jpegmafia

Recenzja: Danny Brown U Know What I’m Sayin?

Danny Brown

U know What I’m Sayin?

Warp

Jedna z najbardziej oryginalnych postaci współczesnego hip-hopu wraca po trzech latach od premiery doskonale przyjętego Atrocity Exhibition. O ile tamta płyta była pełna mroku, strachu i niepokoju — Danny walczył wtedy ze swoimi demonami i dał upust tej walce na krążku, teraz raper wszedł na scenę odmieniony. Nie zapomniał jednak o przeszłości.

Uwagę zwraca kolorowa okładka i już samo to, że taka jest, zwiastuje pewną zmianę. Sugeruje, że Danny wygrał wewnętrzną wojnę i idzie dalej. Widzimy go bez rozwichrzonej fryzury, ostrzyżonego, na zdjęciach w internecie szczerzy zreperowane zęby. Słowem — inny człowiek. Raper, co prawda, tłumaczy, że zmiana wizerunku spowodowana była małą rolą w filmie White Boy Rick, ale jedno jest pewne — to, co było, już nie wróci.

Otwierające płytę „Change Up” wyraźnie pokazuje, że Brown nadal walczy, by stare nawyki nie dały o sobie znać, ale jednocześnie nie zmieniłby tego, co było, bo przeszłość ma wpływ na to, kim jest teraz. Z wyraźnym dystansem odnosi się do przygód z dawnych lat, jak chociażby w „Dirty Laundry”, w którym w prześmiewczy sposób opisuje seksualne doświadczenia z kobietami. W jednej z wypowiedzi stwierdził, że U Know What I’m Sayin? to jego wersja albumu stand-upowego i do pewnego stopnia można przyjąć takie założenie — ten kawałek idealnie do tej tezy pasuje. Jednak nowy album to nie tylko odnoszenie się do dawnego „ja”. To także obecny Danny, który celebruje życie, co wyraźnie słychać w znakomitym singlu „Best Life”. Można by pewnie pomyśleć, że ten wariat z poprzednich płyt gdzieś zniknął? Nic bardziej mylnego. Mimo ewidentnych zmian, w pewnym sensie to jest dalej ten sam Danny Brown, którego słyszeliśmy na Old czy XXX. Na nowym wydawnictwie raper wciąż jest niepokorny i serwuje obrazoburcze wersy, jak chociażby „I’m anemic with the ink, you a Stevie Wonder blink/I take a piss in that same sink you wash dishes with”. Do tego nie zostawia suchej nitki na słabych raperach i pospolitych idiotach.

Muzyka na krążku to połączenie eksperymentu i klasycznego hip-hopu. Nie uświadczymy tu raczej industrialnych klimatów z Atrocity Exhibition, ale na nudę na pewno nie można narzekać. Wciąż jest bardzo ciekawie, nierzadko w nieoczywisty sposób, jak w „Belly of the Beast” na bicie Paula White’a, boom-bapowym „Savage Nomad” czy utrzymanym w stylu J Dilli „3 Tearz” z bitem Jpegmafii, a z gościnnym udziałem Run the Jewels, którzy może nie zaliczają jakiegoś wybitnego występu, ale całkiem dobrze się z Dannym uzupełniają. Magiczną robotę robi stale współpracujący z Brownem wspomniany Paul White. Poza „Belly of the Beast” ma na koncie jeszcze trzy produkcje. Każda z nich jest inna i świetnie pokazuje jak Danny Brown potrafi się poruszać w szerokim spektrum brzmień. W „Negro Spiritual” charakterystyczny podkład dostarczają Flying Lotus i Thundercat, tego wszystkiego jednak nie byłoby bez jednej osoby, która zasługuje na oddzielny akapit.

Sprawcą całego zamieszania jest tak naprawdę Q-Tip, który został producentem wykonawczym materiału. Executive Producer to trochę zaniedbana na naszym rynku muzycznym profesja, która polega, mniej więcej, na koordynowaniu powstawania dzieła. To producent wykonawczy tak naprawdę decyduje, w jakim kierunku idzie dany materiał, w tym przypadku płyta. Sam Danny Brown powiedział nawet, że U Know What I’m Sayin to w zasadzie album Q-Tipa, a on, jako raper, miał na tyle dużą swobodę, że wystarczyło przyjść do studia i zrobić swoje. Jeśli tak było w rzeczywistości, Tip wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Nie tylko dostarczył kilka świetnych bitów („Dirty Laundry”, „Best Life” i trochę zwariowane, niesamowicie energetyczne muzycznie „Combat”), ale pokierował gospodarzem tak, że osobowość Danny’ego Browna po transformacji w minionych trzech latach, znalazła artystyczne ujście na U Know What I’m Sayin. Raper idzie do przodu, zostawił dawne demony w przeszłości, przeszedł przemianę, która ma przełożenie na jego muzykę. Dalej poszukuje i zdecydowanie warto czekać na to, co pokaże następnym razem.

Recenzja: Jpegmafia All My Heroes Are Cornballs

All My Heroes Are Cornballs

Jpegmafia

EQT Recordings

Jpegmafia, znany także jako Peggy, to potężne muzyczne indywiduum. W momencie, w którym świat zaczął się powoli godzić z faktem, że eksperymentalny rap nie będzie w stanie przekraczać granic gatunku w nieskończoność, a apogeum ekstremy wydawały się dokonania Death Grips, pojawia się nagle ekscentryk przesiąknięty internetową kulturą (choć bardziej deep webem niż Redditem). Wraz z zeszłorocznym Veteran, pierwszym komercyjnym sukcesem rapera, Peggy postanowił znaleźć swoją brzmieniową niszę, robiąc krok wstecz i osadzając industrialne, eksplozywne brzmienie w kontekście melodyjnych kawałków brzmiących jak mocno przegnite R&B. Poprzeczka dla jego następcy All My Heroes Are Cornballs była postawiona zatem bardzo wysoko.

Tym, co w przypadku poprzednika podbiło serca wielu fanów, był wielki koncert kreatywności, w który Peggy zmienił tamtą płytę. Drugi album miał zatem sprawdzić, na ile kolażowe akrobacje artysty były jednorazowym trikiem, a na ile uniwersalnym językiem artystycznej wypowiedzi. Jakiekolwiek wątpliwości zostają jednak momentalnie rozwiane wraz z pierwszym trakiem na płycie — „Jesus Forgive Me, I am a Thot”. O utworze pisałem wcześniej już tutaj, ale warto dodać, że w kontekście całej płyty sprawdza się rewelacyjnie jako otwieracz i wrzuca nas bez zapowiedzi w wir kontekstów, stylistyk i odwołań. A przyznać trzeba, że produkcyjnie krążek to majstersztyk muzycznej erudycji. Widać, że raper orientuje się w szybko zmieniającej się kulturze i trendach produkcyjnych, ale filtruje je wszystkie przez własną estetykę.

Świetnym przykładem jest m.in. ironiczne podejście do kultury tworzenia „type beatów”, czyli darmowych instrumentali, najczęściej hiphopowych i trapowych, nawiązujących brzmieniowo do stylistyki konkretnego artysty, która to kultura często bywa krytykowana za brak inwencji w poszukiwaniu własnego języka. Oliwy do ognia dolewa fakt, jak bardzo oczywiste jest brzmieniowe nawiązanie do Death Gripsów, z którymi sam Peggy, przez swoją fizjonomię, często jest porównywany, a nawet mylony, co w wywiadach uznaje czasem za przejaw ukrytego rasizmu. Na All My Heroes Are Cornballs swoim poglądom daje zresztą upust jak nigdy wcześniej, komentując w tekstach przejawy toksycznej męskości (sam do siebie ma queerowe podejście, co przejawia zarówno w okładkowej kreacji, jak i częstym nazywaniu siebie „bitch”, „slut” lub „thot”, okazjonalnie „glock with the dick”, ale to inna kwestia), przemoc wśród czarnoskórych (ujęte w delikatną, choć ekscentryczną metaforę w „Grimy Waifu”) czy poglądy na współczesny rap (nie dało się subtelniej niż tytułując utwór „Rap Grow Old & Die x No Child Left Behind”). Nie zapominajmy też o jednej z najlepszych linijek roku, czyli Y’all deal look somethin’ like Brexit.

Największe wrażenie robi jednak warstwa muzyczna. Jpegmafia wpycha w beaty tyle różnych stylistyk, że w teorii nie ma to prawa brzmieć jakkolwiek spójnie. Na tym albumie, jak nigdy wcześniej, słychać fascynację najntisowym R&B, dzięki czemu całość nabiera cudownej smukłości i harmonii. Miłość do ostatniej dekady XX wieku zostaje ostentacyjnie zamanifestowana w dekonstrukcji jednego z największych klasyków tamtej ery, ale nie będę spoilerować, w którym momencie i jaki to numer, bo tego trzeba doświadczyć na żywo. W dalszych planach, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach, porozlewane są plamy białego szumu, noise’u, industrialnych sprzężeń czy wszelakich zglitchowanych kliknięć o dziwnych częstotliwościach. Zabieg ten ciągnie momentami syntezatorowe pasaże w kierunku chłodnego IDM-u, jak chociażby w zamykającym krążek „Papi I Missed U”, by innym razem pójść w kierunku post-westowskiego minimalizmu brzmiącego jak fantazja na temat The Life of Pablo (co najbardziej wyczuwalne jest w utworze tytułowym). „Free the Frial” przywodziłoby na myśl Brockhampton, gdyby tylko industrialne ambicje Iridescence znalazły przełożenie na rzeczywisty poziom muzyki na nim.

Fani agresywnego Peggy’ego spod znaku „Real Nega” czy „Baby I’m Bleeding”, którzy w ostatnim czasie mogli poczuć się zaniedbani, wreszcie znajdą ukojenie w eksplozywnych fragmentach, takich jak „Prone!” czy „Kenan vs Kel”, zaś poszukiwaczy nowych brzmień może zaintrygować soulowe zacięcie otwieracza czy ambientowych pasaży przewijających się co jakiś czas w utworach. Tyle stylistyk mogło łatwo wprowadzić niekontrolowany chaos, jednak narracja krążka jest poprowadzona świetnie, co stanowi duży progres w stosunku do Veteran, które, pomimo kapitalnych kawałków, ze strony narracyjnej miało dosyć mixtape’ową, wolną formułę. Tutaj jest jednak inaczej i, choć pod koniec wkrada się kilka zbędnych momentów („Buttermilk Jesus Type Beat” czy „Post Verified Lifestyle”), płyta ma świetne flow i ani przez chwilę nie pozwala sobie na utratę uwagi słuchacza.

All My Heores Are Cornballs to bezapelacyjnie jedno z najciekawszych muzycznych zjawisk tego roku. Chociaż element zaskoczenia, który był obecny przy pierwszych przesłuchaniach poprzednich albumów Jpegmafii tutaj nie jest aż tak duży, w ramach zachwycającej formy udało się po raz pierwszy przemycić tu aż tak dużo treści i piosenkowej materii.

Jpegmafia pojawi się na debiutanckim albumie Vegyna!

O Vegynie po raz pierwszy pisaliśmy przy okazji premiery jego imponującego mixtape’u, a później – dwóch oryginalnych wideoklipów zrealizowanych do „Blue Verb” i „Cowboy ALLSTAR”. Teraz Joe Thornalley zaprezentował swój trzeci singiel, a „Nauseous / Devilish”, w którym na glitchowym bicie nawija Jpegmafia, promuje zapowiedziany na 8 listopada oficjalny debiut artysty. Mężczyźni współpracowali już ze sobą przy okazji „Rap Grow Old & Die x No Child Left Behind” pochodzącego z wydanego miesiąc temu All My Heroes Are Cornballs, drugiego albumu Peggy’ego. Nadchodzący Only Diamonds Cut Diamonds zapowiada się więc obiecująco!

#FridayRoundup: Sampa The Great, Charli XCX, Jpegmafia i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Po zeszłotygodniowym wysypie premier, tym razem jest nieco spokojniej, co nie oznacza wcale, że nie mamy ciekawych rzeczy, także z naszego rodzimego podwórka. Zapraszamy do odsłuchów.


The Return

Sampa The Great

Ninja Tune

Gdyby wyciągać pochopne wnioski na podstawie singli promujących pełnoprawny debiut Sampy The Great, to w momencie premiery można obudzić się z uczuciem zaskoczenia. Ostateczna forma Sampy przyniosła produkcyjne ugładzenie. The Return jest długą opowieścią (bijącą na głowę niedawne rekordzistki Rapsody i Lanę Del Rey), na której artystka wraca nie tylko do własnych korzeni, ale i do dość staromodnej jak na dzisiejsze czasy oprawy muzycznej. Wprawna raperka, którą mogliśmy słyszeć w singlach, na albumie otacza się głównie neo-soulowymi aranżacjami, z chwilami odejścia od reguły na rzecz smooth soulu, jazz-rapu czy muzyki gospel. Pomaga jej w tym rodzina i cała rzesza muzyków z różnych zakątków świata, m.in. Jace XL i Silent Jay, związani z Hiatus Kaiyote. Album dla cierpliwych. — Maja Danilenko


Charli

Charli XCX

Asylum Records

Charli XCX przechodzi na wyższy poziom. Na pełnowymiarowym czwartym krążku Charli podtrzymuje electropopowe, syntetyczne brzmienie. I tym razem zaprosiła do współpracy wielu gości. Wspierają ją rockowe siostry Haim, koreańska sensacja Yaeji, diwa R&B Lizzo, ikony nowoczesnego popu Troye Sivan i Sky Ferreira, a także raperzy Brooke Candy i Tommy Cash, by wymienić tylko niektórych. Na wyprodukowanym przez A.G. Cooka longplayu, na którym piosenkarka kreuje się na androida, można znaleźć kilka odniesień do wcześniejszej twórczości brytyjskiej wokalistki. Przykładem może być „I Blame It On Your Love” z Lizzo. Nagranie to podkręcona, finałowa wersja outra z mixtape’u Pop 2 „Track 10”. W sieci krążyło wcześniej kilka nieopublikowanych wcześniej przeróbek, w tym ze Stefflon Don. Wolniejsze kompozycje (np. „I Don’t Wanna Know” i „Official”) budują za to tło dla hajlajtów. Na wyjątkową uwagę zasługuje zwariowane „Shake It” z Cupcakke i Brooke Candy, a także „Gone” z francuską królową popu Christine and the Queens. Znalazło się także miejsce na podróże: do lat 80. („Cross You Out” ze Sky Ferreirą i „White Mercedes”), 90. („1999”) i przyszłości. Kończące album „2099” to eksperymentalny sequel wydanego rok temu cybernetycznego „1999” z Troye’em Sivanem na pokładzie. Efekty dźwiękowe jak z kaset VHS, przestery i glitch artowa estetyka tworzą tutaj wielowarstwowy, zdigitalizowany pop. Charli XCX najnowszym albumem udowadnia, że jest przyszłością mainstreamowej muzyki, a już na pewno jej ważną figurą. — Ibinks


All My Heroes Are Cornballs

Jpegmafia

EQT Recordings

All My Heroes Are Cornballs to followup do zeszłorocznego albumu Veteran, który wyciągnął Peggy’ego z trzewi bandcampowego podziemia ku altrapowemu mainstreamowi.Tym, co zadecydowało o sukcesie poprzednika, była niesamowita świeżość brzmienia i kreatywność, zaskakująca nawet obytych z formułą eksperymentalnego rapu. Tegoroczny album był zatem, przede wszystkim, próbą sił twórczych i nośności raz ogranych już pomysłów, jednak finalny wynik w dużej mierze przeskoczył nasze oczekiwania. Jpegmafia próbuje wybudować arthouse po środku getta. Industrialne, perwersyjne plamy sprzężeń i przesterów, w pewien sposób definiujące brzmienie poprzednich wydawnictw, tutaj, choć dalej obecne, gęsto rozlewają się po muzycznych planach, zaś pierwsze skrzypce zaczyna grać przepełniona najntisową nostalgią fantazja na temat oldschoolowego rapu z domieszką ciepłego R’n’B, co najlepiej słychać w zupełnie niespodziewanym coverze legendarnego kawałka TLC “No Scrub”. Tym, co błyszczy najjaśniej pozostaje jednak sama osobowość rapera. Tytuły tracków ociekają kąśliwym sarkazmem, zaś teksty odważnie chwytają się kontrowersji, zalewając słuchacza czarnym humorem. Trudno stwierdzić, czy to już peak umiejętności, ale jeżeli miałoby być tylko lepiej, to przyszłe nagrania mogą być kamieniem milowym dla gatunku. — Wojtek Siwik


You Are My Sun

Sonar Soul

U Know Me

Po dwóch świetnych albumach wydanych z zespołem Sonar oraz znakomicie przyjętym krążku duetu RYSY, nadszedł czas na długogrające, solowe wydawnictwo od Łukasza Stachurko, podpisującego się jako Sonar Soul. Na You Are My Sun oddaje on hołd klubowej muzyce z lat 90., a pomagają mu w tym znakomici artyści, wśród których znaleźli się Michał Sobierajski, Rosalie., Igor Walaszka (Bass Astral x Igo), Baasch oraz pewna znana wokalistka podpisująca się jako Zofia Lubos. Nad ostatecznym brzmieniem całości czuwał niezawodny Dj Eprom, a za wydanie odpowiada U Know Me Records. — efdote


Injury Reserve i Jpegmafia we współpracy z noiserockowym zespołem

Injury Reserve ogłosili poprzez Instastory, że po wydaniu swojego komercyjnego debiutu (który mieliśmy okazję recenzować) powracają do dzielenia się z z fanami luźnymi singlami. Jako pierwsze w sieci pojawiło się „HPNGC”, kolaboracja duetu z nieprzewidywalnym Peggym oraz noiserockowym projektem Code Orange.
Sama koncepcja hałasu i sprzężeń dla żadnego z artystów zaangażowanych w ten track nie jest pierwszyzną. Jpegmafia jako jeden ze swoich znaków rozpoznawczych ustanowił wypełnianie przestrzeni w tradycyjnych hip hopowych beatach plamami wszechobecnego szumu, a Ritchie z ekipą, choć nieco subtelniej, nieraz sięgali w produkcjach po industrialne sprzężenia i agresywny przester. Co jednak ciekawe, ostateczny produkt tej współpracy sięga bardziej po estetykę dusznej, wycofanej paranoi, niż eksploatowanie plam kakofonii. Stylistycznie to bardziej zderzenie podszytego piosenkowym shoegazem „Bleeding in the blur” i „Koruna & Lime” niż dźwiękowej agresji wypełniającej większą część Forever (albumu Code Orange z 2017 roku). Rozpoczynający się cichą, momentami wręcz szeptaną zwrotką Ritchiego kawałek stopniowo się rozwija, choć nigdy nie osiąga climaxu. Wycofana narracja (nabierająca nieco tempa dopiero w momencie pojawienie się Peggy’ego) sugeruje nadchodzące niebezpieczeństwo i do ostatniej chwili utrzymuje to napięcie, nie pozwalając mu się rozładować.

Takie kawałki jak „HPNGC” udowadniają tylko, jak daleko przesuwane są obecnie granice tego, co rozumiemy jako hip hop. I choć oldschoolowe głowy mogą być zniesmaczone, to my bardzo cieszymy się, że ten gatunek, będąc obecnie właściwie wszędzie, żyje, rozwija się i dalej potrafi zaskoczyć.

Jpegmafia modli się o przebaczenie

Jedno z najkreatywniejszych, ale i najbardziej nieprzewidywalnych i nieokiełznanych zjawisk na obecnej scenie hip hopowej powraca niedługo z nowym albumem zatytułowanym The Dissapointment i ujawnia pierwszy singiel promujący.

Jpegmafia, bo o nim, oczywiście mowa, podzielił się z nami utworem „Jesus Forgive Me, I am a Thot”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Wybacz mi Jezu, jestem zdzirą”. Osoby nieznające twórczości rapera mogą poczuć zniesmaczenie, natomiast pamiętać należy, że utwór ten wychodzi spod pióra człowieka, który na swoim koncie ma tracki takie jak „I Cannot Fucking Wait Until Morrisey Dies” czy „I just killed a Cop now I’m horny”. I w tym utworze również artysta przesuwa granice, choć w nieco inny sposób. Kąśliwe punchline’y łączy z uduchowioną, sakralną stylistyką modlitewnego gospel-soulu. Niespodziewane wybuchy agresji i balansowanie na granicy autotune’owego uniesienia i niemal pierwotnej agresji sprawiają, że track na przestrzeni 2 i pół minuty przechodzi gwałtowne zmiany nastroju i obiera przeróżne kierunki narracyjne, pozostając przy tym zaskakująco spójnym.

O produkcyjnej stronie utworów artysty wypowiedział się we niedawno Kenny Beats we vlogu, który ostatnio pojawił się na kanale Peggy’ego na Youtube, mówiąc, że brzmi ona, jakby ktoś pozostawił „normalny” beat na kilka dni zabaw w deep webie. Trudno o lepszą rekomendację. Utworowi towarzyszy arthousowy teledysk, w którym Peggy, jakże wymownie, wyrapowuje swoje zwrotki na tle błękitnego nieba. Ten człowiek nie przestaje nas zaskakiwać.

Danny Brown ujawnia tytuł i producenta nadchodzącego krążka

Kiedy w 2017 roku Danny Brown chwalił się, że jego następny album wyprodukuje prawdziwa legenda, wielu fanów zastanawiało się, kto będzie stał za brzmieniem następcy Atrocity Exhibition. Dziś dzięki samemu Danny’emu wiemy już o wiele więcej. W ostatniej rozmowie z portalem Highsnobiety raper zdradził kilka istotnych szczegółów na temat nadchodzącej płyty. Jak się okazuje, za stronę muzyczną odpowiadać będzie członek A Tribe Called Quest – Q-Tip! Album będzie nosić tytuł uknowhatimsayin?, a do jego powstania przyczynili się m.in. Paul White oraz JPEGMAFIA. Brzmi nieźle! Jakby tego było mało, do sieci wyciekł filmik, na którym można usłyszeć, jak Brown wykonuje jeden ze swoich nowych kawałków.

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

uknowhatimsayin?

Post udostępniony przez Danny Brown (@xdannyxbrownx)

 

Nowy utwór: Jpegmafia feat. Eyas „The Who”

Jeżeli sądziliście, że po eksplozywnych, trapowych odjazdach Peggy’ego we współpracy z Kenny Beats czy Denzelem Curry, raper rozsiądzie się grzecznie w niszy agresywnej nawijki na pełnym przesterze, to grubo się myliliście. Po kolaboracji  z glitchującym Flume i próbami ożenienia rapu z electro-industrialem we współpracy z HEALTH, Peggy postanowił zabrać się za minimalistyczny, kojący IDM na najnowszym tracku „The Who”.

Charakterystyczny, syntezatorowy minimalizm, który przewijał się w subtelniejszych momentach Veterana, przekuty na „The Who” został w wolno sunący, subtelny ambient, przywołujący na myśl nieśpieszną narracje rodem z kawałków Boards of Canada czy wczesnego Autechre. Sielską atmosferę przerywają charakterystyczne dla artysty, nieco randomowe i porozrzucane na kolażową modłę sample. Najjaśniejszym punktem kawałka jest jednak gościnny performance Eyes, która autotune’owy riffing wokalny Peggy’ego przecina dziewczęco uroczymi, eleganckimi zaśpiewami. Cały track nabiera dzięki jej performance’owi piosenkowego zacięcia i sprawia, że nie odbiera się go tylko jako kolejny przejaw nieposkromionych zapędów Jpegmafii do przekombinowania i usilnego ekscentryzmu.

Naćpany Jpegmafia organizuje karaoke ze śmietanką rapowego podziemia

JPEGMAFIA (aka Peggy) to obecnie jedna z najbarwniejszych postaci na scenie rapowego podziemia. Jeżeli nadal nie słyszeliście zeszłorocznego Veteran to nadróbcie te braki natychmiastowo. Peggy podbił serca słuchaczy swoim bezkompromisowym poczuciem humoru, barwną osobowością i mocno eksperymentalnym, dekonstrukcyjnym podejściem do trapowej formuły. Szokujący dobór sampli (beat do „Real Nega” z wokalami Ol’ Dirty Bastarda to już instant klasyk) i jego cyniczne komentarze do rzeczywistości („I cannot fucking wait till Morrisey dies”) złożyły się w kolaż muzyczny, który zapewnił Peggy’emu stałe miejsce w panteonie rapowych freaków nowej fali.

Po sukcesie longplaya Jpegmafia poszedł za ciosem i dostaliśmy w zeszłym roku kilka mocnych singlowych strzałów, z których największy sukces osiągnął wyprodukowany przez Kenny Beats numer „Puff Daddy”. Producent, który ostatnimi czasy zyskuje coraz większy rozgłos, za sprawą swoich instrumentali łączących trapową estetykę z agresywnym, industrialnym zacięciem, doskonale wpasował się w jpegowy liryczny strumień sfermentowanej popkultury. Kilka dni duo postanowiło wypuścić w świat teledysk do kawałka. Wideo wydaje się idealnym przełożeniem na obraz tego, co w warstwie muzycznej dokonywało Veteran. Dostajemy totalny freak show, który rozpoczyna się od zatrutych narkotykiem naleśników, które Jpegmafia dostaje na zlecenie Kenny’ego. Później dochodzi do tego psychodeliczna scena reanimacji, by ostatecznie przekształcić się w przedziwną imprezę karaoke, przez którą przewijają się na teledysku Open Mike Eagle, muzycy Injury Reserve i Ho99o9, ale także nagie kobiety, drag królowe i cały wachlarz wszelakiej maści dziwaków. Całość utrzymane jest w klimacie psychotropowej jazdy bez trzymanki i epatuje charakterystyczną dla Peggy’ego, bardzo intensywną, ekspresją i klimatem wyjątkowo chaotycznej zabawy. Wisienką na torcie jest opis teledysku, w którym umieszczono krótką notkę „prod. by A White Man”. Fanów najbardziej jednak intryguje pojawiająca się na koniec teledysku plansza „to be continued…”. Czy duet szykuje dla nas w przyszłości jeszcze więcej wspólnych projektów?

Recenzja: Jpegmafia Veteran

Jpefmafia

Veteran (2018)

Deathbomb Arc

Minimalistyczny, glitchowy, bardzo często dystopijny i postapokaliptyczny eksperymentalny hip-hop ma się ostatnimi laty fantastycznie jak nigdy dotąd; przede wszystkim dlatego, że dotychczasowy rozrost niszy na tak szeroką skalę jest zjawiskiem na tyle świeżym, że nieograniczona ustalonymi ramami gatunkowymi kreatywność artystów pozwala im nie kierować się zupełnie niczym i jednocześnie tworzyć niespotykane dotąd rzeczy. Co więcej, brzmienie to idealnie sprawdza się w formacie długogrającym, co daje przestrzeń do eksperymentowania, nakreślania pełnej, wyczerpującej narracji i nadawania poszczególnym kompozycjom dodatkowych barw. Niezależnie od tego czy jest to sound bardziej industrialny (Dalek, Clipping., Death Grips), duszny, organiczny, samplowany (Bisk, Milo, Noname) czy psychodeliczny i kwaśny (Danny Brown, Nnamdi Ogbonnaya), co jakiś czas na powierzchnię wyłania się materiał tak odważny i odklejony jak tegoroczny Veteran, który w swoim chłodzie, chaosie i brutalności jest jest jednocześnie arcyprzebojowy, a chaos egzekucji wydaje się bezbłędną, transową 47-minutową improwizacją utrzymaną na stałym, krytycznie wysokim poziomie energetycznym.

Barrington DeVaughn Hendricks aka Jpergmafia aka Peggy stawia na konfrontację i nie boi się drastycznie wyrażać swoich animozji wobec nietolerancji, zawłaszczeń kulturowych, historii Stanów Zjednoczonych zbudowanej na zbrodni niewolnictwa i wyzysku uciśnionych społeczności, co odbija się wielokrotnie w jedynej w swoim rodzaju buntowniczej agresji odzwierciedlanej nie tylko warstwą liryczną, ale również instrumentalami dudniącymi przesterowanymi bębnami i liniami basowymi, które w ogromnym napięciu trzymają szyję w ścisku na wzór Zlatana Ibrahimovica po strzeleniu hattricka. Kiedy morderczy podkład z „Whole Foods” osiąga apogeum wkurwienia, Peggy z właściwą mu furią wykrzykuje — „Ridin’ round the city like a side bitch”, co jest tylko kroplą w morzu konsekwencji z jaką realizowana jest prowokująca narracja i niezwykle plastyczna obrazowość wszystkich utworów. Paradoksalnie te najbardziej agresywne, mroczne, dystopijne numery stanowią z reguły tą najbardziej przebojową część albumu — oparte na szalonym samplu z „Goin’ Down” Ol’ Dirty Bastarda „Real Nega”, brzmiące jak wykopalisko z katalogu labelu Fractal Fantasy „Baby I’m Bleeding”, czy zamykające projekt „Curb Stomp” mordują swoimi breakami perkusyjnymi i mimo nieszablonowych, zaskakujących aranżacji, w swoim minimalizmie idealnie sprawdzają się jako akceleratory wokalnych sekcji gospodarza.

Ścisła spójność materiału swobodnie i nienachalnie miesza się tutaj z nieznającymi limitu inspiracjami osadzonymi w najróżniejszych brzmieniach i estetykach, czemu zasługę sam artysta przypisuje dobrodziejstwu internetu. Od wariacji na temat współczesnego R&B — otwierające, połamane „1539 N. Calvert”, przypominające demo utworu Keleli w remiksie Actressa „DD Form 214” z gościnnym udziałem Bobbi Rush, czy rozrywające niskimi częstotliwościami „Thug Tears” — przez eksperymenty z klasyczną trapową formą — rozpoczynające się niczym najtłustszy banger Lil B, zakończone odurzonym gospelem rodem z bardziej współczesnych nagrań Dungeon Family „Germs”, łudząco podobne do numeru „Waza” warszawskiego składu Hewra „😱”, czy otulone mgiełką albumów SpaceGhostPurrpa „Rainbow Six” z Yung Midipackiem — aż po ascetyczne, elektroniczne, industrialne, psychodeliczne odloty (uszczypliwie uderzające w samo sedno „I Cannot Fucking Wait Until Morrissey Dies”, zakończone finałem w stylu kompozycji Franka Oceana „Rock N Roll Is Dead”, wyrwane z kosmicznego dziennika pokładowego Kanye z 2040 roku „Williamsburg”) — Veteran nieprzerwanie zaskakuje totalnie nieprzewidywalnymi rozwiązaniami aranżacyjnymi, wyboistym miksem ścieżek, równoległą konsekwencją brzmienia i kontrolowanym z niesamowitą precyzją chaosem, co w pewnym stopniu przypomina mi genialne RaggaPreservationSociety autorstwa Seekersinternational z 2016 roku. Peggy nie oszczędza nikogo, o czym dobitnie przekonuje się radykalna prawica, ludzie stroniący od konfrontacji, a kochający się w konformistycznych ideach i słownie wszyscy, których te niezwykle cięte, obłędne w wykonaniu zwrotki dotknąć mogą. Nie ma tutaj żadnych schematów, wyraźnych refrenów, znanych dotychczas rozwiązań kompozytorskich. Jest za to brud, surowość, bogate tekstury i prawdopodobnie najciekawszy eksperymentalny materiał hip-hopowy od Atrocity Exhibition Danny’ego Browna.