Wydarzenia

Recenzja: Dawn Richard Redemption

Data: 2 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

dawn-richard-redemption-2016-2480x2480

Dawn Richard

Redemption (2016)

Our Dawn Entertainment

Dawn Richard zamyka The Heart Trilogy. Chciałoby się napisać: w końcu. Choć Goldenheart daleko było do poczynań Danity Kane, na debiucie Amerykanka jeszcze niepewnie stawiała kroki, przeplatając romantyczne R&B z nieskomplikowaną elektroniką. Trochę odważniej działo się na następcy zatytułowanym Blackheart, ale w ostatecznym rozrachunku wydawało się, że wokalistka popadła w dziwny stan apatii i zobojętnienia. Wypuszczane co chwila pojedyncze numery wprowadzały słuchaczy w błąd — raz Dawn brylowała w muzyce tanecznej, której nie powstydziłby się żaden średniej klasy klub w Europie („Wake Up”), a kiedy indziej świetnie radziła sobie z minimalistycznym R&B („Honest”). Gdzieś pomiędzy zmęczeniem oczekiwaniami na ostatnią część zapowiadanej trylogii a pozostałymi poczynaniami wokalistki, dopiero na Redemption Dawn Richard całkowicie puszcza wodze fantazji i wygrywa z wcześniejszymi bolączkami, choć nie obyło się bez drobnych potknięć.

Płytę otwiera wyszukane intro, które podszyte jest dzwonkami rodem z ostatniego marzycielskiego albumu Laury Mvuli i okrzykami przywołującymi na myśl nieokiełznane plemię z Trzeciego Świata. Ten wstęp doskonale nakreśla charakter Redemption: z jednej strony pulsujące syntezatory wybijające mocne charakterystyczne rytmy, z drugiej prostota i powrót do korzeni, choć absolutnie nie jest to afrocentryczny album na miarę tych, które wydali w ostatnim czasie Solange czy Common. „Love Under Lights” i „Black Crimes” przenikają się niezauważeniez z kolei późniejsze „Voices” brzmi jak numer, który z powodzeniem mogłaby zaśpiewać Rihanna, gdyby tylko David Guetta uporządkował ten chaos w tle na radiową modłę. Prawdziwym ewenementem jest jednak początkowo wydawałoby się nieskomplikowany numer „LA”, który po półtorej minuty przeradza się w gitarowe szaleństwo na miarę Lenny’ego Kravitza i jakby tego było mało, kończy się jazzową przygrywką rodem z lat 20. Zresztą wszelkiego rodzaju przejścia i przerywniki na tym albumie są jego największym atutem, przysłaniając jednak tym samym wokalne umiejętności Dawn. Piosenkarka jak gdyby nigdy nic bryluje między takimi gatunkami jak EDM, pop, funk, a nawet rock’n’roll, unikając przy tym powielania schematów. Bądź co bądź Richard wciąż pozostaje w mniejszym lub większym stopniu artystką alternatywną.

Im dalej w głąb albumu, tym bardziej rozjaśniają się intencje wokalistki. Nieco lżejsze „Renegades”, „Lazarus” i „Tyrants” odsłaniają znane nam już wcześniej eurodance’owe zapędy. „Hey Nikki”, obok wspomnianego już „LA”, to kawałek najbardziej się wyróżniający. Ciężki, mglisty, plasujący się gdzieś pomiędzy estetyką Prince’a a dzisiejszym PBR&B doskonale odzwierciedla twórczość byłej członkini Danity Kane. A ta nie pozostaje oczywiście bez mankamentów, bo choć warstwa muzyczna dopracowana jest tu w najmniejszym detalu, Dawn nie przyłożyła się zbytnio do tekstów. Te były o wiele barwniejsze na poprzednich płytach, a chwytliwe „She said she fucking with Drake/I said King Kendrick” to jednak za mało, by zadowolić spragnionych słuchaczy. W każdym razie ledwo zdążymy zanurzyć się w tym wielowymiarowym świecie dźwięków, a płytę zamyka już minimalistyczne outro. I tyle, i już.

Redemption to najbardziej złożona, ale zarazem melodyjna, płyta w dorobku Richard. Zamykająca pewien etap jej dyskografii, ale także utwierdzająca słuchaczy w braku obaw o przyszłość artystki. Bo czy sięgnie po The Velvet Rope Janet Jackson czy którąkolwiek płytę Davida Bowiego, zainspiruje się nimi w taki sposób, że będzie i oryginalnie, i nieszablonowo. Redemption polecam głównie tym, którzy szukają czegoś więcej niż to, co mają do zaoferowania Tinashe czy Kelela.

Komentarze

komentarzy