jazz
Recenzja: Brad Mehldau Trio Where Do You Start

Brad Mehldau Trio
Where Do You Start (2012)
Nonsuch

Where Do You Start to już drugi w tym roku album nagrany przez Brada Mehldau z towarzyszeniem basisty Larry’ego Grenadiera i bębniarza Jeffa Ballarda. Jednak w przeciwieństwie do marcowego Ode, na który składały się wyłącznie oryginalne kompozycje, nowy krążek zawiera głównie reinterpretacje.
Wachlarz oryginałów, jakie muzycy wzięli na warsztat jest imponujący: Sufjan Stevens, Elvis Costello, Sonny Rollins czy Chico Buarque niekoniecznie zazębiają się stylistycznie. A jednak – na Where Do You Start jesteśmy w zupełnie innym świecie, gdzie nie autor, ale wykonawcy dyktują warunki. Z muzycznych rozmaitości przełożonych na język fortepianu, Mehldau z właściwą mu wirtuozerią uwalnia specyficzny, tak charakterystyczny dla wszystkich jego nagrań, klimat. Jest stonowany, ale bezpośredni — szykowny, ale naturalny zarazem. Na Where Do You Start w całej rozciągłości obcujemy z prawdziwą muzyką — czasem dramatyczną i nieskrępowaną, innym razem przenikliwie piękną, ale nigdy nazbyt sentymentalną czy przeprodukowaną.
Niezależnie od repertuaru: czy to w karkołomnej, ale po stokroć udanej, próbie jazzowej reinkarnacji rockowego klasyka „Hey Joe” (kojarzonego głównie z Jimmy’m Hendrixem), czy w subtelnym i eterycznym „Where Do You Start” (przywodzącym na myśl najpiękniejsze melodie Vince’a Guaraldi’ego), Mehldau i jego trio zawsze wykazują się zrozumieniem i wyobraźnią wobec muzyki jaką wykonują. To sprawia, że pozornie obce melodie, bez trudu zamieniają w swoje własne.
Jazzowa jesień: Art Blakey & the Jazz Messengers „Come Rain or Come Shine”
Kto powiedział, że jesień musi być zimna, szara i smutna. Miniony tydzień, nieoczekiwane przedłużenie lata, jest najlepszym dowodem na to, że wcale tak być nie musi. Jakkolwiek by jednak nie było, wciąż możemy wesprzeć się muzyką. Jaką tylko chcemy, byle nie byle jaką! Zatem znów sięgamy do kanonu – „Come Rain or Come Shine” to bowiem utwór zamykający legendarne Moanin’ z 1958 roku autorstwa bębniarza Arta Blakeya i jego zespołu The Jazz Messengers. „Come Rain or Come Shine” to zresztą jedyna nieoryginalna kompozycja jaka znalazła się na albumie. Jej historia sięga bowiem drugiej połowy lat 40., kiedy to Harold Arlen wraz z Johnny’m Mercerem stworzyli ją na potrzeby musicalu St. Louis Woman. Piosenkę w wersji wokalnej wykonywali zresztą chyba wszyscy prominentni pieśniarze i pieśniarki jazzu lat 50.
Zapowiedź płyty Jazzschool

Joterpe i Nowik zmieniają plany. Spokojnie, ich wspólna płyta powstanie, ale dzięki spotkaniu w radiu Afera DJ Czarnego i Jacola, projekt obejmie szersze grono artystów. Czwórka muzyków serwuje nam to co w jazzie najlepsze: przyjemny wokal, zakręcony podkład i przyjemne dźwięki trąbki. Nie możemy doczekać się całości Jazzschool. A póki co, płyńcie z tym beatem!
Recenzja: Abiah Life as a Ballad

Abiah
Life as a Ballad (2012)
Nia Music Distribution

Jesienna sonata tuż, tuż. Zbliża się do ziemi coraz szybciej i zanim się odwrócimy, na stałe zagości w naszych domach, wiejąc chłodem i siąpiąc deszczem. Ale ta znienawidzona przez wielu depresyjna pora roku nie musi być wcale nudna – na sklepowych półkach właśnie pojawia się zjawiskowy Abiah, który za sprawą Life as a Ballad rozgrzeje nasze cztery ściany do czerwoności.
Zmysłowa podróż w jaką Abiah zabiera słuchaczy, oczarowuje już od pierwszych dźwięków muzyki. Muzyki nieco eklektycznej i niezwykle wzruszającej. Artysta talent odziedziczył po matce, która była profesjonalnym, wykształconym muzykiem i właśnie trochę dzięki dobrym genom niespodziewanie wyrasta na jednego z najlepszych wokalistów jazzowych. Zawdzięcza to zresztą także prostocie i minimalizmowi, dzięki którym maluje przepiękny krajobraz swoich kontemplacji.
Wśród jazzowych ballad szczególnie poruszają „September” i wręcz muskające zmysły odbiorcy „Goodbye”. Nie pamiętam kiedy to ostatnio męski głos tak silnie wciągnął mnie w kącika zadumy. Abiah wychodzi przed szereg takich legend wokalnego jazzu jak Barbara Streisand czy Tony Benett i zmienia dotychczasowe pojmowanie tego gatunku jako staromodnego i sztampowego.
Wokalista serwuje na Life as a Ballad wyjątkowe, osobiste nagrania, których teksty i muzyka mocno dotykają słuchacza. Aby odkryć niesamowity urok płyty, wystarczy znaleźć odpowiedni moment w ciągu dnia, nieco zwolnić, zapomnieć o codzienności i oddać się całkowicie do dyspozycji artysty. Spadające żółto-czerwone liście za oknem będą idealnym ozdobnikiem, podobnie jak gruby koc i kubek kakao czy kieliszek dobrego wina. All that jazz!
Jazzowa jesień: Duke Ellington „Solitude”
Była Ella, musi być i Duke. I to Duke pieczołowicie wybrany, na wskroś jesienny, z prawdopodobnie najdoskonalszej z jego płyt — Money Jungle. To album, który chyba jak żaden inny, potrafi poddać klimat zasnutego deszczem miasta. Jeśli na co dzień macie dość szarych ulic, dżdżystych zimnych poranków i ulicznych korków, gwarantuję, że z Money Jungle w słuchawkach, poczujecie duszę tego zimnego, brudnego miasta.
„Solitude” to kompozycja Duke’a z 1934 roku (początkowo w wersji wokalno-instrumentalnej), która na Money Jungle została specjalnie przearanżowana i nagrana ponownie z towarzyszeniem Charlesa Mingusa i Maxa Roacha.
Jazzowa jesień: Ella Fitzgerald & Louis Armstrong „Autumn in New York”
Dlaczego? A cóż mam poradzić, że kiedy różnokolorowe liście zaczynają powoli opadać z drzew wypełniając ulice i parki, jazzowe płyty aż same rwą się by wpaść na talerz gramofonu! Dzisiejszy dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że tegoroczne lato już na dobre nas opuściło i jako remedium zaserwowałem sobie cały szereg jazzowych standardów w jesiennym tonie, którymi będę się okazjonalnie dzielił, dopóki nie zaskoczy nas pierwszy śnieg.
„Autumn in New York” to zawsze pierwszy utwór, który przychodzi mi do głowy, gdy myślę o jesieni lub Nowym Jorku. A jest też bez wątpienia jednym z najpiękniejszych jazzowych staroci, traktujących o trzeciej porze roku. Zniewalająca Ella i ujmujący Louis, nagrali ten numer latem 1957 roku w Los Angeles, w jednej z sesji nagraniowych do ich drugiego wspólnego krążka Ella and Louis Again. Album ukazał się w tym samym roku, na podwójnym winylu, nakładem wytwórni Verve. Samo „Autumn in New York” bierze swój początek z Broadwayowskiego musicalu Thumbs Up! z 1934 roku. Od tamtego czasu powstało kilkadziesiąt różnych wersji „Autumn”, nierzadko w wykonaniu ikon jazzu m.in. Charliego Parkera, Billie Holiday czy Charles Mingusa. To tyle z historii, teraz posłuchajcie.
Andromeda Mega Express Orchestra po raz drugi
Andromeda Mega Express Orchestra – third streamowe cacko w postaci osiemnastoosobowej niemieckiej orkiestry wraca z drugą płytą. Jeśli przegapiliście (a najpewniej przegapiliście) ich spektakularny debiut Take Off! z 2009 roku, to szczerze radzę się zainteresować. Przynajmniej jeśli lubicie szaleńcze międzygalaktyczne podróże z bardzo orkiestrowym, z natury niemal lounge’owym jazzem, w swojej instrumentacji tak bogatym, że gdzieś w pół drogi spotykającym się w radosnym tańcu z muzyką klasyczną. Teraz jest na to o tyle dobry moment, że właśnie nadciąga jego przygotowywany od dwóch lat następca – Bum Bum. Według oficjalnej strony premiera (przynajmniej w Niemczech) odbyła się 11 maja, ale jak do tej pory śladów płyty próżno szukać czy to w internetowych sklepach czy w internecie w ogóle. Na albumie znalazło się siedem kompozycji, o inspirujących tytułach, które możecie obejrzeć sobie poniżej. Do tego jeden z nich „Saturn Hoola Hoop” w wersji żywej, można od jakiegoś czasu znaleźć na YouTube (i to również poniżej).
Tracklista:
1. „Saturn Hoola Hoop”
2. „Sotho Hotho Ro”
3. „Le Prêtre Viré”
4. „Hektra Mumma Gulla”
5. „Rainbow Warrior”
6. „anebulamanifesto”
7. „Space Purolator”
Krok w tył: Austin Peralta „Algiers”
Minął już ponad rok od premiery znakomitego krążka Endless Planets, a utalentowany zaledwie 21-letni pianista Austin Peralta przygotowuje się właśnie do wydania wspólnego projektu z legendarnym Sun Ra (ich wspólny winylowy singiel Views of Saturn 2 trafi do sprzedaży w przyszłym tygodniu, o czym jeszcze na pewno doniesiemy). To dobry moment by przybliżyć jego sylwetkę i jeden z najlepszych jazzowych albumów minionego roku, niestety nie do końca docenionych. Peralta na pianinie zaczął grać w wieku sześciu lat i jeszcze jako nastolatek nagrał i wydał w Japonii dwa solowe albumy. Zauważony przez Flying Lotusa, natychmiast otrzymał miejsce w jego wytwórni Brainfeeder by wraz z członkami The Cinematic Orchestra stworzyć Endless Planets – tajemniczy, liryczny, a zarazem niespokojny krążek. A co chyba najbardziej w tym wszystkim zaskakujące – to prawdziwy jazz! Taki jak ten, który w latach 50. zmienił na zawsze oblicze muzyki popularnej, nie tekturowa fasada, którą mainstreamowe media próbują sprzedawać pod tą nazwą. W ramach dowodu – jeden z jaśniejszych punktów wspominanej płyty – „Algiers”.
Krok w tył: Dee Dee Bridgewater

Dee Dee Bridgewater wystąpi w stolicy 20. grudnia w ramach koncertu świątecznego Archikatedry św. Jana Chrzciciela na Starym Mieście. Jesteście gotowi na hipnotyzujący koncert, pełen żywych instrumentów i jazzu w najczystszej postaci? Nawet jeśli odpowiedź brzmi ‚tak’, nie znam osoby która nie dałaby się porwać i cofnąć do lat 70., kiedy Denise zaczynała swoją karierę. Solowy album Afro Blue został wydany dokładnie w 1973 roku przez wytwórnię Trio. Oprócz czarowania głosem, soulem i spokojem artystka w tym okresie grała także na Brodway’u. Za rolę w musicalu The Wiz zgarnęła dwie bardzo ważne statuetki: Tony Awards oraz Grammy Award (w kategorii najlepszy soundtrack do musicalu). Te wydarzenia były zapowiedzią fantastycznej i jak widać – niekończącej się kariery. O dalszych poczynaniach poczytacie w kolejnej notce. Tymczasem posłuchajcie debiutu Dee Dee:
Jazzująco: Vijay Iyer Solo

Z przedstawieniem sylwetki tego nietuzinkowego muzyka i jego nowego albumu noszę się już przeszło od kilku miesięcy i bardzo żałuję, że nie udało mi się zrobić tego wcześniej, bo to w sumie bardzo jesienna muzyka. Jego poprzedni album Historicity wymienił zresztą Spinache wśród swoich ulubionych płyt ubiegłego roku. Nowy jednak różni od tamtego zasadnicza kwestia – jak wskazuje tytuł, to pierwszy w pełni solowy krążek Vijaya Iyera, którego wcześniej zawsze ktoś muzycznie wspierał. Tutaj słyszymy tylko Vijay’owy fortepian. To muzyka poruszająca, prosta w środkach wyrazu, ale nie zawsze w strukturze, tu bardziej zawikłana, zapętlona, odkrywająca niemały kunszt. Album otwiera instrumentalny (a jakże!) cover przeboju Michaela Jacksona „Human Nature” (odsłuch po skoku), lecz, mimo iż zaskakuje sposobem interpretacji, jest to chyba najmniej ciekawa część dzieła. Najlepiej słucha się mimo wszystko kompozycji własnych Iyera na czele z lekkim, acz nieco niespokojnym „Patterns” i następującym po nim jeszcze bardziej ponurym „Desiring”. Dla tych, którzy wolą kontemplować śnieg na smutno i bardziej refleksyjnie, aniżeli skakać w rytm dzowneczków.
