zapowiedź
Z innej miski: Ariel Pink’s Haunted Graffiti „Round and Round”

Zdaję sobie sprawę, że wyżej zapostowany obrazek, będący swoją drogą okładką do prezentowanego przeze mnie singla, niezbyt zachęca do zapoznania się z towarzyszącą mu muzyką. Bardzo usilnie próbowałem znaleźć jakiekolwiek zdjęcie Ariela, które prezentowałoby się lepiej i jednocześnie nie kolidowało z tematem postu, ale niestety nie udało mi się znaleźć nic lepszego. Muzyka jednak jest naprawdę warta uwagi – to taki lekko psychodeliczny pop, niemalże żywcem wyjęty z lat 60tych; naprawdę bardzo przyjemne, nastrojowe granie. Utwór już od kilku tygodni można pobrać zupełnie za darmo (chociażby ze strony Pitchforka), a 26 kwietnia ukaże się limitowana wersja winylowa z towarzyszącym mu b-sidem: „Mistaken Wedding”. Ariel Pink nie jest debiutantem, do tej pory wydał już 6 płyt długogrających, z czego aż 5 ze swoim zespołem Haunted Graffiti. W tym roku ma ukazać się kolejna Before Today. Póki co jednak żadne szczegóły nie są znane.
Wspólny projekt Nasa i Damiana Marleya: aktualizacja

Jeśli tytuł wydał Wam się w jakikolwiek sposób złowieszczy, uspokajam – album Distant Relatives nadal się ukazuje. Zmieniły się jedynie okładka i data premiery. Płyta obecnie przewidziana jest na 18 maja, a nie tak jak wcześniej donosiliśmy na 20 kwietnia. Na pierwszy singiel promujący została wybrana jednak kompozycja „As We Enter”, która przynajmniej w mojej opinii jest słabsza od pierwszego poznanego utworu duetu „Strong Will Continue”. Na ostatecznej trackliście (którą możecie znaleźć po skoku) znalazły się kawałki z towarzyszeniem K’Naana, Dennisa Browna, Lil Wayne’a, Joss Stone i Stephena Marleya. Muzycznie płyta będzie połączeniem reggae i hip-hopu, a tematycznie skupi się wokół afrykańskiej diaspory i problemów współczesnej Afryki.
Nieziemski bałagan, czyli nieautoryzowany przewodnik po singlach Ushera z „Raymond vs. Raymond”

Tak, drodzy państwo. Tytuł jest, myślę, dość wymowny, bo Usher ostatnio sporo namieszał w sprawie wydania swojego nadchodzącego krążka Raymond vs. Raymond (premiera podobno już 26 marca). Szczególnie niejasna wydaje się strategia promocyjna. Przez ciągłe zmiany i niespodziewane ruchy ze strony wytwórni (czy samego wykonawcy), odpowiedź na pytanie – co tak naprawdę jest singlem z Raymond vs. Raymond nie jest wcale taka oczywista…
Wieści z obozu Toni Braxton: nowy singiel, duet z Usherem i o wiele więcej

Tak, nareszcie Toni Braxton wraca pełną parą do show biznesu, po kilkuletniej nieobecności w mediach, nie licząc jej udziału w amerykańskim tańcu z gwiazdami i wydaniem singla „Yesterday” pod koniec zeszłego roku. Teraz wszystko wygląda na to, że wokalistka postanowiła na poważnie reaktywować swoją karierę i wydaje się zdawać sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe, bo rynek muzyki R&B bardzo zmienił się od czasu, kiedy odnosiła największe sukcesy. A przecież już dwa jej poprzednie krążki odniosły umiarkowane komercyjne fiasko. Z drugiej strony może skorzystać sporo na fali zeszłorocznego, bardzo udanego powrotu Whitney Houston, i to nawet mimo tego, że w przeciwieństwie do tej drugiej, nie ma za sobą narkotykowego piekła, o którym mogłaby opowiedzieć całej Ameryce u Opry.
The-Dream wraca z nowym singlem i płytą

Choć nie jestem pewien na ile słowo wraca tu pasuje, bo tak naprawdę nigdy The-Dream nigdy nie opuścił sceny muzycznej, a jego premiera ostatniego albumu Love vs. Money miała miejsce niecały rok temu. Także w 2009 miał ukazać się jego trzeci longplay Love King, ale ostatecznie skończyło się na deklaracjach i krążek przesunięto na nieokreśloną datę w 2010, aby skoncentrować się na promocji reedycji Love vs. Money, z której także w końcu zrezygnowano. Nie wypuszczono nawet nakręconych już podobno teledysków do „Fancy” i „Sweat It Out”.
Jak głosi nagłówek – znamy za to kolejny singiel Dreama, utwór tytułowy, promujący przekładany Love King. Teledysk do utworu mamy poznać najpóźniej w marcu, a wydanie płyty obecnie planowane jest na 17 maja. Poza tym Nash planuje jeszcze przed premierą krążka przedstawić światu aż cztery single i cztery towarzyszące im klipy. Zanosi się na to, że będziemy jeszcze często o nim pisać w najbliższych miesiącach…
Z innej miski: Johnny Cash „Ain’t No Grave”

Dzisiaj będzie bardziej z innej miski, niż zwykle, bo chociaż w istocie istnieje (czy raczej istniał) w historii muzyki taki wspaniały nurt jak country soul (o którym mam nadzieję wkrótce zresztą napisać), to Johnny Cash z soulem nie miał zbyt wiele wspólnego. Legenda country z okresu lat 50tych, 60tych i 70tych; człowiek w czerni, czy jak to mówił Snoop Dogg: pierwszy prawdziwy amerykański gangster (choć to akurat wierutna bzdura) – Johnny Cash. W połowie lat dziewięćdziesiątych powrócił do chwały z pomocą producenta Ricka Rubina i płyty American Recordings, która po niebywałym sukcesie przekształciła się w całą serię, na którą złożyło się w sumie 5 wspaniałych krążków wydanych między 1994 a 2006 rokiem, z czego ostatni już po śmierci Casha (we wrześniu 2003 roku). Za niecały tydzień, 23 lutego, swoją premierę będzie miała szósta część serii American VI: Ain’t No Grave, na którą złożyło się 10 utworów z tej samej sesji nagraniowej, na którą powstały utwory na American V. Tydzień temu pojawił się pierwszy singiel z tego wydawnictwa, tytułowy utwór „Ain’t No Grave”. Słysząc go wczoraj po raz pierwszy, nie mogłem nie pozwolić sobie napisać o tym tutaj. Nie da się opisać słowami tego grobowego, poważnego, ale bardzo emocjonalnego nastroju panującego w „Ain’t No Grave”, wyznania człowieka przygotowującego się na śmierć. Do usłyszenia po skoku.
Badu znowu przesuwa, ale podaje szczegóły

Premiera New Amerykah, Part II: Return of the Ankh jednocześnie staje się coraz bardziej i coraz mniej rzeczywista. Powód? Królowa Badu po raz kolejny zmienia datę premiery wydawnictwa, ale za to podaje szczegóły, które czynią wydanie płyty w najbliższych miesiącach bardziej realnym. Miało być 23 lutego, 16 marca, a ostatecznie stanęło na dacie 30 marca i to na tę chwilę jest oficjalny dzień premiery drugiej części Nowej Ameryki. Sama Badu nie jest chyba jednak do końca pewna czy to nie koniec pushbacków, więc na grafice, która ostatnio pojawiła się na jej oficjalnej stronie dodane zostało słowo „może”. Grafika ta (widoczna także powyżej) jest prawdopodobnie wizualną zapowiedzią okładki nadchodzącego wydawnictwa, tak jak to było przy okazji części pierwszej. Na krążku znaleźć ma się 11 utworów, z czego „Jump in the Air” pojawi się jedynie jako bonus track na wersji elektronicznej, po tym jak w grudniu nieukończona wersja wyciekła do Internetu. Na erykahbadu.com można także obejrzeć coś na kształt teledysku do powyższego kawałka. Pełna tracklista płyty z informacjami na temat producentów poszczególnych utworów po skoku, a tymczasem „Jump in the Air” w swojej póki co najbardziej oficjalnej odsłonie.
Czy Jay Electronica uratuje hip-hop?

Od kilku lat popularna jest opinia, że prawdziwy hip-hop umiera w zalewie mainstreamowej tandety i o ile szybko nie nastąpi jakieś przełomowe wydarzenie, to gatunek na dobre zejdzie do podziemia (zakładając, że jeszcze się to nie stało). Co jakiś czas jednak pojawia się jakiś wyraźny znak, że rap ma się całkiem dobrze. W zeszłym roku był to rewelacyjny album Fashawna, a co może przynieść 2010? W tym roku jeśli ktokolwiek może uratować hip-hop, to chyba tylko i wyłącznie Jay Electronica. Ojciec trzeciego dziecka królowej Badu przymierza się właśnie do wydania swojego pierwszego pełnometrażowego krążka Abracadabra: Let There Be Light, którego zapowiedzią są single: wydany w czerwcu zeszłego roku „Exhibit A (Transformations)” i znacznie świeższy „Exhibit C” wypuszczony tuż przed świętami, ale dopiero w styczniu zbierający bardzo pozytywne recenzje. I nie ma się czemu dziwić, bo to bez wątpienia jeden z najlepszych rapowych kawałków w ostatnim czasie. Za jego produkcję odpowiada zresztą Just Blaze, który jak zwykle jest w świetnej formie. W niedalekiej przyszłości Jay Electronica ma w planach także wydanie dwóch ep-ek, będących kontynuacją Eternal Sunshine (The Pledge) z 2007 roku, na których mają gościnnie wspomóc go Nas, Guilty Simpson i producent 9th Wonder. Po skoku „Exhibit C”.
Nowy teledysk: Corinne Bailey Rae „I’d Do It All Again”
Wszystko wskazuje na to, że drugi krążek Corinne Bailey Rae będzie tym wszystkim, czego od dawna potrzeba czarnej muzyce – kreatywnym emocjonalnym soulowym przeżyciem, bez plastyku i umizgów w stronę konsumenckich mas. Mam nadzieję, że to będzie jedna z tych niesamowitych i refleksyjnych płyt, które w swoim osobistym charakterze potrafią jednak osiągnąć pewien uniwersalizm i nie wpisują się na długą listę płyt z akustycznym (piano) popem wykonywanym przez wyemancypowane panie w stylu Julii Marcell czy Reginy Spektor (nie umniejszając ich zasług, ale po mnie to jakoś spływa). Może więc nie bawmy się w szufladki i pozwólmy Corinne być Corinne. Na płytę The Sea musimy co prawda poczekać jeszcze ponad 2 miesiące, bo premierę zaplanowano dopiero na 2 lutego, ale już teraz słychać, że warto. Sam teledysk bardzo przemyślany i zdecydowanie wart obejrzenia.
Nowy teledysk: Mary J. Blige „I Am”
Mary J. Blige po Mariah, Toni, Kellym czy Weezym jest kolejną bohaterką dramatycznych soulbowlowych postów z serii: niegdyś popularni wykonawcy szukają sposobu jak sprzedać się w erze digital downloads, ale i tak im się nie udaje. Choć trzeba przyznać, że Blige ostatnio osiąga chyba najlepsze wyniki spośród wymienionych. Niestety mimo ogromnego poświęcenia ze strony piosenkarki i nagrania vocoderowego duetu z rozchwytywanym ostatnio Drake’m, hitu jak nie było, tak nie ma i żeby maksymalnie zwiększyć sprzedaż premiera płyty została przeniesiona na 21 grudnia, czyli tydzień świąteczny. A żeby ludzie nie zapomnieli jakie CD najlepiej kupić pod choinkę mamie, tacie, cioci, babci, żonie, bratu, siostrze czy teściowej, wytwórnia postarała się i wypuściła teledysk do drugiego singla „I Am”. Piosenka jest przeciętna, a klip pasuje do niej pod tym względem doskonale. Nie dzieje się zupełnie nic, ale jest poprawnie. Obawiam się, że właśnie taka „poprawna”, będzie cała nowa płyta MJB.
