Soulbowl 2010s: Najlepsze albumy dekady

Data: 13 maja 2020 Autor: Komentarzy:

 
 

 

Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s50.

2014 Forest Hills Drive

J. Cole

Columbia / Dreamville / Roc Nation

J. Cole po 11 latach odkupił rodzinny dom w Północnej Karolinie, który jego matka była zmuszona sprzedać po wyprowadzce syna na studia. Tytuł albumu to adres, przy którym się on znajduje. Materiał jest więc nostalgiczną podróżą do czasów dorastania i spojrzeniem z perspektywy na złudną dziś pogoń za szczęściem, sławą i bogactwem. Raper wspomina swoje zauroczenia, dziewczyny i wyznawane wtedy wartości. Przechodzi przemianę. Przeprasza matkę i partnerkę, jest skromny, ale jednocześnie nie przestaje podkreślać swojej pozycji w grze. W tym wszystkim, co najważniejsze, wydaje się zupełnie zwyczajny i szczery. Oprócz tego, jak wiadomo, J. Cole świetnie odnajduje się na melodyjnych, często klawiszowych i bogatych kompozycjach. — Klementyna Szczuka


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s49.

The Money Store

Death Grips

Epic

Hip hop już nigdy nie był taki sam po tym, jak świat pierwszy raz usłyszał o ekipie MC Ride’a. Money Store to stojący gdzieś na granicy ofensywnego punka, postmodernistycznego rapu i industrialnej awangardy freak brzmiący jak ogniwo pośrednie między rynsztokowym heroinistą, a deepwebowym sprzedawcą nerek. Abiektalny charakter muzyki Death Grips zdawał się ucieleśnieniem zamanifestowanego na Exmilitary programowego podejścia „I fuck the music, I make it cum”, przy czym metafora orgazmu wydaje się tu o tyle trafiona, że w całej swojej negatywności o utożsamieniu z marginesem, formuła tria jest ostatecznie wybitnie piosenkowa i, mimo swojej radykalności, niezwykle nośna i przyjemna. Dziś, gdy wojownicy Soundclouda prześcigają się w brutalności ejtoejtowych tąpnięć, punkowa natura The Money Store nie robi już aż tak dużego wrażenia, ale niektóre z tych numerów pozostaną już na zawsze w kanonie popawangardy. — Wojtek Siwik


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s48.

The Life of Pablo

Kanye West

GOOD / Def Jam

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych ludzi showbiznesu o mały włos nie poradziłby sobie z wyśrubowanym szumem medialnym i narzuconą na siebie presją towarzyszącym premierze The Life of Pablo. W ostateczności jednak dziś o zamieszaniu wydawniczym mało kto pamięta — liczy się przede wszystkim muzyka. The Life of Pablo brzmi trochę jak współczesna wersja debiutanckiego The College Dropout, jeśli by pominąć 12 lat solowej kariery wydawniczej Westa. Kanye znowu wrócił do żonglerki samplami, eksperymentując z najróżniejszymi melodiami i brzmieniami, od tych popularnych po zupełnie nieszablonowe. Wiecznie ewoluujący i udoskonalany projekt wprost oddaje znacznie większe zacięcie artystyczne Ye niż szufladka gorącego podkładu i wywołujących skrajne reakcje tekstów, do której często próbuje się go wpakować. — Kamil Matyja


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s47.

Telefone

Noname

Noname

Pamiętam, że gdy przed czterema laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych pierwszy raz sięgnąłem po Telefone, od samego początku poczułem od tego krążka magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień. A stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską. Była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat. Ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem Telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach. Telefone nienachalną mieszanką miejskiej poezji i soulowej wrażliwości, którą podszyty jest cały album, uratowało mnie przed znieczulicą. Raperka pod skrzydłami Phoelixa i Cam O’biego wraz z Sabą i Smino w rolach sekundantów zupełnie mimochodem, naturalnie, bez presji i pretensji tchnęła nową jakość w kobiecy rap i rap w ogóle. To płyta, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — więcej, zdaje się, że każdy z elementów trafił na swoje miejsce ot tak, bez wysiłku, spięć, falstartów, nieudanych prób, konfliktów czy przepychanek. Dzięki temu, ot tak, mimochodem, Telefone stało się moją bezpieczną przystanią, ku której zwracam się, ilekroć nie potrafię znaleźć sobie miejsca. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s46.

Drunk

Thundercat

Brainfeeder

Grzmotokot pijany albo niespełna rozumu? Co do pierwszego być może, ale to drugie zasługuje na wielkie BYNAJMNIEJ. Geniusz funkowego basu z płyty na płytę konsekwentnie budował swój styl, swoje uniwersum, swój w sumie włąsny podgatunek muzyczny. Drunk to właśnie taka kompilacja największych hitów Thundercat-wave’u, na której znajdzie się miejscie na abstrakcyjne bękarty inspiracji Flying Lotusem, duety z gwiazdami rapu (Kendrick, Wiz Khalifa) jak i po prostu cholernie sprawnie napisane popowe piosenki, które w weselszej wersji naszego świata z łatwością podbijałyby listy Billboardu. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s45.

Room 25

Noname

Noname

Rynek się zmienia. Branża również. Pod wieloma względami na lepsze, zwłaszcza że w tak silnym i zdominowanym przez mężczyzn środowisku kobiety radzą sobie coraz lepiej. I bardzo często wychodzi im to znacznie ciekawiej niż facetom, co udowodniły Nicki Minaj, Cardi B, Young MA, Rapsody czy Akua Naru. Jednak teraz nie o nich, bo zdecydowanie najlepsza w tym towarzystwie jest Noname z własną wizją rapu naznaczonego soulem, jakiego zwyczajnie brakowało. Nie boi się, nie wychodzi na siłę przed szereg, robi swoje — z delikatnością, wrażliwością i pewnością. Wraz z Room 25 przypomniała najlepsze czasy neo-soulu i Soulquarians. Hołd dla złotych czasów i własna jej wersja The Miseducation of Lauryn Hill, nie tylko w „Montego Bae”. Wielka płyta. — Dawid Bartkowski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s44.

Negro Swan

Blood Orange

Domino

Z tym materiałem jest trochę jak z malarstwem abstrakcyjnym: albo to czujesz, albo odwracasz się na pięcie z poczuciem niezrozumienia i brakiem zainteresowania. W odbiorze płyta może okazać się trudna, bo Hynes swobodnie porusza się pomiędzy R&B, hip-hopem, soulem czy indie popem. Do tego wplata mnóstwo odgłosów otoczenia: raz są to syreny, które brzmią jak z początku reggaetonowego utworu, innym razem — dźwięki zatłoczonego miasta. Spoiwa materiału należy szukać w narracji albumu oraz jego tematyce. Blood Orange kontynuuje wątki podniesione na Freetown Sound. Tym razem jest jeszcze bardziej osobiście. To album o zdrowiu psychicznym, akceptacji, wolnej woli i inności, która jest głównym motywem płyty. Mimo że przy tego typu nośnych tematach łatwo byłoby popaść w banały, Dev broni się, przedstawiając je z perspektywy osoby, która od dziecka zmagała się z konsekwencjami bycia innym. Mimo ciągłych retrospekcji i własnego spojrzenia, udaje mu się zaprezentować te kwestie jako dotyczące większej grupy społecznej. Mówi w imieniu czarnoskórych oraz osób LGBTQ, które często muszą walczyć o akceptację, a każdy przejaw inności z ich strony jest komentowany jako „too much”. Hynes stworzył opowieść dla wszystkich tych, którzy kiedykolwiek czuli się odrzuceni, podkreślając wiele razy, że „Feelings never had no ethics!” — Polazofia


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s43.

Overgrown

James Blake

Atlas / A&M / Polydor

Overgrown w naturalny sposób wynikło z wydanego dwa lata wcześniej błyskotliwego debiutu Jamesa Blake’a. Na drugim albumie artysta poszedł jednak o krok dalej i odział wcześniej nierzadko nagie kompozycje w dźwięki, na które nie był jak dotąd najwyraźniej gotów. Overgrown jest subtelne i emocjonalne — to jedne z największych atutów Blake’a, z których z powodzeniem uczynił swój znak rozpoznawczy — ale zauważalnie bardziej wyraziste. Blake wciąż jest tu jednak bardzo powściągliwy i podobnie jak na debiucie z wrodzoną naturalnością udaje mu się wykreować atmosferę pełną emocjonalnego napięcia, dezorientacji, a nawet obcości. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s42.

Ego Death

The Internet

Odd Future / Columbia

Trzeci album studyjny przesympatycznego zespołu The Internet, który w owym czasie należał do kolektywu Odd Future, jest wręcz nieprzyzwoicie relaksujący. Prawie godzinna, międzygatunkowa podróż z zespołem w składzie Syd, Matt Martians, Patrick Paige II, Christopher Allan Smith, Jameel Bruner i Steve Lacy przypomina letnią przejażdżkę kabrioletem po ciepłym, słonecznym wybrzeżu. Przez prawie cały album towarzyszymy Syd, płynnie lawirując między soulem, R&B i hip-hopem w jej miłosnych perturbacjach pełnych flitu i złamanych serc. Zespól zostawił wokalistce mnóstwo miejsca na swą opowieść, mimo atmosferycznych, wręcz otulających melodii wypełniających album, dając ujście swojej kreatywności na outrach. Niezbyt ujmują występy gościnne Janelle Monáe, Vica Mensy czy Jamesa Fauntleroya, jedynie Kaytranada wyprodukował iście kosmiczne “Girl”, które produkcją porywa w inny wymiar. Rozluźniony, ale nie leniwy album, do którego przyjemnie wrócić nawet po latach. — Nikodem Jedynak


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s41.

When I Get Home

Solange

Columbia

Kontynuując kierunek obrany na wcześniejszym wydawnictwie, Solange powróciła do rodzinnego Houston, by po wielkiej powodzi przemieszczać się ulicami, na których dorastała, jednocześnie wpuszczając światło do swoich muzycznych opowieści. To światło to potrzeba miłości i oderwania się. Chociaż album brzmieniowo jawi się jako bardziej melancholijny, to największym błędem, jaki można zrobić, jest zaszufladkowanie go po pierwszym odsłuchu. When I Get Home ma wiele barw i z każdym odtworzeniem pokazuje się z innej strony, porywając nie tylko w ramiona cekinowego anioła, ale też grając na emocjach i prowokując do tańca. Materiał o jazzowym kręgosłupie został unerwiony siatką elektronicznych połączeń, umięśniony hip-hopowymi bitami i złagodzony sennym, psychodelicznym R&B, by wprawić ciało i duszę w odpowiednie wibracje. Solange swój muzyczny dom zwizualizowała bardzo artystycznie, wydając projekt bardziej przypominający teatr ruchu, niż standardowy miks teledysków. To płyta, która bawi się wyobraźnią — dopasowuje do nastroju, ale też zostawia z pytaniem: kim jesteś? Ile z ciebie zostaje w tobie? — Hanna Brzezińska


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s40.

El mal querer

Rosalía

Sony

El mal querer to temperamentny album pełen ornamentyki wplecionej w masowy kontekst. Ale już singlowe „Malamente” zwiastowało, że nie mogło być mowy o standardowym wydawnictwie na skraju popu i R&B z odrobiną flamenco, mimo wyraźnie słyszalnych inspiracji tym ostatnim. Tu gra się na autorskich zasadach ustalonych przez Rosalíę i El Guincho, który album współprodukował. Dzięki temu nietuzinkowemu duetowi, flamenco wystąpiło jako ważny, ale nadal jeden z wielu elementów polifonicznej mozaiki, złożonej też z sampli z terenu (takich jak rewelacyjnie zrytmizowany warkot motocykla w „De aquí no sales”) a także wielowątkowych rytmicznych i wokalnych rozwiązań. Tę nadzwyczajną kolorystykę dopełnił niby-kruchy, ale mocny głos Rosalíi, który zdaje się podporządkowywać sobie nawet auto-tune’a. Wokalistka bez ograniczeń korzysta ze zdobyczy kultury popularnej, żeby zdekonstruować je w nietuzinkowy, a jednocześnie bardzo świadomy sposób. Oto podejście do popu, jakiego dziś potrzebujemy. — Maja Danilenko


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s39.

Za wysoko

Jarecki

Universal

Polski funk ma się dobrze i ma swojego niestrudzonego orędownika. Jarecki to przywoływacz dobrej energii i człowiek muzycznie operujący na bardzo wysokich wibracjach. Za wysokich? Co to, to nie. Nie bez powodu jako jeden z nielicznych polskich wykonawców znalazł się w naszym zestawieniu. Album z 2017 roku jest najbardziej spójnym i dopracowanym krążkiem w jego dyskografii. Chociaż Za wysoko otwiera bardzo osobista ucieczka „aby stłumić w sobie gniew”, to powoli, ale skutecznie rozkręca się w „Lepiej”, a potem już wciąga w taneczne tornado, które nie oszczędza nikogo. Do tego wszystkiego po sekcji imprezowej znalazł się też czas, by poddać się porywom serca — od emocjonalnego „Kochanie” po pościelowe „Mogę ci dać”. Na Za wysoko Jarecki buja, skłania do refleksji, porywa w dziki bounce, żartuje, daje czas by złapać oddech. Współpracując z zaufanym DJ-em BRK i zapraszając na nagrania m.in. Marikę i Eldo, Jarecki stworzył album niezawodny, do którego chce się wracać, niczym do swojego dźwiękowego przyjaciela. — Hanna Brzezińska


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s38.

Nostalgia, Ultra.

Frank Ocean

Frank Ocean

Nostalgia, Ultra. wtedy jeszcze zupełnie nieświadomie dla słuchaczy R&B, otworzyło drogę do narodzin nowej fali stylu. To z jednej strony to samo współczesne R&B, co wcześniej, ale opatrzone soulową wrażliwością i ubrane w przestrzenną, lotną produkcję. Mimo dość oczywistych zapożyczeń Ocean nadał swojemu R&B zupełnie nowy charakter i burząc oryginalne struktury, zbudował zupełnie od zera nowy, ciekawszy krajobraz. To zaskakująco świadoma płyta, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Bezpośrednie czy momentami nawet szorstkie teksty Oceana potrafią wznosić się na wyżyny miejskiej poezji, a ciekawy, choć w owym czasie wcale nie charakterystyczny wokal przybierać prawdziwie aksamitne tony. Niepozornie kunsztowne rozpoczęcie kariery, która zmieniła R&B. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s37.

James Blake

James Blake

ATLAS / A&M / Polydor

Po kilku epkach The Bells Sketch, CMYKKlavierwerke, które spokojnie można potraktować jako wstępne szkice i zapis klubowej kariery Jamesa Blake’a, 2011 rok przyniósł jego oficjalny pełnoprawny debiut. Płyta okazała się kolekcją kompozycji opisujących świat widziany oczami wrażliwego introwertyka i hybrydą future garage’u, elektroniki, dubstepu i alternatywnego R&B. Krążek wyróżniał się połamanymi liniami melodycznymi podkreślającymi minorowy klimat izolacji i minimalistyczną, wręcz nowofalową formą. Niewyraźny wokal poszatkowany przez elektroniczne wstawki kontrastował z klasycznymi partiami pianina i momentami wyciszenia. Budowane z matematyczną precyzją napięcie słyszalne w „Unluck”, „Lindisfarne II”, „To Care (Like You)” czy „I Never Learn to Share” dawały przestrzeń dla singli – niespiesznego, onirycznego „The Wilhelm Scream” i przerobionego na dubstepową balladę numeru Feist „Limit to Your Love”. I właśnie ten utwór dawał nadzieję na przyszłość. Chociaż chwilami muzyczne uniwersum Jamesa Blake’a mogło się wydawać klaustrofobiczne, jego debiutancki krążek to doskonałe interludium do jego późniejszych, bliższych R&B i soulu eksperymentów. — Ibinks


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s36.

1976: A Space Odyssey

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch

Lado ABC

38 lat. Tyle trzeba było debiutanckiej płycie Wodeckiego, by osiągnęła należyty sukces. Zaskakuje to o tyle, że album w 1976 roku nagrany został w imponującym towarzystwie Alibabek oraz orkiestry pod batutą Wojciecha Trzcińskiego, ponadto cechował się również niezwykłym powiewem świeżości, a jednak przeszedł bez echa. Mimo to w 2013 roku, za sprawą kolektywu Mitch & Mitch, Polska szczerze pokochała ojca chrzestnego Pszczółki Mai. Efektem i zapisem niezwykłej energii między muzykami została płyta 1976: A Space Odyssey, zarejestrowana podczas wspólnego koncertu w studio im. Lutosławskiego. Album w mgnieniu oka osiągnął zasłużoną sławę, podobnie jak zresztą i sam Wodecki. Odświeżone, ożywione brzmienie cichych przebojów, bossa nova, samba, oparte na kultowych dziś kompozycjach artysty, dzięki wniesionej do nich werwy oraz fenomenalnemu wyczuciu muzyków zaowocowało rzeczą tak piękną, tak magiczną, że płyta rozgrzała serce słuchaczy. Podziw wzbudza też to, że dzięki zrządzeniu losu (i bez wątpienia — talentowi) Mitchom i Wodeckiemu udało się zatrzeć niewidzialne granice — zarówno na płaszczyźnie muzycznej, jak i międzypokoleniowej. Zupełnie naturalnie udowodnili, że dobra muzyka zawsze się obroni, nawet w czasach, gdy ludzie zdają się gustować w zgoła innej. I między innymi właśnie to stanowi magię tego wydawnictwa. Mitch & Mitch tchnęli w płytę drugie życie, nadając jej barwności, radości i swego rodzaju beztroski, wysyłając słuchacza w kosmiczną podróż. Co istotne, to dzięki tej przypadkowej przygodzie, Zbigniew Wodecki ostatnie lata swojej kariery mógł przeżyć w zasłużonym blasku — o którym marzył od dekad. I chyba to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. — Ewa Kopania 


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s35.

Cut 4 Me

Kelela

Fade to Mind

Kelela zadebiutowała w 2013 roku mikstejpem Cut 4 Me, który w kontekście przełomu na scenie muzyki basowej śmiało można stawiać na równi z albumem Double Cup DJ-a Rashada. Kelela to artystka, która podjęła się próby redefinicji R&B na futurystycznych bitach Bok Boka, Jam City czy Kingdoma. Skrzyżowanie jej zajawki 90sową erą soulu i R&B z dorobkiem ekipy Night Slugs okazało się mieszanką iście wybuchową, przełomową, wybiegającą daleko w przód, a to wszystko za sprawą imponującego warsztatu wokalnego i skłonności do eksperymentowania z melodyką. — Łukasz Lorenc


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s34.

Cosmogramma

Flying Lotus

Warp

Cosmogramma to chyba najbardziej eklektyczna płyta tej dekady. Steven Ellison po eksperymentach z hip-hopem na 1983 i elektroniką na Los Angeles, postanowił w jednym miejscu zebrać wszystkie swoje inspiracje i stworzyć z nich dzieło kompletne. Mamy tu bowiem funk rodem z Sun Ra („MmmHmm”, „Arkestry”), coltrane’owski jazz („German Haircut”), IDM-owy ukłon w stronę Boards of Canada („Drips//Auntie’s Harp”), dillowski vibe („Zodiac Shit”) czy glitch pop („…And the World Laughs With You”). FlyLo stworzył album, który może być świetnym prologiem do poznawania wielu gatunków muzycznych, a ponadto jest to również przystępna forma awangardy. To płyta, której słucham systematycznie od dziesięciu lat i wciąż robi na mnie wrażenie, odkrywając przy tym kolejne karty. Całość bowiem jest niesamowicie melodyjna i choć z początku może sprawiać wrażenie trudnej, z biegiem czasu pochłania słuchacza i nie pozwala mu się uwolnić. — Piotr Grabski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s33.

Long.Live.A$AP

A$AP Rocky

ASAP Worldwide / Polo Grounds / RCA

„Gdyby beaty na tej płycie były skurwysynem, zapewne byłyby A$AP-em Rocky’m”. Ten niewybredny żart figuruje od kilku lat na moim profilu RateYourMusic jako recenzja jednego z dzieł rzeczonego artysty. I choć zapewne niewiele w niej dziennikarskiego eklektyzmu i jeszcze mniej elokwencji, ta gra z raperskim motto, wydźwięk Long.Live.A$AP wydaje się oddawać sprawiedliwie. Rocky to personifikacja charyzmy, najśliczniejszy chłopiec w rapgrze i najzdolniejszy raper spośród ślicznych chłopców, którego za sprawą nienagannego flow słucha się wspaniale mimo tego, że rzadko kiedy ma coś do powiedzenia. Na swoim legalnym debiucie przenosi swoją cloudową wrażliwość w pole wyrazistej, dopracowanej i, przede wszystkim, sennie euforycznej trapowej produkcji z szalonym popowym potencjałem, zupełnie przez przypadek zbierając chyba wszystkich najciekawszych graczy współczesnego rapu i Yelawolfa na najwspanialszym posse cut mijającej dekady. Całość sprawia wrażenie bycia rzuconym od niechcenia i w tej niesamowitej lekkości tkwi cała siła tego krążka. — Wojtek Siwik


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s32.

Devotion

Jessie Ware

PMR / Island / Interscope

Na okładce Devotion widzimy elegancką, niedostępną diwę patrzącą rozmarzonym wzrokiem gdzieś w dal. Ten image pokrywa się z zawartością debiutanckiego albumu Jessie Ware. Piosenkarka nigdy nie ukrywała swoich muzycznych inspiracji – chce być jak Whitney Houston i Sade, ale na dobre nie rozstała się jeszcze z życiem nocnym w londyńskich klubach. I cały album oparty jest na tym dualizmie – obok elektronicznych i hip-hopowych beatów („110%” będące hołdem dla „Millionaire” Kelis i André 3000, mroczne „Swan Song”, czy synthpopowe „Sweet Talk”) Devotion dopełniają utwory zahaczające o estetykę stadionowego popu („Wildest Moments”, „Night Light”). Obok piosenek wyłamujących się klasycznej konstrukcji, jak oparte na repetycji „No to Love” i eksperymentalne „Still Love Me”, mamy tu przecież „Running”. Wspólnym mianownikiem tego ułamka jest wokal Ware, tak samo kontrolowany, jak jej okładkowy wizerunek, niekiedy celowo będący na drugim planie („Something Inside”). Chociaż Jessie Ware zdarza się i na chwilę odkryć wszystkie karty (końcówka „Running”, czy „Taking In Water”). Siłą tego albumu jest jego ponadczasowość, zahaczający o kategorię adult contemporary pop twórczo czerpie z brzmień lat 80. i 90., zadowalając przy tym szerokie grono odbiorców. Czas pokazał, że Devotion wciąż pozostaje najbardziej zróżnicowanym dziełem Jessie Ware. — Paweł Wojdylak


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s31.

Saturation I, II, III

Brockhampton

Brockhampton / Empire

To właśnie dzięki trylogii Saturation Brockhampton ugruntowali swoją pozycję na scenie. Najlepszy hip-hopowy boysband oparł brzmienie na ekscentrycznych, żywych bitach i chwytliwych refrenach, oraz różnorodności, w której wszystko jednak ze sobą gra. Każdy z chłopaków posiada charakterystyczną barwę głosu i flow. Mimo, że różnią się od siebie kolorem skóry czy orientacją seksualną, łączy ich trudna przeszłość. Zmagają się z dorastaniem, depresją, uczuciami, wykluczeniem: rasizmem, homofobią, nieakceptującą rodziną i otoczeniem. Projekt jest jednak niesamowicie barwny i wciągający – przepełniony energią, charyzmą, zajawką. Brockhampton zaraz po Odd Future przetarli nowe ścieżki eksperymentalnego, queerowego hip-hopu. I zrobili to w sposób taki, w jaki nikt inny jeszcze tego nie zrobił. — Klementyna Szczuka


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s30.

I’m New Here

Gil Scott-Heron

XL

I’m New Here to jedna z tych płyt, które przeszły do historii w momencie premiery. Po szesnastu latach milczenia ojciec chrzestny rapu wrócił z krążkiem produkcji Richarda Russella — retrospektywnym i introspektywnym, ale brzmieniem śmiało spoglądającym w przyszłość — łączącymi blues z klaustrofobiczną elektroniką, a Kanyego Westa z folkowymi i jazzowymi tradycjami spoken word. To także płyta trzech wymownych coverów — elektryzującej reinterpretacji klasycznego bluesa delty Roberta Johnsona w „Me and the Devil”, ekstatycznego remiksu napisanej przez Brooka Bentona dla Bobby’ego Blanda soulowej ballady „I’ll Take Care of You” i akuratnej reimaginacji tytułowego „I’m New Here” uszytego dla Herona jakby na miarę przez folkowego oryginała Billa Callahana. I właśnie reinterpretacja, remiks, reimaginacja, muzyczny zamknięty obieg, recykling myśli zdają się leżeć u podstaw tej płyty i spuścizny Scotta-Herona. Album najpierw rok po premierze fantastycznie zremiksował Jamie XX (dzięki temu Brook Benton stał się współautorem „Take Care” Drake’a), a w dziesiątą rocznicę wydania jazzową reinterpretację zaprezentował Makaya McCraven, a przyjdą z pewnością kolejne. — Kurtek Lewski


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s29.

Rodeo

Travis Scott

Grand Hustle / Epic

W czasach jakie nastąpiły po progresywno-autotune’owych rewolucjach Westa i po ofensywie introwertycznego hip hopu by beta-samiec Drake, ktoś taki jak Travis Scott po prostu musiał zaistnieć — i to przez wielkie „Z”. Należało mu się to po debiutanckim Rodeo, z którego wykiełkowała cała gałąź nowej fali maksymalistycznego, ale jednak dekadenckiego pop-rapu. Cokolwiek ma tutaj miejsce, odbywa się z pompą. „Oh My Dis Side” z Quavo mogło być kumpelską wymianą trapowych wersów, wyszło niemal 6-minutowe jam session z przyszłości, zagrane na emocjach. Travisowe wyobrażenie na temat tworzenia ballady w „90210” wymyka się zarzuconej ramy za pomocą miażdżącego konwenanse beat switchu. Duet z samym Ye? Czemu nie w formie ekspresywnej ekstrawagancji na nawiedzonym hendrixowym loopie? Dzięki umiejętności do aranżowania i rozstawiania po własnych kątach zdolnych ludzi — a także dzięki przypieczętowaniu roli autotune’a jako czegoś więcej niż korektora — Rodeo otworzyło pewien nowy rozdział, którego owoce spożywamy ze smakiem do dzisiaj. Bo chociaż bezpośredniej rewolucji nie przyniosło, to fantastycznie skondensowało aspiracje, marzenia i paranoje rapera drugiej dekady XXI wieku. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s28.

Damn.

Kendrick Lamar

Top Dawg / Aftermath / Interscope

Czwarty pełnoprawny krążek Kendricka Lamara to muzyczne antypody jazzująco-funkującego To Pimp a Butterfly. Dbałość o korzenie hip hopu, aranżacje oparte na żywych instrumentach zastąpione zostały letnio-chłodnymi synthami i obrobionymi do granic możliwości samplami wokalnymi, na jaw wyszedł romans z rasowym trapem, popem i takim ogólnym „stadium status”, o którym kiedyś rapował Kanye. Głęboką meta-narrację zastępuje lekką narracją, zaangażowanie w problemy społeczne przykrywa zaangażowaniem w bardziej intymne, osobiste sprawy. Nie ma w tym wszystkim jednak niczego złego (no, może poza „Love”). Nasz hiphopowy ulubieniec tej dekady sprostał jednemu z najważniejszych wyzwań, jakie mogą stanąć przed jakimkolwiek artystą — poszedł na czołowe zderzenie z naszymi oczekiwaniami i wyszedł z tej kraksy silniejszy niż kiedykolwiek. Damn! — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s27.

Run the Jewels 2

Run the Jewels

Mass Appeal

Run the Jewels już samo w sobie stało się bezprecedensowym wydarzeniem w hip hopie. Kiedy indziej dwójka artystów ze stabilną dyskografią i szacunkiem w pewnych węższych kręgach słuchaczy połączyło siły, stając się aż tak globalną sensacją, tak wyraźnie wykraczającą poza bańkę miłośników Def Jux i Dungeon Family? Jeden plus jeden daje czasem jedenaście, a w przypadku RTJ2 można by mówić o jeszcze wyższej liczbie. Kiedy pierwszy album był niezobowiązującym sparingiem dwójki dopiero co zaprzyjaźnionych byków, sequel do niego podniósł wszelkie stawki i powalił nas na deski w pierwszej rundzie. Więcej eksperymentów, więcej zawadiackiej postawy w linijkach, więcej powagi, więcej czegoś zupełnie przeciwnego do powagi ( przypominam o alternatywnej wersji albumu na samplach z kocich odgłosów!). Do tego album naprawdę miał przeboje, które to zatoczyły interesującą licencjonowaną wędrówkę po reklamach samochodów, grach Ubi Softu i… polskich serialach produkowanych dla HBO? Monumentalny projekt którym jarasz się Ty, twój kolega wzdychający za „prawdziwym rapem” i twoja jeżdżąca po festiwalach koleżanka, co „niespecjalnie siedzi w rapsach”. — Chojny


Soulbowl: Najlepsze albumy dekady 2010s26.

Atrocity Exhibition

Danny Brown

Fool’s Gold / Warp

Obok To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara, Atrocity Exhibition to najważniejszy hip-hopowy krążek minionego dziesięciolecia. Wyprodukowany w większości przez szalonego geniusza Paula White’a album eksploruje nieznane dotychczas połączenia elektroniki i rockowej awangardy z rapem. Brown zaprojektował tu nowy wymiar hiphopowego eksperymentu, pchniętego w nieznane gitarową energią i elektronicznym kwasem. Takiej płyty po prostu jeszcze nie było. Eksperymentalny hip-hop ma w swoim kanonie takie perły jak Madvillainy, Funcrusher Plus czy Deltron 3030, ale żadna z nich nie niszczyła wszelkich schematów tak doszczętnie i oryginalnie jak narkotyczny, niekontrolowany lot Danny’ego Browna, który tym materiałem dowiódł, że jest artystą kompletnym. — Kamil Matyja


NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 100-76
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 75-51
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 50-26
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 25-1


strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy