jpegmafia

#FridayRoundup: Slowthai, Lucky Daye, Jpegmafia i inni

#FridayRoundup

Jak co tydzień w cyklu #FridayRoundup dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Po słabszym pierwszym piątku lutego ponownie możemy wskazać kilka wartych uwagi okołosoulowych premier. Wśród nich długo oczekiwany Slowthai, epki Lucky’ego Daye’a, Jpegmafii i Roosevelta, powrót Robina Thicke’a, nowa/stara Tiana Major9 czy rapowy debiut Margaret. O części płyt przeczytacie poniżej. Pełna selekcja dostępna jest na playliście #FridayRoundup.


#FridayRoundup

Tyron

Slowthai

Method/Interscope/AWGE

Tak jak Nothing Great About Britain zrobiło ze slowthaia bohatera brytyjskiej klasy robotniczej, epizod kryzysu wizerunkowego uczynił go wrogiem publicznym numer jeden, tak Tyron w końcu przypomina nam, że slowthai jest przede wszystkim człowiekiem. Drugi krążek Anglika to dyptyk, który tak naprawdę opowiada tą samą historię. Emocje zalegające po trzewiach Framptona, wytrącające się w grudach cynizmu stanowią trzon obu części, jednak w pierwszej nacisk położony jest przede wszystkim na agresję, cała negatywna energia zostaje zużyta jako paliwo napędowe sutych, trapowych bangerów. Tutaj ujawnia się też jedna z największych zalet rapera- giętkość języka eklektycznej, dźwiękowej wypowiedzi. W swoim anturażu sięga zarówno po dziedzictwo trapowego Memphis na czele z Lil Ugly Manem, jak i po współczesną pierrebournowszczyzne w posttrapowych produkcjach. Ach, no i definitywnie slowthai jest fanem Whole Lotta Red… Drugi krążek zaś uderza w tony nostalgii i melancholii, ubierając te same uczucia, które rozgrzewały atmosferę w pierwszej połowie, w formę chłodnej melancholii i konfesyjnej refleksji. Tutaj sięga po pocięty soul okresu wczesnego Kanye i syntetyczny, wyspiarski art-pop. Dwie kontrastujące połowy nie gryzą się jednak ze sobą, a wręcz przeciwnie, emocjonalne trzewia lepko spajają obie połowy pokazując, że raper jest pełnoprawnym, mięsistym bohaterem, który, jak każdy z nas, bywa wysoko i bywa nisko. Dobrze jeszcze dostrzegać człowieczeństwo w świecie rapowego performance’u. — Wojtek


#FridayRoundup

Table for Two

Lucky Daye

Keep Cool/RCA

Lucky Daye rozmienia się na drobne — dosłownie i w przenośni. Za tytułem Table for Two kryje się bowiem koncept epki nagranej w duetach: Lucky Daye + wokalistka towarzysząca. Za samą epką kryje się może i przyjemna, może i współtowarzysząca propozycja walentynkowego R&B (choć biorąc pod uwagę tematykę utworów, raczej antywalentynkowego); propozycja zwiewna i delikatna, ale też nierówna, z naciskiem na bezpieczna. Przedrostek alt na Table for Two przekształca się w contemporary na rzecz niespecjalnie ostentacyjnej muzyki tła (mimo drobnych niespodzianek, jak sampel z „Give Me Your Love” Curtisa Mayfielda czy cytat z „I Can’t Stand the Rain” Ann Peebles). Ale może taki właśnie jest jej cel. Wokalista przyznał się w wywiadzie, że to nieintencjonalny przystanek przed drugim albumem, mającym dla nas odkryć zupełnie nowe wcielenie Lucky’ego Daye’a. Wybaczamy, wylegując się w półśnie na kanapie. — Maja Danilenko


#FridayRoundup

EP2!

Jpegmafia

EQT/Republic/UMG

Zgodnie z zapowiedzią otrzymaliśmy kontynuację zeszłorocznej epki Jpegmafii. Na EP! złożyły się wszystkie wydane przez rapera single w 2020 z wyjątkiem „LAST DANCE!”. Ten jednak otwiera właśnie EP2!, bo nowy projekt choć wciąż eksperymentalny, jest muzycznie znacznie spokojniejszy i bardziej melodyjny niż poprzedni. Peggy nadal porusza problemy dotyczące zdrowia psychicznego, społeczeństwa oraz polityki czy te w relacjach, sprawnie nawiązując przy tym także do postaci i zjawisk popkultury. EP2! jednak również dzięki temu, że rozwija zapoczątkowany na AMHAC lżejszy styl, jest jednym z najbardziej kameralnych projektów Jpegmafii. — Klementyna


#FridayRoundup

On Earth, and in Heaven

Robin Thicke

Lucky Music/Empire

Czyżby kariera Robina Thicke wracała na właściwie tory? A może zawsze toczyła się właściwym torem, a jedynie Blurred Lines było wkroczeniem w boczną uliczkę? Nowa płyta On Earth, and in Heaven nie jest krążkiem, na którym poszukuje się hitów. Jest wydawnictwem, na którym sam wokalista odnalazł siebie i sens życia. Piosenki Robina były różne, czasem inteligentne, czasem jego pisarstwo było żenujące, a głos słaby. On Earth, and in Heaven jest, jak twierdzi wokalista, krążkiem prawdziwym, optymistycznym i romantycznym. Znajdziecie tu ciekawe funky brzmienia w postaci znanego już „Take Me Higher”, letni vibe bossa novy („Lucky Star”), trochę latino („Lola Mia”) i wiele jazzowych oraz soulowych zabarwień. Płyta jest pierwszym albumem wydanym niezależnie, spod skrzydeł wytwórni Lucky Music, co niestety przejawia się zbyt lekkim tonem piosenek i swoistym pomieszaniem z poplątaniem dźwięków. Oceńcie sami. — Forrel


#FridayRoundup

Major Mantras

Tiana Major9

Zero Point Nine/Motown/UMG

Nowy krążek Major Mantras młodej i dobrze zapowiadającej się Tiany Major9 to w rzeczywistości… kolejna wersja jej wcześniejszego albumu At Sixes and Sevens. Można powiedzieć, że już druga, po tej akustycznej, którą możemy usłyszeć na epce Back At Sixes and Sevens. Co więc się zmienia? Dostajemy dodatkowe CD, na którym znajdziemy tytułowe mantry wygłaszane przy akompaniamencie kojącej melodii. Zachęcamy do sprawdzenia szczególnie tych, którzy nie znają oryginału – to wciąż klimatyczna mieszanka subtelnego R&B i soulu. A jeśli już znacie cały materiał to z pewnością przyjemnie będzie wrócić do niego ponownie. — Mateusz


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Jpegmafia, Mariah Carey i (prawie) singielskie życie

Jpegmafia interpoluje klasykę R’n’B

Jpegmafia w trakcie tegorocznej wydawniczej partyzantki wypuścił już tyle singli, że za moment mógłby z tego bez problemu złożyć krótkometrażowy album. Problemem mogłaby okazać się jednak spójność tego materiału, ponieważ, jak już mogliśmy tego doświadczyć, Peggy z okazji tej frywolnej dystrybucji kreatywnej postanowił nie trzymać się w ryzach i kombinować z formułami, gatunkami i przystępnością serwowanego materiału.

Najnowszy epizod w JPEGowej fraczyzie to „Living Single”, które uderza tym razem w futurystyczny slow jam R’n’B (do którego, jak mogliśmy się przekonać na All My Heroes Are Cornballs, Peggy wydaje się mieć ogromną słabość), aby opowiedzieć historię rozstania i złamanego serca. W swojej ekstatycznej, krystalicznej czystości syntezatorów zdaje się próbować topić kompromisy między samotnością a tytułowym „singielskim życiem”, które przecież mogłoby konotowane być z uwolnieniem i otwarciem drogi ku obyczajowej rozwiązłości. Wszystko jest oczywiście jedną, wielką zgrywą, która zdemaskowana zostaje wraz z wjazdem pierwszych rapowanych punchline’ów, a spuentowana jest teledyskiem, w którym raper ze swoją partnerką życiową pozuje w estetyce lo-fi, doskonale korespondującej z surowym, nieco nieokrzesanym brzmieniem wydawanych ostatnio kawałków. Kluczowym elementem tej opowieści wydaje się jednak jego pierwsza połowa, w której Jpegmafia interpoluje „Always Be My Baby”. Dla nowych słuchaczy obecność takich osobowości jak Mariah Carey może się zapewne wydawać niepokojącą osobliwością w kontekście tego glitchującego  się, dalekiego od mainstreamu świata, jednak to nie pierwszyzna dla Peggy’ego, który miłość do komercyjnego, radiowego popu i R’n’B eksponował już wielokrotnie, coverując takie kawałki jak legendarne „No Scrub” TLC czy „Call Me Maybe” Carly Rae Jepsen.

Jpegmafia nagrał piosenkę o Tobie

…’cause You’re a cutie pie!

Dobrze, a teraz bez zgrywy. Jpegmafia ma ostatnio moment kreatywnej frywolności i sypie z rękawa luźnymi singlami, kiedy my jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po idm-owych fiksacjach na formule R’n’B, które zaserwował na All My Heroes Are Cornballs. Okazję do wydawania niezobowiązujących piosenek Peggy zdaje się traktować jako małe muzyczne laboratorium, bo każdy nowy track eksploruje (co prawda z całym dobrodziejstwem rozedrganego, nadpobudliwego inwentarza estetyki rapera) ścieżki muzyczne, po których nie zdarzało mu się stąpać  na pełnych albumach. Tym razem wraz z „Cutie Pie” dostajemy chyba najbardziej „tradycjonalistycznego” Peggy’ego od bardzo dawna (przynajmniej jeżeli chodzi o solowe wydania). Na skocznym, relatywnie prostym instrumentalu, który wydaje się wyrastać z postDOOMowej tradycji oldschoolowej produkcji z domieszką vibe’u A Tribe Called Quest, serwowane są nam charakterystyczne, cięte linijki, do których artysta zdążył nas już przyzwyczaić. Bandcampowa szkoła późnego postmodernizmu wjeżdża dopiero wraz z vocoderowym zakończeniem, ale całość dalej pozostaje zaskakująco przystępna, jak na najbardziej odklejonego gościa w amerykańskiej rapgrze. Fani zeszłorocznej kolaboracji z Run The Jewels i Danny’m Brownem powinni poczuć klimat.

I wtedy wjeżdża Jpegmafia cały w hajsie

Peggy tonie w w forsie

Po bardzo pozytywnym przyjęciu (zarówno w środowisku krytyków muzycznych jak i wśród fanów) albumu All My Heroes Are Cornballs, który sami zresztą umieściliśmy na liście naszych ulubionych wydawnictw zeszłego roku, Peggy ponownie pozwala swojej nieskrępowanej kreatywności uciec od ram dłogogrającego, spójnego projektu i dzieli się ze światem wolnymi singlami.

„Covered In Money!” to kolejny przykład tego, że Jpegmafia tworzy kawałki tak, jakby celowo próbował robić to, czego robić się nie powinno, robić nie wolno i robić nie wypada, aby w ostatecznym rozrachunku zaserwować absurdalnie nośny banger o ogromnym potencjale hitowym. Tym razem bipolarną naturę swojej nadpobudliwej produkcji wyraźnie rozdziela na dwie części. Pierwsza z nich to plemienny, intensywny hardcore rap wyrastający gdzieś z postwutangowego brudu, który powinien trafić do fanów takich produkcji jak np „3 Tearz” Danny’ego Browna, gdzie Peggy miał okazje w instrumentalu zaprezentować swoje staroszkolne konotacje. Druga połowa to już natomiast trademarkowa estetyka awangardowego R’n’B, tym razem znacząco jednak odbiegająca od najntioswych konotacji i sięgająca ku posttrapowemu futuryzmowi. Tekstowo to natomiast typowy wjazd w hedonizmowe bragga poprzetykane mariażem popkulturowych tropów, z którym każdy fan Peggy’ego powinien być już obecnie zaznajomiony.

Recenzja: Danny Brown U Know What I’m Sayin?

Danny Brown

U know What I’m Sayin?

Warp

Jedna z najbardziej oryginalnych postaci współczesnego hip-hopu wraca po trzech latach od premiery doskonale przyjętego Atrocity Exhibition. O ile tamta płyta była pełna mroku, strachu i niepokoju — Danny walczył wtedy ze swoimi demonami i dał upust tej walce na krążku, teraz raper wszedł na scenę odmieniony. Nie zapomniał jednak o przeszłości.

Uwagę zwraca kolorowa okładka i już samo to, że taka jest, zwiastuje pewną zmianę. Sugeruje, że Danny wygrał wewnętrzną wojnę i idzie dalej. Widzimy go bez rozwichrzonej fryzury, ostrzyżonego, na zdjęciach w internecie szczerzy zreperowane zęby. Słowem — inny człowiek. Raper, co prawda, tłumaczy, że zmiana wizerunku spowodowana była małą rolą w filmie White Boy Rick, ale jedno jest pewne — to, co było, już nie wróci.

Otwierające płytę „Change Up” wyraźnie pokazuje, że Brown nadal walczy, by stare nawyki nie dały o sobie znać, ale jednocześnie nie zmieniłby tego, co było, bo przeszłość ma wpływ na to, kim jest teraz. Z wyraźnym dystansem odnosi się do przygód z dawnych lat, jak chociażby w „Dirty Laundry”, w którym w prześmiewczy sposób opisuje seksualne doświadczenia z kobietami. W jednej z wypowiedzi stwierdził, że U Know What I’m Sayin? to jego wersja albumu stand-upowego i do pewnego stopnia można przyjąć takie założenie — ten kawałek idealnie do tej tezy pasuje. Jednak nowy album to nie tylko odnoszenie się do dawnego „ja”. To także obecny Danny, który celebruje życie, co wyraźnie słychać w znakomitym singlu „Best Life”. Można by pewnie pomyśleć, że ten wariat z poprzednich płyt gdzieś zniknął? Nic bardziej mylnego. Mimo ewidentnych zmian, w pewnym sensie to jest dalej ten sam Danny Brown, którego słyszeliśmy na Old czy XXX. Na nowym wydawnictwie raper wciąż jest niepokorny i serwuje obrazoburcze wersy, jak chociażby „I’m anemic with the ink, you a Stevie Wonder blink/I take a piss in that same sink you wash dishes with”. Do tego nie zostawia suchej nitki na słabych raperach i pospolitych idiotach.

Muzyka na krążku to połączenie eksperymentu i klasycznego hip-hopu. Nie uświadczymy tu raczej industrialnych klimatów z Atrocity Exhibition, ale na nudę na pewno nie można narzekać. Wciąż jest bardzo ciekawie, nierzadko w nieoczywisty sposób, jak w „Belly of the Beast” na bicie Paula White’a, boom-bapowym „Savage Nomad” czy utrzymanym w stylu J Dilli „3 Tearz” z bitem Jpegmafii, a z gościnnym udziałem Run the Jewels, którzy może nie zaliczają jakiegoś wybitnego występu, ale całkiem dobrze się z Dannym uzupełniają. Magiczną robotę robi stale współpracujący z Brownem wspomniany Paul White. Poza „Belly of the Beast” ma na koncie jeszcze trzy produkcje. Każda z nich jest inna i świetnie pokazuje jak Danny Brown potrafi się poruszać w szerokim spektrum brzmień. W „Negro Spiritual” charakterystyczny podkład dostarczają Flying Lotus i Thundercat, tego wszystkiego jednak nie byłoby bez jednej osoby, która zasługuje na oddzielny akapit.

Sprawcą całego zamieszania jest tak naprawdę Q-Tip, który został producentem wykonawczym materiału. Executive Producer to trochę zaniedbana na naszym rynku muzycznym profesja, która polega, mniej więcej, na koordynowaniu powstawania dzieła. To producent wykonawczy tak naprawdę decyduje, w jakim kierunku idzie dany materiał, w tym przypadku płyta. Sam Danny Brown powiedział nawet, że U Know What I’m Sayin to w zasadzie album Q-Tipa, a on, jako raper, miał na tyle dużą swobodę, że wystarczyło przyjść do studia i zrobić swoje. Jeśli tak było w rzeczywistości, Tip wywiązał się ze swojego zadania znakomicie. Nie tylko dostarczył kilka świetnych bitów („Dirty Laundry”, „Best Life” i trochę zwariowane, niesamowicie energetyczne muzycznie „Combat”), ale pokierował gospodarzem tak, że osobowość Danny’ego Browna po transformacji w minionych trzech latach, znalazła artystyczne ujście na U Know What I’m Sayin. Raper idzie do przodu, zostawił dawne demony w przeszłości, przeszedł przemianę, która ma przełożenie na jego muzykę. Dalej poszukuje i zdecydowanie warto czekać na to, co pokaże następnym razem.

Recenzja: Jpegmafia All My Heroes Are Cornballs

All My Heroes Are Cornballs

Jpegmafia

EQT Recordings

Jpegmafia, znany także jako Peggy, to potężne muzyczne indywiduum. W momencie, w którym świat zaczął się powoli godzić z faktem, że eksperymentalny rap nie będzie w stanie przekraczać granic gatunku w nieskończoność, a apogeum ekstremy wydawały się dokonania Death Grips, pojawia się nagle ekscentryk przesiąknięty internetową kulturą (choć bardziej deep webem niż Redditem). Wraz z zeszłorocznym Veteran, pierwszym komercyjnym sukcesem rapera, Peggy postanowił znaleźć swoją brzmieniową niszę, robiąc krok wstecz i osadzając industrialne, eksplozywne brzmienie w kontekście melodyjnych kawałków brzmiących jak mocno przegnite R&B. Poprzeczka dla jego następcy All My Heroes Are Cornballs była postawiona zatem bardzo wysoko.

Tym, co w przypadku poprzednika podbiło serca wielu fanów, był wielki koncert kreatywności, w który Peggy zmienił tamtą płytę. Drugi album miał zatem sprawdzić, na ile kolażowe akrobacje artysty były jednorazowym trikiem, a na ile uniwersalnym językiem artystycznej wypowiedzi. Jakiekolwiek wątpliwości zostają jednak momentalnie rozwiane wraz z pierwszym trakiem na płycie — „Jesus Forgive Me, I am a Thot”. O utworze pisałem wcześniej już tutaj, ale warto dodać, że w kontekście całej płyty sprawdza się rewelacyjnie jako otwieracz i wrzuca nas bez zapowiedzi w wir kontekstów, stylistyk i odwołań. A przyznać trzeba, że produkcyjnie krążek to majstersztyk muzycznej erudycji. Widać, że raper orientuje się w szybko zmieniającej się kulturze i trendach produkcyjnych, ale filtruje je wszystkie przez własną estetykę.

Świetnym przykładem jest m.in. ironiczne podejście do kultury tworzenia „type beatów”, czyli darmowych instrumentali, najczęściej hiphopowych i trapowych, nawiązujących brzmieniowo do stylistyki konkretnego artysty, która to kultura często bywa krytykowana za brak inwencji w poszukiwaniu własnego języka. Oliwy do ognia dolewa fakt, jak bardzo oczywiste jest brzmieniowe nawiązanie do Death Gripsów, z którymi sam Peggy, przez swoją fizjonomię, często jest porównywany, a nawet mylony, co w wywiadach uznaje czasem za przejaw ukrytego rasizmu. Na All My Heroes Are Cornballs swoim poglądom daje zresztą upust jak nigdy wcześniej, komentując w tekstach przejawy toksycznej męskości (sam do siebie ma queerowe podejście, co przejawia zarówno w okładkowej kreacji, jak i częstym nazywaniu siebie „bitch”, „slut” lub „thot”, okazjonalnie „glock with the dick”, ale to inna kwestia), przemoc wśród czarnoskórych (ujęte w delikatną, choć ekscentryczną metaforę w „Grimy Waifu”) czy poglądy na współczesny rap (nie dało się subtelniej niż tytułując utwór „Rap Grow Old & Die x No Child Left Behind”). Nie zapominajmy też o jednej z najlepszych linijek roku, czyli Y’all deal look somethin’ like Brexit.

Największe wrażenie robi jednak warstwa muzyczna. Jpegmafia wpycha w beaty tyle różnych stylistyk, że w teorii nie ma to prawa brzmieć jakkolwiek spójnie. Na tym albumie, jak nigdy wcześniej, słychać fascynację najntisowym R&B, dzięki czemu całość nabiera cudownej smukłości i harmonii. Miłość do ostatniej dekady XX wieku zostaje ostentacyjnie zamanifestowana w dekonstrukcji jednego z największych klasyków tamtej ery, ale nie będę spoilerować, w którym momencie i jaki to numer, bo tego trzeba doświadczyć na żywo. W dalszych planach, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach, porozlewane są plamy białego szumu, noise’u, industrialnych sprzężeń czy wszelakich zglitchowanych kliknięć o dziwnych częstotliwościach. Zabieg ten ciągnie momentami syntezatorowe pasaże w kierunku chłodnego IDM-u, jak chociażby w zamykającym krążek „Papi I Missed U”, by innym razem pójść w kierunku post-westowskiego minimalizmu brzmiącego jak fantazja na temat The Life of Pablo (co najbardziej wyczuwalne jest w utworze tytułowym). „Free the Frial” przywodziłoby na myśl Brockhampton, gdyby tylko industrialne ambicje Iridescence znalazły przełożenie na rzeczywisty poziom muzyki na nim.

Fani agresywnego Peggy’ego spod znaku „Real Nega” czy „Baby I’m Bleeding”, którzy w ostatnim czasie mogli poczuć się zaniedbani, wreszcie znajdą ukojenie w eksplozywnych fragmentach, takich jak „Prone!” czy „Kenan vs Kel”, zaś poszukiwaczy nowych brzmień może zaintrygować soulowe zacięcie otwieracza czy ambientowych pasaży przewijających się co jakiś czas w utworach. Tyle stylistyk mogło łatwo wprowadzić niekontrolowany chaos, jednak narracja krążka jest poprowadzona świetnie, co stanowi duży progres w stosunku do Veteran, które, pomimo kapitalnych kawałków, ze strony narracyjnej miało dosyć mixtape’ową, wolną formułę. Tutaj jest jednak inaczej i, choć pod koniec wkrada się kilka zbędnych momentów („Buttermilk Jesus Type Beat” czy „Post Verified Lifestyle”), płyta ma świetne flow i ani przez chwilę nie pozwala sobie na utratę uwagi słuchacza.

All My Heores Are Cornballs to bezapelacyjnie jedno z najciekawszych muzycznych zjawisk tego roku. Chociaż element zaskoczenia, który był obecny przy pierwszych przesłuchaniach poprzednich albumów Jpegmafii tutaj nie jest aż tak duży, w ramach zachwycającej formy udało się po raz pierwszy przemycić tu aż tak dużo treści i piosenkowej materii.

Jpegmafia pojawi się na debiutanckim albumie Vegyna!

O Vegynie po raz pierwszy pisaliśmy przy okazji premiery jego imponującego mixtape’u, a później – dwóch oryginalnych wideoklipów zrealizowanych do „Blue Verb” i „Cowboy ALLSTAR”. Teraz Joe Thornalley zaprezentował swój trzeci singiel, a „Nauseous / Devilish”, w którym na glitchowym bicie nawija Jpegmafia, promuje zapowiedziany na 8 listopada oficjalny debiut artysty. Mężczyźni współpracowali już ze sobą przy okazji „Rap Grow Old & Die x No Child Left Behind” pochodzącego z wydanego miesiąc temu All My Heroes Are Cornballs, drugiego albumu Peggy’ego. Nadchodzący Only Diamonds Cut Diamonds zapowiada się więc obiecująco!

#FridayRoundup: Sampa The Great, Charli XCX, Jpegmafia i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Po zeszłotygodniowym wysypie premier, tym razem jest nieco spokojniej, co nie oznacza wcale, że nie mamy ciekawych rzeczy, także z naszego rodzimego podwórka. Zapraszamy do odsłuchów.


The Return

Sampa The Great

Ninja Tune

Gdyby wyciągać pochopne wnioski na podstawie singli promujących pełnoprawny debiut Sampy The Great, to w momencie premiery można obudzić się z uczuciem zaskoczenia. Ostateczna forma Sampy przyniosła produkcyjne ugładzenie. The Return jest długą opowieścią (bijącą na głowę niedawne rekordzistki Rapsody i Lanę Del Rey), na której artystka wraca nie tylko do własnych korzeni, ale i do dość staromodnej jak na dzisiejsze czasy oprawy muzycznej. Wprawna raperka, którą mogliśmy słyszeć w singlach, na albumie otacza się głównie neo-soulowymi aranżacjami, z chwilami odejścia od reguły na rzecz smooth soulu, jazz-rapu czy muzyki gospel. Pomaga jej w tym rodzina i cała rzesza muzyków z różnych zakątków świata, m.in. Jace XL i Silent Jay, związani z Hiatus Kaiyote. Album dla cierpliwych. — Maja Danilenko


Charli

Charli XCX

Asylum Records

Charli XCX przechodzi na wyższy poziom. Na pełnowymiarowym czwartym krążku Charli podtrzymuje electropopowe, syntetyczne brzmienie. I tym razem zaprosiła do współpracy wielu gości. Wspierają ją rockowe siostry Haim, koreańska sensacja Yaeji, diwa R&B Lizzo, ikony nowoczesnego popu Troye Sivan i Sky Ferreira, a także raperzy Brooke Candy i Tommy Cash, by wymienić tylko niektórych. Na wyprodukowanym przez A.G. Cooka longplayu, na którym piosenkarka kreuje się na androida, można znaleźć kilka odniesień do wcześniejszej twórczości brytyjskiej wokalistki. Przykładem może być „I Blame It On Your Love” z Lizzo. Nagranie to podkręcona, finałowa wersja outra z mixtape’u Pop 2 „Track 10”. W sieci krążyło wcześniej kilka nieopublikowanych wcześniej przeróbek, w tym ze Stefflon Don. Wolniejsze kompozycje (np. „I Don’t Wanna Know” i „Official”) budują za to tło dla hajlajtów. Na wyjątkową uwagę zasługuje zwariowane „Shake It” z Cupcakke i Brooke Candy, a także „Gone” z francuską królową popu Christine and the Queens. Znalazło się także miejsce na podróże: do lat 80. („Cross You Out” ze Sky Ferreirą i „White Mercedes”), 90. („1999”) i przyszłości. Kończące album „2099” to eksperymentalny sequel wydanego rok temu cybernetycznego „1999” z Troye’em Sivanem na pokładzie. Efekty dźwiękowe jak z kaset VHS, przestery i glitch artowa estetyka tworzą tutaj wielowarstwowy, zdigitalizowany pop. Charli XCX najnowszym albumem udowadnia, że jest przyszłością mainstreamowej muzyki, a już na pewno jej ważną figurą. — Ibinks


All My Heroes Are Cornballs

Jpegmafia

EQT Recordings

All My Heroes Are Cornballs to followup do zeszłorocznego albumu Veteran, który wyciągnął Peggy’ego z trzewi bandcampowego podziemia ku altrapowemu mainstreamowi.Tym, co zadecydowało o sukcesie poprzednika, była niesamowita świeżość brzmienia i kreatywność, zaskakująca nawet obytych z formułą eksperymentalnego rapu. Tegoroczny album był zatem, przede wszystkim, próbą sił twórczych i nośności raz ogranych już pomysłów, jednak finalny wynik w dużej mierze przeskoczył nasze oczekiwania. Jpegmafia próbuje wybudować arthouse po środku getta. Industrialne, perwersyjne plamy sprzężeń i przesterów, w pewien sposób definiujące brzmienie poprzednich wydawnictw, tutaj, choć dalej obecne, gęsto rozlewają się po muzycznych planach, zaś pierwsze skrzypce zaczyna grać przepełniona najntisową nostalgią fantazja na temat oldschoolowego rapu z domieszką ciepłego R’n’B, co najlepiej słychać w zupełnie niespodziewanym coverze legendarnego kawałka TLC “No Scrub”. Tym, co błyszczy najjaśniej pozostaje jednak sama osobowość rapera. Tytuły tracków ociekają kąśliwym sarkazmem, zaś teksty odważnie chwytają się kontrowersji, zalewając słuchacza czarnym humorem. Trudno stwierdzić, czy to już peak umiejętności, ale jeżeli miałoby być tylko lepiej, to przyszłe nagrania mogą być kamieniem milowym dla gatunku. — Wojtek Siwik


You Are My Sun

Sonar Soul

U Know Me

Po dwóch świetnych albumach wydanych z zespołem Sonar oraz znakomicie przyjętym krążku duetu RYSY, nadszedł czas na długogrające, solowe wydawnictwo od Łukasza Stachurko, podpisującego się jako Sonar Soul. Na You Are My Sun oddaje on hołd klubowej muzyce z lat 90., a pomagają mu w tym znakomici artyści, wśród których znaleźli się Michał Sobierajski, Rosalie., Igor Walaszka (Bass Astral x Igo), Baasch oraz pewna znana wokalistka podpisująca się jako Zofia Lubos. Nad ostatecznym brzmieniem całości czuwał niezawodny Dj Eprom, a za wydanie odpowiada U Know Me Records. — efdote


Injury Reserve i Jpegmafia we współpracy z noiserockowym zespołem

Injury Reserve ogłosili poprzez Instastory, że po wydaniu swojego komercyjnego debiutu (który mieliśmy okazję recenzować) powracają do dzielenia się z z fanami luźnymi singlami. Jako pierwsze w sieci pojawiło się „HPNGC”, kolaboracja duetu z nieprzewidywalnym Peggym oraz noiserockowym projektem Code Orange.
Sama koncepcja hałasu i sprzężeń dla żadnego z artystów zaangażowanych w ten track nie jest pierwszyzną. Jpegmafia jako jeden ze swoich znaków rozpoznawczych ustanowił wypełnianie przestrzeni w tradycyjnych hip hopowych beatach plamami wszechobecnego szumu, a Ritchie z ekipą, choć nieco subtelniej, nieraz sięgali w produkcjach po industrialne sprzężenia i agresywny przester. Co jednak ciekawe, ostateczny produkt tej współpracy sięga bardziej po estetykę dusznej, wycofanej paranoi, niż eksploatowanie plam kakofonii. Stylistycznie to bardziej zderzenie podszytego piosenkowym shoegazem „Bleeding in the blur” i „Koruna & Lime” niż dźwiękowej agresji wypełniającej większą część Forever (albumu Code Orange z 2017 roku). Rozpoczynający się cichą, momentami wręcz szeptaną zwrotką Ritchiego kawałek stopniowo się rozwija, choć nigdy nie osiąga climaxu. Wycofana narracja (nabierająca nieco tempa dopiero w momencie pojawienie się Peggy’ego) sugeruje nadchodzące niebezpieczeństwo i do ostatniej chwili utrzymuje to napięcie, nie pozwalając mu się rozładować.

Takie kawałki jak „HPNGC” udowadniają tylko, jak daleko przesuwane są obecnie granice tego, co rozumiemy jako hip hop. I choć oldschoolowe głowy mogą być zniesmaczone, to my bardzo cieszymy się, że ten gatunek, będąc obecnie właściwie wszędzie, żyje, rozwija się i dalej potrafi zaskoczyć.

Jpegmafia modli się o przebaczenie

Jedno z najkreatywniejszych, ale i najbardziej nieprzewidywalnych i nieokiełznanych zjawisk na obecnej scenie hip hopowej powraca niedługo z nowym albumem zatytułowanym The Dissapointment i ujawnia pierwszy singiel promujący.

Jpegmafia, bo o nim, oczywiście mowa, podzielił się z nami utworem „Jesus Forgive Me, I am a Thot”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Wybacz mi Jezu, jestem zdzirą”. Osoby nieznające twórczości rapera mogą poczuć zniesmaczenie, natomiast pamiętać należy, że utwór ten wychodzi spod pióra człowieka, który na swoim koncie ma tracki takie jak „I Cannot Fucking Wait Until Morrisey Dies” czy „I just killed a Cop now I’m horny”. I w tym utworze również artysta przesuwa granice, choć w nieco inny sposób. Kąśliwe punchline’y łączy z uduchowioną, sakralną stylistyką modlitewnego gospel-soulu. Niespodziewane wybuchy agresji i balansowanie na granicy autotune’owego uniesienia i niemal pierwotnej agresji sprawiają, że track na przestrzeni 2 i pół minuty przechodzi gwałtowne zmiany nastroju i obiera przeróżne kierunki narracyjne, pozostając przy tym zaskakująco spójnym.

O produkcyjnej stronie utworów artysty wypowiedział się we niedawno Kenny Beats we vlogu, który ostatnio pojawił się na kanale Peggy’ego na Youtube, mówiąc, że brzmi ona, jakby ktoś pozostawił „normalny” beat na kilka dni zabaw w deep webie. Trudno o lepszą rekomendację. Utworowi towarzyszy arthousowy teledysk, w którym Peggy, jakże wymownie, wyrapowuje swoje zwrotki na tle błękitnego nieba. Ten człowiek nie przestaje nas zaskakiwać.