Wydarzenia

jazz

Recenzja: Shabaka and the Ancestors Wisdom of Elders

shabaka

Shabaka and the Ancestors

Wisdom of Elders (2016)

Brownswood

Kamasi Washington i jego zeszłoroczne The Epic otworzyły drzwi oddzielające młodych poszukujących słuchaczy i młody poszukujący jazz. I chociaż rok 2016 nie przyniósł w tym temacie płyty ani równie głośnej, ani równie przełomowej, a drzwi znów odrobinę się przymykają, scena wciąż bez wątpienia odczuwa efekty tamtej przemiany. Jednym z nich jest relatywnie głośny debiut młodego londyńskiego saksofonisty — Shabaki Hutchingsa i jego południowoafrykańskiej świty z The Ancestors. Muzyk wcześniej związany m.in. z Melt Yourself Down, Sons of Kemet czy The Comet Is Coming tu po raz pierwszy występuje w roli bandleadera, błyskotliwie łącząc tradycje natchnionego spiritual jazzu, umiarkowaną awangardę i inspiracje muzyką Czarnego Lądu. Hutchings nie ma może charyzmy (i postury) Washingtona, a wypracowane wspólnie z The Ancestors brzmienie można nazwać bardziej statecznym, jeśli nie kompromisowym, ale projekt zdumiewa i czaruje doskonałym balansem i synergią, które promieniują, wciągając słuchacza głęboko w nurt krążka. Grupa wspólnie konstruuje kilka potężnych, ale żyjących i dynamicznie zmieniających się w czasie kompozycji, których podwaliny stanowi afrykański groove, ale reszta to już jazz z krwi i kości — przywodzący na myśl przede wszystkim projekty Sun Ry czy Pharaoh Sandersa, ale także odnoszący się do charakterystycznego brzmienia Nowego Orleanu. Efektem jest wysmakowane, na wpół kameralne, tętniące feerią afrofuturystycznych barw Wisdom of Elders doprawione głębokim wokalem Siyabongi Mthembu. O ile więc w kontakcie z muzyką Melt Yourself Down czy The Comet Is Coming można mieć poczucie jazzowego niedosytu, o tyle Wisdom of Elders przełamuje ten schemat, wynosząc Shabakę Hutchingsa jako twórcę i muzyka na zupełnie nowy poziom.

Brad Mehldau i Chris Thile zapowiadają wspólny album

chris-thile-brad-mehldau-450x409

27 stycznia nakładem Nonesuch do sklepów trafi wspólny album amerykańskiego pianisty jazzowego Brada Mehldau oraz mandolinisty i piosenkarza Chrisa Thile’a. Muzycy po raz pierwszy koncertowali wspólnie w 2013 roku, a dwa lata później spotkali się na scenie ponownie i postanowili przenieść to doświadczenie do studia, czego efektem będzie płyta zatytułowana po prostu Chris Thile & Brad Mehldau. Na krążku znajdzie się 11 kompozycji — zarówno oryginalnych, jak i coverów (wśród nich m.in. klasyczne „Don’t Think Twice It’s Alright” tegorocznego noblisty Boba Dylana). Album promuje singiel „Scarlet Town” napisany przez Davida Rawlingsa i Gillian Welch.

Spis utworów:
1. „The Old Shade Tree”
2. „Tallahassee Junction”
3. „Scarlet Town”
4. „I Cover the Waterfront”
5. „Independence Day”
6. „Noise Machine”
7. „The Watcher”
8. „Daughter of Eve”
9. „Marcie”
10. „Don’t Think Twice It’s Alright”
11. „Tabhair dom do Lámh”

Nowy mix: Mark de Clive-Lowe #bluenoteremixed vol.1

To dopiero sztos! Znakomity klawiszowiec i producent Mark de Clive-Lowe stworzył mix złożony z remixów numerów z katalogu Blue Note Records. Jest to o tyle nietypowe i oryginalne przedsięwzięcie, gdyż wszystko to wykonywane jest na żywo za pomocą padów, rhodesów oraz kilku innych elektronicznych zabawek. Jakby tego było mało, zaprosił on do tej zarejestrowanej za jednym podejściem sesji nagraniowej klika znakomitości, wśród których znaleźli się Illa J, Bambu, John Robinson, Pino Palladino czy Nia Andrews. Wspaniały hołd dla jednej z najważniejszych wytwórni jazzowych wszechczasów, pełen odniesień do współczesnej muzyki, która bez tamtych nagrań na pewno nie brzmiałaby tak, jak brzmi teraz.

Recenzja: BadBadNotGood IV

BadBadNotGood

IV (2016)

Innovative Leisure

Niewielu artystów tak zgrabnie definiuje współczesne poczucie estetyki muzycznej jak BadBadNotGood — definiuje nie w znaczeniu torowania ścieżek rozwoju, ale gustownego spajania piękna płynącego z poszczególnych elementów. Nimi właśnie formacja tak zręcznie tasuje w swojej twórczości. Kanadyjczycy już na samym starcie zaczarowali słuchaczy osobliwą selekcją coverów utopionych w jazzie i hip-hopowym feelingu. Po dwóch krążkach opartych w dużej mierze na formule reinterpretacji utworów takich artystów jak J Dilla, Odd Future, My Bloody Valentine, Digital Mystikz czy James Blake, trzeci krążek kwartetu zawierał wyłącznie oryginalne kompozycje. Ten świadomy krok zaowocował najbardziej kreatywnym albumem w dorobku grupy i logicznie następującym zwiastunem rozwoju. Ubiegłoroczna kolaboracja z Ghostface’m Sour Soul ugruntowała niewyczerpany potencjał hip-hopowej wyobraźni muzyków i ponownie odkryte zasoby niewiarygodnych możliwości fuzji rapu i jazzu. Ale to najnowsza pozycja w katalogu BBNG IV jest prawdopodobnie ich najlepszym i zdecydowanie najbardziej dojrzałym wydawnictwem.

Progres określa nie tylko ewolucja brzmienia, ale także wartość jakości współpracy muzyków. Zgranie bandu z Toronto jest znakomite. Jednocześnie tryskające oni spontanicznością i elektryzującą improwizacją. Słychać to przede wszystkim w najbardziej przepastnym numerze tytułowym i zamykającym całość „Cashmere”, gdzie artyści z niepowtarzalnym wyczuciem i wdziękiem ciągną w nieskończoność bardzo wymagający i porywający groove pełen delikatnych smaczków i dynamicznych progresji. Bardziej współczesne kompozycje wykorzystujące elektronikę pokroju „And That, Too.” z wyjątkowo przestrzennym delay’em perkusyjnym czy współpracy z Kaytranadą w „Lavender” — zbudowanej na świdrującej, mrocznej, funkowej linii basu sprawdzają się równie wybornie, dodając kolorytu do wielowarstwowego brzmienia zespołu.

Jednymi z najjaśniejszych punktów projektu są utwory z gościnnym udziałem wokalistów. „Times Moves Slow” ze stonowanym, poruszającym Samem Herringiem to soulowy emocjonalny piorun, fantastycznie godzący klasyczną formułę i nowoczesne standardy. Mick Jenkins w „Hyssop of Love” hipnotyzuje swoim wykonaniem niemalże równie imponująco co Kendrick Lamar w drugiej pozycji z tegorocznego materiału Untitled. Unmastered., kolektywnie z gospodarzami wpisując się w renesans kreatywnych połączeń jazzu i hip-hopu. Najbardziej zmysłowe podsumowanie pojawia się jednak w przedostatnim numerze — „In Your Eyes” z Charlotte Day Wilson — kojącym gitarowymi tknięciami i przytulną szorstkością. Szalona kontynuacja „Confessions” z poprzedniej płyty z saksofonistą Colinem Stetsonem i bardzo zaskakujące, pełne świadomie ukrytego vibe’u „Structure No. 4” dopełniają obrazu najlepiej zrealizowanego i najbardziej odkrywczego albumu BadBadNotGood.

Recenzja: Brad Mehldau Trio Blues and Ballads

Brad Mehldau Trio

Blues and Ballads (2016)

Nonesuch

Bardziej bluesowe dla tych, którzy spodziewali się jazzu i niepodważalnie jazzowe dla tych, którzy nastawili się na blues. Takie jest Blues and Ballads — najnowszy album Brad Mehldau Trio. Amerykański pianista wraz ze swoim triem poniekąd przedłużył na tym krążku swoją ostatnią trasę koncertową, w ramach której prezentował wyłącznie jazzowe interpretacje utworów innych wykonawców. Na Blues and Ballads w przeciwieństwie do wcześniejszych projektów Mehldau’a znajdziemy bowiem nie tyle oryginalne kompozycje, ale, co warto podkreślić, oryginalne wykonanie. Na warsztat trafili między innymi Beatlesi (doskonale prezentujące się w kameralnym jazzowym aranżu szeroko znane „And I Love Her” z katalogu grupy i niedawny solowy singiel McCartneya „My Valentine”) i rozmaite, pokryte już w wielu przypadkach patyną standardy z ery klasycznego jazzu — wśród nich chociażby Charlie Parker, Cole Porter czy Frank Sinatra.

Mehldau nie traktuje jednak bluesa instrumentalnie — ten bowiem poza tym, że przejawia się w łatwo odczytywalnych reinterpretacjach posępnych klasyków, jest także mocno obecny w artykulacji muzyków — zauważalnie nadaje ton i kształt całej płycie. Trio gra po swojemu, z jak zwykle mocno post-minimalistycznym zacięciem, ale jednocześnie na swój sposób hołduje konwencji klasycznego tria jazzowego, co jak na dłoni słychać w Parkerowskim „Cheryl”. Udaje się im jednak z jednej strony skutecznie przyjętą stylistykę ujarzmić, a z drugiej — głęboko nad nią pochylić — choć w zderzeniu z klasycznym Sinatrą wydają się równie bezsilni co Bob Dylan w swojej ostatniej odsłonie. W ostatecznym rozrachunku Blues and Ballads ujmuje jednak błyskotliwością ukrytą między wierszami kojącej prostolinijności i nawet jeśli trudno określić ten krążek mianem magnum opus Mehldau’a, trudno się w nim choć na chwilę nie zatracić.

Recenzja: Niechęć Niechęć

Niechęć

Niechęć (2016)

Wytwórnia Krajowa

Swój nowy album Niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek. Przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów.

I nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką Śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. Nową Niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała. Nie znaczy to jednak, że grupa zrezygnowała z awangardowej fuzji hałaśliwego jazzu z rockowym instrumentarium — nic z tych rzeczy. Te przybrały tylko nieco inny bieg, w który włączono zresztą konstytuującą ogólną wymowę krążka elektronikę.

Wielechowski i Zwierzchowski ramię w ramię wzięli na siebie obowiązki kompozytorskie, choć bardziej nie zasadzie dialogu niż ścisłej kooperacji. Pomimo tego, że ich utwory zwykle przeplatają się ze sobą, trudno mówić o opozycyjności — drugi album Niechęci jest w istocie synkretyczny, ale jest to cecha tyle całości, co i każdego z ośmiu utworów. Choć w kolejnych kompozycjach wykorzystywane są różne środki — we „Krwi” pulsuje refren psychotycznej pozytywki, „Rajzę” buduje nastrojowy post-minimalistyczny motyw, a na wielki finał w „Trzeba zabić tę miłość” złożył się clash błądzących saksfonów i przesterowanych gitar — Niechęć świadomie i bez kompleksów podkrada patenty na melodie z kręgu muzyki popularnej, a poprzez wpisanie ich w znacznie bardziej rozbudowany i niejednoznaczny kontekst, wykorzystuje ich pełen potencjał.

Jazzująco: Brad Mehldau Trio powróci w czerwcu z płytą Blues and Ballads

CeQz30xUsAAEXdz

Jeden z najciekawszych współczesnych pianistów jazzowych po światowym solowym tournée i niezbyt udanym duecie z Markiem Guilianą wraca do rozkosznej formy jazzowego tria. Od ostatniego krążka grupy Where Do You Start w październiku minęłyby już cztery lata, ale na szczęście Mehldau i spółka postanowili do tego nie dopuścić i już w czerwcu usłyszymy ich najnowszy krążek zatytułowany Blues and Ballads.

Na krążku, który trafi do sprzedaży 3 czerwca nakładem wytwórni Nonesuch znajdziemy siedem jazzowych interpretacji klasycznych amerykańskich ballad, które wyszły oryginalnie spod piór takich tuzów muzyki jak Cole Porter, Charlie Parker, Lennon & McCartney czy Jon Brion. Jednego z numerów, „Little Person” można już posłuchać poniżej. Więcej szczegółów i opcje preorderu znajdziecie na oficjalnej stronie muzyka.

Tracklista:
1. „Since I Fell for You”
2. „I Concentrate on You”
3. „Little Person”
4. „Cheryl”
5. „These Foolish Things (Remind Me of You)”
6. „And I Love Her”
7. „My Valentine”

Wraca seria Polish Jazz

jhyf5rvpv1ck

Widać już pierwsze efekty zeszłorocznego przejęcia Muzy Polskich Nagrań przez Warner Music Poland. Na półki sklepowe ma wrócić bowiem sztandarowa seria polskiej wytwórni, a mianowicie Polish Jazz oryginalnie licząca 76 części, a wydawana pomiędzy 1964 a 1989 rokiem. Nie chodzi jednak o kontynuację, a o winylowe i kompaktowe reedycje oryginalnych części serii. Na początek Warner na warsztat weźmie sześć klasycznych pozycji Astigmatic kwintetu Krzysztofa Komedy, Birthday Extra Ball, Go Right Andrzeja Kurylewicza, Bossa Nova kwartetu Novi Singers, TWET Tomasza Stańki i Ewa Bem with Swing Session: Be a Man Ewy Bem. Kolejne premiery Warner zapowiedziało na za trzy miesiące, ale nie wiadomo, jak wiele płyt z serii ostatecznie wytwórnia przywróci do życia. Więcej informacji o reedycjach znajdziecie na stronie internetowej Warner Music.

Jazzująco: Vijay Iyer i Wadada Leo Smith zapowiadają wspólną płytę

6016799

Dwóch wizjonerów współczesnego jazzu — pianista Vijay Iyer i trębacz Wadada Leo Smith łączy siły przy wspólnym projekcie. Album A Cosmic Rhythm With Each Stroke ujrzy światło dziennie za dwa tygodnie, 25 marca, nakładem ECM. Na płycie znajdzie się 9 kompozycji zarejestrowanych między 17 a 19 października zeszłego roku w nowojorskich Avatar Studios pod okiem Jamesa Farbera i producenta Manfreda Eichera. Centralnym punktem albumu jest tytułowa suita A Cosmic Rhythm With Each Stroke obejmująca utwory od 2 do 8, a zadedykowana Nasreen Mohamedi — innowacyjnej indyjskiej artystce.

Tymczasem Vijay Iyer pod koniec kwietnia we Wrocławiu uświetni obchody Światowego Dnia Jazzu podczas 62. edycji festiwalu Jazz nad Odrą, gdzie wystąpi wspólnie z Orkiestrą Leopoldinum w Narodowym Forum Muzyki.

Sprawdźcie krótki dokument zajawiający płytę oraz tracklistę wydawnictwa poniżej.

Spis utworów:
1. „Passage”
2. „All Becomes Alive”
3. „The Empty Mind Receives”
4. „Labyrinths”
5. „A Divine Courage”
6. „Uncut Emeralds”
7. „A Cold Fire”
8. „Notes on Water”
9. „Marian Anderson”

The Heliocentrics z nową płytą

heliocentrics

Od premiery nowego krążka londyńskiego jazz-funkowego kolektywu The Heliocentrics From the Deep minął już co prawda ponad tydzień, ale to premiera, której nawet z pewnym opóźnieniem nie należy ignorować. To pierwszy solowy longplay grupy od czasu rewelacyjnego 13 Degrees of Reality z 2013 roku i bezpośrednim przedłużeniem epki Quatermass Sessions 1 z tego samego roku. 9 wydanych wówczas utworów na nowym wydawnictwie rozszerzono o kolejnych 10, co w rezultacie dało kosmiczną perkusyjną panoramę utopioną w jazz-funkowym sosie, ale roztaczającą się o wiele dalej. Krążek ukazał się jak zwykle w przypadku The Heliocentrics nakładem oficyny Now-Again Records. Posłuchajcie obłędnego „Night and Day” poniżej.