Soulbowl 2010s: Najlepsze albumy dekady

Data: 13 maja 2020 Autor: Komentarzy:

 
 

 

Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s75.

Watch the Throne

Jay-Z & Kanye West

Roc-A-Fella

Gwiazdorskich rapowych kolaboracji w ostatniej dekadzie nam nie brakowało (i pewnie jeszcze nie zabraknie), ale jednej z nich udało się szczególnie mocno zapaść nam w pamięć. Obecność Watch the Throne na tej liście dla nikogo nie jest chyba zaskoczeniem. W momencie premiery to połączenie elektryzowało, po latach natomiast stanowi ważny punkt w karierze obu raperów. Kanye wznosił się na wyżyny kreatywności, wypuszczając WtT niespełna rok po MBDTF. Dla Jay-a był to natomiast nowy rozdział, próba odejścia od rutyny, która była już dość wyczuwalna na Blueprint 3. I choć album miewa gorsze momenty, to jest też kilka takich, które wyznaczyły rapowej scenie kierunek na kolejne lata – bo choć ociekających złotem klipów wcześniej nie brakowało, to po raz pierwszy rap stał się tu czymś ekskluzywnym i luksusowym. Oczywiście odpowiedzialni za to są nie tylko gospodarze, wspomnieć należy także o całym sztabie producentów, muzyków i gości stojących za tym projektem. Nie ma jednak wątpliwości, że po latach Watch the Throne to wciąż towar z najwyższej półki. — Mateusz Mudry


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s74.

Choose Your Weapon

Hiatus Kaiyote

Flying Buddha / Sony Masterworks

Rewelacyjne nagranie „Nakamarra” z debiutanckiego albumu grupy otworzyło Hiyatus Kaiyote wiele drzwi. Doszły do tego również słowa uznania od m.in. Taylora McFerrina, Animal Collective, The Dirty Projectors, ciepłych słów zespołowi nie szczędziła nawet królowa Badu. Zespół oprócz koncertowania po całym świecie zabrał się więc za nagrywanie kolejnego albumu, tym razem pod czujnym okiem Salaam Remiego, który został producentem wykonawczym. Efektem tego wszystkiego jest porywający krążek, którego główną oś stanowi neo-soul, ale pełno jest tu również wycieczek w takie rejony jak jazz, klasyczny soul, R&B, afrykański funk, samba czy latino. Bogactwo tego, co czeka nas po odpaleniu Choose Your Weapon, słychać również w znakomitych aranżacjach. W niektórych utworach zawartych jest tyle pomysłów i rytmów, że przeciętnemu bandowi starczyłoby tego na kolejne kilka nagrań. Zespół jednak potrafi komponować tak, że ani przez chwilę nie mamy uczucia przesytu lub chaosu. Wręcz przeciwnie, chce się do tego wielokrotnie wracać, nie tylko po to, aby odkrywać kolejne smaczki, ale przede wszystkim przez przebojowy potencjał tu zawarty. — Efdote


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s73.

Dirty Computer

Janelle Monáe

Wondaland / Bad Boy / Atlantic

Po latach spędzonych w masce Cindi Mayweather — humanoidalnego androida — Dirty Computer, trzecia długogrająca płyta Janelle Monáe, odkryła wreszcie jej własną twarz. Jak się okazuje, Monáe nie jest niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, ale człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. To właśnie robi Monáe na tym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe. Rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, stawia czoła nie tylko swoim lękom, ale i kreacjom skupionym w postaci charyzmatycznej Cindi Mayweather. Jest to z pewnością najbardziej prostolinijna i popowa rzecz w dotychczasowej dyskografii artystki, ale nie jest to bynajmniej zarzut. Tam gdzie Mayweather była przerysowana, Monáe cechuje szlachetna prostota, tam gdzie Cindi uciekała, Janelle staje obnażona (ale nie bezbronna), o tym, co w Metropolis było tabu, na Dirty Computer mówi się otwarcie. Monáe nie ma może za sobą tak barwnej historii jak Mayweather, ale wreszcie jest w swojej muzyce naprawdę obecna. Swój prawdziwy potencjał pokazuje wtedy, gdy nie kreuje się i nie psoci, po ludzku czerpiąc siłę z nowo odzyskanej miłości i szczerego jej wyznania. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s72.

Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)

EABS

Astigmatic

Kiedy już wydawało się, że w gąszczu komedowej gorączki trudno w temacie przedstawić coś nowego, EABS nagrali swoje Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda). Trudno było zresztą ten album lepiej zatytułować — w konfrontacji ze sztuką dawnych mistrzów łatwo schować się za fałszywą skromnością, przybrać postawę unoszącego się na wietrze pyłku, a z własnych artystycznych ambicji zostawić jedynie okruszki; łatwo też przeszarżować, ponieść się wyimaginowanej predestynacji, użyć czyjejś twórczości, by w istocie złożyć hołd samemu sobie. Na Repetitions nie doświadczymy żadnej z tych rzeczy. EABS mają świadomość, że wkraczają na ziemię świętą, ale rozdeptywaną latami przez tłumy pielgrzymów. Sami jednak nie pielgrzymują. A przynajmniej nie w sposób tak bezpośredni, prostolinijny. Zdają się podążać raczej za własną wizją, która nie przez przypadek, ale też nie ze względu na przeznaczenie przecięła się w pewnym istotnym punkcie z twórczością Krzysztofa Komedy. Nie przez przypadek Repetitions stało się trampoliną dla kariery EABS-ów i zaproszeniem dla zachodnich słuchaczy do świata polskiego współczesnego jazzu. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s71.

Take Me Apart

Kelela

Warp

Na przestrzeni ostatniej dekady twórczość Keleli to jeden z wiodących wyznaczników możliwości R&B, choć tak naprawdę wkładanie jej do jakiejkolwiek szufladki jest ogromnym nieporozumieniem, bo zdecydowanie bliżej niż do kanonu, jest jej do Night Slugs czy Planet Mu. Jej druga płyta Take Me Apart to przede wszystkim pokaz nieograniczonego niemal potencjału artystki, czasem marnowanego niedociągnięciami w bądź co bądź udanej warstwie muzycznej. Zawsze uważałem, że największą siłą muzyki są te niewysławialne wartości, które trudno uchwycić nawet najzgrabniejszymi i najcelniejszymi określeniami. Niezależnie od tego czy w przypadku Keleli jest to jej charyzma, naturalna lekkość tworzenia melodii, czy ucho do przejmujących, zakorzenionych w brytyjskiej tradycji, minimalistycznych i metalicznych podkładów, jest ona po prostu bezsprzecznie przekonującą artystką. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s70.

Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty

Big Boi

Def Jam

Big Boi zawsze miał pod górkę. Co prawda zapisanie się w historii muzyki jako połowa pionierskiego duetu jest warta więcej niż zwycięski los na loterii (a jeśli nie, to wpływy ze sprzedaży albumów OutKast na pewno), ale odnoszę wrażenie, że aktualnie jest bardziej niedoceniony od André 3000. O ile krytycy na każdym kroku podkreślają, że raperzy doskonale się uzupełniają w zespole i nikogo z nich nie wyróżniają choćby drobnym handicapem, tak fani częściej wymieniają Dre na liście ulubionych raperów. Big Boi w przeciwieństwie do swojego przyjaciela nadal jednak nagrywa albumy i regularnie koncertuje, a mimo to nie jest tak często zapraszany na płyty innych muzyków jak André Benjamin. Nawet w 2010 r., gdy wychodził Sir Lucious Left Foot, Antwan Patton nie miał lekko. Płyta wychodziła po czterech latach od albumu OutKast, przyjętego zresztą niezbyt entuzjastycznie, więc zapotrzebowanie na nowe utwory któregokolwiek z nich było bardzo silne. Raper mógł powrócić w chwale, lecz pech chciał, że w tym samym roku Kanye West wydał swoje opus magnum, a The Roots genialne How I Got Over i właściwie do dzisiaj nie rozstrzygnięto sporu o najlepszą płytę 2010 roku. Big Boi się jednak nie poddał i zaprezentował światu wyśmienity album, wymarzony debiut, wydany w Def Jam. Co z niego zapamiętamy? Przede wszystkim gospodarza w życiowej formie, której nie udało się uzyskać nawet na legendarnych już albumach OutKast. Otrzymaliśmy w zasadzie spuściznę jego poprzednich dokonań. Wizję tego jak mógłby brzmieć OutKast w 2010 roku. Brzmienia były szalone i futurystyczne, za które w większości odpowiadała wciąż ta sama ekipa — Organized Noize, Mr. DJ, DJ Cutmaster Swiff. Dre zostawił tylko wykręcony, acz zahaczający o kakofonię beat, ponieważ na gościnną zwrotkę nie zezwoliła LaFace Records, do której należał zespół. Na chwilę w świetnym stylu powrócił Scott Storch, produkując nośny “Shutterbugg”. Szerszemu gronu został przedstawiony Yelawolf. Nie zabrakło również George’a Clintona. Big Boi w zeszłej dekadzie nagrał jeszcze dwa albumy, ale ani trochę nie zbliżyły się do poziomu jego solowego debiutu. — Modest


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s69.

A Love Surreal

Bilal

BBE

Bilal pokazał, że potrafi wykroczyć poza neosoulowy realizm, ale skupił się na tym, żeby nie przesadzić ze staraniami w tym kierunku. Brzmieniowo jest na A Love Surreal prawdziwie surrealistycznie, ale tekstowo już nie tak bardzo. Bogate, wielopoziomowe aranżacje sąsiadują z minimalistycznym trackami, ale pozornie różniące się ścieżki ułożone są na płycie bezkolizyjnie, dzięki czemu materiał unika trudnych skrzyżowań. A Love Surreal odstawia lekko w niepamięć debiut artysty, z perspektywy czasu rażący konfrontowaniem dillowskiego naturalizmu z przebojowością Dra Dre, zajmując pozycję czołowej propozycji w ciekawej dyskografii Bilala. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s68.

Przelot

Ptaki

Transatlantyk

Przelot Ptaków był znacznie głębiej osadzony w oniryzmie i melancholii, aniżeli okołofunkowe edity The Very Polish Cut Outs, co pozwoliło Funkoffowi i Phantomowi na bardziej kompleksowe przeniesienie własnej koncepcji diggingu na format płyty długogrającej — modelowy digger drugiej dekady XXI wieku nie tylko bowiem odszukuje i zestawia ze sobą co ciekawsze pozycje, ale dokonuje daleko idącej adaptacji. Winylowe trzaski samplowanych płyt mieszają się tu więc w nieśpiesznie ewoluujących loopach z warstwą elektronicznych efektów, które w zależności od utworu sumują się do mniej lub bardziej retrokosmicznej aury. Ostatecznie cały projekt od początku do końca to wzorcowy przykład muzycznego recyklingu, w którym przeszłość i przyszłość są nierozerwanie związane. Tym samym Przelot skazany był, by zapisać się dużymi literami na kartach historii polskiej muzyki. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s67.

4:44

Jay-Z

Roc Nation

Na 4:44 nie ma prób serwowania hitów i odwzorowywania panujących obecnie trendów – jest za to pełnowymiarowy koncept artystyczny, wiara w ducha surowości w muzyce i ogólna taktyka low-key pozwalająca odbiorcy na koncentrację na ambitnej treści. Nawet jeżeli część tematów na płycie może wydawać się atrakcyjna tylko fanom Hovy skupionym na ikonicznej pozycji rapera w popkulturze, wszystkie wnioski płynące z wyszlifowanych do granic zwrotek są uniwersalne. Zdecydowanie najlepsze wydawnictwo Jaya-Z od American Gangster. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s66.

Freetown Sound

Blood Orange

Domino

Freetown Sound to ukłon w stronę kobiet i w stronę różnorodności. Blood Orange stworzył album dla wszystkich, którzy kiedykolwiek usłyszeli, że nie przystają do reszty ze względu na swój kolor skóry czy orientację. Hynes od zawsze starał się unikać etykiet — zarówno tych przyporządkowujących człowieka do określonej kategorii, jak i tych muzycznych, swobodnie poruszając się między gatunkami. Od lat występuje pod różnymi pseudonimami, produkuje zarówno dla raperów, jak i piosenkarek popowych, w jego przypadku owa różnorodność jest wielopłaszczyznowa. Freetown Sound fascynuje już samą okładką — niezwykła, hipnotyzująca fotografia wciąga i wywołuje lekki niepokój. Na płycie usłyszeliśmy między innymi Nelly Furtado, Carly Rae Jepsen czy Debbie Harry, a do tego swoje liryczne wstawki dorzuciła poetka Ashlee Haze. Z takich połączeń mógł wyjść chaos, ale Hynes jak mało kto umie zapanować nad dźwiękami i nawet najbardziej patetyczne przesłanie ubrać w odpowiednie słowa. Nie zapominajmy, że na albumie znalazły się utwory takie jak „Desiree” czy „Augustine”, dzięki któremu o Blood Orange usłyszała szersza publika. — Polazofia


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s65.

The Electric Lady

Janelle Monáe

Wondaland / Bad Boy / Atlantic

Nawet jeśli pogubiliście się w Metropolis, wypełniającej większość kariery Janelle Monáe dystopijnej opowieści o Cindi Mayweather, nie przeszkodzi wam to w docenieniu The Electric Lady. Janelle świetna jest zarówno w kreowaniu długodystansowego konceptu, jak i w rzucaniu metafor, które każdy z nas może odebrać w swój własny sposób. Monáe na krążku eksploatuje czarne brzmienia do granic możliwości. Latin jazz, gospel, funk rock w stylu Betty Davis, psychodeliczny soul i naturalnie Prince’owski Minneapolis Sound odzywają się na płycie regularnie, a usłyszymy też barokowy pop, Ziggy’ego Stardusta i coś brzmiącego jak protoplasta punk rocka. Umiejętności artystki odnalezienia się w każdej możliwej stylistyce sprawiły, że słuchacze zaczęli w owym czasie podejrzewać, że panna Monáe — tak samo jak wykreowana przez nią Cindi Mayweather — być może nie jest człowiekiem… — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s64.

Isolation

Kali Uchis

Virgin

Na Isolation Kali Uchis postanowiła zawrócić z kursu na tropikalny pop i postawiła na smoothsoulową stronę swojej muzyki. Tym samym na krążku piosenkarka zaserwowała słuchaczom rozmyty, psychodeliczny miks smooth soulu i bossa novy ze szczyptą tropikalnego popu, który musi siłą rzeczy stanowić niewielką wysepkę w oceanie dzisiejszego generycznego R&B. Niewątpliwie jednym z największych atutów Uchis jest jej głos — zarówno barwa, jak i sposób w jaki piosenkarka nim operuje, sprawiają, że trudno pomylić ją z kimkolwiek innym. W połączeniu z harmonijnymi, nieco oldschoolowymi soulowymi aranżami dominującymi na Isolation Uchis koi głosem jak mało kto. Drugim atutem płyty jest, zadziwiająco, sposób w jaki rzecz została wyprodukowana. Zadziwiająco, bo do określenia sytuacji na krążku lepiej niż sformułowanie „gdzie kucharek sześć…” nadaje się parafraza przysłowia, że „sukces ma wielu ojców…”, a w tym przypadku najwyraźniej również jedną matkę. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s63.

In Colour

Jamie xx

Young Turks

Na swoim debiutanckim albumie Jamie Smith maluje prawdziwą paletę kolorów. In Colours nie jest jednak abstrakcyjnym kolażem zbudowanym z losowo rozrzuconych plam, ale spójnym i przemyślanym gradientem — z pozoru nieco chaotycznym, jednak kiedy przyjrzeć się bliżej dostrzec można zależności pomiędzy kolejnymi elementami obrazu. Wyrazisty początek, wzbudzający lekki niepokój, ale nadający ton całemu dziełu, pastelowe i nostalgiczne smugi, a w końcu przypominające zachód słońca pejzaże. Tym samym Jamie wychodzi z cienia The xx i definiuje swój własny unikatowy styl, tworząc dzieło wybitne. — Kuba Wojewódka


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s62.

Big Fish Theory

Vince Staples

Def Jam

Po niebanalnie dystynktywnym debiucie w postaci Summertime ’06 Vince Staples mógłby z powodzeniem osiąść na laurach i powielać swój nieoczywisty, ale jednak możliwy do rozbicia na czynniki pierwsze patent na kolejnych krążkach. Big Fish Theory z 2018 roku było jednak wejściem na kolejny poziom, czy może raczej — wypłynięciem na głębsze wody. Czerpiąca garściami z elektroniki (house, techno, dubstep, bubblegum bass) oprawa to po prostu nowa jakość, a kontrastujace z nim antyimprezowe i nihilistyczne wersy Vince’a podnoszą tę jakość do potęgi drugiej. Jest to zdecydowanie najlepszy materiał reprezentanta Long Beach i potwierdzenie jego klasy jako artysty — już bez znaczenia, czy mówimy o hip hopie, czy o muzyce w ogóle. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s61.

Stone Rollin’

Raphael Saadiq

Columbia

Na Stone Rollin’ Raphael Saadiq postanowił cofnąć się w czasie aż do podwalin współczesnej muzyki popularnej — królestwa bluesa, rhythm & bluesa i rock & rolla. Co najważniejsze jego wehikuł czasu zabrzmiał na tyle przekonująco, że niejeden miłośnik dawnych brzmień mógłby uwierzyć, że krążek został nagrany w pierwszej połowie lat 60. Muzycznym odniesieniom do lat 60. nie ma bowiem końca — słychać inspiracje Buddy’m Hollym, bluesowy gęsty klimat przebojów Little Waltera czy Muddy’ego Watersa czy countrujący rhythm & blues Raya Charlesa. To wrażenie podkreśla szorstka analogowa produkcja, zupełnie podobna do tej, która kilka lat wcześniej zapewniła sukces revivalowi garażowego rocka. W każdej z dziesięciu piosenek wchodzących w skład krążka Saadiq wypada bardziej niż wiarygodnie — najważniejsze są dla niego melodia i rytm. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s60.

Some Rap Songs

Earl Sweatshirt

Tan Cressida / Columbia

Mimo wiecznie żywych wspomnień klasyków ze stajni Anticon, Def Jux, Rawkus Records czy Stones Throw, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że miniona dekada była zdecydowanie najbardziej płodnym i nieograniczonym kreatywnie okresem dla eksperymentalnego hip-hopu, który ostatecznie nigdy nie zostanie rzetelną łatką left-fieldowych brzmień i rewolucji sonicznych, które służyły, służą i będą służyć (oby wiecznie!) za fundament wielu undergroundowych projektów. Choć niemożliwe do skategoryzowania i zestawienia z jakimkolwiek innym wydawnictwem, Some Rap Songs to jedno z najbardziej monumentalnych świadectw hip-hopowego nowatorstwa i eksperymentalnych rozwiązań, gdzie pomimo upiornie osobliwej warstwy instrumentalnej epicentrum nadal okupowane jest przez słowa — w przypadku Earla słowa odurzone, zrezygnowane, bolesne, ale zawsze prawdziwe, genialnie zaaranżowane i nieszczędzące krytyki. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s59.

How I Got Over

The Roots

Def Jam

Najlepsza płyta Rootsów minionej dekady. Mniej eksperymentalna niż Undun czy … And Then You Shoot Your Cousin, ale dla słuchaczy The Roots, którzy są z zespołem od lat 90., to kwintesencja tego, co w nich najlepsze. Świetne single i znakomite refreny. Black Thought w wysokiej formie (wiem, banał), udane występy gościnne bez ściągania wielkich nazwisk (Phonte!). Szczególnie pierwsza połowa płyty piekielnie mocna. Osadzone, pulsujące, akustyczne groove’y, proste, ale świetne harmonie. Oszczędność środków wyrazu. Real shit. — Eskaubei


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s58.

Summertime ’06

Vince Staples

Def Jam / Blacksmith Music / ARTium

Summertime ’06 to najodważniejszy rapowy debiut pierwszej połowy minionej dekady. Wszystko za tym przemawia: zerowa przebojowość, brak Young Thuga i Drake’a na featuringach, katastrofalna komercyjnie decyzja o podziale godzinnego materiału na dwa krążki. No i oczywiście sam charakter płyty — najbardziej ponurej pocztówki z Kalifornii, jaką możecie sobie tylko wyobrazić. W cieniu błyszczącej gwiazdy zachodniego wybrzeża, Kendricka Lamara, trudno było nagle stać się równie ważnym oświeconym dzieckiem gangsta rapu. Staples wniósł jednak do dyskusji garść własnych diagnoz, spojrzał na problemy bardziej od środka i jeśli muzyka naprawdę miałaby mieć moc naprawiania świata, to trzymałbym kciuki za ich wspólne działanie w tym kierunku. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s57.

IV

BadBadNotGood

Innovative Leisure

Czwarty krążek kanadyjskiej grupy BadBadNotGood to najbardziej popowy materiał w ich dorobku, co jednak okazało się niezwykle trafionym i odświeżającym zabiegiem. Obok standardowej dawki wciągających, skomplikowanych jazzowych kompozycji pisanych na hip-hopowo muzycy reprezentujący scenę z Toronto pewniej sięgnęli również po soul i funk, a nawet umocnili pozycję elektronicznych brzmień w swojej twórczości. Porywające, melodyjne, ciepłe i delikatne kolaboracje z Samem Herringiem, Charlotte Day Wilson i Mickiem Jenkinsem spotykają się tutaj z chłodną precyzją jazzowych wariacji instrumentalnych. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s56.

Apocalypse

Thundercat

Brainfeeder

Apocalypse to płyta z wdzięczną erudycją czerpiąca garściami z historii muzyki popularnej. R&B, funk, pop i jazz oraz to, co ładnie określa się mianem „future sound” wybrzmiewają gdzieś obok siebie i zgrzewają w zaskakującą jakość. Ale jest tu też sporo dosłownych cytatów – frazowanie refrenu w „Heartbreaks & Setbacks” brzmi, jakby Thundercatowi pożyczył je Justin Timberlake, a „Oh Sheit It’s X” to iście Prince’owy groove. Jednocześnie album jest studium jazzowej dekonstrukcji — nuty łamią się w pół i wpadają w otchłań improwizacji. Gdy tylko dacie się zwieść przebojowemu refrenowi, który zdążył już wpaść w ucho jak w studnię, ze snu powtarzalności wybudza głośne, barokowe solo. Apocalypse zbliżył artystę do panteonu geniuszy współczesnego soulu. — Ola Nadzieja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s55.

Kids See Ghosts

Kids See Ghosts

G.O.O.D. Music / Def Jam

Gdyby przed ukazaniem się Kids See Ghosts ktoś stwierdził, że niebawem otrzymamy znakomitą wspólną płytę Kanyego Westa i Kid Cudiego, niewiele osób by w to uwierzyło. Turbulencje w ich karierach oraz liczne problemy natury twórczej wydawały się nie do przeskoczenia. Okazało się jednak, że artyści postanowili zaskoczyć swoich fanów (i samych siebie?) i dostarczyć im liczące 7 utworów arcydzieło, które pełnymi garściami czerpie z najlepszych lat ich muzycznej aktywności. Kids See Ghosts ma wszystko, począwszy od intrygujących podkładów, zbudowanych na soulowych samplach lub poskładanych z futurystycznych dźwięków (w tym elektryzujące „Feel the Love”), przez Kanyego Westa rapującego jak za dawnych dobrych lat, po słynne mruczenie Scotta w wyśmienitej odsłonie. Również dotycząca depresji tematyka okazała się idealnym polem do naturalnej ekspresji tego nieposkromionego duetu, co w efekcie dało jeden z najbardziej porywających i barwnych projektów drugiej połowy minionej dekady. — Adrian Felis


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s54.

Daytona

Pusha T

G.O.O.D. Music / Def Jam

Dwa lata temu podczas miesiąca GOOD Music, zamiast przystawką przed ukazaniem się albumów Kanyego Westa, Kids See Ghosts i Nasa, Daytona Pushy T stała się nieoczekiwanie daniem głównym i wyznacznikiem poziomu, do którego trudno było dorównać późniejszym czerwcowym premierom. Po wielu latach obecności na scenie Pusha T dostarczył krążek, który zaspokoił oczekiwania fanów. Raper porusza się po bitach z niesamowitą swobodą, co chwilę wrzucając kolejne błyskotliwe linijki. W jego wersach pojawiają się liczne odniesienia do dilerki, przytyki w stronę sceny, a czasem nawet odrobina humoru. Do tego dochodzą beaty od Westa, który ku uciesze słuchaczy powrócił do cięcia sampli i przygotował proste i surowe, ale jakże mocne podkłady. — Mateusz Mudry


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s53.

You’re Dead!

Flying Lotus

Warp

O ile mnóstwo artystów bardzo często porywa nas do swojego świata, tak Flying Lotus przenosi nas w zupełnie inne stany świadomości, a dokładniej w życie po śmierci. Próba ubrania w słowa muzycznego doświadczenia jakim jest You’re Dead!, wydaje się być karkołomna. Ta psychodeliczna fuzja jazzowego instrumentarium i elektroniki od pierwszego utworu wybucha mnogością połamanych kompozycji, płynnie przeskakując między kolejnymi pomysłami. Mimo aż 19 utworów, cała płyta trwa zaledwie 38 minut, a każdy z numerów brzmi jak osobne studium nad życiem pośmiertnym, meandrując po jej ciemnych zakamarkach, od momentów absolutnego obłędu po poszukiwania ukojenia i oczyszczenia, chociażby przy pomocy udzielających się wokalistek — Angel Deradoorian i Niki Randy. Niesamowity jest utwór z Kendrickiem Lamarem, który jak nikt inny odnajduje się metafizycznych rozważaniach. Trudno przemilczeć także wkład Thundercata, Kamasiego Washingtona czy żywej legendy Herbiego Hancocka. Z perspektywy czasu to dalej niesamowity album, który oferuje absolutnie unikalne, muzyczne doświadczenie. — Nikodem Jedynak


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s52.

Settle

Disclosure

PMR / Island

Rozpiętość brzmieniowa na debiutanckim krążku braci Lawrence zadowoliły w 2013 roku nawet najbardziej wybrednych słuchaczy. Produkcje duetu z tego okresu pozwalają wierzyć, że Guy i Howard opanowali do perfekcji znajomość house’u i UK garage’u, które posłużyły za fundament Settle. Anglicy dostarczyli nam świetnie zaaranżowany miszmasz powyższych w ramach płyty, na której płynnie przeplatają się również UK funky, 2step i lounge. Settle zostało skomponowane wzorcowo zarówno pod względem artystycznym, jak i brzmieniowym. Ciepłe deephouse’owe bębny piekielnie dobrze współgrają z chordowymi melodiami. Bardzo dobrym posunięciem było też zaangażowanie przez braci postaci dopiero wypływających na szerokie wody angielskiej sceny. Wzorcowy dobór singli pozwolił Settle zebrać wierne grono fanów i przejść do historii muzyki. — Krzysztof Zięba


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s51.

Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

„Wy nazywacie to hip-hopem, ja będę nazywać to hipnozą”. No właśnie. Lubię gadać o Section 80, bo to płyta, która zadziałała na mnie czysto fizycznie. Po prostu przestałem robić wszystko to, czym się w domu wtedy zajmowałem i stanąłem przy głośniku, żeby dosłuchać do końca. Od „Fuck Your Ethnicity” wiedziałem, że K.Dot to wielki talent — w pierwszym kawałku działo się więcej niż potrafiło się wtedy dziać na całych, dobrze przyjmowanych krążkach, gość latał w tę i nazad po napiętrzonych perkusjach. Po „Ronald Reagan Era” miałem świadomość, że ten facet będzie rewolucją. Section 80 było dla mnie odkryciem zupełnie nowej wrażliwości na zachodnim wybrzeżu, perfekcyjną mieszanką ambitnego z przyziemnym, zróżnicowaną narracyjnie publicystyką obleczoną w nieoczywistą, oddychającą muzykę. Melodia, umiejętności, empatia i świeżość. „Nie jestem następną gwiazdą popu, nie jestem kolejnym świadomym społecznie raperem / jestem pieprzoną istotą ludzką z zajebistymi aranżacjami”. Właśnie tak, stary. — Marcin Flint


NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 100-76
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 75-51
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 50-26
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 25-1


strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy