the comet is coming

Jazzbowl ’19: Jazzowe podsumowanie roku

Jazzbowl ’19: Jazzowe podsumowanie roku

Postanowiliśmy kontynuować zapoczątkowaną przed rokiem piękną tradycję luźnego jazzowego podsumowania roku, bo pomimo tego, że nie mamy jazzu w nazwie strony, temat ten pozostaje nam niezmiennie bardzo bliski. Lata mijają, a jazz w dalszym ciągu pozostaje adekwatną, barwną i eklektyczną formą wyrazu. Dlatego wybraliśmy dla was 25 najciekawszych jazzowych tegorocznych premier płytowych, spośród których ponad połowę opisaliśmy poniżej, a całość umieściliśmy na pleliście na dole artykułu. Znalazły się tu krążki zaangażowane politycznie i takie, które skupiają się na formie, sentymentalne i nowoczesne, awangardowe i bardziej prostolinijne. Drodzy Państwo, oto Jazzbowl!


Jazzbowl

Beautiful Vinyl Hunter

Ashley Henry

Sony

Nie bez powodu 28-letni Ashley Henry nazwany został „młodym wizjonerem fortepianu”. Dwie fantastyczne epki, współpraca z takimi postaciami jak chociażby Terence Blanchard czy Robert Glasper oraz praca jako rezydent w prestiżowym Ronnie Scotts Club nie przytrafiają się przypadkowym osobom. Fakt, że jest na swoim miejscu w odpowiednim czasie, potwierdza jego fantastyczny długogrający debiut zatytułowany Beautiful Vinyl Hunter. Trzon grającego tu zespołu oprócz głównego bohatera, stanowią basista Daniel Casimir oraz Sam Gardner na perkusji, Niesamowitą chemię i zgranie czuć od tej trójki już od pierwszych dźwięków krążka. Jeżeli dodamy do tego kilku zaproszonych muzyków, wśród których znaleźli się tacy wymiatacze jak m.in. Keyon Harrold, Theo Crocker, Makaya McCraven czy Moses Boyd, otrzymujemy wyśmienitą dawkę, głównie tradycyjnego jazzu, który jak przystało na Londyn, nie stroni od wycieczek w różne stylistyki. Tutaj wymienić należy z pewnością świetne, mocno hip-hopowe „Between the Lines”, gdzie prym wiedzie MC Sparkz, brawurowe wykonany cover „Cranes (In the Sky)” z repertuaru Solange, czy nieco bardziej nowocześnie brzmiące nagranie „The Mighty”, w którym doszukiwać się można inspiracji J Dillą. Piękny album stworzony przez bardzo młodego muzyka, który z pewnością jeszcze nie raz nas zaskoczy. — Efdote


Jazzbowl

Ancestral Recall

Christian Scott aTunde Adjuah

Stretch / Ropeadope

Nu-jazzowe wydawnictwa Christiana Scotta mijającej dekady poświęcały się z zapałem charakterystycznemu, niepodrabialnemu studium nostalgii. Na Ancestrall Recall dzieje się poniekąd rzecz zupełnie nowa. Oto zostajemy wpuszczeni w sam środek tajemnicy. Tajemnica nie traci na Scottowym frazowaniu, ale poprzez rytmiczne, plemienne uzupełnienie sprawia, że zbliżamy się do rejonów metafizycznych. Pytania o korzenie i ich wpływ na teraźniejszość zostały tu odmienione przez wszystkie przypadki. Maniera Christiana Scotta może być męcząca przy dłuższym obcowaniu. Z drugiej strony, jeżeli ma się akurat dzień na jazz, który nie krzyczy, ba! wręcz wodzi na pokuszenie linią melodyczną, to Ancestrall Recall jest świetnym biletem do takiej podróży. Podróży niezwykłej, bo pełnej szeptów przy strzelającym ognisku i tajemnicy wychodzącej ponad codzienne funkcjonowanie. — Maja


Jazzbowl

Cykada

Cykada

Astigmatic

Wyspiarski jazz od jakiegoś czasu ma się naprawdę dobrze, czego kolejnym dowodem jest świetny album składu Cykada. Jeśli kojarzycie Ezra Collective, Myriad Forest, Undergrooveland czy Don Kipper, z pewnością przypadnie wam do gustu również brzmienie Cykady. To londyński skład, który powstał z inicjatywy sześciu muzyków. Cykadę tworzą: Jamie Benzies, Tilé Gichigim-Lipere, Tim Doyle, Axel Kaner-Lidstrom, James Mollison i Javi Pérez (wszyscy znani są z wymienionych wcześniej projektów). Ich debiutancki album zatytułowany Cykada ukazał się nakładem polskiej wytwórni Astigmatic Records, wywołując niemałe poruszenie nie tylko wśród fanów jazzu. Krążek to co prawda przede wszystkim jazz, ale jak na współczesny jazz przystało, eksperymentuje z innymi gatunkami. Brzmienie kolektywu inspirowane jest zarówno daleką Afryką, jak i zadymionymi londyńskimi klubami. Cykada to jazz-fusion w najlepszym wydaniu — podczas odsłuchu możemy spodziewać się rocka, funku czy breakbeatu. Pięć rozbudowanych kompozycji to w sumie prawie czterdziestominutowy materiał, który zdecydowanie jest tegoroczną pozycją obowiązkową. — Polazofia


Jazzbowl

Where Future Unfolds

Damon Locks
Black Monument Ensemble

International Anthem

Where Future Unfolds to druga część jazzowej sagi Matany Roberts Coin Coin zrealizowana na 15-osobowy big band z politycznym zacięciem. Damon Locks i jego ensemble biorą jednak na warsztat to samo bluesowo-soulowo-gospelowe dziedzictwo Czarnej Ameryki, tak samo wplatają w jazzową awangardę obszerne fragmenty dokumentalne. Nieco inny jest kontekst, bo tam gdzie Roberts była głównie kronikarką zwyczajów codziennych, Locks, artysta wizualny, muzyk, didżej i wokalista, nakłada polityczną maskę. Przygotowane przez cztery lata, ale nagrane na żywo w trakcie jednego koncertu Where Future Unfolds to zapis walk amerykańskiego ruchu praw obywatelskich w latach 1954-1968. Atutami są niesamowita instrumentalno-wokalna synergia grupy, która niczym podwodna ławica meandruje między fragmentami natchnionego śpiewu i psychodelicznej jazzowej wirtuozerii. — Kurtek


Jazzbowl

Slavic Spirits

EABS

Astigmatic

Po fantastycznym Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) jazzowa formacja założona przez Piotra Skorupskiego zdecydowała się na zmianę muzycznej trajektorii. Efektem jest koncepcyjne Slavic Spirits, zdecydowanie jeden z najważniejszych albumów w gatunku ostatnich lat. To awangardowa, żywiołowa i jednocześnie misternie skonstruowana wizja, w której tradycyjnie rozumiany jazzowy spirytualizm z wielkim powodzeniem zastąpiony został słowiańską mitologią i pierwotnością. Całość cechuje przestrzenność, organiczność i barwność, co pozwala słuchaczowi przenieść się dosłownie w inny wymiar i kreuje całą paletę niemal transcendentnych wrażeń. — Adrian


Jazzbowl

You Can’t Steal My Joy

Ezra Collective

Enter the Jungle

Na swój długogrający debiut, londyński kwintet przygotowywał świat przez dłuższy czas. Dwie świetne epki oraz cała seria niezwykle energetycznych koncertów sprawiły, że oczekiwanie na to, co chłopaki pokażą na albumie, rozpalało głowy fanów jazzu, już nie tylko na wyspach. Po pierwszym przesłuchaniu krążka momentalnie nasuwa się wniosek, że niesamowita moc z ich występów na żywo przeniesiona została również na studyjne nagrania. Od razu słychać też czyja to zasługa i kto jest zdecydowanym liderem grupy. Pomimo że cały zespół składa się z niezwykle utalentowanych i uzupełniających się muzyków, to na pierwszy plan wysuwa się tu mocarna perkusja, za którą odpowiedzialny jest Femi Koleoso. Wystarczy posłuchać nagrania „People Saved” i tego, co ten człowiek wyprawia tam z połamanym na wszystkie strony rytmem, a od razu oddacie mu szacunek i wciągnięcie na listę swoich ulubionych bębniarzy młodego pokolenia. Kolejną sprawą wartą uwagi, jest bardzo duży eklektyzm krążka. Od laidbackowego „Space is the Place (Reprise)” przez niemal punkowe „Why You Mad?”, dubowe „Red Whine” po zainspirowane Brazylią „São Paulo” i afrobeatowe numery z końcówki wydawnictwa, mamy tu do czynienia ze swobodnym skakaniem po stylach, które łączy niczym nieskrępowany jazz. Sporo do tego wnoszą też goście. Loyle Carner udowadnia kolejny raz, że jest jedną z najciekawszych postaci brytyjskiego hip-hopu, Jorja Smith dodaje nieco neosoulowej magii, a członkowie zespołu KOKOROKO wnoszą wiele pozytywnych wibracji do rewelacyjnego coveru „Shakary” z repertuaru Feli Kuti. Możecie zabrać nam wszystko, ale nikt nie odbierze radości z obcowania z tym albumem. — Efdote


Jazzbowl

Fly or Die II: Bird Dogs of Paradise

Jaimie Branch

International Anthem

Drugą część projektu Fly or Die nowojorskiej trębaczki jazzowej i kompozytorki Jaimie Branch opatrzoną podtytułem Bird Dogs of Paradise można by pewnie odczytać jako jazzową odpowiedź na film Wszystkie psy idą do nieba — poświęconą niesprawiedliwości społecznej. Niewiele tworzy się ostatnio jazzu tak barwnego i ilustracyjnego jak tegoroczny krążek Branch, co słychać dobitnie w centralnym punkcie płyty — dwuczęściowym Prayer for Amerikkka inspirowanym muzyką mariachi i nowoorleańskim bluesem. Muzyka Branch bywa taneczna i przystępna, ale nierzadko eksperymentuje, co dzięki big bandowemu instrumentarium, nie przytłacza, miewa narratorkę, ale stroni od klasycznych wokalnych refrenów, często ucieka w tropiki, ale nadal brzmi amerykańsko. Ten najbardziej witalny, pozytywny i eklektyczny jazzowy album roku, dzięki wielości inspiracji nie przestaje słuchacza stymulować i zaskakiwać. Nie uświadczymy tu jednak momentów, gdy ugina się pod ciężarem własnych ambicji. — Kurtek


Jazzbowl

An Unruly Manifesto

James Brandon Lewis

James Brandon Lewis

An Unruly Manifesto nowojorskiego saksofonisty Jamesa Brandona Lewisa to ulubiony tegoroczny album dyrektora artystycznego festiwalu Jazztopad — Piotra Turkiewicza. To także krążek dedykowany Ornette’owi Colemanowi, Charliemu Hadenowi i surrealizmowi jako takiemu. To wreszcie charyzmatyczne połączenie jazzowej improwizacji z rockową energią, fusion podające rękę free jazzowi. Nieujarzmiony formalny i charakterologiczny manifest zgodnie z maksymą utalentowanego Lewisa, że każdy dzień jest okazją, by odkryć najprawdziwszą wersję siebie. — Kurtek


Jazzbowl

Turn to Clear View

Joe Armon-Jones

Brownswood

Album Jonesa jest doskonałym dowodem na słuszność istoty niniejszego rankingu. Nawet jeśli asekuracyjnie podchodzicie do jazzu w nagłówkach artykułów, nie miejcie obaw — Turn to Clear View — drugi album Joego Armona-Jonesa, może przypaść do gustu wszystkim tym, którzy stronią od napuszonego i posągowego jazzu. Różnorodność materiału jest olbrzymia. Począwszy od zadymionego dubu w „Try Walk with Me” (skojarzenia z nagraniami Fat Freddy’s Drop w ich najlepszym okresie) czy bezbłędnego numeru z Georgią Anne Muldrow, aż po „ The Leo & Aquarius” (fani Soulquarians, nie możecie tego przeoczyć) i „You Didn’t Care” z perfekcyjnie czytającą ostatnimi laty potrzebę zmian reguł w jazzie — Nubyą Garcią. Olbrzymią frajdą na tym przepełnionym pod korek tyglem muzycznych inspiracji i dźwięków albumie jest moment, kiedy skupiasz się wyłącznie na akordach lidera projektu, doceniając jak sprytnym i bezgranicznie kreatywnym stał się muzykiem. — K.Zięba


Jazzbowl

KingMaker

Joel Ross

UMG / Blue Note

Nagrałem post-bopową płytę na wibrafonie, jest super — to wcale nie wariacja na temat okładki ye Kanyego Westa, ale rzeczywistość. Joel Ross — do tej pory udzielający się jako skrzydłowy (między innymi u Makayi McCravena), teraz kapitan orkiestry — idzie pod prąd i robi to po mistrzowsku. Przy takim instrumencie jak wibrafon trzeba nie lada wirtuozerii i wyczucia. Zdecydowanie pomaga też dobre towarzystwo. Wszystko to ma orkiestra Rossa. Kwintet Good Vibes to, prócz lidera: saksofon altowy, fortepian, kontrabas i perkusja. To jeden z ładniejszych tegorocznych przykładów ilustrujących istotę dobrze naoliwionej machiny w jazzie. Możliwe, że ciut przegadany, niemniej jednak KingMaker wart jest uwagi. W nawale jazzu, który koniecznie musi być jakiś ten połamany, wibrafonowy koncert jest bardzo przyjemną, błyskotliwą (i co ważniejsze, obiecującą) ucieczką w nieznane. Nie dajcie mu utonąć w natłoku głośnych premier, zdecydowanie na to nie zasługuje! — Maja


Jazzbowl

Heritage

Mark de Clive-Lowe

Mashibeats / Songs of Defend / Ropeadope

Wyśmienity klawiszowiec, producent oraz kompozytor — Mark de Clive-Lowe wydał w tym roku swój najbardziej osobisty projekt w historii bogatej działalności scenicznej. Składa się na niego dwuczęściowy krążek zatytułowany Heritage. Tytuł ten oznacza transmisje z przeszłości do przyszłości oraz dziedzictwo, które otrzymujemy od naszych przodków i musimy przekazać przyszłym pokoleniom. Artysta eksploruje na tym wydawnictwie swoje japońskie, kulturowe korzenie, przez pryzmat współczesnego jazzu nagrywanego w Los Angeles. Inspiracją do powstania nagrań były dziecięce historie ludowe, mitologia jego ojczyzny oraz osobiste doświadczenia z pobytu w Japonii. Na każdym z krążków artysta reinterpretuje też po jednej tradycyjnej, folkowej piosence ze swojego ojczystego kraju, nadając w ten sposób krążkom jeszcze bardziej orientalny klimat. Materiał zawarty na albumach nagrany został podczas trzech koncertów w legendarnym, kalifornijskim klubie Blue Whale oraz jednego dnia w studio nagraniowym, a oprócz Marka w nagraniach tych udział wzieli światowej klasy muzycy, wśród których znaleźli się: Josh Johnson (Leon Bridges/Esperanza Spalding), Teodross Avery (Talib Kweli/Mos Def), Brandon Eugene Owens (Terrace Martin/Robert Glasper), Brandon Combs (Moses Sumney/Iman Omari) oraz Carlos Niño (Build An Ark/Lifeforce Trio). Wspaniały pomost między tym, co odległe nie tylko w czasie a teraźniejszością. — Efdote


Jazzbowl

Coin Coin Chapter Four: Memphis

Matana Roberts

Constellation

Czwarta część coinowej sagi Matany Roberts to, być może, najbardziej nośny materiał jaki się pojawiał do tej pory w tej serii. Spirytualizm obdarty zostaje z freejazzowej mnogości wątków, pozostawiając nagą, mantryczną medytację i trwanie w dźwięku. Nie oznacza to, że awangardowych naleciałości wyzbywa się zupełnie, ale kakofoniczne odloty nabierają wymiar raczej katharsis, momentów duchowego wyłamania z rzeczywistości i wyraźnego statementu. Postcoltrane’owski hałas jest intymny, ale pełen egzaltacji. Najciekawiej wypadają jednak powolne, rozegranie niemal na Swansową modłę momenty znacznych zwolnień narracyjnych, śmiało operujące dźwiękowymi widmami i sakralną repetywnością. Krążek chwilami sprawia wrażenia muzycznego ekwiwalentu poetyckiej wolności (której to, swoją drogą, nie brakuje także w tej dosłownej formie), spacerując pomiędzy kontekstami i odwołaniami, szczególnie mocno naciskając na spuściznę społeczności afroamerykańskich niewolników. Wyłania się z tego opowieść równie mocno osobista co społecznie zaangażowna. Takiego jazzu nam trzeba w XXI wieku. — Wojtek


Jazzbowl

Force for Good

Ryan Porter

World Galaxy / Alpha Pup

Najnowszy album studyjny Ryana Portera to zbiór kompozycji powstałych na przełomie ostatnich pięciu lat. Przy nagrywaniu Face for Good Porter pracował z członkami składu West Coast Get Down. Na płycie usłyszymy między innymi między innymi Kamasi Washingtona, Thundercata czy odpowiedzialnego za klawisze Brandona Colemana. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku poprzedniego albumu, koncept jego najnowszego LP powstał w rodzinnym domu Washingtona, w tajemniczym garażu zwanym The Shack. Główną inspiracją dla Portera był jednak John Coltrane — nie tylko jego muzyka, ale i pozytywny przekaz, którego celem było rozpowszechnianie pokoju, miłości i jedności. Stąd też tytuł wydawnictwa — Face For Good. Album promował singiel „Heaven Only Knows”, w którym gościnnie pojawia się Nia Andrews, znana między innymi ze współpracy z Solange. Warto sprawdzić również drugi numer z płyty, czyli magiczną Maggie z puzonem Portera w roli głównej. — Polazofia


Jazzbowl

Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery

The Comet Is Coming

UMG

Jazz fusion to gatunek z wyjątkowo niewdzięczną przyszłością. Wizja połączenia szeroko rozumianej progresywności (z całym bagażem jej nieco kiczowatego rozbiegania) i jazzowej wrażliwości przyniosła nam na przestrzeni lat wiele pokracznych potworków dziedziczących po obu rodzicach geny taniości i niezmierzonego banału. Jeżeli ktokolwiek miał na tym polu dokonać rewolucji, mógł być to tylko Shabaka Hutchings. Orędownik afrofuturyzmu na miarę XXI wieku wraz ze swoim projektem The Comet is Coming uderza w brainfeederyzm najwyższej klasy, łącząc syntezatorowym spoiwem duchową spuściznę Sun Ra z groovem uciekającym w kosmogoniczny synthfunk czy współczesne altrapowe brzmienia. Na jednej z grup dyskusyjnych po tegorocznym koncercie grupy na OFF Festivalu Kometa została określona jako „Jazz Grips” i, choć trudno tu szukać wielu brzmieniowych analogii, rzeczywiście intensywność performance’u i swoisty punkowy duch wybrzmiewa w obu formacjach bardzo podobnie. — Wojtek


Naszą pełną selekcję najciekawszych tegorocznych wydawnictw jazzowych znajdziecie na plejliście poniżej:

„Warto podejmować ryzyko, inaczej ciągle robilibyśmy to samo” — Piotr Turkiewicz dla Soulbowl.pl

Piotr Turkiewicz Jazztopad

Piotr Turkiewicz, zdj. Łukasz Rajchert

W przeddzień 16. edycji Jazztopadu, corocznego jazzowego święta Wrocławia w Narodowym Forum Muzyki, z dyrektorem artystycznym Piotrem Turkiewiczem porozmawialiśmy nie tylko o lineupie rozpoczynającej się jutro imprezy, ale o współczesnym jazzie w ogóle — nierzadko zawieszonym gdzieś pomiędzy awangardą a hip hopem. A także o tym, że każdy może zaprogramować festiwal jazzowy (podobno wystarczy wysłać dwa mejle) i o tym, dlaczego Jazztopad kojarzy się Amerykanom z wyrzutnią rakietową.

„Nie chcę, żeby to był festiwal przewidywalnych wielkich jazzowych nazwisk”

Soulbowl: 16. edycja Jazztopada we Wrocławiu. Między 15 a 24 listopada będzie okazja, żeby zobaczyć m.in. Shabakę Hutchingsa z The Comet Is Coming, Makayę McCravena, Anouara Brahema, Vijaya Iyera z Wadadą Leo Smithem czy nestora stylu Charlesa Lloyda. Przeglądając tegoroczny program, nie sposób nie zauważyć w kontekście poprzednich edycji, że jest wielu powracających gości — spośród tych, których wymieniłem: Wadada Leo Smith, Vijay Iyer, Shabaka Hutchings, a Charlesa Lloyda już otwarcie opisujecie w informacji prasowej jako stałego bywalca Jazztopadu. Co stoi za tymi powrotami i jak to się robi, że artyści tak chętnie wracają?

Piotr Turkiewicz: Powroty chyba są związane głównie z koncepcją festiwalu, czyli to, na czym mi najbardziej zależy — budowanie relacji z artystami i doprowadzenie do sytuacji, kiedy już właściwie nie trzeba nikogo przekonywać, żeby zrobili coś specjalnie dla nas, tylko inicjatywa jest po ich stronie. To jest bardzo ważna rzecz, bo ja unikam od lat przypadkowych koncertów i bardzo zależy mi, żeby każdy koncert miał jakąś historię, opowieść. W tym roku na pewno Charles Lloyd jest takim artystą, który wraca dlatego, że jest już nieodłączną częścią festiwalu. On sam bardzo chciał, żeby ten konkretny utwór zabrzmiał w nowej aranżacji z orkiestrą symfoniczną, a jak takie marzenie artysty się pojawia i my możemy je zrealizować, to bardzo trudno mu odmówić. Oczywiście nigdy bym nie odmówił, bo to jest jeden z moich najukochańszych artystów. A poza tym to wszystko kwestia tego, jak festiwal się układa, bo faktycznie Wadada wraca, ale po sześciu czy siedmiu latach, a Vijay Iyer pojawia się po raz kolejny, bo właśnie duet z Wadadą A Cosmic Rhythm With Each Stroke jest jedną z najlepszych płyt, jakie wydała wytwórnia ECM w ostatnich kilku, jeżeli nie kilkunastu latach. Wszystko ma jakiś swój powód. Często spotykam się z pytaniem, dlaczego pojawiają się ci sami artyści, ale uważam, że to jest pozytywna rzecz — to, że chcą wracać do nas, po raz kolejny komponować dla nas, oznacza, że festiwal idzie w dobrym kierunku. To lepsze niż silenie się na to, by co roku była to zupełnie nowa sytuacja, którą należy budować od podstaw, co oczywiście także się tu dzieje. Patrząc na te dziewięć dni, powracających artystów jest kilku, a cała reszta jest na festiwalu albo po raz pierwszy, albo w zupełnie nowym wydaniu. Zawsze staram się zachować zdrowy balans między tym co nowe a tym, co być może już trochę znamy, może w nieco innej wersji.

A czy Wrocław jako miasto, tutejsza aura ma na to jakiś wpływ, że muzycy chcą tutaj wracać?

Myślę, że to aura Wrocławia, Narodowego Forum Muzyki, Mleczarni, ale też całego połączenia różnych powodów, dla których artyści wracają. W związku z tym, że rzeczywiście większość z nich jest we Wrocławiu przez kilka dni, a nie tylko przez jeden wieczór, mogą spędzić trochę czasu, spacerując po mieście. Zazwyczaj są to bardzo pozytywne reakcje, zwłaszcza tych, którzy są tutaj pierwszy raz. Wydaje mi się, że Wrocław jest wciąż w takiej pozycji, że jeśli ktoś nigdy nie był w Polsce, to zazwyczaj odwiedza Warszawę, Kraków, czasem Gdańsk, a Wrocław musi nadal popracować, by znaleźć się w tej trójce. Nie mówię tutaj oczywiście o jakości miasta czy oferty kulturalnej, która moim zdaniem jest jedną z najciekawszych w Polsce. Chodzi raczej o rozpoznawalność na arenie międzynarodowej. Ale zwykle jeśli już ktoś tutaj przyjedzie, to zazwyczaj wraca. I faktycznie aura miasta i sali koncertowej, która zazwyczaj wywołuje kompletne zaskoczenie, że tego typu obiekt w ogóle jest w Polsce, to wszystko w porównaniu z naszą ideą festiwalu opartego na relacjach, gdzie jest wiele okazji, by się spotkać z publicznością, z lokalną sceną jazzową, gdzie podczas koncertów w mieszkaniach można zobaczyć, jak Polacy tak naprawdę żyją na co dzień — to wszystko powoduje, że te wrażenia są bardzo pozytywne. Na pewno nikogo nie trzeba przekonywać do tego, by powrócił do Wrocławia.

„To by było trochę słabe, gdyby okazało się, że przez 30 lat w jazzie nic się nie zmieniło”

Miło to słyszeć. Ciekaw byłem tej perspektywy. Teraz zapytam od trochę innej strony. Wydaje się, że media jazzowe i środowisko wokół nich skupione w Polsce jest jednak dosyć hermetyczne i ekskluzywne, także jeśli chodzi o poszerzanie kanonu, również tego współczesnego. Natomiast przy kolejnych edycjach Jazztopadu zawsze zdajesz się trzymać rękę na pulsie i konsekwentnie wyciągasz w tę stronę rękę. Co przyświeca Ci przy układaniu programu? Jak było w tym roku?

Podchodzę do tego trochę tak, że to moja odpowiedzialność, żeby cały czas jednak poszukiwać czegoś nowego. Szczególnie przez ostatnich kilka lat sytuacja na rynku jest niezwykle dynamiczna i tych artystów, którzy przychodzą z innej strony — muzyki improwizowanej, hip-hopu, R&B czy soulu, jest coraz więcej. Gatunkowe granice zaczynają się coraz bardziej zacierać. Jestem trochę przeciwnikiem szufladkowania, nazywania wszystkiego i trzymania się tych etykiet bardzo kurczowo. Często się mówi o takich artystach jak np. Wynton Marsalis, że to są jacyś obrońcy płomienia jazzu, który gdzieś tam się jeszcze tli… (śmiech) Oczywiście to nie jest już kwestia tego, czy interesuje mnie jazz tradycyjny, straight-ahead, czy bardziej mainstreamowy, ale raczej tego, że jestem bardzo ciekawy, co się dzieje. Mam też możliwość podróżowania i odwiedzania wielu festiwali i ciągle jestem ciekawy, dlaczego na danym festiwalu są tłumy, jacy artyści tam byli. Widzę, że niektóre festiwale mają bardzo tradycyjną publiczność, starszą, 65+. Jest mnóstwo takich festiwali, ale są też festiwale jazzowe, które mają bardzo młodą publiczność. Staram się dopasować to wszystko do naszego festiwalu. Zależy mi na tym, żeby mimo tego że nazwa Jazztopad ukierunkowuje festiwal na jazz, chodziło przede wszystkim o bardzo dobrą muzykę. Bo jazz w moim przekonaniu nie jest już tym, co przychodziło na myśl jako pierwsze publiczności 20, 30, 40 lat temu. To by było trochę słabe, gdyby okazało się, że tak naprawdę nic się nie zmieniło i cały czas idziemy takim sznytem, że jazzowa improwizacja to swing w przyciemnionym klubie. A to zupełnie nie o to chodzi. I bardzo często faktycznie jest tak, że nasza publiczność wychodzi zdziwiona, bo oczekiwała czegoś innego albo miała wyobrażenie, że festiwal jazzowy powinien prezentować takie, a nie inne projekty. To się cały czas zdarza i to jest ok. Mnie bardzo cieszą takie zderzenia, dzięki którym ludzie, którzy przyjdą na jeden z takich naszych koncertów, być może za jakiś czas też się otworzą i będą poszukiwać nowych dźwięków. I takie, myślę, jest moje zdanie, by próbować budować społeczność festiwalową, która jest otwarta na wyzwania.

To teraz będzie o tych nowych dźwiękach. Wiem z doświadczenia, także z festiwali muzyki współczesnej, że premiery bywają ryzykowne, a tymczasem Jazztopad mocno premierami stoi — będzie nowa odsłona Wild Man Dance Charlesa Lloyda wraz z Orkiestrą NFM, Artifacts Trio z Orkiestrą Leopoldium, Vincent Courtois Trio wraz z Lutosławski Quartet — to jak rozumiem zamówienia — a premierowy materiał wykonają też Piotr Damasiewicz z Power of the Horns i Danilo Pérez z Global Messengers. Dlaczego warto zaryzykować?

W zależności od tego jak spojrzy się na program, można powiedzieć, że mamy pięć lub sześć premier w tym roku. Te premiery są związane z podstawową koncepcją festiwalu, żeby nie powielać, nie iść na łatwiznę, nie budować programu na zasadzie spoglądania na ostatnie dwa lata premier płytowych i wyciągania z tego średniej. Chodzi o rzucenie wyzwania artystom i zaproponowanie im rzeczy, których albo nigdy wcześniej nie robili, albo czegoś, co faktycznie chodziło im po głowie, ale nikt nigdy nie dał im takiej platformy współpracy. A my jesteśmy w wyjątkowej sytuacji, bo mamy do dyspozycji zespoły kameralne, orkiestrę symfoniczną — to niespotykane dla festiwalu jazzowego sytuacje. Wykorzystuję to i staram się szukać artystów, którzy poczują się dobrze w tym kontekście i będą chcieli spróbować podjąć wyzwanie. I faktycznie jest to ryzykowne, ale to ryzyko nadaje też charakteru festiwalowi. Faktycznie nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i czasami rzeczywiście premiery są wybitne, czasami są dobre, czasami tylko ok. Ale to ryzyko warto podejmować, bo inaczej trochę wszyscy robilibyśmy to samo i można by było umrzeć z nudów. (śmiech) Powtarzałem wielokrotnie, że zaprogramowanie festiwalu, szczególnie jazzowego jest w gruncie rzeczy sprawą bardzo prostą. Wystarczy mieć dostęp do internetu i wysłać dwa mejle, a reszta zrobi się sama, bo agencje, które współpracują z artystami chętnie wymyślą resztę za nas. Ostatnio byłem zresztą bardzo zdziwiony, gdy trafiłem na wywiad z dyrektorem jednego festiwalu jazzowego w Warszawie. Ja zawsze walczę o to, by jak najwięcej artystów miało kontakt ze mną bezpośrednio i zabiegam o to, bo uważam, że to ważne dla całego festiwalu. A dyrektor tego festiwalu mówił, że kiedyś to było możliwe, że te kontakty z artystami były bliskie, można było ich zapraszać na jam sessions, a teraz wszyscy są otoczeni agentami, menedżerami. Ja się z tym nie zgadzam, bo wiem, że jeśli włoży się w to wysiłek i chce się nawiązać te relacje, jest to jak najbardziej możliwe. Sami artyści zresztą często też to doceniają i cieszą się, że mają bezpośredni kontakt z osobą programującą… Trochę zapomniałem, jakie było pytanie! (śmiech)

Pytanie było o ryzyko związane z premierami… Ale to pokrzepiające, że w dalszym ciągu da się bezpośrednio komunikować z artystami.

To jest tak, że niektórzy artyści w którymś momencie włączają w korespondencję czy spotkania osoby, z którymi pracują, i to jest ok. Ale dla mnie najważniejsze jest, żeby ta rozmowa, który dotyczy samego wykonania i kompozycji, była bezpośrednia. Wtedy dopiero jestem w stanie ocenić, czy to ma sens, czy nie. Wiadomo, że agenci chcą po prostu sprzedać cokolwiek. Gdyby nie to, że nauczyłem się przebijać te ściany, bardzo wiele projektów na festiwalu nie doszłoby to skutku.

„Festiwal powinien być platformą do tego, by odkrywać nowe rzeczy i próbować konfrontacji z nimi”

Wracając do premier, w tym roku jest ich kilka. Bardzo ważna z nich to Nicole Mitchell z Artifacts Trio, duże wyzwanie dla niej jako kompozytorki. To artystka znana w świecie improwizacji i awangardy, ale dopiero w ostatnich latach zasłużenie uznana międzynarodowo. Vincent Courtois — zaglądamy po raz kolejny na scenę francuską, bo wydaje mi się ona bardzo ciekawa — wystąpi wspólnie z Lutosławski Quartet. To będzie wieczór poświęcony przeróżnym odsłonom Courtois — od solowego grania, przez kwartet, kwartet plus wiolonczelę po kwartet i trio jazzowe. Nie zapominam o polskich artystach. W premierze swojej płyty wystąpi Piotr Damasiewicz, co bardzo mnie cieszy, bo miał kilka lat przerwy, jeśli chodzi o występy na Jazztopadzie. A także Danilo Pérez z projektem Global Messengers i premierowym utworem. To myślę, ważny projekt dla Danilo jako ambasadora jazzu, łączenia kultur, walki z rasizmem i wykluczeniem. Melting Pot także można uznać za premierę, bo artyści spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Będzie także Grzegorz Tarwid w solowym recitalu. Po raz pierwszy też będzie na festiwalu Dzień Medytacji — dzień bardzo adekwatny do tego, jak program został w tym roku ułożony. Bo pierwszy weekend będzie bardzo dynamiczny — z jednej strony mamy duży skład z Charlesem Lloydem, później Shabaka i The Comet Is Coming, taki, powiedziałbym, hit festiwalu, bo bilety rozeszły się w kilka dni i zapotrzebowanie na tego artystę jest niewiarygodne, a na koniec Makaya McCraven — to też takie bardziej klubowe granie. I po tym intensywnym weekendzie warto się będzie wyciszyć przed dalszą częścią festiwalu. Stąd też Ned Rothenberg i Sainkho Namtchylak to będzie koncert w ciemności poprzedzony ćwiczeniem medytacyjnym na matach zamiast krzeseł.

Muszę też zapytać o reprezentację wokalnego jazzu. W zeszłym roku była Esperanza Spalding na fenomenalnym koncercie i muszę zapytać gdzie jest w kontekście tegorocznego jazztopadu Cécile McLorin Salvant?

Ona była w NFM-ie na koncercie w zeszłym roku, ale nie w ramach Jazztopadu. To było ciekawe, bo przez to, że dużo jeżdżę, czasami mi się wydaje, że pewne postaci już są rozpoznawalne międzynarodowo, skoro wyprzedają wielkie sale w Stanach czy we Francji. I kiedy Cécile pojawiła się we Wrocławiu w zeszłym roku, byłem przekonany, że sala główna wyprzeda się w ciągu kilku dni, a okazało się, że zainteresowanie było niemal żadne. Ona kilka miesięcy później dostała Grammy i zaczęła się w Polsce akcja lansująca ją na objawienie jazzu. Wydaje mi się, że dlatego na pewno wróci do Wrocławia. Może niekoniecznie do Narodowego Forum Muzyki, chociaż czemu nie? Ale to był niestety jeden z tych koncertów, które były u nas zorganizowane za wcześnie. Być może lepiej byłoby rok później, gdy już dostała to Grammy. To bardzo często generuje zainteresowanie danym artystą. A to był wybitny koncert, który prosił się o to, żeby była pełna sala. Być może powróci.

Teraz zrobiło mi się trochę przykro, ale dopisuję ją do listy przegapionych koncertów z nadzieją na przyszłość, że się może jeszcze uda. Jazztopad ma swoje formy i odcienie (koncerty w mieszkaniach, Melting Pot, jam sessions w Mleczarni), ale wszystkie właściwie mieszczą się w spektrum stricte muzycznym. Nie ma pokusy, pomysłu, żeby Jazztopad stał się bardziej interdyscyplinarny? Jak się patrzy na festiwale dookoła, to one wszystkie starają się funkcjonować na płaszczyznach różnych sztuk.

Są takie pokusy. Na pewno takim projektem, który wprowadzał to na Jazztopad był właśnie Melting Pot. To już szósta edycja. We wcześniejszych mieliśmy i tancerzy, i malarzy, i rzeźbiarzy, i poetów. To był ten element, który angażował inne formy sztuki w festiwal. Chodzi mi po głowie, żeby więcej na Jazztopadzie było tańca współczesnego i myślę, że to prędzej czy później nastąpi. Ale to też kwestia tego, że programowanie festiwalu zajmuje mniej więcej około dwóch lat i jest tak wiele znakomitych muzycznych projektów, a tak mało czasu i miejsca w programie, że to jest często bardzo trudny wybór. Mam z tyłu głowy projekty taneczne i teatralne i myślę, że nadejdzie w końcu na nie odpowiednia pora.

Bardzo dużo pomysłów podczas minionych edycji Jazztopadu udało się zrealizować, kolejne są w realizacji, ale czy jest ktoś taki, kogo przez te lata nie udało się tutaj do Wrocławia na festiwal ściągnąć? Jakieś marzenie na kolejne edycje?

Jednym z takich artystów, których zawsze chciałem zaprosić, a wiem, że teraz to już się nie uda, jest Keith Jarrett. To sytuacja, która nadal chodzi mi po głowie, choć wiem, że on już w zasadzie nie koncertuje. Byłem bardzo blisko, by pojawił się we Wrocławiu, ale to się nie udało i bardzo żałuję. Postacią, która była już w programie, a nie wystąpiła, a później odeszła od nas, był Ornette Coleman. To strasznie smutna sytuacja, bo on właściwie prawie był już w samolocie, ale nie wyleciał z Nowego Jorku. To miał być wtedy jedyny europejski koncert i realizacja mojego wieloletniego marzenia. Jeśli chodzi o artystów z mojej listy marzeń, którzy jeszcze koncertują, a nie udało się ich zaprosić, to chyba nikogo takiego nie ma, powiem szczerze. Z listy legend jazzowych, którą zrobiłem sobie dziesięć lat temu, byli u nas Sonny Rollins, Pharoah Sanders, Wayne Shorter wielokrotnie, Herbie Hancock. Z z młodszych Esperanza Spalding, którą wreszcie udało się zaprosić po chyba pięciu latach rozmów. W zeszłym roku był Chick Corea. Ale od kiedy pojawili się u nas Herbie i Chick, zastanawiam się — to wszystko jest piękne, ale to nie jest festiwal, na którym mi zależy. Nie chcę, żeby to był festiwal przewidywalnych wielkich jazzowych nazwisk, które są dla wszystkich wielkim magnesem, ale trochę nie wnoszą na festiwal niczego nowego. Nie chcę tutaj nikogo obrazić, ale wydaje mi się, że festiwal powinien być taką platformą do tego, by odkrywać coś nowego i próbować zderzyć samego siebie z czymś nowym. A w przypadku takich legend, to wspaniałe, że wciąż możemy je oglądać, ale niewiele po tym pozostaje. Chociażby po koncercie Herbiego Hancocka — to było bardzo przyjemne, wielkie przeżycie poznać go osobiście i spędzić z nim trochę czasu, ale dla mnie w zeszłym roku o wiele większym doświadczeniem duchowym był koncert Amira Elsaffara. Ci najwięksi artyści tak dużo wszędzie koncertują, że trochę to się gryzie z moją koncepcją festiwalu.

„Amerykanie bardzo lubią nazwę Jazztopad, kojarzy im się z wyrzutnią rakiet, padem, którym wylatuje się w kosmos”

Teraz w takim razie zapytam o coś nowego, bo zbliża się koniec roku, czas wszelkich podsumowań. Co Cię najbardziej ujęło w muzyce w ciągu mijającego roku, niekoniecznie jazzowego?

To jest trudne pytanie, bo mam ogromny problem z zapamiętywaniem nazwisk, nazw zespołów. To jest jakiś koszmar! W mojej pracy to jest przekleństwo. Czasami zapominam nazwisk artystów, którzy się pojawiają na Jazztopadzie, to jest straszne! Poza tym nie jestem w stanie zidentyfikować, czy to było w tym roku, czy w ubiegłym, ale znakomitą płytę nagrała Neneh Cherry — Broken Politics — bardzo często do tej płyty wracam. Uwielbiam Andersona .Paaka i trochę nawiązując do niego i tego pokolenia artystów, którzy są mocno zakorzenieni w hip-hopie, innym artystą, którego słucham od lat, a teraz po raz pierwszy pojawi się na festiwalu, jest Makaya McCraven, którego bardzo lubię i jego płyta In the Moment z 2015 roku jest genialna. Bardzo polecam ją tym, którzy właściwie nie słuchają jazzu i nie do końca rozumieją, o co w nim chodzi. Makaya zresztą opowiadał w wywiadach, że jego inspiracjami muzycznymi są m.in. Busta Rhymes, Dr. Dre czy Kendrick Lamar. To jest to środowisko, ta publiczność, która bardzo często przychodzi na koncerty McCravena, ale wydaje mi się, że tak jak Cécile McLorin Salvant trochę jest jednak za wcześnie u nas. Wydawało mi się, że bilety znikną tak, jak na The Comet Is Coming, a cały czas są dostępne, co jest dla mnie trochę szokujące, bo ta muzyka jest bardzo groove’owa, bardzo przystępna, bardzo klubowa, znakomita! To jest jeden z tych artystów, których bardzo lubię, ale dopiero, gdy zobaczyłem go na żywo, nabrałem stuprocentowego przekonania, by zaprosić go na festiwal. Słyszałem go w styczniu w Nowym Jorku i ten koncert kompletnie mnie rozbroił swoją energią. Dlatego u nas ten koncert będzie na stojąco. Polecam go szczególnie tym, którzy lubią hip-hop i R&B i niekoniecznie uważają, że lubią jazz, bo to nie jest taki wąsko definiowany jazz jazz. Kolejnym artystą, którego bardzo dużo słucham i uważam, że nagrał jedną z najlepszych płyt w tym roku, jest James Brandon Lewis. To saksofonista, który wydał płytę w kwintecie i postać która na pewno pojawi się w przyszłości we Wrocławiu. Już mogę to powiedzieć ze stuprocentową pewnością (śmiech), nie zdradzając oczywiście programu festiwalu. On pojawił się już na Jazztopadzie, ale w Nowym Jorku. Bo pod koniec września odbyła się już piąta edycja festiwalu w Nowym Jorku, której był gościem. Tak że już z festiwalem jest połączony, już wie, czego może się spodziewać tutaj. To też muzyka, którą bardzo trudno zdefiniować. Tak samo jak z Shabaką. Szczególnie z projektem The Comet Is Coming.

Jeszcze zapytam o tę edycję nowojorską. Skoro festiwal był tam we wrześniu, to czy w Nowym Jorku nadal nazywa się Jazztopad?

(śmiech) Tak, nadal nazywa się Jazztopad, bo okazuje się, że Amerykanie bardzo tę nazwę lubią. Ona im się bardzo podoba. Nie wiedzą kompletnie, o co chodzi, ale kojarzy im się z taką wyrzutnią rakiet. Z takim padem, do którego się wsiada i wylatuje się gdzieś w kosmos. To mi się bardzo spodobało, więc stwierdziliśmy, że nie zmieniamy tej nazwy. Promujemy festiwal, który jest w Polsce z jego polską nazwą i to jest w sumie fajne. Nikt nie musi wiedzieć, co ta nazwa znaczy. Tegoroczna piąta edycja nowojorska była chyba najbardziej udana, bo sale były pełne, co nawet dla mnie było zaskoczeniem. Nowy Jork jest bardzo trudnym miastem, żeby się z nim zmierzyć i zorganizować cokolwiek. To miasto, w którym codziennie jest sto koncertów jazzowych, czyli w zasadzie codziennie jest kilka festiwali jazzowych. Przebicie się do publiczności z festiwalem promującym polskich artystów, którzy są kompletnie nieznani w Stanach, jest trochę karkołomne. W tym roku w Atrium, to sala w Lincoln Center, mieliśmy totalny tłum, była 45-minutowa kolejka na ulicy. Po raz kolejny byliśmy w Dizzy’s, znów zorganizowaliśmy koncerty w mieszkaniach — to przeniesienie tych pomysłów wrocławskich do Nowego Jorku, co się zresztą znakomicie udało. Mam nadzieję, że ten projekt będzie kontynuowany, choć nie jest to proste, bo organizowanie czegokolwiek w Stanach i zapraszanie tam polskich artystów jest niewiarygodnie kosztownym przedsięwzięciem. W zasadzie jesteśmy jednym festiwalem jazzowym, który ma swoją edycję w Nowym Jorku. Można by się raczej spodziewać sytuacji odwrotnej, że jakiś bardzo znany festiwal z Nowego Jorku będzie miał swoją edycję w Polsce. To jest często dla ludzi szokujące. Nam jednak głównie chodzi o promowanie polskich artystów, trzymamy się tego i tak to mniej więcej wygląda.

Brzmi to wszystko kosmicznie. W takim razie tego życzę, żeby Jazztopad był taką wytwórnią dobrej muzyki, może nie tyle w kosmos (śmiech), co do publiczności polskiej i nowojorskiej. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

Bardzo dziękuję i zapraszam na festiwal.

Program tegorocznej edycji Jazztopadu i bilety na oficjalnej stronie Narodowego Forum Muzyki.

Całej rozmowy można też posłuchać poniżej:

Wrocławski Jazztopad już za rogiem

Feerią jazzowych barw rozkwitnie wkrótce stolica Dolnego Śląska!

Jesienne święto jazzu w tym roku obfitować będzie w koncerty naprawdę fenomenalnych jazzowych osobistości z całego świata! Na rozpoczynającej się już 15 listopada szesnastej edycji Jazztopadu będzie okazja zobaczyć i posłuchać m.in. Shabakę Hutchingsa z The Comet Is Coming, Makayę McCravena, Anouara Brahema, Vijaya Iyera z Wadadą Leo Smithem czy weterana Charlesa Lloyda, a to dopiero początek długiej listy głośnych nazwisk muzyków, którzy zawitają do wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki za kilka tygodni. Jak przekonują organizatorzy — „Jazztopadowe koncerty mają program tak zróżnicowany, jak wielobarwna jest dzisiejsza scena jazzu i muzyki improwizowanej” — nie można się z tym nie zgodzić. Oprócz tego w ramach imprezy odbędą się kolejne edycje improwizowanego cyklu Melting Pot Made in Wrocław oraz osławionych koncertów w mieszkaniach.

Znakiem rozpoznawczym wydarzenia są jednak jak co roku premiery — tym razem usłyszymy aż pięć prawykonań. Związany z Wrocławiem Charles Lloyd wraz NFM Filharmonią Wrocławską zaprezentuje nową odsłonę projektu Wild Man Dance — suity, zamówionej przed laty przez Jazztopad Festival, a następnie wydanej przez Blue Note, która teraz zostanie rozbudowana o nowe części i zabrzmi w aranżacji na orkiestrę symfoniczną. Ponadto Artifacts Trio połączy siły z NFM Orkiestrą Leopoldinum, Vincent Courtois Trio zagra z Lutosławski Quartet, a Danilo Pérez wykona nowy utwór wraz ze swoim wielokulturowym zespołem Global Messengers. Na festiwal powróci także Piotr Damasiewicz — po sześciu latach od wydania krążka Alaman jego formacja wraca na rynek fonograficzny i właśnie podczas Jazztopadu zaprezentuje swój premierowy materiał.

W programie Jazztopadu śmietanka światowego jazzu

Podczas dziesięciu festiwalowych dni we NFM-ie odbędzie się kilkanaście koncertów. The Comet Is Coming przywołają ducha muzyki Sun Ra, który fenomenalnie odtworzyli po swojemu na dwóch tegorocznych płytach, które są jednymi z naszych tegorocznych jazzowych typów redakcyjnych w przededniu podsumowań końcoworocznych. Makaya McCraven zaprezentuje w kwartecie materiał ze znakomitej zeszłorocznej płyty Universal Being, która trafiła do naszego zestawienia najlepszych płyt 2018 roku. Dzień medytacji przyniesie występ tuwańskiej wokalistki Sinkho Namtchylak i amerykańskiego multiinstrumentalisty Neda Rothenberga, który z pewnością wymknie się granicom gatunkowym jazzu. Na festiwalu nie zabraknie instrumentalistów z Austrii. Publiczność będzie miała okazję także uczestniczyć w solowym występie pianisty i kompozytora Grzegorza Tarwida, jednego z najciekawszych artystów młodego pokolenia, oraz wysłuchać premierowego materiału chicagowskiej flecistki Nicole Mitchell w trio wraz Orkiestrą Leopoldinum. Festiwal zakończy 24 listopada kolaboracja tuzów jazzu — Wadady Leo Smitha z Vijayem Iyerem. Panowie zagrają wspólnie materiał z krążka A Cosmic Rhythm with Each Stroke. Wisienką na torcie tego samego wieczoru będzie kwartet tunezyjskiego oudzisty Anouara Brahema, który wykona utwory z krążka The Astounding Eyes of Rita z 2009 roku łączącego tradycje muzyki arabskiej z kameralnym jazzem spod znaku oficyny ECM.

Harmonogram i bilety festiwalu znajdziecie na stronie Narodowego Forum Muzyki.

#FridayRoundup: Pezet, The Comet Is Coming, Lorine Chia i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem w puli nowe krążki Pezeta, The Comet Is Coming, Lorine Chii, Matthew Halsalla, Jungle Brown, Mięthy, Johna Coltrane’a czy Thaiboia Digitala a na plejliście dodatkowo The Sure Fire Soul Ensemble, Layton Greene, Malia, Siaira Shawn, Young M.A. i Kevin Gates.


Muzyka współczesna

Pezet

Pezet

Długo czeka się na MC, ale Pezet w końcu powrócił ze swoją muzyką, która jest jak najbardziej współczesna. To przekrój brzmień — od oldschoolowego „Intro (Niki)”, przez powolne, narkotyczne „Czas to iluzja” z Synami, aż po rave’ową „Gorzką wodę” i śpiewany „Dom”. Wszystko to oparte jest na elektronicznych, klubowych bitach, za które przede wszystkim odpowiada Auer. Paweł odnajduje się na nich świetnie i tak samo świetna jest jego pisarska forma. Widzimy życie nocnej Warszawy, to, jaka jest nad ranem oraz upływający czas, przez co przewijają się motywy, na przykład ten różowych włosów. Muzyka współczesna to album wzorowo zbudowany i starannie napisany. To album ważny. — Klementyna Szczuka


The Afterlife

The Comet Is Coming

Impulse! / UMG

The Comet Is Coming wracają z nowym wydawnictwem niespełna pół roku po wydaniu swojego drugiego krążka. Grupa z Londynu po raz kolejny rzuca się w otchłań kosmicznych inspiracji i przywozi nam stamtąd The Afterlife. Jak przekonują twórcy, ich najnowsze dzieło należy traktować jako uzupełnienie Trust In The Lifeforce Of The Deep Mystery. Przywodzące na myśl smooth jazz brzmienie saksofonu połączone jest tu z mocną perkusją i syntezatorami. Gościnnie w otwierającym utworze udziela się Joshua Idehen.— Mateusz


Sweet Noise

Lorine Chia

Sweet Noise

Lorine Chia to kameruński skarb współczesnego R’n’B i Neo-Soulu. Dziewczę ma korzenie mocno osadzone w staroszkolnej stylówce, które sprawnie wykorzystuje do tchnięcia nieco klasycznej elegancji w pościelowy trap, który nam serwuje na Sweet Noise. I choć takie współcześnie brzmiące R’n’B osadzone w najntisach przeżywa ostatnio mały renesans za sprawą takich artystów jak SZA czy Ari Lennox, Lorine Chia uderza w ekscentryczne, mniej oczywiste rozwiązania melodyjne. W smukłe, sensualne kompozycje wkradają się plamy psychodelii, które odważnie wypełniają dalsze plany w „$ and Peace” czy „Floating into the Night”, operując organicznym szumem czy puszczonymi od tyłu ścieżkami. Całość składa się na wielowątkowe, kolorowe dzieło o intensywności kanabisowego tripu szybującego od narkotycznych, płynnych rzeczywistości po kobiecy powab.  — Wojtek


Oneness

Matthew Halsall

Gondwana

Wraz z powołaniem do życia Gondwana Records Matthew Halsall w mikroskali, ale znacząco zmienił krajobaz współczesnego angielskiego jazzu. Pod skrzydłami labelu znaleźli dom m.in. GoGo Penguin, Portico Quartet czy Dwight Trible, ale przełomowym momentem było wydanie osadzonego w tradycji spiritual jazzu krążka When the World Was One w 2014 roku, który otworzył Halsallowi i spółce wiele nowych drzwi. Teraz, gdy niewiele zostało już do wyważenia, Halsall wraca do pierwszych dni własnej oficyny i swoich eksperymentów z brzmieniem stojącym za jego sukcesem artystycznym. Oneness to siedem archiwalnych nagrań zarejestrowanych przez trębacza w styczniu, marcu i wrześniu 2008 roku wraz z członkami rodzącej się dopiero Gondwana Orchestra. To nieco ponad godzina wysmakowanego kameralnego jazzu, któremu orientalny charakter nadaje droniczne brzmienie tanpury, które w połączeniu z trąbką Halsalla wspartym przez tradycyjne jazzowe trio i harfę tworzy nietuzinkowy soniczny krajobraz. — Kurtek


Full Circle

Jungle Brown

Mr Bongo

Jeśli zdarza wam się fantazjować, że hip hop zatrzymał się brzmieniowo wraz z końcem lat 90., to druga płyta brytyjskiego tria Jungle Brown Full Circle powinna spotkać się z waszym uznaniem. Panowie, podobnie jak na debiutanckim Flight 314 z 2016 roku, własnym sumptem odświeżają boombapowe ścieżki, przez trzy kwadranse wprowadzając słuchacza w klasyczne jazzrapowe brzmienie. Gościnnie panów wspierają m.in. Sampa the Great, Fliptrix (High Focus) czy Terri Walker. — Kurtek


Audioportret

Miętha

Asfalt

Nowości od Asfalt Records zawsze chętnie sprawdzamy. Niedawno szeregi Asfaltu zasilił ciekawy duet — Miętha. Skład tworzą raper Skip i producent AWGS. Artyści znają się pół roku i tyle trwało napisanie i nagranie ich debiutanckiej płyty Audioportret. Zespół oferuje świeże, charakterystyczne i organiczne granie, wzbogacone zaskakującymi jak na krótki staż sceniczny możliwościami wokalnymi Skipa. Obaj muzycy dostarczyli wspólny, spójny i komplementarny materiał, który z pewnością jest jednym z ciekawszych debiutów tego roku. Co ciekawe, przy płycie pomagali: Moo Latte (gościnnie na instrumentach w kilku utworach), oraz ENZU (mix i mastering). „Chcieliśmy razem stworzyć projekt, który wzbogaci obecną glebę muzyczną i zainspiruje ludzi do śmielszych eksperymentów sonicznych. Jest to dźwiękowa transmisja powstała z przyjaźni, długich rozmów w studio, litrów kawy i słoików pełnych ziół.” — tak swoją płytę podsumowali muzycy. Polecamy szczególnie tym, którzy lubią, kiedy nowa szkoła krzyżuje się z luźnym oldschoolem. — Polazofia


Blue World

John Coltrane

Impulse! / UMG

Blue World to zapis sesji nagraniowej Johna Coltrane z 1964 roku między nagrywaniem CrescentA Love Supreme. Pierwotnie przeznaczony do bycia soundtrackiem do francuskiego dramatu Le chat dans le sac , pojaw się dopiero teraz za sprawą wytwórni Impulse!, która uraczyła nas w zeszłym roku zaginionym albumem mistrza. I choć w Blue World dużo więcej przypadkowości, a trzykrotne zamieszczenie Village Blues zabija nieco narracje płyty, to trudno jednak nie dać się porwać. To w końcu przecież dalej Coltrane w swoim najbardziej klasycznym, dystyngowanym okresie i pomimo tego, jak zbędny wydaje się album, samo doświadczenie słuchania powinno fanom sprawić mnóstwo satysfakcji.— Wojtek


Legendary Member

Thaiboy Digital

Year0001

Trudno wskazać mi inny kolektyw rapowy, któremu udało się wyrobić tak precyzyjne i charakterystyczne brzmienie jak północnym SadBoy’om. I choć globalny, komercyjny sukces osiągnął do tej pory jedynie Yung Lean, jego towarzysze od wielu lat mają ugruntowaną pozycje w newschoolowym podziemiu oraz grono wiernych słuchaczy. Na nowym albumie (pierwszym sygnowanym jako solowy) Thaiboy Digital, jeden z członków kolektywu, zbiera i podsumowuje to, co przez lata stało się dla grupy znakiem rozpoznawczym. Chłodne, przestrzenne produkcje wybrzmiewające duchem szwedzkiej zimy, starego Clams Casino i minimalizmem współczesnego cloud rapu łączą się z wycofanym, nieco nieporęcznym flow Thaiboya. Brzmieniowo pełno paradoksów, bo z jednej strony w tych autotune’owych pasażach rodzi się swoisty duch futuryzmu, z drugiej zaś całość dalej odznacza swojska, homemade’owa surowość podparta niekrytym umiłowaniem do mixowania z panoramą stereo. Tym, co jednak chwyta najbardziej są oczywiście same kawałki, które, choć uciekają od oczywistych piosenkowych strzałów, tworzą niepowtarzalny klimat. — Wojtek


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

#FridayRoundup: Zacari, The Cinematic Orchestra, Snarky Puppy i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem zestaw zdominował jazz, ale na plejliście znajdziecie też kilka drugoligowych premier R&B.

(więcej…)