Relacja z soulbowlowej części Open’era 2012

Data: 12 lipca 2012 Autor: Komentarzy:

zdjęcie: opener.pl

Open’er z roku na rok zdaje się mieć do zaoferowania coraz mniej fanom czarnej muzyki, ale po raz kolejny skutecznie przyciąga ich do Gdyni dzięki takim markom jak Janelle Monáe czy Public Enemy. Mamy nadzieję, że wybaczycie nam kilkudniowy poślizg w publikacji i rzucicie okiem na nasze wrażenia z „soulbowlowej” (powiedzmy) części festiwalu. Oczywiście niesamowitych koncertów było co nie miara – począwszy od skrajnie energetycznego Franza Ferdinanda, przez eksperymenty z modernistyczną muzyką klasyczną (Penderecki // Greenwood) aż po dyskotekowe szaleństwo na Justice. Pozwólcie jednak, że przedstawimy tylko tych wykonawców, o których w normalnych okolicznościach przyrody piszemy na stronie.


zdjęcie: muzyka.onet.pl

Jamie Woon

Jamie Woon po raz enty w naszym kraju pokazał, że nie potrafi porwać publiczności na żywo swoim świetnym albumem. Przykro mi to pisać, ale jak muszę (a nawet w sumie chcę) wybrać jedno słowo, wybieram takie – NUDA. Przepraszam. Nawet tym razem pełnoprawny zespół mu nie pomógł. Aranżacje różne od albumowych, mocniejsze, gitarowe – sprawiły, że subtelne plumkające piosenki mogłyby rozruszać tłum ( a był on duży), jednak brak charyzmy wokalisty cofał jakikolwiek potencjał. Tyle w tym temacie, naprawdę jest o kim pisać więcej i pełniej.

LEJDI K

zdjęcie: opener.pl

Toro y Moi

Toro y Moi może nie był headlinerem tegorocznego Open’era, ale naturalnie był to jeden z tych punktów festiwalowego programu, co do których można było mieć duże oczekiwania. Tymczasem koncert był tylko w porządku – Chazwick dał równy, ale nieco wtórny występ. Wokalnie radził sobie znakomicie, a i przełożenie jego delikatnej synth popowej stylistyki na żywy kilkuosobowy zespół wyszło bardzo zgrabnie. Niestety nie dało oprzeć się wrażeniu, że instrumenty były niewłaściwie nagłośniowe – klawisze i wokale zbyt cicho, podczas gdy nad wszystkim dominowała perkusja, co zupełnie odarło numery z chillwave’owego orzeźwienia, na jakie bardzo liczyłem. Nie zabrakło oczywiście przebojowych singli „Still Sound” czy „New Beat”, które nawet bardziej ożywiły i tak szalejącą już publikę. Niestety poza tym Bundick był raczej dość formalny – prawie przez cały czas stał za swoimi klawiszami i jak gdyby nigdy nic po prostu wykonywał piosenki, jedna po drugiej. Oczywiście nie można było spodziewać się wielkiego show, ale odrobina więcej energii i scenicznego zacięcia byłaby jak najbardziej wskazana.

KURTEK

zdjęcie: muzyka.onet.pl

Jessie Ware

Jessie Ware, debiutantka, jeszcze bez krążka na karku, zaczarowała garstkę ludzi, która zebrała się w namiocie. Potencjał dziewczyna ma – to wiadomo po jej udostępnionych kawałkach. Chyba nie ma na sali osoby,która nie kojarzyłaby numeru „110%” czy „Running” non? Te piosenki owszem były, ale udała jej się rzecz niesłychana. Ludzie świadomi, znający artystkę z przeróżnych dokonań nie czekali na kawałki powszechnie znane, wsłuchiwali się w każdą nutę, w każdy dźwięk wydobywający się ze sceny, nieliczni to potrafią – serio. Osoba Jessie ubrana niezwykle skromnie – czarna spódniczka, ciemna bluzka, kucyk zebrany w „koński ogon” nie wskazywała na ogień, który płonął coraz bardziej przy kolejnych numerach. Wielokrotnie podkreślała, że jest zaskoczona tym, że ludzie znają teksty, śpiewają razem z nią, że jest 1 raz w Polsce, ale na pewno tu wróci. Powtarzane niezdarnie przez nią w kółko słowo „dziękuję” nabierało innego znaczenia. Teraz ja dziękuję Ci Jessie za tak wspaniały koncert.

LEJDI K

zdjęcie: opener.pl

Public Enemy

Koncert Public Enemy miał pełnić funkcję zachęcającą hiphopowe głowy do przyjazdu na tegorocznego Open’era – te głowy, których nie przekonywał sympatyczny, ale mocno upopowiony Wiz Khalifa. W efekcie zobaczyć można było występ, który docenili nawet moi kompletnie nierapowi znajomi. Chuck D i Flava Flav w towarzystwie perkusisty, gitarzystów i (pełniącego godnie powinności Terminatora X) DJa Lorda pokazali, czym jest prawie 30-letni staż na scenie. Spory nacisk położyli nie tylko na wykonanie swoich wielkich przebojów („Bring The Noise”, „He Got Game”…), ale także na znakomity kontakt z publicznością. Zagadywali, rozśmieszali, a przede wszystkim zaskakiwali. Chuck D popisujący się znajomością historii politycznej Polski, Flava Flav grający na basie i perkusji, DJ Lord miksujący Nirvanę, oraz kolega Flavy śpiewający z publicznością „Hej Sokoły”. Wrogowie Publiczni pokazali klasę i finezję, której nieraz brakuje na rapowych koncertach, szczególnie na tych weterańskich.

CHOJNY

zdjęcie: opener.pl

Janelle Monáe

Ostatniego dnia, tuż przed koncertem Mumford & Sons, Kosakowo nawiedziły gwałtowne burze i obfite opady deszczu. Mimo wszechobecnego błota, Janelle podczas koncertu udało się powalić publikę na kolana – tak w przenośni, jak i dosłownie.

Dawno już w nadwiślańskim kraju nie mieliśmy występu tak charyzmatycznej, utalentowanej i doskonale przygotowanej do występu artystki. Soulowe divy, które coraz częściej uwzględniają Polskę w swoich koncertowych planach, zazwyczaj czarują subtelnie, ale raczej pomimo czegoś. Tutaj było intensywnie, a jedynym ale mogła być kapryśna aura. Napięcie budowano już od samego początku, gdy dopiero po kilku dobrych minutach trzymania publiki w ciemności i ciszy, wokaliskę (z pomocą tłumu) zapowiedział psychotyczny konferansjer. Wszystko od pierwszej do ostatniej minuty utrzymano w szalonej retrofuturystycznej konwencji Metropolis.

Zaczęło się od orkiestowego motywu otwierającego drugą suitę galaktycznej sagi Monáe, by zupełnie tak jak na płycie przez kolejny kwadrans, Janelle wraz zespołem (a razem z nimi publika) odbyli międzygwiezdną podróż przez „Dance or Die”, „Faster” aż po „Locked Inside”. To był prawdziwy pełnoprawny koncert z rewelacyjną muzyką, energią, wokalami, zespołem, a przy tym jednocześnie prawdziwy pełnoprawny show – z niesamowicie aktorskim, filmowym zacięciem, mnóstwem odniesień popkulturowych i rewelacyjnie wplecionym weń poczuciem humoru. Pomiędzy kolejnymi utworami wokalistka robiła już co prawda krótkie przerwy, ale i skoki stylistyczne były znaczne. Między własne przeboje („Cold War”, „Tightrope”, „Sincerely, Jane.” – zabrakło niestety „Many Moons”) artystka wplotła niesamowite interpretacje „Smile” Chaplina, „Take Me With U” Prince’a czy „I Want You Back” Jackson 5. Niezależnie od repertuaru publika tańczyła i wariowała razem z Janelle i jej zespołem. Na specjalnie wyróżnienie zasługuje fakt, że ten kilkunastoosobowy zespół (w składzie: klawiszowiec, sekcja smyczkowa, sekcja dęta, perkusista, chórki, konferansjer, gitarzyści) był idealnie skoordynowany z Monáe – gdy ona tańczyła, skakała czy zamierała bez ruchu – oni robili to razem z nią. Efekt musiał być niesamowity.

I choć każdy element był perfekcyjnie dopracowany – poczynając od strojów, przez ruchy, po kolejno wykonywane piosenki, to sama energia i muzyka były jak najbardziej prawdziwe, pełne energii, świeżości i powabu, które często ulatują przy tak skrupulatnie przygotowanym show.

Janelle zaprezentowała też nową piosenkę „Electric Lady”, do której w chórkach zaangażowała publikę. Występ zakończył się kilkunastominutowym, niesamowicie ekspresyjnym i teatralnym wykonaniem „Come Alive”, podczas którego piosenkarka walczyła z zamaskowanymi postaciami przy pomocy świetlnego miecza, testowała zdolności wokalne polskiej publiczności, zaprezentowała kilka karkołomnych tańców i ku powszechnemu rozbawieniu wymownymi gestami sprowadziła publikę do parteru, by ta pozostała tam przez kilka kolejnych minut, aż do momentu, w którym miała come alive.

Mimo kilkuminutowych owacji tłumu skandującego „Janelle! Janelle!”, zespół nie wrócił na bisy. Oczywiście po tak znakomitym występie, nie może być mowy o niedosycie, ale nikt zapewne nie obraziłby się na jeszcze jedną króciutką piosenkę.

KURTEK

Komentarze

komentarzy