Relacja z wczasów u Wujka Henia

Data: 12 lipca 2013 Autor: Komentarzy:

miguel.jak-zmniejszyc-fotke_pl

W tej relacji nie zastaniecie zdjęć i filmików wysokiej jakości. Wszystko, co ujrzą Wasze oczy, wykonane zostało czysto amatorsko. I gdyby nie fakt, że mój telefon zastępczy podczas odwiedzin u Wujka Heńka nieustannie sprawiał różne psikusy, to z pewnością pokazałabym Wam więcej festiwalowego życia. Ale jednego bać się nie musicie – nie będę marudzić jak co poniektórzy, że Open’er jest festiwalem kiełbasianych głów i rozwodnionego piwa.

Podczas 12 edycji zaszło nieco zmian, a wszystko to spowodowane zostało rozbudową lotniska (krążą plotki, że w przyszłym roku Heniek planuje przeprowadzkę). Nie miało to jednak wpływu na samo miasteczko, camping i atmosferę, która niewątpliwie należy do jednej z najwspanialszych jakie miałam okazję kiedykolwiek doświadczyć.

wejście.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Tegoroczny line-up po raz kolejny ubogi był w artystów z naszej miski, co nie zmienia jednak faktu, że organizatorom udało się trafić w dziesiątkę z tymi, których zdołali zaprosić.

Wszystko zaczęło się od ogłoszenia – Kendrick Lamar wystąpi na głównej scenie Openera i w dodatku będzie to koncert inaugurujący europejską część jego pierwszej wielkiej trasy. Wow! Jednak rzeczywistość nieco ostudziła tę falę zachwytu… Biorąc pod uwagę, że Blur był jednym z najbardziej oczekiwanych zespołów na tym festiwalu, wrzucenie Lamara na scenę po legendzie brytyjskiego grania z góry skazywało jego występ na średnie powodzenie albo przynajmniej przerzedzoną publiczność. Gdy około północy na telebimach wyświetlono logo Top Dawg Entertainment pod sceną świeciło, a nawet wręcz raziło w oczy pustkami (chyba, że celebrytów atakowanych przez fanów i natarczywych fotografów liczymy potrójnie?). Kendrick ma zaledwie 26 lat i w ubiegłym roku wydał jedną z najlepiej ocenionych przez krytyków i fanów płyt. Mogłoby się zdawać, że to (chociażby ze zwykłej ciekawości) zagwarantuje liczną publikę. Sam artysta w pierwszych minutach występu sprawiał wrażenie lekko… niezadowolonego (a może to tylko trema). Na szczęście atmosfera w miarę szybko się rozkręciła („Podnieście jedną rękę…drugą rękę…a teraz machajcie!” w końcu musiało zadziałać). Lamar ze swoim nielicznym składem robili wszystko, żeby rozgrzać zgromadzonych festiwalowiczów, uciekając się nawet do szantażu emocjonalnego („Jeśli nie będziecie wystarczająco głośno, to znaczy, że koncert jest po prostu słaby”). W większości zabrzmiały kawałki z good kid, m.A.A.d city. Jednak pomimo ogromnego sukcesu tego wydawnictwa także w naszym kraju, nie popisaliśmy się znajomością wybranych wersów, w kluczowych momentach odpowiadając Kendrickowi przede wszystkim ciszą. Dobrze, że są „przeboje” – Lamar musiał odczuć ulgę słysząc publiczność wykrzykującą „Bitch, Don’t Kill My Vibe” i spoglądając na światełka telefonów komórkowych przy „Swimming Pools (Drunk)”. Niemniej, przekonaliśmy go do siebie na tyle, że zdecydował się wyjść na bis i pożegnać słowami „I’ll be back!”. Koncert był krótki (niewiele ponad godzinę), ale za to konkretny. Fani powinni być zadowoleni, a niedobitki po Blur… no cóż… Jedno jest pewne – ten występ wypadłby zdecydowanie lepiej w innych warunkach, przy innym line-upie. Ewentualnie – na mniejszej scenie.

BRZOZKAAA

tde.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Drugiego dnia główną uwagę przyciągnęła 20-letnia producentka pochodząca z Warszawy, skromna i jednocześnie pewna swoich zdolności Chloe Martini. Podczas ponad godzinnego, w dodatku debiutanckiego live actu, zaprezentowała zgromadzonej pod namiotem Beat Stage publiczności przekrój swojej twórczości, używając do tego keyboardu i samplera MPC. Po pokazie swoich umiejętności, szumnie nagrodzonych owacjami zebranego ludu, Chloe przeszła do dj seta i zmarzniętych oraz przemoczonych od ulewy ludzi rozgrzała remixami swojego autorstwa i największymi bangerami do tego stopnia, że nie miało się nawet ochoty wychodzić z białego namiotu. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Martini była jedyną reprezentantką płci pięknej na scenie bitowej. Ja ogromnie gratuluję tego sukcesu i po cichu liczę, że produkcji Ani będzie nam dane słyszeć coraz więcej. Zresztą, śledzący jej muzykę Ta-Ku, Star Slinger czy FKJ chyba też się niecierpliwią.

Piątek dla wielu był najbardziej wyczekiwanym dniem całego festiwalu. Po dekadzie przerwy koncert zagrała legenda polskiego rapu – Kaliber 44. Jako, iż przez przeciwności losu nie mogłam być uczestnikiem tego niewątpliwie historycznego wydarzenia od samego początku, nie chciałabym generalizować, dlatego skupię się na tym, co oczy me piwne ujrzeć zdołały.

Abradab, Joka, DJ Feel-X i występujący gościnnie przyjaciel grupy Gutek pojawili się na scenie wraz z licznym zespołem. Rzeczą oczywistą jest, że Kaliber bez Magika to już nie ten sam Kaliber, ale z pewnością wciąż wywołuje wśród ludzi ogromne emocje, o których świadczyć mogą łzy radości czy nieustanne uśmiechy na twarzach publiczności. O początku występu rozpisywać się nie będę z prostego powodu – ominął mnie, ale z relacji znajomych oraz tych internetowych wynika, że chłopaki zagrali największe klasyki (pomijając podobno zwrotki Magika, jednakże uczcili jego pamięć prosząć o zrobienie dla niego hałasu), natomiast pod koniec występu podryfowali w klimaty reggae, prezentując solową twórczość Daba oraz Indios Bravos, przy okazji czego Gutek miał okazję popisać się swoim fantastycznym wokalem. W trakcie koncertu mogliśmy oglądać filmiki promujące rodzime miasto chłopaków – Katowice. Z ważniejszych rzeczy: Kaliber 44 pracuje nad nową płytą (4:44), a także planuje częstsze spotkania z fanami. Czeka nas zatem konkretna reaktywacja!

Niedługo po wielkich emocjach towarzyszących zbiciu piątki z Abradabem, na scenie – niegdyś World, obecnie AlterKlub Stage – pojawił się Nasir bin Olu Dara Jones. Publiczności, która (ta z tyłu) do zbyt rozrywkowych niestety nie należała, zaprezentował swoje największe hity, mocno wpisane w kulturę hip-hopową klasyki z Illmatic. Nie zabrakło „Life’s a Bitch”, „Represent” czy „The World Is Yours”. Przechodząc kolejno przez całą dyskografię, pomijając rzecz jasna diss na Hovę, dobrnął wreszcie do ostatniego albumu, Life Is Good. I kiedy myślałam już, że życie naprawdę jest piękne, bo z odległości paru metrów słucham i obserwuję samego Nasa, którego płyty, mając lat 10, podkradałam bratu i wrzucałam na swoje półki, a z głośników do mych uszu dobiegać właśnie zaczęły piękne dźwięki „Stay” – ex Kelis bez słowa zszedł ze sceny i tyle go widziano. Pomimo długich próśb fanów, to jest klaskania i skandowania jego imienia, Nastradamus postanowił nie pokazać się nam ani na sekundę więcej. Cóż, szczerze mówiąc, choć pełna nadziei na misia z legendą, wcale nie byłam zaskoczona tym faktem. Mnie też nie chciałoby się wyjść do publiczności, która niechętnie krzyczała tak banalne hasło jak chociażby „one mic”. Chociaż pod samą sceną, gdzie znajdowała się redakcyjna Brzozkaaa, było inaczej: Z przodu zgromadziła się liczna publiczność w wyraźnie imprezowym nastroju. Chodziły rączki, główki i bioderka. Jednak, co najważniejsze, byli to fani Nasa, bardzo dobrze zaznajomieni zarówno z jego debiutancką, jak i tą najnowszą twórczością. A było z czego wybierać – na setliście znalazły się takie bestsellery jak „If I Ruled the World (Imagine That)”, „I Can” czy „Hate Me Now”. Nie zabrakło też kompozycji z ostatniego wydawnictwa Life Is Good. Wszystko przy odpowiedniej oprawie wizualnej z płomieniami, dolarami i fragmentami teledysków. Nas udowodnił, że nie bez powodu pozostaje w grze już od tak wielu lat. Jak dla mnie, to był koncert, który powinien odbyć się na Open’er Stage.

Po takiej dawce legend przed oczami trzeba było roztańczyć skumulowaną energię, a najlepszym do tego miejscem był wielki, niebieski namiot, gdzie o godzinie 1:00 na scenę wskoczyli bracia GuyHoward Lawrence, promujący obecnie swój album Settle, będący numerem jeden na brytyjskich listach sprzedaży. Disclosure gościli w naszym kraju dokładnie dwa miesiące przed występem na Open’erze. Różnica pomiędzy pierwszymi odwiedzinami a drugimi jest taka, że Tent Stage był zapełniony po brzegi a nawet solidnie ponad nie, natomiast w 1500m2 można było jeszcze w miarę swobodnie się poruszać. Nie wiem, czy jest to kwestia festiwalu, na który zjechali się ludzie z całego świata (pewien Japończyk mieszkający na stałe w Londynie przyznał, że jest w szoku, że tak dobrze znamy w Polsce twórczość Guya i Howarda, chyba nawet lepiej niż Londyńczycy), czy może raczej wydania rewelacyjnego albumu, którego numery grane są wszędzie, dokąd się pójdzie. Tak czy inaczej tańczyć było trudno, za to skoków w górę i zdartych od śpiewania gardeł były tysiące. Bracia sami przyznali, że to była fenomenalna impreza. Zresztą trudno się dziwić, w rozgrzewaniu atmosfery i rozkręcaniu gigów mają naprawdę niesamowite zdolności.
Ps. Jestem zdruzgotana, że moja intuicja tym razem zawiodła i Jessie Ware nie wskoczyła na tę samą scenę, na której gościła w ubiegłym roku, by pięknie odśpiewać nam „Running” oraz „Confess To Me”. Zwłaszcza, że dzień wcześniej koncertowała w Niemczech, a dzień później w Rosji! Smutek me serce zjadł.

disclosure.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Pojawienie się Miguela w openerowym line-upie było lekkim zaskoczeniem. Informacja została podana nagle, jakby na ostatnią chwilę. Może też i dlatego nie było specjalnie czasu na pojawienie się zbyt wygórowanych oczekiwań w związku z tym koncertem. Nie było ich też na kilka chwil przed wyjściem artysty na scenę, gdy zgromadzona publiczność raczej nie wyglądała na zbyt liczną… Najpierw na Open’er Stage pojawiali się kolejno członkowie zespołu Miguela. Ich zadaniem było rozgrzanie festiwalowiczów, a co może temu lepiej służyć, jak nie ostatni przebój Daft Punk „Get Lucky”? Panowie skakali, uśmiechali się, ludzie pod sceną się rozruszali, pokrzyczeli i byli gotowi na występ… no właśnie… następcy Prince’a? Miguel pojawił się sprawiając wrażenie, jakby lata 90-te tak naprawdę się nie skończyły – podarte jeansy, biały T-shirt i czarna, skórzana kurtka do złudzenia przypominająca tę noszoną niegdyś przez George’a Michaela. Rozpoczął się koncert, który mocno zawstydził pruderyjną część widowni. Z kolei pozostali mogli po nim jedynie odpalić papierosa i powiedzieć „Wow…”. Pan Pimentel między piosenki pochodzące z wydawnictwa All I Want Is You i, przede wszystkim, Kaleidoscope Dream, nie zapomniał dodać kilku życiowych mądrości. Należy pamiętać, by szanować osobę, z którą się jest, bo drugiej takiej można już potem nie znaleźć (ale za to wychodzą z tego genialne kompozycje). Trzeba też cieszyć się każdą chwilą i robić to, co się kocha (wiadomo – „Where’s the Fun in Forever”?!). Podczas sobotniego koncertu można było się radować każdym możliwym momentem – muzyką graną przez świetny zespół (każdemu należy się porządna solówka!), śpiewem, zmysłowym tańcem, zachodzącym słońcem, Miguelem wbiegającym w publiczność (tylko czemu akurat nie w ekipę Miski…) i Rihanną bujającą się przy barierkach. Było tak „Beautiful”, że aż chciało się „Adorn” swoim uwielbieniem wszystkich panów na scenie. Może i jest to nieco przesłodzone, ale trudno się nie uśmiechnąć wspominając ten występ.

BRZOZKAAA

miguel.jak-zmniejszyc-fotke_pl

Na koniec zachęcamy Was jeszcze do powspominania, jak wyglądał Open’er poza scenami. Lotnisko w Kosakowie na kilka dni w roku przemienia się w miasteczko, w którym ludzie piją, jedzą, bawią się, kupują ubrania, oglądają filmy, spektakle, pokazy mody i, może co najfajniejsze – poznają masy nowych ludzi, którzy zebrali się w tym jednym miejscu z powodu pasji, jaką niewątpliwie jest miłość do muzyki. I co piękne, nikomu nie przeszkadza deszcz, upał, błoto, długie dojazdy ani czekanie w kolejkach na złoty trunek czy niesmaczne zapiekanki. Wszystkich nas przez tych kilka dni łączy muzyka.

bieg do melanĹzu

Każdy dzień trzeba było rozpocząć od solidnego biegu. Najlepiej do Melanżu, którego nikomu przedstawiać nie trzeba.

autobusowe kolejki

Po odpowiednim zaopatrzeniu swoich kieszeni, toreb, butów i gardeł wszystkich czekał spacer do Open’erowego autobusu. A w nich nudno nigdy nie było…

autobus

… i swobodnie też nie do końca.

alko w autobusie

W gardłach nie zasychało.

jedzenie

Kucharze starali się o jak najlepsze jedzenie.

jedzenie smutne

… ale chyba nie zawsze im wychodziło.

ciemne chmury

Deszcze nikomu straszne nie były!

IMG_20130707_210228

IMG_20130707_220752

A na brak towarzystwa chyba nikt nie narzekał.

ostatnie wyjście

Opuszczając teren festiwalu po raz ostatni, myślę, że każdemu zrobiło się dziwnie przykro. Zwłaszcza patrząc na to, co po koncercie Rihanny działo się pod sceną główną – czyli chyba jedna z najfajniejszych imprez tych przeszło 5 dni. Le smark.

Wujku Heniu, dziękujemy za tegoroczne wczasy, do zobaczenia za rok!

Komentarze

komentarzy