Ladies’ Jazz Festival – relacja (tak jakby)

Data: 14 lipca 2008 Autor: Komentarzy:

fotbywp.pl
Twój jazz nie ma jaj i trochę brak mu łupieżu
śpiewały trójmiejskie Kury. Tą krótką frazą można by podsumować zakończoną wczoraj w Gdyni czwartą edycję Ladies’ Jazz Festival. Większość przedstawianych tam propozycji muzycznych stanowiła sztampa i nuda charakterystyczna dla muzyki obecnej w sieciowych coffee shopach. W moim odczuciu miły i uładzony jazz mija się po trosze ze swoim przeznaczeniem. Jazz nie powinien być ładny. Inaczej sam wbija sobie gwoździe do trumny. Ten gatunek musi śmierdzieć. Powinien obrastać w brud, smród i malarię, bo to właśnie ten rozkład daje mu zadziorny, zaskakujący i żywy zakwas, który świadczy o jego wyjątkowości. Zdaje sobie, że to o czym pisze może być nieco obrzydliwe, ale zapewniam, że brzmi to o wiele lepiej niż pachnie. Na szczęście wśród gdyńskich wieprzy znalazły się i perły. Zatem, perły przed wieprze i lecimy na start.

fotbywp.pl

Mam nadzieję, że Lizz Wright ma jaja W każdym razie, odkąd zapuściła włosy, można domniemać, że posiada także i łupież, który sypie się na jej muzykę. Oczywiście taki przenośny łupież. Proszę nie myśleć, że jestem na bakier z higieną osobistą, wręcz przeciwnie. Mam za to w plecy jej koncert, bowiem po warszawskim występie Jill jakoś nie było mi spieszno do Gdyni, więc ostatecznie podarowałam sobie Lizz. Jednak biorąc pod uwagę liczbę przyjeżdżających i powracających do Polski gwiazd, można przyjąć, że artystka ma olbrzymie szanse na to, powrócić jeszcze nad Wisłę. Zatem, je ne regrette rien. I żeby nie było, że mam w zwyczaju pisanie głównie o rzeczach, których nie widziałam, wprowadzę rewolucyjną zmianę do mojej metody i już piszę o tym, co naprawdę widziałam. Poniedziałki obfitują w niespodzianki, non?

W piątek, Japoneczki są w kropeczki, a w każdym razie maja sukienki w esy-floresy, krój wybitnie pianistyczny, wyrwany żywcem z lat ’70. Toshiko Akiyoshi to ponad siedemdziesięcioletna pianistka (rocznik 1929!!), mająca za sobą długą i obfitującą w wiele sukcesów karierę. Stanowi zatem takie japońskie Buena Vista Social Club w jednym ciele. Wprawdzie w pojedynkę, ale za to nadal wymiata na klawiaturze za kilku. Chciałoby się mieć taką formę i tyle energii, dobijając do wieku, w którym jest teraz Toshiko. Mając tyle lat, w ogóle chciałoby się chcieć cokolwiek. Zgromadzona publiczność szczególnie ciepło przyjęła zagrany przez Akiyoshi utwór Chopina, czyli pierwszego jazzmana rodem z Żelazowej Woli. Nie mogło być inaczej. Wprawdzie recital japońskiej pianistki nie był jakiś szczególnie rewolucyjno-innowacyjny, ale w jej grze czuć było kunszt i wirtuozerię. Szanujmy starszych. Po urokliwej starszej pani na scenie zainstalowała się Karrin Allyson z towarzyszącym jej zespołem. Dla mnie było to dosyć kakofoniczne doświadczenie, ponieważ nie dość, że pani Allyson najwyraźniej nie dociąga do końca głosek śpiewając po angielsku, taka jej maniera widocznie, to na dodatek wymyśliła sobie, że weźmie się za odśpiewanie piosenek po portugalsku-brazylijsku i francusku. Kilka minut zajęło mi dojście do tego, w jakim narzeczu ona artykułuje, co jest ewenementem. Początkowo stawiałam na mandżurski. Ale nie chcąc zadzierać z szanownym gremium Grammy, które nominowało dwukrotnie Karrin do swojej nagrody i nie tracąc czasu, powiem tylko, że koncert Karrin Allyson i jej bardzo pociesznego zresztą zespołu był jak renomowany klub jazzowy, jednak taki, gdzie choć wszystko będzie na wysokim poziomie wykonawczym, to NIC cię tam nie zaskoczy, nie wzruszy, nie dotknie, a wszystko spłynie po tobie jak po przysłowiowej kaczce i stanie się emocjonalnie obojętne.

Zaplanowany na sobotę skład odstraszył mnie na tyle, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym udać się do Teatru Muzycznego. Za to moje źródła doniosły o historycznym wyniku, jaki padł tam owego dnia. Polska-Brazylia 1:0! To trzeba zapisać, ponieważ taka sytuacja może się już nigdy nie powtórzyć. Dorota Miśkiewicz znacząco zmiotła ze sceny Ive Mendes. W zasadzie nie dziwi mnie to, bo co oprócz flegmatycznego dyszenia pseudo nastrojowych utworów, które pasują wyłącznie do siorbania w centrum handlowym kawy w kartonowym kubku, ma do zaoferowania ta brazylijska Ewka? Poza tym ma ona tyle wspólnego z jazzem, ile Amy Winehouse ze zdrowym stylem życia. Ive Mendes to jedna z najbardziej przereklamowanych ,,zjawisk”, które nawiedziły nasz rynek. W tym miejscu gratulujemy sukcesu jej marketingowej załodze G i przechodzimy dalej.

fotobyonet.pl

Wczoraj, po czterech dniach, festiwal wreszcie dorobił się łupieżu i wyhodował całkiem pokaźne jaja. Stało się to za sprawą grupy Nouvelle Vague. Może nie mówmy o rozmiarach, to temat niezwykle śliski. Ale kwestia pewnego rodzaju francuskiego syfu jest zawsze otwarta. Jego woń bez wątpienia przywiozła ze sobą ta sześcioosobowa grupa. To był świetny, bardzo fajny koncert. Wprawdzie zespołowi znalezienie klucza do festiwalowej publiczności zajęło chwilę, ale ta w zamian nie chciała ich potem za nic wypuścić. I tak, Mélanie PainNadeah Miranda, wokalistki Nouvelle Vague, zmusiły do wejścia na scenę widzów, w tym m.in. dziennikarza działu kultura lokalnego oddziału GW i moją nieznajomą-znajomą z widzenia z uni, bo wychodzi na to, że nie wszyscy wyjechali zbierać abricoooots! Towarzystwo odtańczyło razem spontaniczny taniec do wielce urokliwego utworu zatytułowanego Too Drunk To Fuck. Zaraz potem, na gorący rozkaz Mélanie, przeszliśmy do krzyczenia fuck, które w jej wersji brzmiało raczej jak francuskie fac, które jest skrótem od faculté czyli wydziału. Syczeliśmy zabawne bzzzzz, klaskaliśmy i generalnie zostaliśmy bardzo zaangażowani w cały spektakl. Bo było to pewnego rodzaju przedstawienie, choć dosyć niskobudżetowe i bez nadymania się. Wyszło bardzo naturalnie. Chyba głównie za sprawą dziewczyn, a zwłaszcza Nadeah czy jak jej tam. Czego ta dziewczyna nie wyczyniała! Widać było, że najprawdopodobniej miała za sobą przygotowanie baletowe z domieszką pantomimy, bądź na odwrót, bo to, co wyprawiała na scenie było niesamowite. Zmysłowo się wyginała, wywijała, robiła różne ciekawe rzeczy ze swoim ciałem. Zresztą gdybym też takie miała, robiłabym dokładnie to samo. Jednocześnie nie przysłaniała Mélanie i tym sposobem dziewczęta stanowiły zgrany duet zaprawiony momentami pomysłowym ruchem scenicznym i lekko lesbijskimi akcjami, choć bardziej w dziewczyńską niż tę gorszącą stronę. Wierne nazwie zespołu, dziewczyny wystąpiły w sukienkach stylizowanych na lata ’60. Zachowywały się jak prawdziwe baby dolls, oczywiście do momentu, gdy w mgnieniu oka przeistaczały się w rasowe femmes fatales. Ostatnio w modzie są latające po scenie szklanki, bez tego nie mogło się odbyć i tym razem. W pewnym momencie Mélanie przewróciła kablem od mikrofonu szklankę po (chyba) whisky, która zaczęła turlać się po scenie. Dopiero jej zdecydowane kopnięcie zatrzymało jej bieg. Szaleństwo. Pod koniec cały zespół hasał po scenie, a panowie zaczęli wymieniać się instrumentami. I nawiązując w tym miejscu do kwestii muzycznych, na żywo Nouvelle Vague ma niezbyt wiele wspólnego z przypisywaną im bossa novą. Dziewczęta i chłopcy brzmią również zupełnie inaczej niż na płytach. Owszem, jest to bardzo jazzujące, klubowe granie, ale o wiele bardziej energetyczne i spontaniczne, niż można się było tego spodziewać po zapoznaniu z ich nagraniami. W porównaniu do tej wybuchowej mieszanki, jaką zaprezentowali wczoraj, ich studyjne dokonania wieją nudą. Z tego powodu nie wiem, czy szybko wezmę się za jakiś ich album, za to długo będę wspominać kapitalne wykonania chociażby Guns Of Brixton, wspomnianego już Too Drunk Too Fuck, Just Can’t Get Enough, Sweet Dreams czy singlowych Dance With MeLove Will Tear Us Apart z Mélanie śpiewającą i jednocześnie odchodzącą od mikrofonu, co stworzyło ciekawy efekt. Mam kradzioną, wypisaną ręcznie setlistę, którą zamieszczam poniżej. I tak będę się smażyć w piekle. Ale było warto. Wszystko jawiło się niezwykle ujmującą i uroczo, choć niekoniecznie słodko. Porównałabym ten koncert do crême brûlée popitego calvadosem, lub jakiś innym spirytusem. Wprawdzie nie słyszałam o takim połączeniu, ale można je stworzyć na nasze potrzeby, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o wczorajszym koncercie tej francuskiej formacji w Gdyni.

fotbywp.pl
Jak już mówiłam, nie wiem jak poszło Lizz Wright i występującej w klubie Pokład Marie So, ale dla mnie to właśnie Nouvelle Vague było największym wydarzeniem i wielką niespodzianką tej imprezy. Podsumowując, w celach poznawczych i eksperymentalnych warto było przejść się na Ladies’ Jazz Festival, aby zobaczyć czego na przyszłość się wystrzegać oraz skosztować tego, co trzeba jeszcze kiedyś koniecznie spróbować. I tu dochodzimy także do punktu, w którym muszę powiedzieć do widzenia i odmeldować się na jakiś czas. Tak więc, bez odbioru.

nvsetlist

zdjęcia: wp.plonet.pl

Komentarze

komentarzy