jazz
Claire Martin i cztery wiolonczele
Brytyjska piosenkarka jazzowa Claire Martin, choć swoją karierę rozpoczęła przed ponad dwudziestoma laty, wciąż próbuje nowych rzeczy. Właśnie wyrusza w trasę po Wyspach Brytyjskich w towarzystwie kwartetu wiolonczelowego Montpellier. Kolaboracja między wokalistką a kwartetem pierwsze owoce wydała już kilka miesięcy temu w postaci trzech kompozycji umieszczonych na profilu soundcloud wokalistki. Wśród nich znalazły się bajecznie przearanżowane „Round Midnight” Theloniousa Monka, „My Shop” Kurta Weilla czy „She’s Leaving Home” Beatlesów, a muzycy już teraz zapowiadają nowe rearanże m.in. utworów Joni Mitchell. Czy będzie płyta. Wszystko na to wskazuje, choć jak dotąd nie znamy żadnych szczegółów.
Recenzja: Tomasz Stańko & New York Quartet Wisława

Tomasz Stańko
New York Quartet
Wisława (2013)
ECM

Stańko po raz kolejny stanął na wysokości zadania. Na swoim najnowszym albumie 70-letni jazzman składa ekspresyjny i stosowny hołd twórczości polskiej noblistki — Wisławy Szymbowskiej.
Wisława jest w równych proporcjach mieszanką europejskiej, ECM-owskiej szkoły jazzowej, będącej od dawna podstawą twórczości polskiego jazzmana i nowojorskiego rytmicznego szaleństwa, które zapewniają młodsi współpracownicy Stańki z New York Quartet — David Virelles, Thomas Morgan i Gerald Cleaver. Gdzieś pomiędzy błyskotliwymi odniesieniami do Milesa Davisa a szykowną elegancją zachodu pobrzmiewają jednak echa naszej Warszawy — czy to w tytułach wierszy poetki — teraz okalających niektóre z kompozycji Stańki, czy może pośród meander nostalgii i nagłych improwizacyjnych zrywów, towarzyszących nam od początku do końca tej sugestywnej muzycznej podróży.
Ciężko oceniać próby przetransponowania zawiłej i wieloznacznej twórczości Szymborskiej na język jazzu w kategoriach stricte poetyckich. To raczej pewna synkretyczna zależność, odbywająca się na poziomie uczuć, myśli, koncepcji. Tak jak poezja Wisławy, płyta jej dedykowana jest stonowana, kameralna, elegancka, a jednocześnie emocjonalna, przemyślana i wyrazista.
To kolejny piękny album na koncie naszego czołowego współczesnego jazzmana. Ponad stu-minutowa jazzowa wędrówka śladami Szymborskiej pod egidą Stańki.
Zmarł tytan jazzu Dave Brubeck
Dziś rano, dzień przed swoimi 92. urodzinami, w szpitalu w Norwalk zmarł legendarny jazzman Dave Brubeck. Przyczyną śmierci była niewydolność serca. Muzyk urodził się 6 grudnia 1920 roku. Po drugiej wojnie światowej studiował muzykę pod okiem francuskiego kompozytora Dariusa Milhauda. Karierę rozpoczął w latach 40., ale dopiero w kolejnej dekadzie zrobiło się o nim głośno za sprawą formacji Dave Brubeck Quartet. W 1959 roku grupa wydała słynny album Time Out, zawierający pierwszy jazzowy singiel, który sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy – „Take Five”. Kwartet rozpadł się w 1967 roku, ale Brubeck kontynuował komponowanie i nagrywanie przez kolejne dekady.
Recenzja: Josh Berman & His Gang There Now

Josh Berman & His Gang
There Now (2012)
Delmark

Wyobraźcie sobie, że Art Ensemble of Chicago bierze na warsztat klasyczne big bandowe melodie Louisa Armstronga. Co następuje? Harmonijne brzmienie zostaje brutalnie zakłócone i rozerwane na drobne strzępy przez szaleńczą free jazzową improwizację. To właśnie czyni na swojej ostatniej płycie There Now amerykański kornecista Josh Berman wraz z grupą siedmiu współpracowników, których nazywa staromodnie swoim gangiem.
Berman robi to, co ostatnio jest dość powszechne na wszelkich płaszczyznach muzyki rozrywkowej, czyli pożycza stare i po swojemu miesza je z nowym. O ile jednak nierzadko efekty takich połączeń bywają niezręczne i odtwórcze, na There Now wszystkie dźwięki układają się swobodnie, przez co płyta jako całość brzmi bardzo adekwatnie, nawet jeśli wciąż, dla niektórych, niewystarczająco nowatorsko.
Grupa na potrzeby projektu pożyczyła kilka jazzowych standardów sięgających aż do lat 20. poprzedniego stulecia — wśród nich „Liza” i „Sugar” Eddiego Condona czy „I’ve Found a New Baby” spopularyzowane m.in. przez Benny’ego Goodmana — które niejako przetransponowała na warunki współczesnego jazzu, częstokroć zmieniając je nie do poznania dzięki pstrzącym się gęsto kunsztownym, nierzadko improwizowanym, solówkom i motywom. Te same zabiegi zastosowano zresztą w oryginalnych kompozycjach Bermana, co pozwoliło na wplecenie ich zupełnie niepostrzeżenie w bieg albumu, bez zakłócania jego misternej konstrukcji.
Prawdziwy jazz wcale nie umarł — ma się doskonale, właśnie dzięki takim płytom jak There Now. Usunął się jedynie gdzieś w cień, przytłoczony coraz szybszym biegiem czasu. Ale kto wie — być może za kilkadziesiąt lat jego współczesne owoce staną się równie legendarne, co płyty Mingusa, Monka czy Davisa obecnie? Szczególnie jeśli są tego naprawdę warte.
Zmarł pianista jazzowy Austin Peralta
Utalentowany amerykański pianista jazzowy i kompozytor, Austin Peralta, zmarł nagle 21 listopada w wieku zaledwie 22 lat. Przyczyna jego śmierci jak dotąd nie została ujawniona.
Peralta na pianinie zaczął grać w wieku sześciu lat i jeszcze jako nastolatek nagrał i wydał w Japonii dwa solowe albumy. Zauważony przez Flying Lotusa, natychmiast otrzymał miejsce w jego wytwórni Brainfeeder by wraz z członkami The Cinematic Orchestra stworzyć i wydać w 2011 roku album Endless Planets. W maju tego roku na spółkę z legendarnym Sun Ra wydał singiel Views of Saturn Vol. 2, a zeszłym miesiącu pojawił się w tytułowym utworze na epce Looking Ocean elektronicznego artysty Daedelusa. Łączymy się w bólu z rodziną i przyjaciółmi Peralty. To bez wątpienia niepowetowana strata.
Jazzowa jesień: Lee Morgan „The Sidewinder”
Jesieni, trwaj! Zima nam nie straszna! A to dlatego, że „The Sidewinder” genialnego jazzowego trębacza Lee Morgana przywołuje swoim klimatem nawet nie jesień, a lato! Morgan był m.in. sidemanem Arta Blakeya, Johna Coltrane’a na legendarnym Blue Train oraz występował z big bandem Dizzy’ego Gillespie’a. Sam jednak szybko stał się liderem i między 1956 a 1971 rokiem nagrał blisko 30 albumów sygnowanych swoim nazwiskiem. Prawdopodobnie najsłynniejszy z nich The Sidewinder z 1964 roku zawierał pięć oryginalnych kompozycji, z których tytułowa stała się sygnaturowym utworem i największym przebojem Morgana. Wedle słów perkusisty Billy’ego Harta, sam Morgan podobno nie podzielał entuzjazmu dla sukcesu tego nagrania. Niestety w wieku zaledwie 33 lat Morgan został zastrzelony przez swoją żonę Helen More za kulisami podczas jednego ze swoich koncertów 19 lutego 1972 roku.
José James prezentuje tracklistę i okładkę No Beginning No End
Jakiś czas temu w soulowej misce pojawiła się informacja o planowanym na przyszły rok nowym krążku José James’a. Zwiastunem wydawnictwa No Beginning, No End został singiel „It’s All Over Your Body”. Dziś od James’a dostajemy tracklistę, okładkę a nawet konkretną datę premiery albumu wyznaczoną na 22. stycznia 2013 roku.
1. “It’s All Over Your Body”
2. “Sword + Gun” Feat. Hindi Zahra
3. “Trouble”
4. “Vanguard”
5. “Come To My Door”
6. “heaven On The Ground” Feat Emily King
7. “Do You Feel”
8. “Make It Right”
9. “Bird of Space”
10. “No Beginning No End”
11. “Tomorrow”
12. “Come To My Door (Acoustic)” – Bonus Track
Jazzowa jesień: Cannonball Adderley „Autumn Leaves”
Amerykański saksofonista jazzowy Cannonball Adderley znany jest głównie ze współpracy z Milesem Davisem, który pojawił się także na jego legendarnym już krążku Somethin’ Else z 1958 roku, obok Arta Blakeya, Hanka Jonesa i Sama Jonesa. Wśród pięciu kompozycji jakie trafiły na album znalazło się także do szpiku jesienną interpretację „Autumn Leaves”, która uczyniła z tej francuskiej powojennej piosenki, jedenastominutowe jazzowe arcydzieło, dogłębnie oddające wszystkie poetykę każdej z bezliku jesiennych barw.
Jazzowa jesień: Brad Mehldau Trio „Where Do You Start?”
Co prawda jeszcze nie tak dawno pisaliśmy o całej płycie, ale tytułowy utwór „Where Do You Start?” wydaje się być idealnie skrojony na takie dni jak dzisiejszy. Subtelny, refleksyjny, wpisuje się w krajobraz z powagą i zrozumieniem. I kto teraz powie, że jazz nie jest idealnym dopełnieniem jesiennej sonaty?
Recenzja: John Surman Saltash Bells

John Surman
Saltash Bells (2012)
ECM

Słuchając Saltash Bells, nie sposób uwierzyć, że za tymi nagraniami stoi wyłącznie jeden człowiek. A jednak – angielski jazzman, John Surman, przy tworzeniu swojego ostatniego, a pierwszego od 18 lat w pełni solowego krążka, chwycił za trzy rodzaje saksofonów i klarnetów, harmonijkę oraz syntezator.
Saltash Bells sięga jednak znacznie dalej wstecz – aż do dzieciństwa Surmana wśród bezkresu bladozielonych pastwisk w spowitej gęstą mgłą Anglii. I taki też właśnie obraz kreśli się przed oczyma odbiorcy podczas spotkania z Saltash Bells. Instrumentaliście, przy pomocy umiejętnie zestawionych ze sobą klasycznych i nowoczesnych środków, udaje się wykreować żywe i plastyczne ujęcie świata z własnych wspomnień, płynnie przechodzącego czy to w senne marzenia, czy w baśnie i legendy ludowe. Dzieje się tak za sprawą gęsto, choć ukradkiem wplatanych śladów folkowych melodii i swoistej muzycznej mgły, utkanej jakby z delikatnych ambientowych syntezatorów, a unoszącej się nad całą płytą.
Ale choć wszystkie utwory harmonizują ze sobą, każda z dziesięciu kompozycji wydaje się mieć własną odrębną muzyczną tożsamość — od irlandzkich motywów w „The Crooked Inn”, przez minimalistyczne zacięcie („On Staddon Heights”, „Triadichorum”), po gęsty, mroczny ambientowy klimat jazzu przyszłości w otwierającym płytę „Whistman’s Wood”. Surman dodatkowo uwypukla te kontrasty poprzez barwy poszczególnych instrumentów, czasem zapuszczając się jednak na terytoria aż nadto bezpieczne muzycznie — w „Winter Elegy” brzmi niczym (odrobinę bardziej) natchniona wersja Kenny’ego G. Motywy muzyczne, które eksploruje i rozwija Surman, choć nastrojowo oprawione, nie zawsze potrafią pociągnąć za sobą uwagi słuchacza. Ale nawet pomimo tego, Saltash Bells jest albumem zupełnie nietuzinkowym, odważnie poszukującym nowej muzycznej drogi dla jazzu.
