana. Co ważne, nie brakuje w tym wszystkim świeżości i wyjątkowego vibe’u, który przecież nie kłamie. Leon intryguje, koi, wzrusza i porywa na dźwiękowe show. Nie ignorujcie tego zaproszenia — nie pożałujecie. — Brzózka
18.
Like a Ribbon
John Glacier
Young
Hip-hop jest obecnie historycznie w dziwnym miejscu. Niegdysiejszy „new school” chyba należy powoli zaczynać traktować jako okres środkowy, zaś współczesne, przesaturowane, syntetyczne postcartiackie rapsy zdaje się, że jawią się już jako coś zupełnie odstającego od rapowych tradycji. Najciekawsze jednak w tym pokoleniowym zrywie są, jak zwykle, obrzeża i to właśnie z nich wychodzi John Glacier, której fenomenalne Like a Ribbon, choć uporczywie niekonwencjonalne, jest jedną z najoryginalniejszych płyt rapowych mijającej dekady — mimo że, jak to z nimi bywa, pojawia się doza niepewności przy szufladkowaniu jej pod tak naznaczoną ciężarem gatunkowym łatką „hip-hop”. Drugi długograj kombinatorki z Hackney pachnie niszowymi perfumami, wspiera NTS na Patreonie, smakuje jak gorzka kawa przelewowa i ma permanentny stonerski uśmiech półgębkiem przypięty do twarzy. Surowe, przekompresowane gitary przecierają się z reggeatonową motoryką i art-popowym piosenkopisarstwem, które jednak po kądzieli jest zupełnie niepodobne do matronek gatunku. Raperka stworzyła zupełnie własny język i najbliższymi bodaj punktami odniesienia do jej rozwichrzonych inspiracji są Dean Blunt i jego gwardia półanonimowych figur wydających w World Music, co znającym temat powinno powiedzieć wszystko. Jeżeli w najnowszych z nowych pokoleń macie na kogoś wyostrzać słuch, baczcie na John Glacier. — Wojtek
17.
The BPM
Sudan Archives
Stones Throw
Umarliśmy, czy zostaliśmy zdigitalizowani? — pyta Sudan Archives w jednym z utworów na płycie. Ta komputerowa zagwozdka unosi się w zasadzie nad całym wydawnictwem, które nie tylko sprytnie korzysta z cyfrowych narzędzi, ale też muzycznie odwołuje się do Chicago lat 80. i Detroit lat 90. Cyfryzacja miesza się tu z nostalgią, wszystko pod dyktando alter ego „Gadget Girl”. Do tego dochodzą teksty — niezwykle surowe, pozbawione filtra, pulsujące w rytmie gęstej, niemalże momentami klaustrofobicznej produkcji. Klubowo-eksperymentalna propozycja dla wszystkich bad bitches — zwłaszcza tych na życiowym zakręcie. — Eye Ma
16.
Balloonerism
Mac Miller
Warner
Wokół Ballonerism krąży wiele fanowskich teorii. Jedna z nich mówi, że Mac Miller chciał, by ten album ukazał się dopiero po jego śmierci — dlatego znajdują się na nim samospełniające się przepowiednie. Materiał powstał w 2014 roku, czyli podobnym czasie co mixtape Faces, a światło dzienne ujrzał dopiero w styczniu 2025. W międzyczasie nielegalnie wyciekł do internetu i obrósł legendą, jeszcze przed premierą. Ballonerism to jeden z najbardziej eksperymentalnych i psychodelicznych projektów Maca Millera. Paradoksalnie ma jednak w sobie lekkość. Biorąc pod uwagę kontekst biograficzny, jest w nim coś wyjątkowego i osobliwego. — Klementyna Szczuka
15.
Essex Honey
Blood Orange
RCA
Tym razem nie można było oczekiwać od Deva Hynesa ani krzty szampańskiej wesołości. Nie od artysty, który właśnie przeżywa żałobę po matce. Na Essex Honey stworzył dźwiękowy kolaż wspomnień z słodko-gorzkich lat młodości spędzonych w tytułowym hrabstwie przybliżający nam, czego słuchały wtedy wrażliwe dzieciaki z Anglii. I tak na przykład z „Mind Loaded” wyłania się pesymistyczny mrok Elliotta Smitha, a to za sprawą podebranego od niego wersu Everything means nothing to me, tyle że dla odmiany wyśpiewanego żeńskim głosem Lorde. Zresztą wielość gościnnych wokali pasuje do tej 14-utworowej układanki jak ulał, szczególnie w „Countryside” uchwycono w ten sposób pewną ponadczasową tęsknotę do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Dodajmy do tego teledyski tradycyjnie wyreżyserowane przez samego Blood Orange i tak oto otrzymujemy sztukę przez duże „S”, stworzoną przecież na kanwie świeżego żalu po stracie. — Katia
14.
Vie
Doja Cat
Kemosabe
Udany powrót nie tylko do popu i estetyki lat 80., ale także do Doji Cat w wersji, którą pokochaliśmy najbardziej — balansującej na granicy dobrego smaku i pastiszu, zabawnej, niebojącej się podejmować ryzyka i mającej w nosie to, co wszyscy o niej myślą. Gwiazda zdecydowanie odzyskała blask utracony przy Scarlet i znów jawi się jako artystka czerpiąca autentyczną radość ze swojej twórczości. A wraz z nią my — słuchacze, którzy nie potrafią nie uśmiechnąć się na muzyczne wariacje w postaci murowanych hitów „Jealous Type” czy „Stranger”. Pozostaje tylko jedno pytanie: dlaczego płyta nie odniosła komercyjnego sukcesu? Cóż, my doceniamy — i nie zdziwimy się, jeśli Vie okaże się sleeper hitem. — Eye Ma
13.
Addison
Addison Rae
Columbia
Piekło zamarzło, widząc debiutanckie LP ex-tiktokerki w rankingu miski prześcigające Blood Orange i Maca Millera i nam pewnie też by było trochę wstyd, gdyby nie to, jak ten debiut brzmi. Addison Rae jest fascynująca jako produkt, jako projekt, jako symbol złudnej celebryckiej „autentyczności” i, przede wszystkim, jako artystka. Trajektoria jej kariery zdaje się przeskakiwać moment prawilnego, instruktażowego zenitu i wchodzić bezpośrednio w erę samoświadomego post-celbryctwa i reclaimu własnego kiczowatego blichtru. Addison dostała scenariusz, ale sfingowała czytanie go, bo rysowała długopisem oczy na marginesie. Rae jest bohaterką analogowego bimbo horroru Nadii Lee Cohen, prysznicową divą Richarda Kerna, frenetyczną choreografią na instagramie Britney, przesaturowaną księżniczką ze Spring Breakers Harmonego Korine’a. W jej twórczości trudno wyznaczyć (jeżeli takowa w ogóle istnieje) linię między subwersją a nieświadomością. Czy mrugnięcia okiem wobec internetowej kultury fetyszu w warstwie wizualnej to rzeczywiście mrugnięcia okiem czy zwyczajne odtworzenie wzorców nowej, postcyfrowej, postpornigraficznej sensualności, w której autorka (jak całe współczesne pokolenie) się wychowywała? Jest z resztą coś wspaniale nieneurotypowego w tym, w jaki sposób pisze ona o seksualności, a kiedy nazywa się per „slut” czy „easy fuck” jest w tym doza burzenia decorum, jakby w poezji Rupi Kaur przypadkiem prześlizgnął się pod cenzorstwem wers o fistingu. To wszystko jednak rozpłynęło by się wniwecz, gdyby nie sama muzyka. Pozwolę sobie, tropem Addison, zaflirtować z obrazoburstwem i powiedzieć, że muzycznie jest tu coś co przypomina mi twórczość Imogen Heap, w szczególności z okresu Frou Frou. Jako całość te piosenki mają tak oczywisty popowy potencjał, że wydają się być wręcz cynicznie laboratoryjne, ale po przyjrzeniu się bliżej wychodzi na wierzch ile tu zupełnie nieksiążkowych i pod włos czesanych detali. Przedziwne ambientowe winiety przewijające się co jakiś czas w tle (patrz: „Life’s no Fun Through Clear Waters” i „Lost & Found”), estetyka downtempo Suzan Vegi i, przede wszystkim, totalna adoracja najntisowej i wczesnozerówkowek Madonny w swojej trip-hopowej erze – wszystko to rozstrzelnia ten materiał i upe. „Headphones On” to hymn do płonącej ironii i afirmowania wypieranego przez lata w kulturze „dziewczyńskiego kiczu”, „Fame Is a Gun” brzmi jak zepsute, gwiazdorskie noir rozgrywające się w uniwersum Winx, a „Diet Pepsi” to audialna przypominajka, że debiut Lany Del Rey ma już 13 lat i technicznie odwoływanie się do niego jest już retro. We ride for You Addy… — Wojtek
12.
Don’t Tap the Glass
Tyler, the Creator
Columbia
Jest taka tendencja wśród tuzów współczesnej sztuki nawijanej, że po albumach najbardziej introspektywnych i rozliczeniowych sięgają do czystej ludyczności i wypuszczają „ten luźny” krążek. Zrobił tak Kendrick z GNX, Denzel Curry pozwolił sobie na to aż dwukrotnie, najpierw na skondensowanym, agresywnym Zuu i później na King of the Mischievous South Vol. II i tym razem przyszła kolej na Tylera. Mimo tego, że jednym z niepisanych zamierzeń takiego ruchu jest uprzedzenie presji, która pojawia się po wysoko mierzących dziełach, najbardziej bodaj fascynujące w nich jest to, jak ową ludyczność (która też przecież kategorią przezroczystą nie jest) raperzy interpretują. K.Dot powrócił na westcoastowy matecznik i widma radiowego R&B, Zeltron odświeżył tradycję siermiężnego mixtape’u w duchu florydzkiego okultyzmu, zaś Tyler zstępując z pamiętnikarskiego, intymnego tonu Chromakopii wyprawia rumieniącą się od tańczących ciał dyskotekę, która upomina się o sięgające do funkowych bib korzenie hip-hopu. Tytułowe szkło, o zostawienie którego prosi raper, nawiązuje do ekranu iphone’a, więc już w samym zamyślę ma to być płyta towarzyska, cielesna i międzyludzka. Zapraszają do tego wałki naznaczone mocną spuścizną Neptunes, midschoolowego rapu z ejtisów, a nawet poświata sensualnego lovers rock. Wersy, zapewne w dużej mierze przefreestylowane, wracają z kolei do radosnego prostactwa „Domo23” i corocznych wolnostojących singli rapera na kradzionych beatach. I finalnie, tak jak najlepszych płytach z tego gatunku, spod nonszalanckiej zgrywy na troglodytę nieubłaganie widać niedający się ukryć kunszt twórczy autora. — Wojtek
11.
Through the Wall
Rochelle Jordan
Empire
Od kiedy tylko R&B po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak Through the Wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń. Tymczasem Rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego R&B , często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i R&B, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na Play With the Changes, i tym razem dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie. Owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już Jessie Ware czy Beyoncé na Renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu Through the Wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album Jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny. Jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji stylistycznej. — Kurtek
10.
Lotus
Little Simz
AWAL
Simbi kontynuuje swoją serię rewelacyjnych albumów, chociaż tym razem nie było tak łatwo. Proces nagrywania krążka przerwany został przez kłótnię z producentem trzech ostatnich wydawnictw raperki — Influ, która skończyła się nawet w sądzie. Wszystko trzeba było zacząć od nowa, a z pomocą przyszedł Miles Clinton James, znany, chociażby ze współpracy z Kokoroko i przyznać trzeba, że dał radę, dostarczając 13 zróżnicowanych produkcji, w których większości na pierwszy plan wysuwa się świetna sekcja rytmiczna. Sytuacja z artystycznym rozstaniem w dużym stopniu wpłynęła na Simz i słychać to w bardzo osobistych tekstach, w których jest sporo smutku, historii o wypaleniu i presji narzuconej przez świat, stojącej w kontrze do wrażliwości. Ale znalazło się też miejsce na optymizm i nawet sam tytuł nawiązujący do kwiatu lotosu, który jest w stanie zakwitnąć nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach, pokazuje, że ta silna osobowość sceniczna jest w stanie obrócić życiowe turbulencje w sztukę najwyższych lotów. — Szelest
9.
Oh Snap
Cécile Mclorin Salvant
Nonesuch
Jedynym do czego przyzwyczaja nas Cécile Mclorin Salvant jest nieprzewidywalność. A na 7. krążku jazzowej wokalistki nieprzewidywalność przejawia się wręcz dosłownie. Oh Snap zszyła Salvant ze skrawków dźwięków codzienności i przeszłości (wśród inspiracji bohaterzy jej dorastania w Miami – Backstreet Boys, samba, muzyka klasyczna i folk), tworząc barwną całość, niczym w swoich dzierganych nakryciach głowy. Jak śpiewa w „Eurece”, życie kreuje chaos, któremu stara się nadać sens. Na płycie chaos przyjął twarz lapidarnych, melodyjnych notek. Po raz kolejny Cécile Mclorin Salvant pokazuje nie tylko to, że mieści się w każdej formie muzycznej, ale i to, że treść ma równie istotne znaczenie. A przy tym wszystkim nie pozbawia słuchacza przyjemności słuchania. Oh Snap utwierdza pozycję artystki w gronie najciekawszych osobowości muzycznych ostatnich lat. — Maja
8.
Baby
Dijon
R&R
Przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale Dijon to nie Quadeca, a Baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu (co niniejszym czynimy tutaj). Nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste. Przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy. To gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym Prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami swoimi pokrętnymi, psychodelicznymi ścieżkami. Wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo Dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem D.I.Y. Ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! — Kurtek
7.
The Art of Loving
Olivia Dean
Capitol
Jeśli ktoś może powiedzieć, że 2025 rok był naprawdę dobry, to bez wątpienia jest to Olivia Dean. Z nadziei brytyjskiej sceny muzycznej stała się międzynarodową, mainstreamową gwiazdą, goszczącą w najbardziej znanych programach telewizyjnych, podcastach czy na okładkach prestiżowych magazynów. Wszystko za sprawą The Art of Loving. Łącząc sprawdzone rozwiązania klasyków soulu z własnymi doświadczeniami, historiami, marzeniami i szczególną wrażliwością, drugi album Olivii bardzo spokojnie, ale pewnie zadomowił się nie tylko na streamingowych playlistach, w stacjach radiowych, w naszych słuchawkach i głośnikach, ale też wysoko na listach przebojów. Od szybko wpadającego w ucho „Nice to Each Other”, przez viralowe „Man I Need”, po romantyczne jak ze snu „So Easy (To Fall in Love)” nie było już odwrotu. Olivia poruszyła nasze najczulsze struny, oczarowała swoją elegancją i koncertową charyzmą wprost ze szkoły Diany Ross, pozostając jednocześnie dziewczyną, z którą chętnie spotkalibyśmy się w lokalnym pubie. The Art of Loving to płyta od serca dla serca — zakochanego, złamanego, samotnego, poszukującego i tego, któremu jest dobrze tak, jak jest. Tu nie ma rewolucji. To nie jest album, który zmienia oblicze współczesnej muzyki, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że dzięki jego łagodności, otwartości i jasności przekazu — świat stał się odrobinę lepszy. — Brzózka
6.
Cabin in the Sky
De La Soul
Mass Appeal
Wtem — jeden z najświeższych hip-hopowych albumów roku 2025 wypuszczają pionierzy gatunku. Paradoksalnie. Choć De La Śmieszki przypominają o latach swojej świetności — i nieważne, czy chodzi wam o odkrywanie na Cabin in the Sky easter eggów, czy oddawanie się zadumie nad odejściem 1/3 składu w osobie Trugoya w 23 roku (obecnego tu w 6 utworach) — nostalgia nie jest kluczem do odkodowania 10. długograja grupy. A nawet supergrupy, biorąc pod uwagę listę gości na CitS. De La Soul wypuścili album, który brzmiałby świetnie w 1989, ale 2025 też niczego mu nie ujmuje. Jak widać, rześkie brzmieniowo sample wrzucone w odpowiednie miejsca, idące w parze z bezpretensjonalnością, obronią się bez względu na epokę. Cabin in the Sky mogło być przekombinowane i dydaktyczne, a jednak dołącza do udanych wykonów wszystkich tych, którzy garściami czerpali i nadal czerpią z lekkoduchych jazz-soul-rapowych wpływów De La Soul. — Maja
5.
Sincerely,
Kali Uchis
Capitol
Sincerely, stanowi zbiór listów kierowanych do konkretnych adresatów. Takich listów, do których używa się pięknej papeterii, a kropki nad „i” zastępuje serduszkami. Ich autorkę natchnęły pierwsze uroki macierzyństwa zbiegające się z chorobą i utratą własnej matki oraz, niezmiennie od lat, związek z Donem Toliverem. Doprawdy, słysząc w finale „ILYSMIH” gaworzenie synka tej muzykalnej pary nie sposób się nie uśmiechnąć. Kali Uchis przywołuje ducha występów, jakie powoli pamiętają już tylko mury hoteli w Las Vegas, zapożycza tytuł płyty od Brendy Lee i parafrazuje Elvisa Presleya. Kilka zmysłowych utworów nadałoby się do numeru z kieliszkiem podczas burleskowego show w rytmie slow. Podczas gdy wykorzystane w ponad milionie reelsów „All I Can Say” ośmielało słuchaczy z całego świata do snucia marzeń, artystka dopisała postscriptum, czyli wersję deluxe albumu zawierającą m.in. olśniewający duet z Ravyn Lenae. Żonglowanie angielsko- i hiszpańskojęzycznymi wersami? Bezbłędne. Rodzina jest najważniejsza, ale mamy cichą nadzieję, że Kali nadal będzie tak skutecznie balansować między ogniskiem domowym a studiem nagrań. — Katia
4.
Let God Sort Em Out
Clipse
Roc Nation
Gdy pojawiły się pierwsze informacje o powrocie duetu Clipse, który wyprodukować miał w dodatku Pharrell Williams, czyli połowa duetu The Neptunes odpowiedzialnego za najlepsze nagrania zespołu, serca fanów zabiły mocniej. O ile Pusha T dostarczał nam przez ostatnie lata wielu powodów do radości, tak Malice zniknął nieco z radarów, pojawiając się głównie w newsach związanych z jego przejściem na chrześcijaństwo i tworzeniem inspirowanej tym muzyki. Magia duetu, a przede wszystkim umiejętności pozostały jednak bez zmian i panowie dostarczyli nam materiał, który ponownie zabiera nas w świat nawijek o narkotykach, luksusach czy też braggadocio rozliczającego (również po ksywkach) różne patologie sceny, ale znalazło się tu również bardzo dużo refleksji, głównie o miejscu we współczesnym świecie, czy konsekwencjach złych życiowych wyborów, a nawet niesamowicie przejmujący i chyba najbardziej osobisty numer w ich dyskografii, czyli poświęcone zmarłym rodzicom “The Birds Don’t Sing”. Wszystko to na doskonałych produkcjach od Skateboard P, który ponownie wydobył z siebie iskrę kreatywności, nawiązując jednocześnie brzmieniowo do starszych rzeczy. Bezbłędnie siedzą na tym teksty podane z rewelacyjną techniką i grami słownymi, jakich nie usłyszeliśmy w ubiegłym roku na żadnym innym albumie. Bez wątpienia jeden z najbardziej spektakularnych powrotów w historii. — Szelest
3.
From the Private Collection of Saba and No ID
Saba & No ID
(no label)
Przez ostatnią dekadę Saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. W porównaniu z No ID, który produkował przecież pierwsze płyty Commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku From the Private Collection of Saba and No ID zdaje się stanowić nie lada atut. No ID wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto. Saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona. Świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca. To hip-hop, który oddycha soulem. Energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu Noname. — Kurtek
2.
Eusexua / Eusexua Afterglow
FKA twigs
Young
Jeśli krytycy bez wahania porównują pierwszą część wydawnictwa do Ray of Light Madonny, to znak, że nagrałaś właśnie swoje opus magnum. FKA twigs, zainspirowana praską sceną techno, zaprezentowała dwa krążki. Eusexua jest bardziej agresywna — zanurzona w techno i rave’ach, pulsująca, prowadząca w nieznane z każdym kolejnym odsłuchem. Sama artystka określiła ją jako głęboką, ale nie smutną. Eusexua: Afterglow to z kolei łagodniejsza odsłona poprzedniczki, mocniej czerpiąca z R&B, choć poziomu podniecenia nie powstydziłaby się tu nawet sama Janet Jackson. Obie płyty zawierają jednak to, co w FKA twigs najlepsze — odwagę do eksperymentowania, dzikość połączoną z delikatnym głosem i wrażliwością. Utwory takie jak „Perfect Stranger”, „Girl Feels Good”, „Drums of Death”, „Predictable Girl” czy „Hard” z pewnością zapiszą się w kanonie jej najlepszych kompozycji, choć tak naprawdę te wydawnictwa najlepiej smakują jako całość. — Eye Ma
1.
Debí tirar más fotos
Bad Bunny
Rimas
Przejście Bad Bunnego od średnio natchnionego trapetonu w stronę mieszanki całego wachlarza tradycyjnych stylów muzyki z latynoskiej części Karaibów z reggaetonem to jedna z tych wspaniałych rzeczy, których nie udało się zniszczyć mainstreamowi ery aplikacji streamingowych. Owszem, dokonało się to w jakimś sensie już na udanym Un verano sin ti z 22 roku, ale dopiero tegoroczne DeBÍ TiRAR MáS FOToS urzeczywistniło tamtą ideę w pełni i jak należy. Otwierające „Nuevayol” eksploruje latynoski dancehall, „Baile inolvidable” romantyczną salsę, hiphouse’owe „El club” niebezpiecznie pogrywa z ciszą, przyprawiając o palpitację dyrektorów muzycznych stacji radiowych, „Turista” to zaskakująco klasyczne bolero, a kolejne „Café con ron” w bardzo autorski sposób eksploruje odcienie tanecznego tropikalnego folku, podobnie jak quasi-tytułowe „DtMF”. Przez bitą godzinę Bunny wielokrotnie zaskakuje słuchacza, a jednocześnie przez cały ten czas dba o to, by ten nie przestawał podrygiwać. To pierwsza całościowo tak dobrze wyważona i angażująca płyta w dyskografii Królika — album, który już zdążył zapisać się wielkimi (choć CzĘśCiOwo także małymi) literami na kartach historii muzyki. Widzimy się w lipcu w Warszawie! — Kurtek


Komentarze