Wydarzenia

jazz

Jazzująco: Dwiki Dharmawan na czterech koncertach w Polsce

19-04-2015-P2755C-PREV

Jeden z najbardziej utytułowanych indonezyjskich muzyków jazzowych, Dwiki Dharmawan, wraz z polskim bandem w najbliższych dniach zagra na czterech koncertach w naszym kraju. Minitrasa po Polsce obejmie Warszawę, Gdynię i Katowice. Koncerty uświetnią obchody 60. rocznicy polsko-indonezyjskich relacji dyplomatycznych.

Dwiki Dharmawan to pianista poruszający się w gatunku jazz-fusion, mocno zaznaczając w swojej twórczości elementy orientalne. W jego utworach można odnaleźć brzmienia charakterystyczne dla tradycyjnej muzyki indonezyjskiej tzw. gamelanu, ale także elektroniczny posmak Mooga. Dwiki nagrywał z takimi artystami jak Jerry Goodman, czy Jimmy Haslip, a swoje utwory prezentował na największych światowych scenach. Do swojej kolejnej europejskiej trasy, Indonezyjczyk zaprosił polskich muzyków jazzowych młodego pokolenia: Adama Golickiego (perkusja), Pawła Urowskiego (kontrabas, gitara basowa), Paula Rutschkę (kontrabas, gitara basowa), oraz Piotra Chęckiego (saksofon). Razem wystąpią w Odessie, Bratysławie, Warszawie i Gdyni. Na koniec trasy Dwiki Dharmawan wystąpi w Katowicach z zespołem Laboratorium.

Wizyta Dwikiego Dharmawana w Polsce to kolejny etap obchodów 60. rocznicy polsko-indonezyjskich relacji dyplomatycznych. Wcześniej na początku marca w Indonezji na największym festiwalu jazzowym na świecie — Jakarta International Java Jazz Festival — wystąpiła grupa Dominika Bukowskiego.

Koncerty:
30.04.2015 – Prom Kultury, Warszawa (Międzynarodowy Dzień Jazzu UNESCO)
01.05.2015 – Klub Ucho, Gdynia
04.05.2015 – Warszawa (koncert zamknięty)
05.05.2015 – Katowice (z towarzyszeniem zespołu Laboratorium)

Recenzja: Różni wykonawcy Albo inaczej

Różni wykonawcy

Albo inaczej (2015)

Alkopoligamia

Albo inaczej jest dalece bardziej wymowną celebracją kultury hiphopowej od nawet tuzina pierwszorzędnych rapowanych krążków. Pokazuje bowiem, że szacunek nie jest pojęciem jednostronnym (więcej…)

Nowy teledysk: Zbigniew Wodecki śpiewa Rycha Peję

Image3

Albo inaczej Alkopoligamii już od piątku na półkach sklepowych, a tymczasem wytwórnia pokazuje trzeci klip promujący wydawnictwo. Tym razem padło na być może najbardziej oczekiwaną reinterpretację na płycie — „Jest jedna rzecz” Peji w wykonaniu gracza nie mniejszej wagi — Zbigniewa Wodeckiego. Sam teledysk nie jest arcydziełem kinematografii, ale już utwór, który ilustruje trzeba odsłuchać koniecznie. Więcej na temat Albo inaczej znajdziecie dziś wieczorem w naszej recenzji, a tymczasem sprawdźcie poniżej ten niezwykły cover.

Jazzująco: Brad Mehldau, Vijay Iyer, Ambrose Akinmusire i inni na tegorocznym Warsaw Summer Jazz Days

Image1

Tegoroczna edycja powstałego w 1992 roku festiwalu Warsaw Summer Jazz Days zapowiada się wyjątkowo ciekawie. W programie największe nazwiska amerykańskiego jazzu i intrygujące projekty polskie, europejskie i światowe. Tegoroczna edycja odbędzie się między 9 a 12 lipca w warszawskim Soho Factory.

Już pierwszego dnia imprezy usłyszymy dwa znakomite projekty muzyczne ostatnich miesięcy Vijay Iyer Trio wykona materiał z ich najnowszego krążka Break Stuff wydanego przez ECM, a kwartet Ambrose’a Akinmusire’a zaprezentuje m.in. kompozycje z wydanej przed rokiem post-bopowej płyty The Imagined Savior Is Far Easier to Paint. Tego samego dnia usłyszymy włoskie Giovanni Guidi Trio, które przed tygodniem nakładem ECM wydało swój najnowszy album This Is the Day.

Drugiego dnia natomiast będzie okazja podsłuchać projektu Vibes Quartet, namłodszego z braci Marsalis, wibrafonisty Jasona Marsalisa oraz tria organowego amerykańskiego saksofonisty Jamesa Cartera, który na przełomie wieków zasłynął takimi płytami jak Conversin’ With the Elders czy Chasin’ the Gypsy. Line-up domknie występ być może najważniejszego amerykańskiego pianisty jazzowego minionego dwudziestolecia, Brada Mehldau, który wystąpi z towarzyszeniem swojego nieśmiertelnego tria.

Dzień trzeci wypełnią projekty specjalne — najpierw koncert laureata konkursu OpenJazz, a następnie występ Krzysztofa Kobylińskiego z The World Orchestra Project, w ramach którego kompozycje muzyka zostaną specjalnie zaaranżowane dla Orkiestry Aukso, najbardziej znanego polskiego zespołu grającego muzykę współczesną, dyrygowanego przez Marka Mosia.

Natomiast ostatniego dnia imprezy będziemy mogli usłyszeć dwa nietuzinkowe projekty Sly & Robbie meets Nils Petter Molvær, gdzie słynna jamajska sekcja rytmiczna (która swego czasu remiksowała m.in. utwory Fugees czy No Doubt) spotka się z norweskim trębaczem Nilsem Petterem Molværem (któremu towarzyszyć będą zresztą nie mniej uznane nazwiska — Eivind Aarset na gitarze i Vladislav Delay na klawiszach). Festiwal zamknie koncert basisty Billa Laswella, który zaprosił do współpracy marokańską grupę Master Musicians of Jajouka.

Szczegółowy program festiwalu:

Dzień pierwszy: 9 lipca

Giovanni Guidi Trio
Ambrose Akinmusire Quartet
Vijay Iyer Trio

Dzień drugi: 10 lipca

Jason Marsalis Vibes Quartet
James Carter Organ Trio
Brad Mehldau Trio

Dzień trzeci: 11 lipca

Laureat konkursu OpenJazz
Laureaci Jazzowego Debiutu Fonograficznego 2015 Instytutu Muzyki i Tańca:Apprentice
Patryk Kraśniewski Trio
Music of Krzysztof Kobyliński: Joey Calderazzo, KK Pearls, Orkiestra Aukso, Stanisław Soyka

Dzień czwarty: 12 lipca

Sly & Robbie meet Nils Petter Molvaer
Bill Laswell Material & The Master Musicians of Jajouka

Jazzująco: Vijay Iyer Trio wraca z nową płytą Break Stuff

Image1

Po jakże interesującym romansie ze post-minimalizmem jeden z najciekawszych współczesnych pianistów jazzowych Vijay Iyer powraca do jazzu i formy klasycznego tria. Już w najbliższy wtorek, 10 lutego, ukaże się jego drugi krążek dla europejskiej oficyny ECM zamaszyście zatytułowany Break Stuff. Powrót Iyera do jazzu owacyjnie nagradzają w kolejnych recenzjach krytycy, a w szczególnie entuzjastycznym tekście New York Timesa Break Stuff proklamowano nawet najlepszym albumem w karierze Iyera. Zanosi się na pierwszy znakomity krążek jazzowy w nowym roku. Wypatrujcie w najbliższych tygodniach naszej recenzji, a tymczasem sprawdźcie trailer krążka oraz spis utworów poniżej.

Spis utworów:
„Starlings”
„Chorale”
„Diptych”
„Hood”
„Work”
„Taking Flight”
„Blood Count”
„Break Stuff”
„Mystery Woman”
„Geese”
„Countdown”
„Wrens”

Recenzja: Angles 9 Injuries

Angles 9

Injuries (2014)

Clean Feed

Jak zorganizować muzycznie grę w dużych jazzowych składach w XXI wieku? Nieoczekiwanie odpowiedzi na to pytanie coraz liczniej napływają ze Skandynawii, a konkretnie ze Szwecji, gdzie obok rozsławionej w niezależnych kręgach Fire! Orchestra, nagrywa nieco mniejszy, dziewięcioosobowy zespół Angles 9 — przed 2013 rokiem znany jako Angles 6 czy Angles 8 w zależności od liczby muzyków, a także po prostu jako Angles.

I choć skład Angles 9, w porównaniu do ogromnej, liczącej sobie ponad trzy razy więcej muzyków Fire! Orchestra, wydaje się dość kameralny, grupa prowadzona przez saksofonistę Martina Kuchena bez trudu radzi sobie z kreacją, poprowadzeniem i utrzymaniem prawdziwego big bandowego brzmienia. A należy w tym miejscu nadmienić, że Injuries jest wielkim muzycznym workiem rozmaitych inspiracji — począwszy od reminescencji złotego okresu jazzowej awangardy („European Boogie”), przez zupełnie naturalny w tym przypadku wpływ europejskiej szkoły jazzu („A Desert on Fire, a Forest”/”I’ve Been Lied To”), aż po zapożyczenia stylistyczne od współczesnych grup afrobeatowych nade wszystko ceniących sobie prowadzenie atrakcyjnej dla słuchacza linii melodycznej („Ubabba”). Tak więc Injuries staje się kotłem, w którym spotykają się i ścierają ze sobą różne punkty widzenia. Jest to jednak konfrontacja pełna kreatywnej energii, przywołująca najlepsze momenty orkiestrowego jazzu, rozważnie dozująca w swojej strukturze melodyjność i improwizację. Ostatecznie właśnie dzięki temu płycie, pomimo mnogości podejść do materiału i rozległych inspiracji, udaje się zachować wspólny trzon stylistyczny. To, w połączeniu z pierwszorzędnym wykonaniem, sprawia, że siedem oryginalnych kompozycji składających się na Injuries bez wątpienia może pretendować do miana jednej z najlepszych jazzowych płyt mijającego roku.

Recenzja: Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder Spark of Life

Marcin Wasilewski Trio
Joakim Milder

Spark of Life (2014)

ECM

Trio Marcina Wasilewskiego to obecnie bezsprzecznie jedna z najpoważniejszych sił na mapie polskiego, a może i europejskiego, jazzu. Najnowszy krążek Spark of Life to ich czwarty album wydany przez prestiżową oficynę ECM, nie biorąc pod uwagę rozlicznych kolaboracji pod skrzydłami wytwórni m.in. z Tomaszem Stańką (jako Tomasz Stańko Quartet) czy Jacobem Youngiem (na opublikowanej w kwietniu tego roku płycie Forever Young). Swoistą kolaborację stanowi też zresztą ich najnowszy album, z tą jedynie różnicą, że tym razem to muzycy Tria zaprosili do współpracy szwedzkiego saksofonistę tenorowego — Joakima Mildera (który, jaki ten świat mały, w przeszłości współpracował także ze Stańką). Zaprzestając żonglerki nazwiskami, trzeba przyznać — wszystko zostaje w rodzinie.

Spark of Life to płyta, która wydaje się brzmieć znajomo, jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego odsłuchu. Choć o Wasilewskim, Kurkiewiczu i Miśkiewiczu, podobnie zresztą jak o Milderze, Stańce czy Youngu, a więc o ecmowskim jazzie w ogóle, można napisać wiele dobrego, momenty gdy aluzyjna stylistyka gatunku ustępuje miejsca wyrazistej zindywidualizowanej wizji są tu na wagę złota. Progresywna selekcja kompozycji — włączająca w obieg płyty m.in. „Message in a Bottle” The Police, „Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan” z ostatniej płyty rodzimej grupy Hey czy ukryty pod być może niewiele mówiącym tytułem „Sleep Safe and Warm” fragment ścieżki dźwiękowej do filmu Dziecko Rosemary Krzysztofa Komedy — ostatecznie zostaje tu zamknięta w jednym muzycznym kluczu, który nie tylko przepisuje doskonale znane kompozycje na język jazzu, ale jednocześnie uwypukla zgoła inne cechy każdego z wymienionych utworów. Paradoksalnie mimo tego i dzięki temu jednocześnie (a o proporcjach między jednym a drugim decydować będzie znajomość wcześniejszej twórczości Tria i specyfiki ecemowskiej szkoły) Spark of Life od samego początku wydaje się słuchaczowi płytą doskonale znajomą, poniekąd słuchaną wcześniej już wielokrotnie nieświadomie. To z kolei samo w sobie stanowi o sile materiału i o jego słabości zarazem. Na szczęście choć rzecz cechuje się wyjątkową subtelnością, nie oznacza to jednak, że można nazwać ją miałką lub odsądzić od brawury czy wirtuozerii, które, mimo że w istocie ucieleśniają się tu jedynie raz po raz, w efekcie wyznaczają dominantę całości, czy to autokratycznie przerywając radiowy motyw wspomnianego już „Message in a Bottle”, czy też budując entuzjastyczny szyk w „Actual Proof” znanym choćby z repertuaru Herbiego Hancocka.

Ostatecznie jednak zdecydowanie bardziej mówić o kontynuacji i kolejnej skromnej płycie z polskiego podwórka na światowym poziomie, niż o innowacji i fascynującym odkryciu. Podobnie zresztą na Trio Marcina Wasilewskiego lepiej zacząć patrzeć jak na weteranów światowego jazzu, niż jak na nie tak dawnych debiutantów, którzy mają jeszcze coś komuś do udowodnienia.

Richard Bona na sześciu koncertach w Polsce

bona

Dawno, dawno temu dostałam na urodziny płytę z niebieską okładką. Richard Bona… Wyciągnęłam płytę, włożyłam do odtwarzacza, wcisnęłam play i usiadłam. Siedziałam tak przez dobre jedenaście utworów, bo tyle znajduje się na tym albumie. Nie wiedziałam co powiedzieć kiedy głośniki postanowiły milczeć. The Ten Shades of Blues zaczarował mnie całkowicie. Kto to jest ten Bona?!- pomyślałam. Dziś na szczęście to wiem. Pochodzący z Kamerunu gitarzysta basowy, wokalista i perkusista. Niegdyś związany z Pat Metheny Group. Nazwiska osób, z którymi współpracował robią wrażenie, tj. Herbie Hancock, Bobby McFerrin, Chick Corea i mogłabym wymieniać do jutra. Jaka jest jego muzyka? Połączenie jazzu i muzyki afrykańskiej to chyba najtrafniejsze określenie. Artysta w 2013r. wydał siódmy krążek Bonafied, który uzyskał w Polsce status złotej płyty, a teraz zjawi się w sześciu polskich miastach, aby promować swój najnowszy materiał. Cóż mogę powiedzieć więcej. Chyba czas otworzyć kalendarz, wybrać jeden z sześciu terminów i pozwolić oczarować się brzmieniom Bony.

19.10.   Głogów (Miejski Ośrodek Kultury)
20.10.   Kraków (Opera Krakowska)
21.10.   Poznań (Centrum Kongresowo-Dydaktyczne UM)
22.10.   Szczecin (Filharmonia)
23.10.   Gdynia (Klub Pokład)
24.10.   Bydgoszcz (Opera Nova)

Jazzująco: Nowy album Marcina Wasilewskiego w październiku

Image4

Marcin Wasilewski to kolejny zdolny polski jazzman, który nagrywa dla prestiżowej oficyny ECM. Pianista wraz ze swoim triem — basistą Sławomirem Kurkiewiczem i perkusistą Michałem Miśkiewiczem w przyszłym miesiącu wydadzą nowy album Spark of Life zarejestrowany wspólnie ze szwedzkim saksofonistą tenorowym Joakimem Milderem. Jak dotąd wydawnictwo ECM nie umieściło na swojej stronie oficjalnego opisu o projekcie. Wiadomo jedynie, że znajdzie się na nim trzynaście kompozycji i ukaże się 13 października. Udostępniono także okładkę (powyżej). W kwietniu, także nakładem ECM, do sklepów trafiła krążek Forever Young norweskiego gitarzysty jazzowego Jacoba Younga, nagrany m.in. właśnie wspólnie z Triem Marcina Wasilewskiego. Spark of Life będzie jednak pierwszym krążkiem grupy od przeszło trzech lat z Wasilewskim w roli bandleadera. Tracklistę, m.in. ze znajomo wyglądającym tytułem „Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”, można sprawdzić na stronie sklepu Amazon.

Poniżej posłuchajcie kompozycji „Night Train to You”, która znalazła się na ostatnim jak dotąd albumie Tria, Faithful z 2011 roku.

Recenzja: Nicola Conte Free Souls

Nicola Conte

Free Souls (2014)

Schema

Wychodzenie poza utarte schematy jest niepodważalnie jednym z czynników budujących rozwój we wszelkiej muzyce od niepamiętnych czasów. I choć bywa, że prawdziwi innowatorzy nie zostają od początku należycie docenieni, karma zwykle do nich wraca. Współcześnie zresztą, w czasach królowania permanentnej postmoderny nie ma miejsca na jednoznaczne wyroki — ostatecznie wszystko sprowadza się do twierdzenia, że wszyscy jesteśmy twórcami i przynajmniej w teorii każdy ma równe prawo, by się wypowiedzieć. Jednocześnie pole dla prawdziwych innowacji coraz bardziej się kurczy i niezaprzeczalnie zdecydowana większość to kopie — lepsze lub gorsze, mniej lub bardziej wyraziste kopie czyjegoś albo swojego własnego stylu. Tak było od wieków i nie ma w tym nic bulwersującego, choć w erze społeczeństw informacyjnych, mamy dalej niż kiedykolwiek posuniętą skłonność do tworzenia niepotrzebnych treści.

Nicola Conte swoją niewielką cegiełkę do rozwoju muzyki dołożył wraz z początkiem ubiegłej dekady, kiedy to zafascynowany brazylijskością przelał swoje inspiracje na nu-jazzowy grunt. Efekt okazał się wówczas w istocie świeży i interesujący. Przepisanie klasycznej samby i bossa novy na w pełni odczytywalne przez zachodniego odbiorcę brzmienie w obrębie wciąż prężnie rozwijającego się nurtu nu-jazzowego wyszło Contemu zaskakująco sprawnie. To było piętnaście lat temu i przez ten czas muzyka Contego nie tylko nie ewoluowała, ale porzuciła nu-jazzowe zacięcie, na pewnej płaszczyźnie wciąż gwarancję świeżości podejścia, i przemieniła się w klasyczny pop. Tu i ówdzie muśnięty jazzem, soulem czy bossanovą, ale w bardzo zachowawczy, niemal tradycyjny sposób. I być może nie byłoby w tym nic złego, ale Nicola Conte kontynuuje poruszanie się w konwencji, w której wcale nie jest mistrzem. Płyta, przepełniona wokalami wielu pań i panów, to wygładzona do granic absurdu schematyczna wariacja na temat muzyki przodków. To przyjemne, solidnie zaaranżowane i wykonane piosenki, ale jest to solidność wyłącznie rzemieślnicza, przez co Free Souls nie odróżnia się od setek podobnych płyt niczym z wyjątkiem nazwiska Nicoli Contego. Na szczęście włoski muzyk wciąż ma kilka asów w rękawie, zwłaszcza w obrębie najbardziej jazzowych numerów — zamykające płytę „A Prayer for Lateef” wychodzi zdecydowanie poza schemat płyty na terytorium jazzowej wirtuozerii, „Goddess of the Sea”, w którym za wokal odpowiada José James, brzmi trochę jak wyciągnięte z ostatniej płyty Outkast (Idlewild, 2006), a „Baltimore Oriole” swoją siłę czerpie z tropikalnego rytmu, któremu podporządkowany jest być może najciekawszy refren na płycie wykonany przez Bridgette Amofah. Tym samym Free Souls jest płytą, którą da się lubić, mimo że w zasadzie nie ma za co.