frank ocean

Press Play #27: 13 lat Soulbowl

W ostatni piątek naszej stronie stuknęło 13 lat! O tym, jak to się wszystko zaczęło, rozpisywaliśmy się (być może za bardzo) w serii artykułów przed 6 laty. Tym razem postanowiliśmy reaktywować starą kolumnę Press Play, w której zwykliśmy się dzielić swoimi aktualnymi muzycznymi fascynacjami, łącząc przeszłe zajawki z naszą pracą na stronie. Trochę egocentrycznie, ale bez narcyzmu, przedstawiamy płyty, których nie poznalibyśmy, gdyby nie Soulbowl.pl.


Love vs. Money

The-Dream

Radio Killa

Soulbowl powstał w 2006 roku, ale potrzeba było trochę czasu, by nasza niezobowiązująca zajawka zaczęła nabierać bardziej określonych kształtów — wpisały się w nie m.in. recenzje premier płytowych, które z różną częstotliwością i skutkiem pojawiają się na naszych łamach do dziś. Tekstem, który w moim przekonaniu niejako tę epokę otworzył, była recenzja Love vs. Money The-Dreama sprzed (niemal równo) dziesięciu lat. Wówczas nie miałem świadomości, ale jak miało się okazać w kolejnych lata, to także album, który ukierunkował moje muzyczne zainteresowania i wyznaczył pewien (dość wygórowany) standard dla produkcji współczesnego R&B w ogóle. Bo pod tym względem — dbałości do detale, kreowaniu kilku różnych muzycznych planów jednocześnie i przechodzeniu pomiędzy nimi w obrębie kompozycji, odtworzenia na nowym muzycznym polu koncepcji cyklu piosenek (znanej choćby z What’ Going On Marvina Gaye’a, a ostatnio nadającej pęd najnowszemu krążkowi Solange) — Love vs. Money nie ma sobie równych. Ale to też solidna emocjonalna przeprawa — kompetentne i nieoczywiste rozwinięcie starego jak świat światem dylematu — miłość czy pieniądze. W tym kontekście jednak archetypowe rozterki w muzyce popularnej, historia kariery samego Dreama, moje potyczki z jego dyskografią czy nawet kondycja muzyki R&B są cokolwiek drugorzędne. Dziś w centrum stawiam raczej nieprzewidywalność — pamiętam doskonale ten moment, kiedy kreśliłem recenzję płyty Dreama przed 10-cioma laty — wtedy pod wpływem mojej chyba pierwszej krytycznej przeprawy wyrósł w moich oczach na bohatera sceny, ale nie mogłem spodziewać się, że jego płyta nie tylko zdefiniuje na nową moją percepcję muzyki i w ciągu kolejnej dekady wyrośnie w moich oczach na najznakomitszą pozycję w bogatej historii gatunku. Nie mogłem się też wówczas spodziewać, że 10 lat później Soulbowl — lepione jednak po amatorsku z żywej zajawki i dobrych chęci grupy pasjonatów — przetrwa próbę czasu i będę mógl podzielić się z wami w tym artykule tą spontaniczną, szczerą refleksją.— Kurtek


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

Kendrick Lamar – Section.80
2011 był dla mnie rokiem wyjątkowym — nie tylko dlatego, że dołączyłem do zespołu soulbowl.pl. To był niezwykły rok dla muzyki, przynajmniej dla tej czarnej. Obecny stan muzycznego rozkładu sił, to znaczy dominacji hip hopu i r&b nad wszystkimi innymi gatunkami, to efekt rozpoczętej wówczas wymiany pokoleń. W czasie gdy po swoje zaczynał iść trap, cloudowy A$AP Rocky zacierał granice między przeszłością a przyszłoscią, Tyler the Creator czy Lil B zacierali granice między powagą a szaleństwem, Drake przekonywał coraz więcej osób do ostatecznego rozliczenia się ze stereotypem groźnego rapera-gangstera, to na mapie współczesnego r&b znaczenia nabrały takie postaci jak The Weeknd, Frank Ocean i James Blake. W centrum całej tej masy krytycznej dostrzec można było skromnego (ale czy na pewno?), sympatycznego (ale czy na pewno?) chłopaka z Compton. „K-Dot nagrał album, po którym na pewno zrobi się o nim głośno w całej Ameryce.” – tak pisałem w jednej z moich pierwszych, bardzo słabych recenzji na Misce. Ale prognoza była trafiona, Kendrick jest dziś gwiazdą wielkiego kalibru, cholernie sprawnie godzącą ze sobą sukces komercyjny i artystyczny. Emocje związane z kolejnymi odsłuchami „A.D.H.D”, „The Spiteful Chant”, czy „Keisha’s Song (Her Pain)” nakręcały mnie wówczas jak mało co, podobnie jak ukryty featuring na Take Care Drake’a, albo każde nowe doniesienie na temat już przygotowywanego pod okiem Doctora Dre good kid, m.A.A.d city. Bez tego krążka nie byłbym sobą — człowiekiem tak bardzo lubiącym zarażać innych fascynacją kierowaną na współczesną muzykę, jako że może mieć ona jeszcze coś tam ciekawego do zaoferowania. — Chojny


Section.80

Kendrick Lamar

Top Dawg

W 2011 roku ksywka Lamara, choć jeszcze mało znana, zaczęła pojawiać się tu i tam coraz częściej. Jako fan rapowej klasyki w tamtym czasie sporadycznie sięgałem po rzeczy nowsze niż z końcówki lat 90., jednak porównania Kendricka do Tupaca sprawiły, że zrobiłem wyjątek. Oczywiście zacząłem od wydanego kilka miesięcy wcześniej Section.80. Ku mojemu zdziwieniu album nie miał w sobie praktycznie nic z zachodniego wybrzeża, które znałem. Sam Lamar odbiegał również od pozy gangstera, a tekściarski kunszt zdawał się czerpać z przeciwnego końca Ameryki. W dodatku te jazzowe beaty w „Rigamortis” i „Ab-Soul’s Outro”. Dalszą historię Lamara już znacie. I chociaż przez niemalże dekadę K-Dot zdążył wydać już o wiele lepsze wydawnictwa, to bardzo lubię wracać do Section.80. Było to dla mnie wprowadzenie nie tylko do ekipy TDE, ale także do całej ówczesnej nowej rapowej fali. Dzięki Misko!— Mateusz


A Seat at the Table

Solange

Columbia

Kiedy zaczynałam swoją soulbowlową przygodę, byłam zatwardziałą hiphopową głową, której zainteresowania ledwo wychodziły poza dyskografię A Tribe Called Quest i polskich najpopularniejszych raperów. Przez te dwa lata zdecydowanie złagodniałam, a hip-hop ustąpił neosoulowym brzmieniom czy R&B. Zastanawiałam się nad wyborem, bo soulbowl nauczył mnie takich wykonawców jak SZA, Frank Ocean czy Janelle Monae. Jednak płytą, która zdecydowanie przełamała lody, było A Seat at the Table — subiektywnie, jeden z najlepszych albumów ostatniej dekady. To wzruszające, subtelne dzieło, którym Solange na stałe wpisała się w kanon moich ulubionych artystów. To celebracja kultury Afroamerykanów i kobiecej siły. I tried to run it away. Thought then my head be feeling clearer . I traveled 70 states. Thought moving around make me feel better. – „Cranes in the sky” zawsze porusza tak samo. Tydzień po premierze When I Get Home, a ja wciąż nie mogę uwolnić się od A Seat at the Table.— Polazofia


El mal querer

Rosalía

Sony

Gorący występ na rozdaniu MTV European Music Awards i coś z grzesznej przyjemności hiszpańskich telenoweli. Rosalía to kwintesencja współczesnego, perfekcyjnego popu, muzyczny fenomen. Czerpie garściami z tradycji flamenco i łączy ją z nowoczesnym R&B – działa podobnie jak Soulbowl. Dokonujemy starannej selekcji między starym a nowym, nie zapominamy o legendach i klasykach gatunku i szukamy wciąż nowych, wartych odsłuchu brzmień, którymi się z Wami dzielimy. — Ibinks


Channel Orange

Frank Ocean

Def Jam

Dekadencki obraz młodzieży, ignoranckiej klasy wyższej, narkotyków, seksu, toksycznych lub przelotnych relacji, w tym autotematyczny wątek uczucia do innego mężczyzny; synestetyczny motyw lata i nieodwzajemnionej miłości. Channel Orange to kompozycje oparte na popowych, a jednocześnie niebanalnych liniach melodycznych z wykorzystaniem żywych instrumentów. Album przełomowy zarówno dla gatunku, jak i środowiska. Dzięki niemu Frank Ocean z powrotem wniósł neo soul na wyższy poziom, dokonał znaczącego coming outu na scenie hip-hopowej oraz stał się inspiracją dla kolejnych artystów.— Klementyna


Priscilla

JMSN

White Room

Gdy wśród redaktorów Soulbowla, padł pomysł stworzenia Press Play’a dotyczącego albumów, których nie poznali byśmy, gdyby nie Miska, ogarnęła mnie lekka panika, bo jak tu wybrać tylko jeden krążek? Po chwili namysłu przyszedł mi do głowy artysta, którego w gruncie rzeczy, Soulbowl mocno w naszym kraju spopularyzował. Chodzi o JMSN-a i jego debiutancką płytę Priscilla. Premiera albumu w 2012 roku zbiegła się ciężkim okresem w moim życiu. Pamiętam to jak dziś, przeczytałam na Soulu recenzję tej płyty, zaczęłam jej słuchać i uznałam, że jest całkiem w porządku. Jak na kiełkującą wtedy estetykę alt r’n’b zapowiadało się całkiem nieźle. Przyznaje, nie była to głęboka miłość od pierwszego przesłuchania. Dałam Priscilli trochę czasu. Niedługo potem, podczas wielu bezsennych nocy, które mnie w tamtym okresie dręczyły, ponownie przystąpiłam do odsłuchu debiutu JMSN’a. Staring out the window, Waiting for life to stop, Cause everything I been through, Never seems to let up — i dokładnie to w tym momencie robiłam. Była jakaś 4 rano, za oknem lekko świtało, deszcz bębnił w okno. Klisza i banał, scena jak z kiczowatego melodramatu, ale w tamtym momencie było mi to niezbędne. To, co przekazywał w swoich tekstach Christian, to w jaki sposób układał melodie, dodawał instrumentalne smaczki sprawiło, że w tamtym momencie poczułam się bezpiecznie. Jego muzyka i szczera prostota tekstów, dziwnym trafem, potrafiła podnieść mnie na duchu. Nałogowo słuchałam tego krążka. Pomyślałam, jak fajnie, że jest takie miejsce, że są tacy ludzie, którzy odkrywają przede mną i innymi, znakomitą muzykę i genialnych artystów. Parę lat później broniłam pracę licencjacką, która dotyczyła między innymi promocji muzyki urban przez Soulbowl. Ani się obejrzałam jak po castingu na redaktora udało mi się pod szyldem Miski pisać. Myślę, że to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Są ludzie, którym po prostu chce się promować dobrą muzykę. Obyśmy robili to przez wiele kolejnych lat!— Pat

Franka Oceana sądowych batalii ciąg dalszy


Ledwo kilka miesięcy temu proces o zniesławienie wytoczony Frankowi Oceanowi przez jego ojca (dotyczący listu otwartego artysty, w którym ten oskarżył rodzica o transfobiczne zachowanie) dobiegł szczęśliwego dla wokalisty finiszu, a już szykują się kolejne niesnaski na wokandzie. Tym razem sam Ocean pozywa Om’Masa Keitha, zatrudnionego w 2014 przez muzyka do masteringu utworów z albumu Blonde.

Szum polega na twierdzeniach producenta, że brał on udział w napisaniu aż 11 utworów (w tym „Ivy” czy „Pink + White”) na płytę, a wszystko po to, żeby załapać się na tantiemy, od których nieprawego otrzymywania Ocean chce powstrzymać Keitha. Panowie współpracowali wcześniej przy krążku Channel Orange, za który Frank otrzymał w 2013 roku nagrodę Grammy w kategorii Best Urban Contemporary; mówi się również o wkładzie Keitha w wideoalbum Endless

Sprawa ta może przejść mimochodem, ale sprawiedliwości powinno stać się zadość. Oby tylko Frank nie wkręcił się zbytnio w przesiadywanie na salach sądowych, bo w kuluarach mówi się o czyhającym tuż za rogiem nowym wydawnictwie – i właśnie o tym wolelibyśmy słyszeć więcej!

Frank Ocean ze swoją wersją „Moon River”

Z pewnością większość z was zna i widziała klasyka wśród filmów o miłości, czyli Śniadanie u Tiffany’ego, adaptację prozy Trumana Capote, gdzie główne roli zagrali Audrey Hepburn oraz George Peppard. W 1961 roku produkcja otrzymała 2 statuetki Oscara, obie za utwór „Moon River”, skomponowany przez Henry’ego Mancini. Nagranie zdobyło również nagrodę Grammy w 1962 roku w kategoriach Record of the Year oraz Song of the Year. Nie dziwi zatem, że „Moon River” trafił do kanonu muzyki filmowej i latami był chętnie brany na warsztat przez takie tuzy jak Aretha Franklin, Barbra Streisand, Louis Armstrong, Elton John czy Amy Winehouse. Do tego grona dołączył niedawno Frank Ocean — z okazji wczorajszego święta zakochanych artysta postanowił podzielić się z fanami swoją wersją tej hollywoodzkiej ballady.

„Moon River” w wykonaniu Oceana dość znacznie odbiega od oryginału, stanowiąc jednocześnie piękny i uwspółcześniony hołd dla tej kompozycji. Mamy nawarstwiające się, „spiczowane” wokale, cięższą niż w oryginale akustykę oraz nieco mrocznego klimatu. Tak powinno się robić covery. Warto też wspomnieć, że jest to pierwszy znak kreatywności od Franka. Czyżby przesłanki o jego tegorocznym wydawnictwie miały się szybko ziścić?

Jorja Smith coveruje „Lost” Franka Oceana

4 miesiące po wydaniu ostatniego singla flirtującego z housem, młodziutka piosenkarka postanowiła scoverować flagowy kawałek Franka Oceana „Lost”. Zaproszona na specjalną sesję Spotify nagrywaną w studiu Metropolis, panna Smith oprócz coveru wykonała swój autorski utwór „Teenage Fantasy”. Jej interpretacja urzeka skromnym wykonaniem, opartym w całości na gitarze, subtelnych elektronicznych wstawkach i jej głosie. Jorja Smith dała „Lost” nową jakość. Dała radę? Posłuchajcie sami poniżej.

Nowy album Franka Oceana już gotowy?

Ten Frank to jednak jest. Ledwo zdążyliśmy się nacieszyć premierą Endless na nośnikach fizycznych, a tu nadchodzą jeszcze lepsze wieści. Frank Ocean nie rzuca słów na wiatr i konsekwentnie realizuje postanowienie o pięciu wydawnictwach przed trzydziestką. „Well I made the album before 30. I just ain’t put that bitch out!” — oświadcza na swoim koncie Tumblr. Czyżbyśmy właśnie poznali zwycięzcę tegorocznych podsumowań?

http://frankocean.tumblr.com/post/167963583301/well-i-made-the-album-before-30-i-just-aint

Endless doczekało się premiery na winylu

Pamiętacie jak ponad rok temu Frank Ocean zaczął budować schody do nieba? Tajemnicza transmisja video z 19 sierpnia okazała się być nieprzeciętnym pomysłem na premierę najnowszej płyty wokalisty, Endless, która stanowiła jednocześnie zakończenie burzliwej współpracy z Def Jam Recordings. Album z pogranicza ambitnego ambientu i neosoulu stanowił zaledwie preludium tego, co miało wydarzyć się dzień późńiej, tj. premiery Blonded. Istniejące do tej pory tylko w formie zapisu Endless doczekało się jednak upragnionej przez fanów premiery na nośnikach fizycznych. Frank zdecydował się na wydanie w formie płyty CD, DVD, winylu i, jakże hipsterskiego, VHS. Możecie je zamówić na oficjalnej stronie artysty.

Nowy utwór: Frank Ocean „Provider”

Frank to jednak fajny gość. Poniedziałek, koniec wakacji, a do tego pogoda również nie dopisuje, zdecydowanie nie jest to najlepszy początek tygodnia. Z pomocą przychodzi nam Ocean i na osłodę możemy posłuchać jego najnowszego utworu. Premiera singla odbyła się wczoraj na antenie Beats 1 podczas audycji blonded RADIO prowadzonej przez Franka. Jednak już kilka godzin później piosenka trafiła na serwisy streamingowe. Mamy nadzieję, że wam też pomoże stawić czoła poniedziałkowi.

Nowy teledysk: A$AP Rocky „Raf”

Ostatnimi czasy sporo dzieje się w obozie A$AP Mob. Twelvyy promuje nadchodzący materiał, Ferg także nie próżnuje, a coraz większą aktywnością wykazuje lider kolektywu – Rocky. W maju do sieci trafił jego singiel zatytułowany „Raf”, na którym pojawili się Playboi Carti, Quavo, Lil Uzi Vert i Frank Ocean. Teledyskowa wersja jest okrojona i przewijają się w niej tylko dwie pierwsze ksywki (przy czym ad-liby rzucane przez Cartiego ciężko sklasyfikować jako pełnoprawny występ). Wracając jednak do samego obrazka – Rakim po raz kolejny w swojej karierze okazuje swoje zamiłowanie do mody i funduje widzom coś na kształt pokazu. Czyżby następca A.L.L.A. zbliżał się wielkimi krokami? Trzymamy kciuki i czekamy na kolejne wieści.

 

Khalid coveruje Franka Oceana

Na żywo w BBC Radio 1. Zaledwie 19-letni utalentowany wokalista bierze szturmem rok 2017. Po premierze debiutanckiego American Teen i sukcesie singla „Location” piosenkarz podczas akustycznych sesji dla BBC Radio 1 zaprezentował swoją interpretację „Lost” z fenomenalnego Channel Orange Franka Oceana. Wyszło mniej chilloutowo niż u Franka, a Khalid, zwykle operujący głosem trochę podobnie do Sama Smitha, udowodnił już przecież, że potrafi się wychillować. Zdecydowanie nadrobił to odrobinę jodłowaną końcówką.

Nowy utwór: Frank Ocean feat. Young Thug „Slide on Me”


Ochłonęliście już po wczorajszej podwójnej premierze od Franka? Nie? To świetnie, bo artysta nie zwalnia tempa i dzieli się z nami nową wersją „Slide of Me”. Piosenkę można już było usłyszeć na wizualnym albumie Endless, ale tym razem piosenkarz zaprosił do współpracy Young Thuga. Odświeżona wersja miała swoją premierę dzisiaj rano w trakcie 5. odcinka programu blonded RADIO na Beats 1. 

Całej audycji możecie posłuchać tutaj. Wspomnianego utworu należy szukać pod koniec audycji, jednak polecam nie przewijać, ponieważ po drodze znajdziecie też nowości między innymi od Kanye Westa, Grandaddy czy Four Tet. Cztery lata ciszy, nagłe udostępnienie Endless, a teraz nie musimy czekać nawet 2 dni na nowe brzmienia. Nie wiem jak Wam, ale mi to odpowiada!

Nowy utwór: Frank Ocean „Lens”


Halo grzybki! Franek Ocean nie przestaje nas rozpieszczać i po wypuszczonych bez żadnych zapowiedzi dwóch singlach, „Chanel” i „Biking, serwuje nam trzeci. Premiera „Lens” odbyła się na antenie radia Beats 1 podczas jego autorskiej audycji  blonded RADIO.

W konfesyjnym  kawałku opartym na lirycznym pianinie i elektronicznym podkładzie (Autotune? Nie potrzebujesz tego, Frank!), twórca Blonde przez tytułowy obiektyw przygląda się utraconej miłości oraz popełnionym w przeszłości grzeszkom.  Natomiast w wersji drugiej (!), „Lens V2”, udziela się gościnnie wychowanek Yeezy’ego, Travi$ Scott. Smacznego!

Frank Ocean wjeżdża z nowym singlem, na którym gościnnie udzielili się Jay-Z oraz Tyler The Creator!

Frank Ocean rozkręca się coraz bardziej. Wczorajszej nocy wyemitowana została kolejna audycja z serii Blonded i po raz kolejny obdarowani zostaliśmy nowym numerem. Tym razem wokaliście towarzyszą goście i to nie byle jacy. Do numeru zatytułowanego „Biking” swoje gościnne zwrotki dorzucili bowiem Jay-Z oraz Tyler The Creator. Wszystko wyszło fenomenalnie, podobnie jak w przypadku ujawnionego wcześniej utworu „Chanel” Co ciekawe, na stronie artysty przed samą audycją pojawił się trailer w formie krótkiego klipu, istnieje więc też szansa, że otrzymamy również teledysk. Ile takich skarbów masz jeszcze w zanadrzu Frank?

Frank Ocean i Migos w „Slide” Calvina Harrisa

slide

Hej, ten potencjalnie niezręczny moment nadszedł szybciej niż się spodziewaliśmy — Frank Ocean i Calvin Harris połączyli siły we wspólnym neodyskotekowym singlu „Slide”. Panów wokalnie wspiera ponadto nie tylko sam Offset, ale także Quavo, którzy wspólnie na lekkim 80sowym bicie mieszają zrelaksowany rap z wokoderowymi wokalizami. Ocean brzmi tu co prawda momentami trochę jak piosenkarz reggae, który po trzecim odwyku postanowił ostatecznie odstawić używki i reggae, ale koniec końców numer jest triumfem klasycznego wakacyjnego popu. Jeszcze będziemy się bujać do „Slide” tej wiosny.

Frank Ocean na nowej płycie Calvina Harrisa

oceanharris

Harris podzielił się na Snapchacie kilkunasto-sekundowym snippetem wspólnego numeru, który ma trafić na tegoroczny album producenta. Jeśli już zdążyła zapalić wam się czerwona lampka, uspokajam, Frank Ocean nie jest z całą pewnością nową Rihanną. Calvin Harris jest nowym Markiem Ronsonem, jeśli już, bo jeszcze niezatytułowany kawałek brzmi zaskakująco funkująco. Obu typów mamy zresztą na fotografii powyżej. Tam nie wygląda to najlepiej, podobnie jak ich nazwiska obok siebie na papierze, ale jest szansa, że dla Oceana nie będzie to artystyczny koniec świata. Ocean najprawdopodobniej zaśpiewa w numerze refren i prawdopodobnie mostek, a przynajmniej jedną zwrotkę, którą także słychać na nagraniu, zarapuje natomiast Offset. Kiedy można będzie usłyszeć cały numer? Nie wiadomo. Harris na razie zapowiedział enigmatycznie, że w 2017 roku. Co możemy zrobić? Czekamy.

Nie będzie fizycznych kopii Blonde Franka Oceana

frank-ocean-blonde

Przynajmniej na razie… Jak podaje HITS Daily Double, menadżer Franka Oceana Mark Gillespie został odesłany z kwitkiem przez każdą wytwórnię, do której zgłosił się z pomysłem współpracy przy wydaniu krążka na nośniku. Plan by taki, że fizyczna wersja płyty miała wyjść tydzień po cyfrowej premierze. Okazuje się jednak, że tak się nie stanie, ponieważ — jak twierdziły wszystkie labele — byłby to zły sygnał dla innych artystów. Do tego odmówiły one też przejęcia praw dystrybucji do wszystkich fizycznych i cyfrowych platform na całym świecie. Wielka szkoda i kolejna bardzo niedobra wiadomość po tym jak okazało się, że Blonde nie bedzie brane pod uwagę podczas rozdania nagród Grammy w 2017 roku.

Kanye zbojkotuje Grammy bez Franka Oceana

kanye-west-frank-ocean

Kanye ciągle nie daje o sobie zapomnieć. Tym razem podczas jednego z koncertów, zaledwie kilka dni po poruszeniu tematu Watch The Throne 2, Ye oznajmił, że jeżeli Akademia nie zakwalifikuje nowego albumu Franka Oceana do najbliższego rozdania nagród Grammy, ten na gali się nie pojawi. Kanye dodał, że nowy krążek twórcy channel orange to najczęściej słuchany przez niego twór muzyczny tego roku. Yeezus wierzy, że Akademia może nagiąć zasady w drodze wyjątku, ale nie będą chcieli tego zrobić ze względu na samego Oceana, pomimo, że w przeszłości zrobili to w przypadku Lady Gagi. Całą wypowiedź możecie zobaczyć i usłyszeć poniżej.

Frank Ocean poza wyścigiem o Grammy na własne życzenie

frank

Chociaż zarówno Blonde jak i Endless ukazały się przed końcem września (to kryterium czasowe dla Grammy przyznawanych w kolejnym roku) i mogłyby stanąć w wyścigu o najbardziej prestiżowe statuetki amerykańskiego przemysłu muzycznego w 2017 roku, Ocean postanowił nie próbować. Ponoć całkiem świadomie piosenkarz nie zgłosił swoich płyt kapitule do rozpatrzenia i rywalizacji.

W 2013 roku artysta zgarnął już dwie nagrody — Channel Orange uhonorowano nagrodą dla najlepszego współczesnego krążka R&B, a współpracę z Kanye’m Westem i Jayem Z w „No Church in the Wild” uznano za najlepszą rapowaną/śpiewaną kolaborację.

Nagroda Grammy już od lat niewiele sobą reprezentuje. W ubiegłym roku Taylor Swift pokonała Kendricka Lamara w wyścigu o album roku, Meghan Trainor została wybrana najlepszą nową artystką, a Eda Sheerana wyróżniono za songwriting. Może to i lepiej, że Ocean postanowił nie brać w tym udziału.

Recenzja: Frank Ocean Blonde

Frank Ocean

Blonde (2016)

Boys Don’t Cry

Długo oczekiwany następca Channel OrangeBlonde Franka Oceana zaskakuje nie tyle rozmyślną formą wydania, ale samym brzmieniem. Ocean nie tylko nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów, ale mając w pamięci zaledwie szkice swoich poprzednich projektów, napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalny godzinny trip, dzięki któremu po raz kolejny udało mu się dołożyć cegiełkę do dynamicznie rozwijającego się brzmienia i charakteru nowego świadomego R&B.

Też właśnie dlatego Blonde przy pierwszym odsłuchu stanowi dla słuchacza pewne wyzwanie — już począwszy od rozpoczynającego krążek singlowego „Nikes”, które przetworzonym, mocno spitchowanym wokalem uderza w te same tony, co nieszczęsny początek współtworzonego przez Oceana „My Willing Heart” z ostatniej płyty Jamesa Blake’a. „Nikes” ma jednak nad kompozycją Blake’a tę przewagę, że nie wybija z nastroju, ale go tworzy i wprowadza — niezręczność pierwszych sekund dzięki jednej z bardziej chwytliwych melodii na krążku szybko przekuwa w zainteresowanie. Ocean zaczyna od mocnego stylistycznego manifestu wprowadzającego niczego niedomyślającego się jeszcze słuchacza w swoją wizję post-muzyki. A to dopiero początek. Poczucie obcości powoduje jednak nie tyle (a przynajmniej nie tylko) produkcyjna ornamentacja, ale częściowe odrzucenie prostej piosenkowej struktury refren-zwrotka-refren na rzecz wolniejszej i mniej uporządkowanej formy, co siłą rzeczy wpływa mocno na i tak chwiejne odczucie melodyki na Blonde. Jednocześnie taki sposób pisania i wykonawstwa piosenek sprawia wrażenie bardziej naturalnego i równoważy produkcyjne wybiegi poczuciem bliskości i spontaniczności.

Koncepcja półrefrenów powścibianych gęsto w ewoluującą, mieniącą się niekiedy awangardą tkankę to z pewnością nie to, czego słuchacze i krytycy spodziewali się po Oceanie — z początku rzecz może wydać się odstręczająca, zwłaszcza jeśli przygotujemy ucho na wykrycie pierwszoligowego singla, którego niestety na tym albumie najpewniej wyłowić się nie da. Ocean rozkłada jednak ciężar płyty równo pomiędzy wszystkie utwory — podczas gdy Channel Orange było krążkiem kilku niesamowicie silnych punktów wpisanych w klimatyczną, ale jednak mimowolnie zmarginalizowaną resztę, obcowanie z Blonde budzi zupełnie inne konotacje. Artysta rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie.

Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip — ułożony w tym samym tonie co tegoroczny krążek Kanyego Westa (przy przywiązaniu większej uwagi do niuansów i detali). To model, który być może (czas pokaże) zaowocuje wyodrębnieniem się post-R&B, które przesunie jeszcze dalej transgresywne zapędy gatunku niż ukonstytuowane w obecnej formie alt R&B. Blonde dla Channel Orange i współczesnego R&B jest tym, czym The Age of Adz Sufjana Stevensa było względem jego Illinoise — świadectwem świadomej, ale wykorzystującej element zaskoczenia i paradoksu ewolucji brzmienia skutkującej przeniesieniem własnej twórczości na nowy poziom przy jednoczesnym zachowaniu charakteru i emocjonalnej otwartości cechujących dotychczasowy dorobek.

Trudno co prawda wyrwać Blonde z kontekstu towarzyszącemu premierze płyty — uwagę mediów po raz kolejny przyciągają poszlaki o życiu osobistym Oceana, a wszystko solidnie doprawiają kontrowersje wokół odejścia piosenkarza z Def Jam i znalezienie się płyty w centrum coraz bardziej doskwierającej słuchaczom wojny streamingowej. Blonde to zresztą kolejna z wielu w ostatnich latach płyt z nurtu hip hop/R&B roztaczająca wokół siebie nieco na wyrost artystowską oprawę, co nie pomaga szczeremu i bezpretensjonalnemu podejściu do materiału. Jeśli jednak potraktujemy piętrzące się kontrowersje w kategoriach stricte marketingowych, oddzielając je od muzyki grubą kreską, dotrzemy być może do klaustrofobicznego jądra nowej kreacji Oceana — portretu człowieka przytłoczonego i zagubionego we współczesnym świecie, który nie potrafiąc już myśleć i poruszać się w liniach prostych, zaczyna krążyć naokoło, walczyć z wiatrakami w rzeczywistości będącymi odzwierciedleniem własnych lęków, słabości, ale i marzeń czy dążeń.

I tak oto Frank mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. Ocean zdaje sobie sprawę z drzemiących w nim sprzeczności i nad wyraz trafnie oprawia je muzyką. Rewiduje utraconą na zawsze młodość w intymnie neo-gitarowym „Ivy”, zestawia depresję i uzależnienie z kontrastująco beztroską melodyjnością „Nights”, przepisuje klasyczne „Close to You” Bacharacha na bit, autotune i garść słodko-gorzkich refleksji, wreszcie — ukrywa Beyoncé w chórkach zwiewnego i posępnego jednocześnie współczesnego walczyka w „Pink + White”. Wychodzi w tym wszystkim daleko poza schematy wciąż obowiązujące w R&B — zarówno tekstowo, jak i muzycznie podejmuje ryzyko, po raz kolejny przecierając nieodkryty dotąd szlak.

!llmind remiksuje Franka Oceana

artworks-000178429568-9wmzzu-t500x500

Wszyscy dookoła zachwycają się nowym albumem Franka Oceana, a hype na niego był tak duży, że co chwilę pojawiają się jakieś związane z Frankiem newsiki. Jeden jest szczególnie interesujący. Okazuje się, że Illmind postanowił zremiksować kilka utworów z płyty („Solo” w interpretacji Andre 3000 ma tu bębny i do tego nawiązuje do jednego z klasycznych kawałków Outkasta) i wypuścić je w ramach sześciokawałkowej epki. Efektu możecie posłuchać poniżej, a cały materiał ściągnąć tutaj. Jak Wam się podoba?

Posłuchaj ulubionych utworów Franka Oceana

frank-ocean-reveals-his-favorite-songs-of-all-time-in-boys-dont-cry-zine-playlist-stream

W Stanach wszyscy jarają się limitowaną edycją magazynu Franka Oceana — Boys Don’t Cry. Można tam poczytać poezję Kanye Westa (sic!) i Tylera The Creatora (double sic!), a do tego wywiady i scenariusze (!). Szczególnie ciekawi mnie ten ostatni element. Może kiedyś powstanie jakiś większy projekt na bazie jednego z nich? Kto wie, kto wie… Ale równie interesująca jest też lista ulubionych utworów Franka. Jest ich pięćdziesiąt i ktoś pokusił się o zebranie tej gromadki w jednej playliście na Spotify. Dzięki niej może uda się lepiej zrozumieć to co słyszymy na EndlessBlonde. Możemy posłuchać między innymi klasyków Jimiego Hendrixa, Simona & Garfunkela, Niny Simone, Roberty Flack, aż po Roberta Glaspera, D’Angelo, Aphex Twina czy Daft Punk. Pełna lista wraz z odsłuchem prawie wszystkich numerów do sprawdzenia na dole. Brakuje tylko „Portrait Of Tracy” Jaco Pastoriusa i „When You Were Mine” Prince’a.

1. “Crosstown Traffic” – Jimi Hendrix
2. “How Insensitive” – Frank Sinatra
3. “Scarborough Fair” – Simon & Garfunkel
4. “Alina” – Arvo Part
5. “I Feel Love” – Donna Summer
6. “To The Last Whale” – Crosby & Nash
7. “Prints Tie” – Bobby Hutcherson
8. “Jardim Dos Deuses” – Joyce Moreno
9. “Fade Into You” – Mazzy Star
10. “No More Shall We Part” – Nick Cave & The Bad Seeds
11. “I Never Learnt To Share” – James Blake
12. “One Mo Gin” – D’Angelo
13. “The Last One To Be Loved” – Gabor Szabo
14. “Shadows” – Lonnie Liston Smith & The Cosmic Echoes
15. “Images Live In 1964” – Nina Simone
16. “The First Time Ever I Saw Your Face” – Roberta Flack
17. “It’s Gonna Rain” – Steve Reich
18. “Stardust” – Willie Nelson
19. “Nós e o mar” – Tamba Trio
20. “$” – D.R.A.M.
21. “When I Die” – Goldlink
22. “The Man-Machine” – Kraftwerk
23. “Asiko” – Tony Allen
24. “Earth Bound Hearts” – John Mclaughlin (feat. John Surman)
25. “Simply Beautiful” – Al Green
26. “Mr. Bojangles” – Nina Simone
27. “Flamingo” – Todd Rundgren
28. “The Medley Of Praise” -Daryl Coley
29. “Claire De Lune” – Isao Tomita
30. “Calls” – Robert Glasper feat. Jill Scott
31. “Your Smile” – Chaka Khan and Rufus
32. “Bitch Please” – Death Grips
33. “Anthrax” – Gang Of Four
34. “I Am The Walrus” – The Beatles
35. “Jesus Children Of America” – Stevie Wonder
36. “Garden Of Linmiri” – Caustic Window
37. “Home (YouTube Rip)” – Kim Burrell
38. “Vibrate” – OutKast
39. “12 Aisatsana” – Aphex Twin
40. “Mis” – Alex G
41. “Right Down The Line” – Gerry Rafferty
42. “Anytime” – Ray J
43. “Jesus” – Curtis Mayfield
44. “Something About Us” – Daft Punk
45. “Your Daddy Loves You” – Gil Scott Heron
46. “Portrait Of Tracy” – Jaco Pastorius
47. “Rusholme Ruffians” – The Smiths
48. “When U Were Mine” – Prince
49. “Road To Nowhere” – Talking Heads
50. “Boys Don’t Cry” – The Cure