najlepsze płyty

Soulbowl 2010s: Najlepsze albumy dekady

 
 

 

„Marzenia się spełniają całą zgrają” — rapował dawno temu, na Sile sióstr Sistars, Numer Raz. Do piosenkowego podsumowania dekady z dumą dokładamy też jego albumowy odpowiednik. Bez skrótów, wraz ze wspaniałą ekipą (poza obecnym zespołem redakcyjnym wśród współtwórców obu zestawień znaleźli się również Marcin Flint, Radek Miszczak, Andrzej Cała, Hirek Wrona, Eskaubei, Dawid „Goodkid” Bartkowski, Łukasz Kowalka, Marcin Harper, Marta „Young Majli” Malinowska, Łukasz Lorenc z Regime Brigade, Modest z El Quatro, DJ Praktyczna Pani, Piotr Grabski, Mikołaj Buszkers, a także emm!, Maciek „Chojny” Chojnacki, Julia „Eye Ma” Borowczyk, Dźwięku Maniak, Paweł Wojdylak, Klaudia „Lejdi K” Wąsowska, Jakub Wojewódka i Ola Nadzieja), prezentujemy więc setkę najlepszych okołosoulwych albumów minionej dekady.

Ta część zestawienia jest nawet bardziej uprawniona, bo to przecież właśnie w ostatnim dziesięcioleciu szerokopojęte R&B zaczęło wreszcie na dużo skalę konceptualizować długie formy muzyczne. Doszła do tego nawet Rihanna, która przez większość swojej kariery funkcjonowała od singla do singla, a duże krążki stanowiły zwykle jedynie wypełnienie przestrzeni pomiędzy kolejnymi przebojami. Dzięki Frankowi Oceanowi, Janelle Monáe, FKA Twigs, Solange, Beyoncé, Jamesowi Blake’owi i całej rzeszy utalentowanych młodych twórców długogrające R&B wyszło dalece poza sztandarowy koncept „dwunastu piosenek o miłości”. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s100.

Jardín

Gabriel Garzón-Montano

Stones Throw

Trzy lata po wydaniu niesamowicie plastycznej epki Bishouné: Alma del Huila w 2017 roku, Gabriel Garzón-Montano wreszcie postawił kropkę nad i swojej muzycznej kariery, zapraszając słuchaczy do władnego ogrodu. Ogród Montano wypełniają wysmakowane kameralne aranże, od oszczędnego smyczkowego motywu otwierającego album w intymnym „Trial” poczynając, a kończąc prowadzoną przez głos Montano i fortepian solo wyciszoną kodą w „Lullaby”. I choć pomiędzy nimi płyta rozkwita feerią najróżniejszych uczuć, wprowadzona we wstępie i zakończeniu stylistyczna dominanta ani na chwilę nie opuszcza słuchacza, prowadząc go przez kolejne zaułki ogrodu Gabriela, który choć wykorzystuje nieco odmienne środki, uderza w te same nuty ludzkiej wrażliwości co James Blake, Frank Ocean czy Electric Wire Hustle na dwóch pierwszych płytach. Wszystko to poddane lekko i nienachalnie. Jardín to pierwszorzędny neosoulowy krążek, w którym bez reszty można się zagubić — błądzić godzinami złudnie nakreślonymi ścieżkami, nie próbując nawet znaleźć wyjścia. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s99.

Native Sun

Blitz the Ambassador

Jakarta

Świadome słuchanie muzyki zacząłem od rapu. Po wielu latach upajania się wyłącznie tą muzyką, wszystkie utwory zaczynały się zlewać w jeden. Przestałem dostrzegać w rapie ten element zaskoczenia i oryginalności, który najbardziej w nim ceniłem. Ze względu na trochę ograniczoną formułę tej muzyki, zacząłem poszukiwać innej. Czegoś z bardziej rozbudowanymi aranżacjami na przykład. Pchnęło mnie to w stronę jazzu, funku czy nawet afrobeatu. Dziś lubię raz na jakiś czas wrócić do korzennego rapu i za każdym razem pochłaniam go z jeszcze większą radością niż za młodu. Jednak najbardziej uwielbiam płyty raperów, w których to paradoksalnie rap nie gra pierwszych skrzypiec. Tylko w ten sposób mogę idealnie zaspokoić moje gusta, a z pomocą przychodzi właśnie album Blitza. Raper pochodzi z Ghany, a po zakończeniu szkoły przeniósł się do Nowego Jorku, aby spełniać swoje muzyczne marzenia. Na szczęście nie zostawił w Akrze inspiracji muzyką ludową. W efekcie jego Native Sun to urzekający album, oparty na rozbudowanych etnicznych aranżacjach. Surowy rap Blitza, niepozbawiony społecznego przesłania, równoważony jest przez hipnotyzujący śpiew, w jednym utworze nawet przez nieco zapomniane dziewczyny z Les Nubians. Marzę o podróży autostopem po Afryce, lecz nawet gdybym odwagę znalazł w chipsach, bieżące zobowiązania nie pozwoliłyby mi na realizację tego planu. Native Sun już tak — przez niemal 45 minut umożliwia podróż po najdalszych afrykańskich zakątkach bez wychodzenia z domu. — Modest


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s98.

Cadillactica

Big K.R.I.T.

Def Jam

Ascetyczne, hałaśliwie bangery z „osiemset ósemki” czy kolorowa, organiczna kołderka z miękkich grooves? Bezczelna przewózka czy zaangażowany przekaz? Płomień pasji, czy krągły, wypracowany styl? Najbardziej lubię w Cadillactice to, że nie każe mi wybierać. Big K.R.I.T. potrzebuje jednej płyty, by największym laikom wytłumaczyć, dlaczego południe narzuciło w hip-hopie swój dyskurs, jednocześnie nie obrażając się na nowojorski etos i liryczne zacięcie. Dzięki albumowi chłopaka z prowincji widzę, jak Pimp C wypływa błyszczącym z oddali Cadillakiem na przestwór dzielnicy, 2pac wiąże w słońcu bandanę, Kanye West z dala od Twittera składa ręce do modlitwy, B.B. King pochyla się nad gitarą, a Big Boi sięga po skrzydełko do kubełka stojącego na czerwonej glinie. Słyszę mulistość bluesa delty, melodyjność funku znad zatoki, wzniosłość gospel pasa biblijnego i trapową redukcję. Ale nie wydaje mi się wcale, że to jest niedzisiejsze. Cadillactica żyje i żyć będzie. — Marcin Flint


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s97.

Double Cup

DJ Rashad

Hyperdub

Chicagowski footwork zdążył już doczekać się niejednego klasyka w konfiguracji długogrającej — Last Bus to Lake Park DJ-a Clenta, Fingers, Bank Pads & Shoe PrintsI’ll Tell You What! RP Boo czy seria Da Mind of Traxman Traxmana. Jednakże na ten moment nic nie może równać się zarówno na polu zawartości muzycznej jak i popkulturowej eksplozji z premierą absolutnie magicznego Double Cup DJ-a Rashada. 160 uderzeń na minutę, bogata paleta sampli ze świata soulu czy R&B, hip-hopowy sznyt beatmakerski, basowe, breakowe i acidowe patenty rodem z brytyjskiej sceny klubowej, a wszystko to zespolone niepowtarzalną, niejednokrotnie popową wręcz przebojowością. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s96.

Konnichiwa

Skepta

Boy Better Know

Dla brytyjskiej sceny minionej dekady Konnichiwa było dokładnie tym, czym Boy in da Corner Dizzee’go Rascala kilkanaście lat wcześniej. Odrestaurowana, zabójczo charyzmatyczna estetyka grime’u wreszcie zdobyła uznanie za oceanem, a wszystko to za sprawą takich hitów jak „Shutdown”, „That’s Not Me” czy „It Ain’t Safe”, które rozwijają klasyczny schemat powtarzanych w refrenach fraz o nowe melodie surowego rapowania pod minimalistyczne, urywające głowę produkcje. W połowie minionej dekady przez jakieś dwa lata niemalże każdy hip-hopowy artysta chciał ukraść Skepcie trochę energii, a równie wielu producentów połamanej muzyki basowej uczyło się tej relacji oszczędności środków i przebojowości. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s95.

Avantdale Bowling Club

Avantdale Bowling Club

Years Gone By

To nie tylko jeden z najlepszych albumów roku 2018, ale bez wątpienia jedna z najwybitniejszych i najbardziej satysfakcjonujących płyt łączących muzykę jazzową z rapem (dokładnie w takiej kolejności). Liderem i głosem projektu jest Tom Scott, Brytyjczyk mieszkający w Nowej Zelandii, dziś uznawany za jedną z najważniejszych postaci tamtejszej sceny hip-hop. Wcześniej działał w takich grupach jak Home Brew, @Peace oraz Average Rap Band, a sporo wyjaśnia również fakt, że tata naszego bohatera, Peter Scott, to wzięty muzyk jazzowy, który grywał m.in. z Dr. Johnem. I to właśnie jazz — organiczne żywe granie nieskrępowane schematycznymi, powtarzającymi się loopami — cały ten materiał napędza i wyznacza mu kierunek. Scott doskonale czuje muzykę i frazę, rymuje z finezją i lekkością, a chwilami można go nawet pomylić z Kendrickiem Lamarem (co w tym przypadku jest komplementem, a nie zarzutem). Słucha się tego świetnie, i pewnie tak również będzie choćby i za kolejne 10 lat. — Marcin Harper


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s94.

Acid Rap

Chance the Rapper

Chance the Rapper

Można budować Chance’owi pomnik za wachlarz flow, którym operuje, za dużą świadomość i jeszcze większą witalność; mieć pewność, że Acid Rap żarłby również bez kwasu. Ja najbardziej cenię sobie to wydawnictwo za to, że jest w stu procentach chicagowskie. Od genialnego intro wiemy, że to z kolebki gospel i footworku jednocześnie, parę utworów później wnioskujemy na podstawie słyszalnych bluesowych naleciałości, że miasto jest tyle wietrzne, co błotniste. Chance niesie dalej soulowy ogień Kanye, zaangażowanie Lupe, dojrzałość Commona i rozpędza się, nie tracąc ze słów sensu jak Twista. A przy tym – co doskonale widać z perspektywy czasu – staje się trampoliną dla artystów pokroju Vica Mensy, Saby i Noname, błyszczącej swoją slamową poezją na tle dogranych partii klawiszy w fenomenalnym „Lost”. Nie dajcie się zwieść kreskówkowemu głosowi, ani nie bójcie się gwałtownych przeskoków od poruszającego ekshibicjonizmu do bezceremonialnie ogłaszanego banger alert. Ta dobrze naoliwiona huśtawka nastrojów jest z placu zabaw dla dorosłych. — Marcin Flint


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s93.

Kiwanuka

Michael Kiwanuka

Polydor

Okrzyknięty jednym z największych soulowych odkryć ostatnich lat, Michael Kiwanuka na swoim trzecim studyjnym albumie mniej progresywnie, za to znacznie swobodniej, płynie po gitarowych riffach, kreując bezbrzeżny utwór pełen inspiracji uduchowionym brzmieniem Isaaca Hayesa czy Gila Scotta-Herona. Całość utrzymana jest w nostalgicznym, a jednak elektryzującym klimacie, w który co rusz wkradają się tąpnięcia psychodelii i odważne aranżacje. Przejmujący głos Michaela Kiwanuki niesie się z sobie właściwą swobodą na tych tkliwych, ale i gitarowo nasyconych podkładach. Kolejny przepiękny album w dorobku brytyjskiego muzyka, na zimowe wieczory jak ulał. — Maja Danilenko


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s92.

Magdalene

FKA Twigs

Young Turks

Magdalene, druga płyta FKA twigs, musiała się udać. Za jej produkcję odpowiadał w końcu zespół złożony z Nicolasa Jaara, Skrilexxa, Cashmere Cata, Benny’ego Blanca i Jacka Antonoffa oraz Oneothrix Point Never, co przełożyło się na brzmieniową mozaikę. Postać świętej stała się dla wokalistki inspiracją dla rozmyślań nad miłosnym życiem oprawionym w muzyczne ramy. Drugi album artystki to afirmacja kobiecej twórczości i siły przełożona na słowa i melodie. Świadoma dokonań starszych koleżanek – od Kate Bush po Aaliyah – FKA twigs podzieliła się własną historią. Muzyczne dzieło jest tu traktowane jako ludzki organ i lustro dla udręk ciała i duszy. — Ibinks


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s91.

99.9%

Kaytranda

XL

Pamiętacie jak Soundcloud był Waszą stroną startową przeglądarki? I co chwilę wypływał z tej chmury jakiś zdolny beatmaker, który po chwili robił karierę? Kaytranada to archetyp takiego soundcloudowego producenta. Zaczęło się od chwytliwego editu Janet Jackson… Boy, did that one blow up! Nie było imprezy bez tego hitu w latach 2014/2015. Na cały album trzeba było poczekać do 2016, w międzyczasie Kanadyjczyk przecież musiał zrobić trochę bitów dla takich tuzów jak Vic Mensa, Mick Jenkins czy Talib Kweli. A, no i tour z Madonną… Ale jak już nadszedł czas albumu, to Kaytranada nie zawiódł. Jego styl bezboleśnie blenduje hip-hop, disco, boogie i R&B. Proste loopy i sample podbite chwytliwym bassline’em — nie sposób nie napiąć łydki! „Glowed Up” z .Paakiem, to jeden z największych hitów tamtego roku, jednakże faworyta na albumie mam innego — „Lite Spots” nie wyjedzie do końca życia z mojego didżejskiego kuferka — piękny brazylijski sampel i hipnotyzujący bit. Topowy sztos od Kaytranady! — Mikołaj Buszkers


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s90.

The 20/20 Experience

Justin Timberlake

RCA

Czy ktoś jeszcze pamięta o tej płycie? Zwłaszcza po ostatnich, flanelowych wyczynach Justina. Wydaje mi się, że to jeden z tych materiałów, które zestarzały się w trakcie kilku ostatnich lat najokrutniej, choć przecież już od samego początku był to poniekąd łabędzi śpiew przebrzmiałych głosów Timberlake’a i Timbalanda. The 20/20 Experience to doskonały przejaw pięknej, pokręconej fantazji. „Skoro mogli Pink Floydzi, to dlaczego nie my?” – pyta Justin i, na spółkę z Timbą, sam sobie odpowiada. The 20/20 Experience to nomen omen epickie doświadczenie – postmodernistyczna i ambicjonalna w formie (ale nie w treści) hybryda retro pop soulu, czerpiącego z wielkich nazwisk i resztek produkcyjnego rozmachu Timbalanda. Dziś już bardziej chyba patynowa niż przebojowa, ale z pewnością pięknie ilustrująca progresywne i dekonstruktywne ambicje towarzyszące w tej dekadzie wszystkim — od raperów, przez croonerów, po wykonawców pop. — Maja Danilenko


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s89.

Prąd

Natalia Przybysz

Warner

W ciągu ostatniej dekady byliśmy świadkami transformacji muzycznej artystki, której kolejne albumy stawały się dojrzalsze od poprzednich. Szło to w parze z poszukiwaniem krainy dźwięków, w której Natalii Przybysz najswobodniej. Wyraźny sygnał odczuliśmy po premierze bardzo dobrze przyjętego Prądu, który w dużym stopniu pozwolił uwolnić się Natalii od marudzeń, rozczarowanych po Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin fanów Sistars, którzy faworyzując neo-soulową naturę artystki, byli zawiedzeni gitarowym brzmieniem jej nagrań. Świetnie dobrane single stłumiły jednak głosy malkontentów i pozwoliły zawędrować zespołowi na mainstreamowe ścieżki, na których w 2015 roku coraz częściej można było spotkać wielu świeżych i wartościowych muzyków, redefiniujących pop w Polsce. Prąd odkrywa spory fragment duszy kobiety niezależnej, wrażliwej, kochającej i zadziornej. Połączenie niebanalnych tekstów charyzmatycznej wokalistki i kompozycji Jurka Zagórskiego dało w efekcie nagrania pozbawione daty ważności. Soul, country, blues czy rock — co za różnica. Ważne, że płyty słucha się równie dobrze jak przed pięciu laty. — Krzysztof Zięba


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s88.

Mirrorwriting

Jamie Woon

Candent Songs / Polydor

Trudno jest dziś oprzeć się myśli, że rozbłyśnięcie gwiazdki pokroju Jamie’ego Woona było tak samo nieuchronne jak jej szybkie wygaśnięcie. Niepozorny gość, który z wielką skromnością przedstawiał debiutancki materiał publiczności zebranej w Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Katowicach w 2011 roku, miał wszelkie zadatki na supernową – promienne, ale ulotne zjawisko. Płynąc gdzieś obok Jamesa Blake’a i Jamie’ego XX na fali rozkwitu dubstep/future garage, Woon kierował swoją falę w stronę przeboju. Można narzekać, że Mirrorwriting to muzyczka do zakupów, ale równocześnie trudno odmówić jej uroku. Sztandarowym przykładem jest oczywiście „Lady Luck” z polifonicznymi, blue-eyed soulowymi wokalami, który dał nam poniekąd przedsmak tego, co usłyszeliśmy dużo później choćby na El mal querer Rosalíi. Zapętlone siatki wokaliz Woona, wyeksponowane dodatkowo przez basy, utkano na Mirrorwriting z dużą finezją. Zwyczajny młodzieniec z metra nie został ani Jamesem Blakiem, ani Jamie’em XX, ale z pewnością i on dołożył swoje do rozgrzewania publiczności przed dekadą wrażliwości w muzyce. — Maja Danilenko


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s87.

Yellow Memories

Fatima

Eglo

Fatima w ciągu ponad dekady aktywności na scenie współczesnego soulu i elektroniki zdała znaleźć sobie bardzo oddane grono wielbicieli, mimo że nie zanosi się, żeby jej pseudonim w szerszych kręgach zagroził marce portugalskiego sanktuarium. Podopieczna Floating Points wydała, po serii EP-ek, długogrający debiut dopiero 2015 roku. W moim odczuciu jest to jedna z tych bezbłędnych ponadczasowych płyt, które można katować po kilka-naście razy z rzędu bez poczucia przesytu. I zawsze się do niej dobrze wraca. Fantastyczny, głęboki i melodyjny głos Szwedki nastrojowo komponuje się zarówno z kompozycjami opartymi na żywych instrumentach, jak i tych elektronicznych. Wyróżnienie dla albumu roku podczas Worldwide Awards Gillesa Petersona to szczyt szczytów, jaki może osiągnąć artysta poruszający się w muzyce czarnego pochodzenia spoza głównego nurtu. Co jeszcze potęguje radość, nie był to jednorazowy strzał, gdyż kolejne produkcje Fatimy, ponownie dotykające tekstowo świata relacji romantycznych, dalej trzymają wysoko postawioną poprzeczkę na każdym poziomie – produkcyjnie, wokalnie, lirycznie. Pielgrzymowałbym ku Fatimie! — Radek Miszczak


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s86.

4

Beyoncé

Columbia

Po zasłużonej przerwie po intensywnym koncertowaniu i promowaniu wcześniejszych płyt, po czasie spędzonym z rodziną i zwiedzaniu świata, Beyoncé poczuła się na tyle zakochana i zainspirowana, by niezależnie od wszystkich, rozpocząć pracę nad kolejnym albumem. Krążek, którego tytułem stała się bardzo znacząca dla artystki czwórka, udowodnił, że warto czasem wziąć dłuższy urlop, by zregenerować siły. W przypadku Bey była to ponownie siła kobiecości i miłości. Od hymnu dziewczyn rządzących światem, przez wzniosłe ballady, aż po wzruszającą chęć postawienia swojego śladu na ziemi Beyoncé forsuje swoje możliwości wokalne tak, że momentami wydaje się to aż nieprawdopodobne. Miłość wyśpiewywania jest tu na wszystkie możliwe sposoby. Jest miłość romantyczna w „1+1”, miłość zdesperowana w „I Care”, miłość nieznająca granic w „Rather Die Young” i w końcu miłość spełniona i roztańczona w „Love on Top”, która do historii minionej dekady przeszła jako moment publicznego ogłoszenia światu o ciąży artystki. Do tego na płycie nie zabrakło odrobiny zaczepnego flirtu w „Countdown”, uwodzenia w „Dance for You”, a nawet próby powtórzenia hitowego „Irreplaceable” w „Best Thing i Never Had”. Pomimo wpadającego w ucho kombinowania z brzmieniem nawiązującym do lekkiej mieszanki popu i R&B lat 90., z perspektywy czasu 4 stało się zaledwie niezobowiązującym przerywnikiem między ukrywaniem się za Sashą Fierce a dojrzałością pani Carter. — Hanna Brzezińska


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s85.

Piñata

Freddie Gibbs & Madlib

Madlib Invazion / RCA

Pochodzący z rodzinnych stron Michaela Jacksona raper podąża ścieżką udeptaną przez Scarface’a, Raekwona i innych naczelnych dilerów rap gry. Jego historie są tak wiarygodne i opisane z taką starannością, że nie potrzebują żadnego certyfikatu autentyczności. Wywołują u nas to niekomfortowe wrażenie, że nasza codzienność wydaje się nudna i bezbarwna w porównaniu z życiorysem Gibbsa. Piñata nie byłaby jednak tym czym jest bez drugiego bohatera, czyli legendarnego Madliba — urzekającego brudnymi, wysamplowanymi z zakurzonych jazzowych i soulowych winyli pętlami, melancholijnymi melodiami, pomysłowymi partiami perkusyjnymi, powycinanymi z filmów dialogami. To najlepsza pozycja w dyskografii Freddiego Gibbsa, a także najmocniejsza produkcja Otisa Jacksona od czasów Madvillainy. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s84.

Universal Beings

Makaya McCraven

International Anthem Recording Company

Dwupłytowy album nagrany podczas czterech sesji w czterech różnych miejscach świata — Nowym Jorku, Chicago, Londynie i Los Angeles. I właśnie na cztery części się dzieli. Makaya jest perkusistą i motorem napędowym całego projektu, a grają tutaj m.in. Tomeka Reid, Shabaka Hutchings, Nubya Garcia, Ashley Henry, Miguel Atwood-Ferguson i Carlos Niño. Improwizacje jazzowe odwołujące się do humanizmu, wolności, a przede wszystkim siły jaką jest kreatywna współpraca pomiędzy wrażliwymi ludźmi z różnych stron globu. Wybitny wprost przykład, że muzyka jako jedna z niewielu już kwestii potrafi nas bezgranicznie łączyć, nie patrząc na płeć, kolor skóry, orientację seksualną i setki innych kwestii, które nie mają większego znaczenia, gdy odwołujemy się do tego, co najważniejsze — człowieczeństwa. — Andrzej Cała


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s83.

Childqueen

Kadhja Bonet

Fat Possum

Powab Minnie Riperton, artyzm Kate Bush i gatunkowa żonglerka godna Esperanzy Spalding — oto Kadhja Bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu. Jej wydana w 2018 roku druga studyjna płyta Childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60. Songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego R&B, którym tę łatkę doczepiono. To uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować. Childqueen Kadhji Bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s82.

Aromanticism

Moses Sumney

Jagjaguwar

Aromanticism, błyskotliwy debiut soul-folkowego wrażliwca Mosesa Sumneya, przenika przez rozmaite konwencje i środki wyrazu na wielu płaszczyznach. Gatunkowa ulotność — zawieszenie pomiędzy songwriterskim kameralnym folkiem, kojącym neo-soulem a artystowskim ambient popem to jedynie najbardziej powierzchowna z nich. Na tym poziomie Sumney z dolegliwym czasami umiarem dysponuje swoimi rozlicznymi talentami — fenomenalnego wokalisty, zdolnego tekściarza, zręcznego instrumentalisty i przede wszystkim producenta-wizjonera — bliżej mu do bedroomowego ASMR niż do emocjonalnego i aranżacyjnego splendoru — nawet pomimo Miguela Atwooda-Fergusona i Thundercata na podorędziu. Przez to określeniem gatunkowym, które można by Sumneyowi doprawić, mógłby stać się homogeniczny ascetyzm. Byłoby ono zasadne jednak tylko wówczas, gdybyśmy nonszalancko zignorowali poetyckie niuanse, w których skąpany jest Aromanticism. Niuanse, dzięki którym krążek zyskuje drugi wymiar, bywa, że stojący z tym zewnętrznym w pozornej sprzeczności. Bo choć Sumney kreuje pejzaż kameralny i intymny, nie sposób, nawet pomimo kompaktowego rozmiaru materiału, zamknąć go ściśle z każdej strony — to otwarta twórcza przestrzeń, mająca za nic granice, zdająca się wykraczać dalece poza horyzont, ale niekreująca wrażenia chłodu i obcości. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s81.

Arca

Arca

XL

„Quítame la piel de ayer” („Pozbądź mnie wczorajszej skóry”) — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelska producentka Arca w „Piel” otwierającym jej ostatni album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności. Arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu. Dzięki temu Arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s80.

Wildheart

Miguel

RCA

Czy słynny-niesłynny diss Miguela na Franka Oceana w 2015 roku nie powinien przypadkiem brzmieć — „robię lepszą muzykę niż Lenny Kravitz”? Przy Wildheart to raczej gość wieńczący adresowaną płytę przychodzi do głowy jako wzór do naśladowania. Równie zacięcie aspirujący do miana symbolu seksu Kravitz, skończył ostatecznie w roli nieszkodliwego grania do radia. Miguel podchodzi do tematu z większą delikatnością (w końcu to 2015, wychowanym na Trójce już dziękujemy), ale jego wersja zmysłowego R&B eksploatuje gitary nie mniej żarliwie niż zadziora Kravitz. Wildheart to płyta może zbyt impresyjna, by zapadła całościowo w pamięć naszą i playlist stacji radiowych, a jednak wciąż zgrabnie spajająca „niemodną” gitarę z współczesnym R&B na astralnym synth-electro podkładzie. A przy okazji, zgodnie z jedną z linii programowych dekady, odnajdującą stare riffy w nowych kontekstach, jak osławione wplecenie „1979” Smashing Pumpkins w „Leaves”. Płyta niezupełnie w linii wyznaczonej wrażliwością Franka Oceana (jak chyba chciały ówczesne recenzje), choć niewątpliwie nim inspirowana, to jednak wyraźnie autorska i całkiem przebojowa. — Maja Danilenko


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s79.

Nawiasem mówiąc

Łona i Webber

Dobrzewiesz

Nawiasem mówiąc, piąta płyta Łony i Webbera jest jedną z ich lepszych, jeżeli nie najlepszą produkcją. Tylko Łona w naszym rapowym światku był w stanie zauważyć plakatowy romans Gombrowicza i Azealii Banks przed opublikowaniem takiego gorącego newsa na portalach typu Pudelek czy TMZ. Aż strach pomyśleć jakie jeszcze połączenia Adam potrafi dostrzec w sklepach z szeroko pojętą kulturą. Doskonale wie, że jesteśmy gdybającym narodem i spokojnie moglibyśmy w tej dyscyplinie wystawić drużynę na olimpiadzie i co cztery lata sięgać po złoty medal, GDYBY igrzyska obejmowały taką konkurencję. Doskonale wie, dlaczego Jarmusch chudnie w połowie, kiedy decydujemy się na heroiczny czyn rzucając papierosy i tym samym nasze rozmowy ubożeją bez dymiącego nałogu. Łona jest rozbrajający w rapowaniu o prostych sprawach w metaforyczny sposób — odsłuchujesz te numery kilkakrotnie i za każdym razem wyłapujesz kolejne metafory, czy odniesienia chociażby do słów homilii Jana Pawła II bądź bajki „Wilk i Zając”. To wszystko podane w błyskotliwy i oryginalny sposób, no ale nawiasem mówiąc, czy kogoś to jeszcze dziwi w przypadku tego duetu? — Rafał Kulasiński


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s78.

Love & Hate

Michael Kiwanuka

Polydor

W 2016 roku z pomocą Danger Mouse’a Michael Kiwanuka wyszedł obronną ręką z dojrzewającej przez ostatnie cztery lata klątwy drugiego albumu. Śmiało zwrócił się w stronę soczystej progresywnej fuzji soulu, funku, rocka, gospel i subtelnych orkiestrowych aranży, które kiełkowały już na jego debiucie, a Danger Mouse doskonale wiedział, jak to połączenie zaadaptować, aby zabrzmiało współcześnie, ale ponadczasowo. Kiwanuka nie próbuje się jednak pod wymyślnymi aranżacjami ukrywać — choć jest mu z nimi nadzwyczaj do twarzy, w dalszym ciągu pozostaje tym samym wrażliwym chłopakiem z gitarą. Nie przebiera się, nie zwodzi słuchacza, nie odwraca od siebie uwagi, by zatuszować niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, obraca je w atut i podaje w oprawie, która jednocześnie rozdziera i koi, rozdrapuje rany, by za chwilę je zasklepić. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s77.

Emily’s D+Evolution

Esperanza Spalding

Concord

Dla części fanów Esperanzy Spalding jej piąty krążek musiał być nie lada zaskoczeniem. Na Emily’s D+Evolution artystka coraz bardziej muzycznie odchodzi od ściśle rozumianego jazzu, a wchodzi w rejony do tej pory w jakimś sensie dla siebie nieodkryte prezentując swoje alter ego — tytułową Emily. Krążek pokazuje jej mocniejszą, bardziej gitarową, wręcz rockową odsłonę — instrumentalnie to właśnie gitara elektryczna króluje w dużej części numerów na płycie. Pojawiały się nawet porównania do Prince’a, ale wyraźnie słychać, że Spalding była pod silnym wpływem dokonań chociażby Janelle Monáe. To bezsprzecznie nowa jakość w karierze wokalistki i tchnienie życia w oldschoolowy koncept mieszania jazzu z rockiem. Doskonała warstwa muzyczna połączona z bardzo dobrymi tekstami zaśpiewanymi na jazzowo skutkuje jedną wielką jazz-rockową czy może nawet funk-rockową operą. — Dill


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s76.

Astroworld

Travis Scott

Epic / Cactus Jack / Grand Hustle

Astroworld to najspójniejszy, a zarazem najbardziej progresywny projekt Travisa Scotta. Raper składając hołd rodzinnemu Houston, wykorzystuje motyw zamkniętego w 2005 roku, słynnego parku rozrywki, do którego podróż z La Flame’em jest niemalże godzinnym, narkotycznym tripem. Travis jeszcze lepiej płynie po podkładach, które stworzone przede wszystkim przez Mike’a Deana, przetarły kolejne szlaki w gatunku. Mamy tu choćby podwójną zmianę bitu w „Sicko Mode”, autorefleksyjną, oniryczną balladę „Stop Trying to Be God”, w której wykorzystana została harmonijka Stevie’ego Wondera albo shout out dla legendarnego DJ-a Screw wykonany zapoczątkowaną przez niego techniką. — Klementyna Szczuka


NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 100-76
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 75-51
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 50-26
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 25-1


25 najlepszych albumów 2019

25 najlepszych albumów 2019

Okołosoulowych podsumowań końcoworocznych ciąg dalszy — po utworach, czas na płyty! Choć trudno porównywać dość zachowawczy jednak, jeśli chodzi o premiery, rok 2019 z mocarnym 2018, kiedy zdecydowaliśmy się wyróżnić aż 50 krążków, nie sposób odmówić mu wielu solidnych wydawnictw. Jeśli spojrzeć z kolei na mijających 12 miesięcy przez pryzmat lat poprzednich, trzeba zauważyć, że oto R&B, które w poprzedniej dekadzie funkcjonowało trochę jako dobudówka do hip hopu, nie tylko uzyskało względem rapu większą artystyczną autonomię i znalazło własne formy wyrazu, ale wkradło się w hiphopowe szyki, wpływając na brzmienie i melodykę gatunku w sposób dotychczas nieznany i wykraczający dalece poza zgraną formułę rapowanych zwrotek ze śpiewanymi refrenami. Jeśli prześledzicie ogół wydawnictw R&B przed dziesięcioma laty i dziś, bez trudu wychwycicie różnice tak ilościowe, jak i jakościowe. Żyjemy w złotej erze artystycznego R&B — cieszmy się tym i doceniajmy to! Oto 25 najlepszych albumów 2019 roku według Soulbowl.pl. — Kurtek


Soulbowl: Najlepsze albumy 201925.

YU

Rosie Lowe

Wolf Tone

Uwodzicielski, minimalistyczny soul, jaki zafundowała Rosie Lowe na płycie YU powstał przy akompaniamencie elektroniki i instrumentów, które artystka kocha i na których nauczyła się grać już w młodości. Pomimo że w naszym zestawieniu krążek znajduje się na ostatnim miejscu, jego zawartość potwierdza talent pisarski Brytyjki. Na płycie Rosie snuje osobistą opowieść o miłości, pożądaniu, zadowoleniu, osadzoną w przyjemnym klimacie synthu, wspomnianego soulu i R&B. Przejście Lowe do nowej wytwórni nadało YU bardziej alternatywny charakter w porównaniu z jej wcześniejszymi wydawnictwami. Tym samym pokazała inne oblicze, nabrawszy odwagi, by sięgnąć do osobistych doświadczeń. Chociaż płyta ma klasyczną formę, zdecydowanie jest nowoczesna. YU to wyrafinowany i opanowany krążek, który burzy porządek w ułożonym świecie R&B. — Forrel

„Pharoah”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201924.

Painted

Lucky Daye

Keep Cool / RCA

Lucky Daye na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu. Album to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. Mantrą krążka są jednak muzyczne wzorce z R&B lat 90., przymglone aranżacyjnie i doprawione cytatami z soulu lat 70. To krążek pełen naprawdę dobrych melodii wyprodukowanych w doskonale wyważony sposób, dzięki czemu i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć te numery bez zastrzeżeń. [więcej]Kurtek

„Love You Too Much”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201923.

There Existed the Addition to Blood

Clipping.

Sub Pop

Na tegorocznym albumie Clipping. lecą po krawędzi i to jeszcze bardziej ostro i boleśnie niż zwykle. Tym razem wzięli na warsztat horrorową stylistykę, inspirując się kinem grozy, od soundtracków Johna Carpentera po sample z niszowego Ganja & Hess. To wszystko składa się na skrzętnie poskładaną i spójną stylistycznie kompozycję, która niemalże ocieka krwią. Zachwycić można się tu wszystkim – brzmieniem, ciekawymi rozwiązaniami produkcyjnymi oraz sadystycznymi, zakrawającymi o horrorcore wersami gospodarza. Przeprawa przez There Existed an Addiction to Blood, choć bywa bolesna, to głównie jest raczej satysfakcjonująca. — Mateusz

„Nothing Is Safe”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201922.

Not Waving, But Drowning

Loyle Carner

AMF

Drugi studyjny album Loyle’a to jeszcze bardziej klimatyczny i personalny materiał niż wydany dwa lata temu, debiutancki Yesterday’s Gone. Not Waving, But Drowning otwiera poruszający list do Jean, matki Carnera, a na albumie raper podejmuje tematy związane ze swoją dziewczyną, bliskimi i przyjaciółmi. Całość, jazzująca, lekka i swobodna, wydaje się wyjątkowo ciepła i kameralna, w szczególności za sprawą niejako luźnej kompozycji. — Klementyna

„Ottolenghi”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201921.

The Lost Boy

YBN Cordae

Atlantic / YBN

Młodzik z kolektywu YBN zaserwował nam w tym roku fantastyczną odtrutkę dla skostniałej formuły staroszkolnego, lirycznego rapu. Kolorowy, charyzmatyczny, mocno osadzony w soulowych korzeniach, ale hołdujący trapowej przewózce i wysmakowanym bangerom artysta znajduje kompromis między tym, co klasyczne a świeżością brzmienia. Rozpływające się, miękkie brzmienia samplowanego hip-hopu podszywa trapową bezpardonowością, zaś dynamiczniejsze fragmenty stara się sprowadzić z powrotem na drogę miejskiej poezji. To jeden z najbardziej angażujących, obiecujących i, przede wszystkim, wspaniale stylowych albumów tego roku. Niby taki zagubiony chłopiec, a drogę wydaje się realizować aż zbyt konsekwentnie. [więcej]Wojtek

„Bad Idea”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201920.

This Is How You Smile

Helado Negro

Universal Music

This Is How You Smile to właściwie album antyrankingowy. Oszczędny w środkach wyrazu, wyciszony, w najszerszym tego słowa znaczeniu — zwyczajnie nieprzebojowy. Z dużą pewnością to jednak najlepszy album w dyskografii Helado Negro i jedna z propozycji wartych choćby sprawdzenia. Wysublimowane kompozycje Roberto Carlosa Lange błądzą gdzieś pomiędzy kameralnym folkiem Devendry Banharta a syntetycznymi głębinami Nosaj Thing, nie zapominając jednocześnie o dziedzictwie João Gilberto. I choćby nawet chciało się złośliwie zakwalifikować This Is How You Smile w poczet nieistotnej muzyki tła, nie sposób odkleić się od tła, w którym przyjdzie nam się pławić. Siła tego albumu tkwi w wartościach pozornie nieatrakcyjnych, spokoju i skromności. Dużo teraz słyszy się apeli o ciszę. Gdyby zechcieć wskazać muzyczną odpowiedź na takowe apele, Helado Negro byłby numerem jeden. I słusznie — uśmiech to przecież cichy przejaw radości. — Maja Danilenko

„Running”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201919.

Charli

Charli XCX

Atlantic

Z Charli miałem taki problem, że dotychczasowa jej twórczość tliła się gdzieś w cieniu jej własnych dokonań songwriterskich. Wydawane od czasu do czasu single, mixtape’y czy gościnki nie pozwalały odkryć jej prawdziwej natury, a były jedynie eksperymentami. W 2019 roku Brytyjce udało się wydać spójny i ciekawy album. Byłem o tyle zaintrygowany materiałem, że mimo wątpliwości postanowiłem wyruszyć za Charli na trzy koncerty z rzędu. Efekt? Kompletna zmiana percepcji. Słuchając jej wykonań na żywo, a także przemyśleń o miłości i relacji z fanami, doszło do mnie jak szczera i przystępna w odbiorze jest marka Charli XCX. Płyta Charli składa się z futurepopowych hitów, które zostały napisane z niesamowitą lekkością pióra. To crème de la crème jej dotychczasowej twórczości. — Kuba Żądło

„Gone”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201918.

The Loop

Shafiq Husayn

Eglo

Shafiq Husayn wraca dziesięć lat po świetnym debiucie z drugim, równie dobrym, a może i nawet lepszym albumem. Na The Loop. artysta daje upust swojej niesamowitej wszechstronności jako producent, idąc w kierunku, który jest naturalną kontynuacją Shafiq En’ A Free Ka. Udało mu się w doskonały sposób przywrócić do życia brzmienie znane chociażby z dokonań The Soulquarians, ale płyta jest tak naprawdę zawieszona nie tylko między D’Angelo czy Commonem z czasów Like Water for ChocolateElectric Circus, ale też twórczością Pharoaha Sandersa czy Sly’a Stone’a, a nad wszystkim unosi się duch J Dilli. Soul, jazz, funk i hip-hop tworzą na tej płycie jedność, pokazując zarazem, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Husayn zaprosił do współpracy znakomitych muzyków — Thundercata Kamasi Washingtona, Erykę Badu, Andersona .Paaka czy Bilala. To wielowymiarowy materiał, którego złożoność przejawiaja się także w ciągłym odkrywaniu nowych elementów i zabiegów w trakcie obcowania z poszczególnymi numerami. Doskonałe partie klawiszy i basu, ale też fletu, trąbki czy gitary — to wszystko składa się na kompletne uniwersum dźwiękowe, pochłaniające słuchacza bez reszty. [więcej]Dill

„Between Us 2”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201917.

Legacy! Legacy!

Jamila Woods

Jagjaguwar

Antonim monotonii. Album, którego fundamentem jest obłędnie wyróżniająca się dojrzałość i świadomość artystyczna pod względem jakości tekstów, przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności, zróżnicowania estetycznego oraz konsekwentnej koncepcji. Jamila bowiem, staje się narratorem myśli swych idoli, dzięki czemu album może stać się dla słuchacza przeżyciem metafizycznym. Sporo miejsca poświęca postaciom zaangażowanym w walkę z dyskryminacją rasową (Sonia Sanchez, Nikki Giovanni, James Baldwin) oraz muzykom, których ceni, m.in. za wrażliwość (Betty Davis), indywidualizm (Sun Ra) czy nonkonformizm (Miles Davis). Swoją drogą, czy ktoś dotychczas trafniej odgadł i lepiej zaprezentował potencjalne maksymy życiowe Milesa („Turn my back, it make ’em mad, it’s not my business”, „I gave you the cool / I could do it in my sleep” „Never could define me, so fuck it”, „There’ll never be another I’m better than your best”)? Jeśli podczas przyszłych rozmów z Woods którykolwiek z dziennikarzy użyłby pytania dotyczącego osobistych inspiracji artystki, Jamila winna uśmiechnąć się z politowaniem i przerwać wywiad. Legacy! Legacy! nie pozostawia w tej kwestii żadnych niedomówień. — K.Zięba

„Basquiat”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201916.

Zuu

Denzel Curry

PH

Zuu to hołd dla czasów wczesnego trapu, muzyki hyphy czy nawet złotej ery crunku. W duchu nagrywek Three 6 Mafii i wczesnego T.I. Curry próbuje przywołać do życia okres sprzedawania nielegalnych mixtape’ów na chodnikach Florydy, nie porzucając jednak przy tym współczesnej klarowności brzmienia. Miejsce surowej dekonstrukcji świata wewnętrznego i zewnętrznego, które pojawiały się na poprzednim krążku Denzela, zastępuje przewózkowe, nostalgiczne braggadocio, ambitny koncept ustępuje piosenkowym formułom, a chłodne, trapowe produkcje i neo-soul, choć dalej wybrzmiewające w echach intrumentali, wyparte zostały przez brzmienie brudnego południa. To nie tylko rozważny krok ze strony Denzela w kierunku jego rapowych korzeni z oddaniem im należytego szacunku, ale także pierwsza od dawna próba tchnięcia świeżego powietrza z zastałą formułę trapowego hitu. We gon shake that ass for You, Mr Curry! [więcej]Wojtek

„Speedboat”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201915.

U Know What I’m Sayin¿

Danny Brown

Warp

Jedna z najbardziej oryginalnych postaci współczesnego hip-hopu wraca po trzech latach od premiery doskonale przyjętego Atrocity Exhibition. O ile tama płyta była pełna mroku, strachu i niepokoju — Danny walczył wtedy ze swoimi demonami i dał upust tej walce na krążku, teraz raper wszedł na scenę odmieniony. Nie zapomniał jednak o przeszłości. Na nowym krążku stara się by dawne nawyki nie dały o sobie znać, ale we wszystkim czuć sporą dawkę dystansu i poczucia humoru, jak np. w „Dirty Laundry”, w którym w prześmiewczy sposób opisuje seksualne doświadczenia z kobietami. Odnajduje radość życia, co wyraźnie słychać w znakomitym singlu „Best Life”. Można by pewnie pomyśleć, że ten wariat z poprzednich płyt gdzieś zniknął? Nic bardziej mylnego. Mimo ewidentnych zmian, w pewnym sensie to jest dalej ten sam raper, którego słyszeliśmy na Old czy XXX. Muzyka na płycie łączy w sobie eksperymentowanie z klasycznym hip-hopowym myśleniem. Sprawcą całego zamieszania jest, Q-Tip, który został producentem wykonawczym materiału.Nie tylko dostarczył kilka świetnych bitów („Dirty Laundry”, „Best Life” i trochę zwariowane, niesamowicie energetyczne muzycznie „Combat”), ale pokierował gospodarzem tak, że osobowość Danny’ego Browna po transformacji w minionych trzech latach, znalazła artystyczne ujście na U Know What I’m Sayin. [więcej]Dill

„Shine”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201914.

Slavic Spirits

EABS

Astigmatic

Czym jest melancholia? Jakie są jej źródła? Dlaczego zakorzeniona jest w nas, Polakach, naszych obyczajach i w kulturze? Pytania te towarzyszyły zespołowi Electro-Acoustic Beat Sessions przy tworzeniu ich pierwszego, autorskiego materiału — Slavic Spirits. Tym razem zaprezentowali 7 własnych kawałków, prawie połowa to kompozycje wspólne, które powstały często z improwizacji. EABS wraz z Tenderloniousem stworzyli album koncepcyjny, którego należy słuchać w całości, aby móc doświadczyć kolejnych etapów poznawania naszych korzeni. Przybliżają nam ciągle przetwarzane przez nas mity, które obecne są szczególnie w dobie sporów o polskość i podejście do historii. Slavic Spirits to dzieło kompletne, przenoszące nas do czasów pełnych grozy. [więcej]Polazofia

„Przywitanie słońca”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201913.

Guns

Quelle Chris

Mello Music Group

Guns to przede wszystkim album bardzo silnie skonceptualizowany i zajmujący wyraźne polityczne stanowiska. Pod ostrzał (no pun intended) wzięta zostaje kwestia tytułowych spluw — ich obecności w amerykańskim dyskursie, konotacji rasowych i narodowych czy symboliki. Mówiąc o przemocy artysta nakreśla jednak tak szerokie konteksty, że z dekonstrukcji samego zjawiska broni palnej płyta zmienia się w projektowanie obrazu całej społeczno-politycznej atmosfery współczesnej Ameryki. Chris na tę okazję porzuca swoją typową postawę wycofanego stand-upera z absurdalnymi żartami i melorecytowanym flow, zastępując niezręczne punchline’y gorzką, kąśliwą ironią i czarnym humorem. Raper wreszcie dokładnie wie, o co mu chodzi i w jakim kierunku zmierza. Podejmując zaangażowaną politycznie tematykę, nie popada w banał, a jego spojrzenie na rzeczywistość intryguje i prowokuje do przemyśleń. [więcej]Wojtek

„Straight Shot”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201912.

Eve

Rapsody

Jamia / Rock Nation

Rapsody bez dwóch zdań od lat okupuje podium wśród świadomych raperek. Powodów u temu jest wiele, a Eve wydaje się tylko to potwierdzać. Tu, do świetnego warsztatu i doskonałego tekściarstwa, dochodzi jeszcze intrygujący koncept, który oddaje sprawiedliwość nie tylko czarnym artystkom i bojowniczkom o prawa człowieka, lecz czarnym kobietom w ogóle. Poziom skomplikowania i bezkompromisowe podejście Rapsody potrafią odrobinę zniechęcić do kolejnych odsłuchów, ale każdy, kto poszukuje w muzyce wyzwania, znajdzie tu prawdziwy diament. [więcej]Adrian

„Ibtihaj”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201911.

Cuz I Love You

Lizzo

Nice Life / Atlantic

Charyzma i temperament Melissy Vivianne Jefferson panoszyły się na scenie już od początku roku, kiedy to pojawił się kolejny hymn na cześć dobrego sampoczucia w jej wykonaniu. „Juice” epatował taką ilością swagu, że Królowa Funku Chaka Khan mogłaby ugryźć się w język z wrażenia. Na Cuz I Love You wokalistka nie bawi się z słuchaczem w kotka i myszkę, inaugurując swój debiut w dużej wytwórni nieznoszącym sprzeciwu przytupem członkini orkiestry marszowej. Pop-trapowe mariaże obudzą tych najmniej obudzonych, dostarczając przy okazji feministycznych i queerowych treści, nadal tak potrzebnych w mainstreamowej narracji. Lizzo sięgnęła na albumie nie tylko do post-disco, ale i do skarbca Prince’a, Missy Elliott, a nawet liryzmu w rhythm-and-bluesowej pelerynce. W całym tym zróżnicowanym anturażu Cuz I Love You dostarcza unikatowy i cenny produkt — autentyczny impuls do afirmowania tego, co się czuje. Drugiej takiej nie znajdziecie. [więcej]Maja Danilenko

„Exactly How I Feel”


Soulbowl: Najlepsze albumy 201910.

Jimmy Lee

Raphael Saadiq

Columbia / Sony

Jimmy Lee to w zasadzie epitafium, album zadedykowany i napisany z perspektywy zmarłego brata muzyka, który przegrał życie z uzależnieniem narkotykowym. To najbardziej osobisty tekstowo krążek Saadiqa, który przez lata uciekał od mieszania swojego życia prywatnego z muzyką, aż w końcu znalazł się w punkcie, gdy potrzebował tego, by móc oddzielić przeszłość grubą kreską. Szczególna perspektywa Saadiqa znalazła odzwierciedlenie także w oprawie muzycznej, która eksploruje wachlarz tych samych brzmień, które nadawały pęd trwającej już przeszło trzy dekady karierze artysty. Jimmy Lee został skrojony jako specyficzne song cycle, progresywne, śmiało mieszające gatunki, dosłownie łamiące jeden drugim dzięki nagłym przejściom między utworami. Choć konstrukcja krążka może z początku wydawać się chaotyczna, w rzeczywistości kolejne utwory dopasowano do siebie rozmyślnie, a specyficzny przebieg albumu staje się przy kolejnych odsłuchach jego wyróżnikiem, a w końcu nawet atutem. Pomimo drobnych mankamentów Jimmy Lee to znakomita płyta — zarówno koncepcyjnie, kompozycyjnie, jak i producencko. [więcej]Kurtek

„Rikers Island”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20199.

Audioportret

Miętha

Asfalt

Duet Miętha podbił serca wszystkich fanów hip-hopu w naszym kraju, a wydał przy tym jedną z najlepiej wyprodukowanych polskich płyt 2019 roku. Dojrzałe teksty zaledwie 21-letniego Skipa, którego barwa głosu brzmi niczym ozłocone połączenie Pezeta z PlanBe, są czynnikiem wyróżniającym twórczość duetu na tle pozostałych rodzimych artystów. Ciepłe, sączące się brzmienie nie zostało przedobrzone.
Wręcz przeciwnie — pozwala się tu słuchaczowi na chwilę relaksu, zapomnienia czy refleksji — i takiej rozrywki potrzebujemy w 2019 roku! — Kuba Żądło

„Kapcie”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20198.

Kiwanuka

Michael Kiwanuka

Polydor

Okrzyknięty jednym z największych soulowych odkryć ostatnich lat Michael Kiwanuka powraca z trzecim już studyjnym albumem w swojej karierze. Mniej progresywnie, za to znacznie swobodniej płynie po gitarowych riffach, kreując bezbrzeżny utwór pełen inspiracji uduchowionym brzmieniem Isaaca Hayesa czy Gilla Scotta-Herona. Całość utrzymana jest w nostalgicznym, a jednak elektryzującym klimacie, w który co rusz wkradają się tąpnięcia psychodelii i odważne aranżacje. Kolejny przepiękny album w dorobku brytyjskiego muzyka, na zimowe wieczory jak ulał. [więcej]Adrian

„You Ain’t the Problem”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20197.

All My Heroes Are Cornballs

Jpegmafia

EQT Recordings

Jpegmafia, znany także jako Peggy, to potężne muzyczne indywiduum. W momencie, w którym świat zaczął się powoli godzić z faktem, że eksperymentalny rap nie będzie w stanie przekraczać granic gatunku w nieskończoność, a apogeum ekstremy wydawały się dokonania Death Grips, pojawia się nagle ekscentryk przesiąknięty internetową kulturą (choć bardziej deep webem niż Redditem), który postanowił znaleźć swoją brzmieniową niszę osadzając industrialne, eksplozywne brzmienie w kontekście melodyjnych kawałków brzmiących jak mocno przegnite R&B. Krążek to majstersztyk muzycznej erudycji. Widać, że raper orientuje się w szybko zmieniającej się kulturze i trendach produkcyjnych, ale filtruje je wszystkie przez własną estetykę. Chociaż element zaskoczenia, który był obecny przy pierwszych przesłuchaniach poprzednich albumów Jpegmafii tutaj nie jest aż tak duży, w ramach zachwycającej formy udało się po raz pierwszy przemycić tu aż tak dużo treści i piosenkowej materii. [więcej]Wojtek

„Free the Frail”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20196.

Bandana

Freddie Gibbs & Madlib

ESGN / Keep Cool / Madlib Invazion / RCA

Wydana w połowie dekady Piñata w ekspresowym tempie dołączyła do grona klasyków współczesnego hip-hopu, przeciwstawiając panującym trendom nieco bardziej ortodoksyjne spojrzenie na hip-hop w niesamowicie filmowej i gangsterskiej oprawie. Bandana podąża tym tropem, jednak nie tu mowy o odtwórczości. Freddie Gibbs i Madlib po raz kolejny weszli na nowy poziom, jeszcze bardziej rozwijając panującą między nimi chemię, a efektem jest soczysty, pełen wspaniałych sampli i ocierający się o perfekcję dojrzały, rapowy album. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fana gatunku. [więcej]Adrian

„Fake Names”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20195.

Nothing Great About Britain

Slowthai

Method

W dobie wszechobecnego hiperkonsumpcjonizmu stanowiącego już niemal nieodłączny element rapowego etosu, gdy nawet grime’owe tuzy takie jak Skepta czy Stormzy coraz częściej romansują z amerykańskimi standardami gatunkowymi, taki na wskroś plebejski, pyskaty MC, z którego każdego gestu bije brytyjskość i wyspiarska wrażliwość, stanowi wyjątkowo mocny głos. Tym, co jednak decyduje o przerażającej skuteczności Slowthaia jest jego znajomość kontekstów społecznych i wybitna obywatelska świadomość. Przy całej wyrazistości politycznej postaci młodego artysty, nie można pominąć tego, co o sile Nothing Great About Britain stanowi najmocniej, czyli warstwy muzycznej. Inspiracji możemy szukać właściwie na całej przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wyspiarskiego grania. Grime, który w takim wypadku wydawałby się oczywistym szkieletem, tu jedynie majaczy w tle, ustępując miejsca wpływom takich artystów jak The Streets czy najntisowej elektronice. Uwielbienie do smyczkowych wykończeń odwołuje nas nieco do trip-hopowej narracji, zaś post-punkowa ekspresja skandowanej pogardy przywołuje w pamięci wczesne dokonania Sleaford Mods czy bardziej współczesne artyście płyty Idles. [więcej]Wojtek

„Drug Dealer”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20194.

Grey Area

Little Simz

Age 101

Little Simz na swoim trzecim albumie imponuje niekwestionowaną pewnością siebie; jest Picassem z długopisem, w swoich złych dniach — Jay’em-Z, a w najgorszych — Szekspirem. She’s a boss in a fucking dress. W szczery sposób konfrontuje się ona z uczuciami, jakie towarzyszą kryzysowi wieku młodego, i z którymi w pewnej chwili mierzy się dziś prawie każdy młody człowiek. Jej autentyzm przejawia się w ironii, nieskrępowanej pewności siebie, samoświadomości i dystansie. Grey Area to album koncepcyjny i wyważony. Powiedziałoby się wręcz, że skrojony na miarę klasyków. Słuchajcie, co mówi. To pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów brytyjskiej sceny. [więcej]Klementyna

„Offence”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20193.

Magdalene

FKA twigs

Young Turks

FKA twigs długo kazała nam czekać na swój drugi longplay. Magdalene musiała się jednak udać. Za jej produkcję odpowiada w końcu zespół złożony z Nicolasa Jaara, Skrilexxa, Cashmere Cata, Benny’ego Blanca i Jacka Antonoffa oraz Oneothrix Point Never, co przekłada się na brzmieniową mozaikę. Postać świętej stała się dla wokalistki inspiracją dla rozmyślań nad miłosnym życiem oprawionym w muzyczne ramy. Drugi album artystki to afirmacja kobiecej twórczości i siły przełożona na słowa i melodie. Świadoma dokonań starszych koleżanek – od Kate Bush po Aaliyah – FKA twigs podzieliła się własną historią. Muzyczne dzieło jest tu traktowane jako ludzki organ i lustro dla udręk ciała i duszy. Zdecydowanie warto było czekać na nową muzykę FKA twigs. [więcej]ibinks

„Home With You”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20192.

When I Get Home

Solange

Columbia

Na When I Get Home Solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. Formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i R&B, może być post-minimalistyczny. Treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. Wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu Brudnego Południa lat 90. Nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne Solange. To artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego Houston lat 90. Nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje When I Get Home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. I choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album Solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi. [więcej]Kurtek

„Down With the Clique”


Soulbowl: Najlepsze albumy 20191.

Igor

Tyler, the Creator

Columbia

Igor nie jest albumem hip-hopowym – Tyler, the Creator na swoim piątym długogrającym materiale w autorski sposób zatarł granicę między rapem a podszytym syntezatorami neo-soulem, czerpiąc przy tym garściami ze spuścizny lat 70. i 80. Dzisiaj nareszcie też bez żadnych wyjaśnień może być sobą. Uwikłany w sprzeczne uczucia względem drugiego mężczyzny, od których finalnie się uwolnił, skomponował bezprecedensowy breakup album. To, co jednak jest największą wartością Igora, to uczucia, o których mówi w bezpośredni i zwyczajnie ładny sposób. Emocje przenikają się tu tak płynnie, jak kompozycje, w których warstwy wyjątkowo zręcznie Tyler wkomponowuje szereg poszczególnych artystów. [więcej]Klementyna

„Gone, Gone / Thank You”


Wszystkie wyróżnione przez nas albumy wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:

50 najlepszych albumów 2018

Nie będziemy zastanawiać się nad tym, czy w czasach wszechobecnego streamingu da się jeszcze uratować tradycyjną sprzedaż albumów muzycznych. Nie będziemy przejmować się tym, czy i dlaczego płyty są za długie lub za krótkie. Rozważania nad tym, czy w czasach wszechobecnego rozkojarzenia i niewyobrażalnego natłoku informacji epka wyprze ostatecznie longplay jako naczelny format wydawniczy, zostawimy specjalistom. Skupimy się, jak co roku, na muzyce. Poniżej znajdziecie listę z naszą selekcją najciekawszych albumów 2018.


Soulbowl50.

Soil

Serpentwithfeet

Secretly Canadian

Karierę Serpentwithfeet śledzimy uważniej od czasu nieco rozwodnionej, ale intrygującej epki Blisters z 2016 roku. Serpentwithfeet uderza w tę samą soulową niszą, którą w minionych latach zagospodarowali już Moses Sumney czy Benjamin Clementine, ale wpisywanie jego autorskiej wizji muzyki w tamte paradygmaty nie odda mu sprawiedliwości. Artysta wprawnie łączy inspiracje gospel i połamanym UK bassem z pieczołowitymi kameralnymi aranżami i queerowym popem. Słychać tu echa twórców tak odległych jak Terence Trent D’Arby, Nina Simone czy Björk, ale to nie one stanowią kanwę Soil. Ta oparta jest na niezwykłej wrażliwości i niespotykanej szczerości obnażonego przed słuchaczem artysty szukającego swojej tożsamości we własnych życiowych doświadczeniach zaklętych w kolejne piosenki na krążku. Co istotne, pomimo różnorodności inspiracji i rozwiązań formalnych oraz wymagającej skupienia tematyki, dzięki wpisanej w kolejne utwory pierwotnej rytmice oraz wokalnej i emocjonalnej otwartości Serpenta, to krążek, który chłonie się z przyjemnością od pierwszej do ostatniej minuty. — Kurtek

„Bless Ur Heart”


Soulbowl49.

No Rain, No Flowers

Sabrina Claudio

S.C.

Po pewnych perturbacjach Sabrina potrafiła przekuć negatywne doświadczenia na świetny album. No Rain, No Flowers stanowi swego rodzaju komunikat dla otoczenia, który głosi, że bez negatywnych doświadczeń nie jesteśmy w stanie się rozwijać. Jeśli zaś chodzi o warstwę muzyczną, Claudio ponownie zaprosiła do współpracy Sad Money, z którym łączy ją niezwykła chemia twórcza. Efektem tego jest krążek wypełniony bedroomowym klimatem, ale niepozbawiony dozy melancholii i neo-soulu nawiązań, w której to mieszance kropkę nad i stawia zmysłowy falset Sabriny. [Więcej] — Pat

„Numb”


Soulbowl48.

Good Thing

Leon Bridges

Columbia

Na drugiej płycie Good Thing Leon Bridges nie dał się zapędzić w kozi róg. Trzy lata po szeroko dyskutowanym Coming Home wskrzeszającym ducha klasycznych nagrań Sama Cooke’a i Otisa Reddinga Bridges wie doskonale, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dobór najnowszego repertuaru nie jest już kwestią młodzieńczej fascynacji, ale artystycznych poszukiwań i wrażliwości, której piosenkarzowi nie można było odmówić od samego początku kariery. Bridges trzyma zdrowy dystans od klasycznego Motown, jednocześnie nie negując swoich retrosoulowych początków. Od inspiracji tradycyjnym rhythm & bluesem, przez smooth soul z filadelfijskim rodowodem („Bet Ain’t Worth the Hand”), połamany, ale ochrzczony funkiem nu jazz („Lions”) płynnie przechodzi do tanecznego „Bad Bad News” łączącego twórczo pełnokrwisty jazzowy sznyt i okołohouse’owy bit. To bez wątpienia rezultat naturalnej ewolucji brzmienia — nie klątwa drugiej płyty, ale przystanek pośredni między artystą imitującym a artystą dojrzałym. [Więcej] — Kurtek

„Bet Ain’t Worth the Hand”


Soulbowl47.

Albo Inaczej 2

Alkopoligamia

Po raz drugi Alkopoligamia zastosowała swój nowatorski pomysł łączenia różnych muzycznych biegunów, biorąc na warsztat polskie rap-klasyki. Tym razem jednak wręczyli je do wykonania młodym popularnym wokalistom. Za muzykę po raz kolejny odpowiedzialny był maestro Mariusz Obijalski, a wokaliści (m.in. Natalia Nykiel, Daria Zawiałow, Justyna Święs, Mrozu czy Krzysztof Zalewski) wzięli na tapet teksty Sokoła, Pezeta, Fisza czy Paktofoniki. Eksperyment spłacił się z nawiązką. Z „Nie mamy skrzydeł” Piotr Zioła wydobył popową melodyjność, „Mogę wszystko” w jazzująco-funkującej interpretacji Natalii Nykiel przeistoczyło się w pierwszorzędny feel-good-anthem, a „Czerwona sukienka” zyskała drugie dno przez nostalgiczną interpretację Justyny Święs. Na szczególne brawa zasługuje Ralph Kaminski i jego prosta, lecz naszpikowana ogromem emocji wersja „Chodź ze mną”. Twórcy Albo Inaczej 2 ponownie udowodnili, że wystarczy świetny pomysł i grono utalentowanych ludzi, byśmy mogli na nowo zakochać się w znanych przecież od lat utworach. — Pat

„Gdyby miało nie być jutra”


Soulbowl46.

Black Panther the Album Music From and Inspired By

Aftermath

Uniwersum Marvela i Uniwersum Kendricka Lamara. Dwie potęgi, które przez ostatnią dekadę zawładnęły przemysłami (odpowiednio) filmowym i fonograficznym. Kendrick Lamar to perfekcjonista jakich mało, którego głównym polem dla artystycznych popisówi wciąż pozostają solowe wydawnictwa. Tutaj skupia się jednak na roli gospodarza projektu i wychodzi mu to nieźle, choćby poprzez spajanie albumu prostymi, wszechobecnymi hookami. Oprócz K-Dota sporą cegiełkę do powstania albumu dołożył jego wierny producent Sounwave. Z małą pomocą kilku dobrze brzmiących nazwisk, beatmaker wykreował brzmienie, którym z pewnością tętniłoby znane z filmu fikcyjne państwo Wakanda. Słychać styl znany zarówno ze starych jak i nowych płyt Kendricka, wzbogacony o ornamenty nawiązujące do world music — rzecz jasna z akcentem na Czarny Ląd. Dwa lata temu Kendrick Lamar pokazał, że nawet kompilacja odrzutów z ostatniego albumu może być czymś ponadprzeciętnym. Nie inaczej jest z Black Panther: The Album. [Więcej] — Chojny

„Paramedic!”


Soulbowl45.

Overload

Georgia Anne Muldrow

Brainfeeder

Jeśli kiedykolwiek miało się do czynienia z wizją soulu Georgii Anne Muldrow, jej nowa albumowa odsłona, prawowity powrót na scenę po trzyletniej przerwie, nie powinna stanowić niespodzianki — artystka nadal nagrywa uduchowiony neo-soul, który z eksperymentalnym zacięciem łączy harmonię z chaosem i hip-hop z jazzem. Overload to jej najbardziej przestrzenna płyta w karierze. Plemienna rytmika i uduchowione wokale Muldrow wreszcie zyskały godną jej afrofuturytycznych inspiracji oprawę — choćby w mechanicznym, metalicznie brzmiącym bangerze „Play It Up”, który mocny hiphopowy bit zestawia z natchnioną neo-soulową wokalizą. W singlowym „Overload” z kolei zręcznie stapia w jedno sprawdzony neo-soul z trapową rytmiką, sprawiając, że po raz kolejny oczywiste staje się intrygujące. Choć produkcją większości utworów na krążku zajęła się sama Muldrow, słychać rękę szkoły Flying Lotusa w procesie nadania pełnej stylistycznych rozbieżności grupie utworów charakteru doświadczenia zamkniętego i koherentnego albumu długogrającego. [Więcej] — Kurtek

„Play It Up”


Soulbowl44.

An Angel Fell

Idris Ackamoor ☥ The Pyramids

!K7 Music

Fantastyczna trupa jazzowych podróżników pod wodzą charyzmatycznego saksofonisty Idrisa Ackamoora wróciła w tym roku z nową płytą, następcą przełomowego dla muzyków We Be All Africans sprzed dwóch lat. To udana kontynuacja stylistyki zaczerpniętej przez Ackamoora i spółkę z amerykańskiego spiritual jazzu i afrykańskiego folku. Sam muzyk mówi zresztą, że u podstaw nowej płyty stoją właśnie folklor, fantazja i dramaturgia, które mają służyć nie samym sobie, nie jedynie celom artystycznym, ale także, a może przede wszystkim dotarciu do świata z trudną wiadomością — o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i ekologicznej obojętności, za którą prędzej czy później zapłacimy wszyscy. Krążek wyprodukowany przez Malcolma Catto z The Heliocentrics wyciąga muzykę Ackamoora i spółki z plemiennego afrobeatu w rejony bliższe szeroko pojętej folkowej duchowości — tak jest w inspirowanym Sun Rą dubowym „The Land of Ra”, w orientalnym „Papyrus” czy w na wpół psychodelicznej, a na wpół awangardowej wariacji na klasycznej exotice w „Message to My People”. An Angel Fell to zrównoważony, bujający krążek ujmujący doskonałą synergią i magnetyzujący nienachalnym groove’m. — Kurtek

„Sunset”


Soulbowl43.

The Window

Cécile McLorin Salvant

Mack Avenue

Ostatnio trochę narzekaliśmy, że najnowszy album od Cécile McLorin Salvant po raz kolejny składa się ze zbioru cudzych kompozycji. Tymczasem „The Window” to świetne wydawnictwo, z którym warto zapoznać się bliżej. Nie bez przyczyny Cécile jest nazywana nadzieją wokalnego jazzu. Piąty krążek Amerykanki stanowi intymną, ale też pełną dojrzałości i charyzmy rozmowę wokalistki z pianistą. Niesamowicie brzmi minorowy ton, który artystka potrafi wydobyć z nawet najbardziej radosnego standardu. Sprawdźcie sobie, co wyczynia się tu z musicalowymi tematami jak „Where Thine That Special Face” czy ograne „Somewhere” z West Side Story. Pod względem nastroju to zdecydowanie jesienna płyta, ale artystka zapewnia, że starała się uchwycić pełnię dynamizmu towarzyszącego miłosnym cyrkulacjom. Ten plan wykonała w tysiącu procentach. W dobie wzmożonej kompresji takie kameralne, ale treściwe albumy to czysta przyjemność. — Maja Danilenko

„One Step Ahead”


Soulbowl42.

Die Lit

Playboi Carti

AWGE

Z całym szacunkiem do Young Thuga, Future’a czy nawet Kendricka, ale to Playboi Carti jest prawdopodobnie najbardziej rzucającym się w oczy uosobieniem hiphopowego zeitgeistu. Nikt tak jak on nie przewartościował czynników składających się na konstrukcję rapowych utworów, nikt wcześniej aż tak nie burzył granicy między zwrotką a refrenem, między wersem a ad-libem. I choć Die Lit to w zasadzie powtórka z rozrywki z zeszłorocznego debiutanckiego mikstejpu Cartiego, w przypadku tak innowatorskiego gracza jak Carti roczna stagnacja to wciąż podtrzymanie czołowej pozycji w peletonie trapowej awangardy. To fascynujące gospodarowanie prostego jak konstrukcja cepa podkładu w duecie z Travi$em Scottem. To dekonstrukcja piosenki o miłości w konwencji rap/R&B w utworze z Brysonem Tillerem. To abstrakcyjnie melodyjne „Mileage” z anty-szowinistycznym refrenem. Całość albumu tworzy spójną i logiczną sesję z zahaczającym o psychodelię post-rapem [Więcej] — Chojny

„Lean 4 Real”


Soulbowl41.

K.T.S.E.

Teyana Taylor

Getting Out Our Dreams

Drugi album Teyany Taylor opublikowany w okolicznościach obezwładniającego zamieszania na zakończenie tegorocznego miesiąca GOOD Fridays po szeroko dyskutowanych wydawnictwach ze stajni Kanyego Westa przemknął jakby niezauważony. Czy może inaczej — Taylor dotarła nim przede wszystkim do słuchaczy rapu, którzy nie do końca wiedzieli, co z tą dość konwencjonalną, ale przepięknie skrojoną przez Westa i spółkę ścisłą hybrydą R&B i neo-soulu zrobić. W chaosie i pośpiechu uciekającego hajpu nie do końca wiedzieli to też chyba sami twórcy. Z jednej strony stworzyli dla Taylor pierwszy naprawdę solidny anturaż produkcyjno-kompozycyjny, gdzie jej sensualne wokale przepięknie łączą się z wyważonymi bitami opartymi w dużej mierze na typowych dla Westa klasycznych samplach. Z drugiej zaś — zmarnowano jednocześnie prawdziwy potencjał tej kolaboracji — K.T.S.E. jest raczej pozbawionym konsekwencji szkicem niż skończoną płytą. I choć to Taylor, nie produkcja Westa, pozostaje tu na pierwszym planie, trudno nie odnieść wrażenia, że potraktowano tu piosenkarkę instrumentalnie, niepotrzebnie seksualizując jej imidż i teksty. Pomimo tego „Gonna Love Me”, „Issues/Hold On” i „Rose in Harlem” to pierwszorzędne R&B dla koneserów, czołówka tegorocznych list gatunkowych i najlepsze, co dotychczas Taylor nagrała w ogóle. — Kurtek

„Issues/Hold On”


Soulbowl40.

Origami Harvest

Ambrose Akinmusire

Blue Note

Ambrose Akinmusire odważnie przeciwstawia się dominującej we współczesnej krytyce muzycznej idei dopisywania politycznego kontekstu do abstrakcyjnej w formie muzyki. Jest w tym, owszem, coś niefrasobliwie dosłownego, bo na Origami Harvest Akinmusire w roli narratora obsadził rapowego outsidera Kool A.D., który we właściwy sobie sposób, gdzieś między prostym snuciem opowieści a koncepcyjnie porwanym, poetycznym free rapem, dzieli się prowadzi słuchacza przez kolejne jazzowe meandry nowej płyty utalentowanego trębacza. Jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami. Sam Akinmusire także zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z Mivos Quartet. To, w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej Ameryki. — Kurtek

„A Blooming Bloodfruit in a Hoodie”


Soulbowl39.

Piano & a Microphone 1983

Prince

NPG

Jeśli planowaliście zignorować Piano and a Microphone 1983, bo uważacie je za przejaw pośmiertnej monetyzacji dorobku artysty, albo, co gorsza za zestaw drugorzędnych dem i odrzutów sprzed 35 lat, które niczego do katalogu Prince’a nie dodadzą, lojalnie ostrzegamy — możecie być w poważnym błędzie. Ten archiwalny zbiór zaledwie 9 prinsowskich interpretacji zarówno własnych utworów, jak i standardów (w tym też coveru Joni Mitchell) to najbardziej autentyczna odsłona Księcia od wielu lat, a być może nawet w ogóle. Zwłaszcza w ostatnich 20 latach piosenki Prince’a bardzo często cierpiały przeprodukowanie, często też krążyły dookoła tematu, unikając meritum. Na Piano and a Microphone 1983 Książę jest zupełnie nagi — jest tylko on, jego głos i fortepian. Możliwie najbardziej intymna sesja nagraniowa z jednym z największych talentów muzyki popularnej. — Kurtek

„Mary Don’t You Weep”


Soulbowl38.

Beerbongs & Bentleys

Post Malone

Republic

Na drugim albumie Post Malone potwierdza tezę, że potrafi tworzyć trendy, za którymi cały świat będzie podążać z ekscytacją. Choć na krążku znalazło się o kilka pozycji za dużo, to jednak jego większość stanowią stworzone z premedytacją hity. Post, którego sukces swoje początki miał na Soundcloudzie, doskonale zdaje sobie sprawę z chwytów, jakie należy stosować, aby zarażać swoją muzyką masy. Tak oto na Beerbongs & Bentleys nie brakuje chwytliwych melodii i refrenów, które nie chcą wyjść z głowy, a produkcja ma swoje świetne momenty i perfekcyjne muśnięcia, jak np. zagrane na melotronie intro do „Rich & Sad”. Malone sam o sobie mówi, że nie jest raperem, ale nie da się ukryć inspiracji czy mechanizmów hip-hopowych i korzystania z będącego wciąż na fali trapu. Dodając domieszkę popu, Amerykanin stworzył sobie przepis idealny, aby stać się jednym z najpopularniejszych nowych raperów. — Kuba Żądło

„92 Explorer”


Soulbowl37.

No One Ever Really Dies

N.E.R.D

N.E.R.D

Ze względu na późną datę premiery ostatniego krążka N.E.R.D zabrakło w zeszłorocznym podsumowaniu, aby jednak oddać mu należną sprawiedliwość, uwzględniliśmy go w tym roku. No One Ever Really Dies to bez wątpienia najbardziej zaangażowana i najambitniejsza płyta w dorobku Pharrella, Shaya i Chada. W charakterystycznym dla nich miszmaszu dźwięków, istnej fuzji rapu, funku, soulu i elektroniki udało im się przemycić ważne i często społecznie niewygodne treści. Problemy imigracji, morderstw na ulicach, brutalności policji, kwestii rasowych — cały ten wachlarz tematyczny jest podany na przebojowo zaaranżowanych syntezatorach, basach i gitarach. Znakomicie dobrani współpracownicy, w tym rapująca Rihanna, Kendrick Lamar, Future czy M.I.A., stanowią dodatkowy atut wydawnictwa i idealnie wpasowują się w jego ramy stylistyczne. [Więcej] — Pat

„1000”


Soulbowl36.

Ella Mai

Ella Mai

10 Summers

Debiut Mai jest silnie inspirowany i zapewne dedykowany R&B lat 90., gdy na scenie królowały Janet Jackson i TLC. Artystka wzięła duży zamach i nie przeliczyła się. Trafiła całkiem przyzwoicie w piłkę i zdobyła co najmniej 2. bazę. To historia jak z filmu, która pokazuje, że jeśli ma się talent, warto cierpliwie czekać na swoją szansę. Niektóre z aranżacji na Ella Mai brzmią na nieco zautomatyzowane, ale piosenkarka radzi sobie z tym doskonale, tchnąc w nie dodatkową porcję życia przez swój znakomity warsztat wokalny. W przypadku Brytyjki szansa ta przyszła znienacka, w postaci jednego z najgorętszych nazwisk na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Współpraca z Mustardem przyniosła jej bardzo dobry debiut, a także zapewniła jej pierwszy od 26 lat numer jeden na amerykańskiej liście piosenek R&B osiągnięty przez artystę z Wysp Brytyjskich. I wszystko to uzasadnione. [Więcej] — Kuba Żądło

„Trip”


Soulbowl35.

Geography

Tom Misch

Beyond the Groove

Geography Toma Mischa to z pewnością jedno z najprzyjemniejszych wydawnictw tego roku. Określanie muzyki jako „przyjemna” bywa niebezpieczne i nasuwa skojarzenia braku wyrazistości. W przypadku tego krążka, właśnie ten „brak pazura” w brzmieniu jest jego największym atutem. Jazzujący electro-swing Mischa sprawia, że Geography słucha się z uśmiechem na twarzy, a na myśl przychodzą nam wspomnienia najcieplejszych dni minionego lata. Pogodne brzmienie dopełnia kojący głos Mischa, który nie rezygnuje ze współpracy z innymi artystami, ale tym razem wyraźniej stawia na siebie. Londyńczyk tym samym udowodnił, że nie jest jedynie beatmakerem, a multiinstrumentalistą z krwi i kości. Krążek urozmaicają świetni goście, w przeważającej ilości raperzy, a wśród nich GoldLink czy De La Soul. — Polazofia

„Lost in Paris”


Soulbowl34.

FM!

Vince Staples

Def Jam

Po chłodno przyjętym Big Fish Theory Vince postanowił spuścić z tonu i dać sobie przestrzeń na niewymuszoną kreatywność i swobodę. I tak nagle dostaliśmy niespodziankę w postaci FM! – kolejnego w tym roku krótkiego albumu, który udowadnia, że mniej znaczy więcej. To zaledwie 11 numerów w stylu brzmienia z Bay Area, które przedstawiono w formie fragmentu audycji radiowej. Efekt brzmi rewelacyjnie — Vince rapuje lepiej niż kiedykolwiek, podkłady Kenny’ego Beatza bujają wszystkim wokół, a smaczki pokroju zwiastuna nowego Earla Sweatshirta czy występu E-40 sprawiają, że na twarz słuchacza raz za razem wstępuje szeroki uśmiech. Odsłuch FM! trwa zaledwie chwilę, ale w jej trakcie otrzymujemy całe mnóstwo brzmień, które przywodzą na myśl stare dobre czasy i Summertime’ 06. — Adrian Felis

„Fun!”


Soulbowl33.

Caution

Mariah Carey

Epic

Mariah Carey zastosowała dość sprytny zabieg i wydała płytę tuż przed momentem, w którym jej świąteczna muzyka atakuje nas zewsząd. Mimo to Caution daleko do tytułowej ostrożności. Album ma gdzieś z tyłu głowy hipsterskie alt R&B, ale pierwszeństwo daje bombastycznym trapom. Wciąż jest to jednak monument na skalę Marii Carey i przyjemności z odsłuchu nie są w stanie zepsuć ani wygładzona pomnikowość, ani kompresja. Ta przyjemność zaczyna się już od „GTFO”, płynąc przez lekkie funkujące „A No No”, najntisowe „The Distance”, psychodeliczne „Giving Me Life” (z udziałem Blood Orange) do końcowego, jedynego tak pompatycznego na krążku, „Portrait”. To raczej oczywiste, że Caution nie zmieni oblicza muzyki popularnej. Ale trzeba oddać Marii sprawiedliwość i przyznać, że lekcję ze współczesności odrobiła celująco. [Więcej] — Maja Danilenko

„GTFO”


Soulbowl32.

Sweetener

Ariana Grande

Republic

Zupełnie przypadkowo doprowadziliśmy w redakcji do wymownej sytuacji, w której uczennica przerosła mistrzynię. Wprawdzie minimalnie, i bądź co bądź dosłownie; gdyby faktycznie chcieć porównywać Arianę Grandę z panią z oczka niżej, prawdopodobnie znajdziemy tyle samo podobieństw, co różnic. Jedną z nich jest obecność Pharrella Williamsa. To głównie on sprawił, że Sweetener wyróżnia się, a nawet broni jako całość. Połowa The Neptunes wprowadza się tu ze swoją sztandarową stylistyką: łamie melodie, rozrzuca na prawo i lewo surowymi, perkusyjnymi samplami różnej proweniencji, spinając to wszystko znajomą hip-hop soulową klamrą. Prócz Pharrella Ariana ma też rzeszę producentów, którzy z kolei czynią ten album trochę zbyt przekombinowanym. Jeżeli jednak trap ma monopolizować rynek komercyjny, to chciałabym, żeby orbitował wokół takiego drobiazgowego i wstrząśniętego, ale zmieszanego kierunku jak na Sweetenerze. — Maja Danilenko

„Sweetener”


Soulbowl31.

Taboo

Denzel Curry

Loma Vista

Najnowsze dzieło Denzela Curry’ego to płyta aż do kości introspektywna, mroczna, czasem wręcz wprowadzająca uczucie pewnego dyskomfortu, a jednocześnie fascynująca, gdyż daje nam możliwość odbycia podróży w głąb psyche tego młodego i bardzo wrażliwego artysty. Kluczową rolę odgrywa tu koncept, a raczej konstrukcja albumu. Taboo podzielone jest na trzy akty, które reprezentują różne stany psychiki rapera (odpowiednio światło, szarość i ciemność). Każdy z tych aktów z powodzeniem może funkcjonować jako oddzielony, niezależny byt, jednak zdecydowanie najlepiej spełniają swoją rolę, będąc częścią większej całości, dzięki czemu z każdą kolejną piosenką poznajemy coraz mroczniejsze zakamarki umysłu Denzela. Na krążku Curry oddziela się od reszty raperów ze swojego pokolenia grubą kreską, co w jego przypadku jest nie tyle wyrazem arogancji, co w pełni uzasadnionej pewności siebie i przekonania o własnej oryginalności. Taboo stanowi tego doskonały dowód. [Więcej] — Jędrek

„Black Balloons”


Soulbowl30.

Everything Is Recorded by Richard Russell

Everything Is Recorded

XL

Jak sugeruje sam tytuł Everything Is Recorded by Richard Russell, projektu sygnowanego nazwiskiem współożyciela XL Recordings, to on jest mózgiem całego projektu i elementem spajającym wszystko w jedną całość, a trzeba przyznać, że nie miał zadania łatwego, bo ekipa złożona w głównej mierze z młodych wilków XL Recordings jest w równym stopniu utalentowana, co niesamowicie różnorodna. Wśród zaproszonych artystów znaleźli się m.in. Sampha, Syd, Ibeyi czy Kamasi Washington, a produkcyjnie wsparli Russella tak doświadczeni muzycy jak Peter Gabriel, Damon Albarn, Geen Gartside czy Owen Pallett. Współpraca ta poskutkowała stworzeniem kompetentnej warstwy produkcyjnej opartej na brzmieniu alternatywnego R&B, art popu, trip hopu czy UK Bass, w której można również znaleźć sporo odniesień do muzyki z przeszłości — szczególnie klasycznego soulu. Everything Is Recorded to pokaz siły, jaką daje sztuce działanie w kolektywie, poczucie wspólnoty i kreatywny przepływ inspiracji. [Więcej] — Jędrek

„Close But Not Quite”


Soulbowl29.

MITH

Lonnie Holley

Jagjaguwar

Choć MITH Lonniego Holleya trudno jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo, bezapelacyjnie powinno uplasować się wysoko na tegorocznych liście płyt, które nie brzmią jak nic innego, czego wcześniej słuchaliście. Holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między Waitsowską quasimelodyjnością a Heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne Colina Stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką. Sam Holley ma w sobie równie dużo z wokalisty, co performera, jawiąc się a to jako współczesny Screamin’ Jay Hawkins, a to free-jazzowy Charles Bradley, a to soulmate Georgii Anne Muldrow — w zależności od utworu i kontekstu. Z jego sugestywnie zatytułowanego debiutu Just Before Music z 2012 roku pozostał mu ambientowo-improwizowany background oraz inspiracja kazaniami afroamerykańskich pastorów, ale MITH eksploruje na szczęście mimo wszystko bardziej piosenkowe terytoria, z których, bez wątpienia, na czoło tegorocznego peletonu utworów-manifestów należy wyprowadzić przejmujące „I Woke Up in a Fucked-Up America”. — Kurtek

„I Woke Up in a Fucked-Up America”


Soulbowl28.

Ye

Kanye West

Getting Out Our Dreams

Kanye West już dawno zdążył nas przyzwyczaić do ekscentryzmu i rozmachu. Jednak większym zaskoczeniem niż to, że w ciągu miesiąca wydał ze swoją świtą aż pięć albumów, był raczej ich skromny metraż, który na szczęście nie odbił się na jakości. Ye, chociaż dalekie jest od innowacyjnego The Life of Pablo czy Yeezusa, ujmuje lekkością i kameralnym klimatem. Zaskakuje — tym razem stanowiąc kontrast do poprzednich wydawnictw. Nie można mu też odmówić kilku przykuwających uwagę, oryginalnych momentów jak spokenwordowe intro „I Thought About Killing You” lub nostalgiczne „Ghost Town” czy zamykające „Violent Crimes”. Zanim więc stwierdzimy, że kreatywność i szczytowa forma Yeezy’ego dobiega końca, umówmy się — przy takim doświadczeniu i świadomości artystycznej, nagranie albumu na ostatni moment i wykorzystanie na okładce zdjęcia zrobionego telefonem dzień przed premierą jest przekraczaniem kolejnych granic. — Klementyna

„No Mistakes”


Soulbowl27.

Noir

Smino

Zero Fatigue

Nowy album Smino ma w sobie o wiele więcej z dobrej komedii niż z filmu noir. To przede wszystkim zasługa gospodarza. Sposób nawijania Smino to coś pomiędzy mumble rapem a śpiewaniem. Reprezentant St. Louis wyjątkowo gładko przechodzi od rapowania do wyśpiewanych na różne sposoby pokręconych melodii. Do tego dochodzą nowoczesne, a jednocześnie stonowane i ciągnące się podkłady. Próżno szukać tu szalejących osiemset ósemek, pędzących hi hatów i drażniących uszy leadów. Lekkie i przyjemne kawałki wprowadzają beztroską atmosferę i sprawiają, że podczas odsłuchu Noir uśmiech na stałe przykleja się do twarzy. [Więcej] — Mateusz

„Klink”


Soulbowl26.

Oil of Every Pearl’s Un-Insides

Sophie

MSMSMSM

I Love Every Person’s Insides — to właściwy tytuł tegorocznego krążka Sophie, ukryty w enigmatycznym Oil of Every Pearl’s Un-Insides. Miłość do wnętrza w wydaniu Sophie zaskakuje plastycznym, momentami pastelowym, a nawet dreampopowym, innym razem plastikowym brzmieniem zmieszanym z porwaną, glitchową elektroniką. Słodkie, przesterowane wokale, charakterystyczne dla wcześniejszych odsłon Sophie, zostały tu wpisane w zupełnie inny kontekst i rozszerzyły dotychczasową estetykę producentki o zupełnie nowe terytorium — bliższe zeszłorocznemu krążkowi Arki aniżel początkom nurtu bubblegum bass. Nic w tym dziwnego — Sophie przy użyciu adekwatnych środków, pioniersko nakreśliła na płycie etapy swojej metamorfozy, zwieńczonej oknem na nowy świat w utworze totalnym „Whole New World/Pretend World”. Istna transdźwiękowa odyseja kosmiczna. — Ibinks/Kurtek

„Whole New World/Pretend World”


POZYCJE 25-1


Jessie Ware - What's Your Pleasure