40 najlepszych albumów 2016

Data: 19 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

Soulbowl20.

Nawiasem mówiąc

Łona i Webber

Dobrze Wiesz Nagrania

Nawiasem mówiąc, piąta (i pół) płyta Łony i Webbera jest jedną z ich lepszych, jeżeli nie najlepszą produkcją. Tylko Łona w naszym rapowym światku jest w stanie zauważyć plakatowy romans Gombrowicza i Azealii Banks przed opublikowaniem takiego gorącego newsa na portalach typu Pudelek czy TMZ. Aż strach pomyśleć jakie jeszcze połączenia Adam potrafi dostrzec w sklepach z szeroko pojętą kulturą. Doskonale wie, że jesteśmy gdybającym narodem i spokojnie moglibyśmy w tej dyscyplinie wystawić drużynę na olimpiadzie i co cztery lata sięgać po złoty medal, GDYBY igrzyska obejmowały taką konkurencję. Doskonale wie, dlaczego Jarmusch chudnie w połowie, kiedy decydujemy się na heroiczny czyn, rzucając papierosy i tym samym nasze rozmowy ubożeją bez dymiącego nałogu. Łona jest rozbrajający w rapowaniu o prostych sprawach w metaforyczny sposób — odsłuchujesz te numery kilkukrotnie i za każdym razem wyłapujesz kolejne metafory, czy odniesienia chociażby do słów homilii Jana Pawła II bądź bajki „Wilk i Zając”. To wszystko podane w błyskotliwy i oryginalny sposób, no ale nawiasem mówiąc, czy kogoś to jeszcze dziwi w przypadku tego duetu? [Więcej] — Kulek

„Nie mam pojęcia”


Soulbowl19.

blackSUMMERS’ night

Maxwell

Columbia

Wydane w 2009 roku BLACKsummers’night i komercyjnie, i stylistycznie było triumfalnym powrotem weterana, o którym niewielu już pamiętało, ale ci, którzy nie zapomnieli, patrzyli w przyszłość z niesłabnącą wiarą. Siedem lat później sytuacja się powtarza. Zmieniają się kontekst i nasz bohater. Nie zmienia się natomiast wizja. To po prostu Maxwell nagrywający kolejny album Maxwella w ramach luźnego pomysłu sprzed lat. Maxwell nadal jest wielowymiarowym artystą — znajdziemy tu m.in. wdzięcznie pulsujące łączące przebojowość singli z BLACKsummers’nightblackSUMMERS’night pozostawia wiele do życzenia, to mimo wszystko udana płyta. Miejmy nadzieję, że, jak to zazwyczaj w przypadku trylogii bywa, druga część okaże się tą najsłabszą. Czekamy na wielki finał. — Kurtek

„All the Ways Love Can Feel”


Soulbowl18.

We Are King

King

KING Creative

We Are King jak mało który album w ciągu minionej dekady zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu. Krążek brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery Janet Jackson — od „Funny How Time Flies” po „No Sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę. Uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem. Przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni. Ale mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego prym wśród dwunastu numerów na krążku, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie. [Więcej] — Kurtek

„Carry On”


Soulbowl17.

99.9%

Kaytranada

XL Recordings

Przygotowywał nas na ten debiut dosyć długo, przez kilka lat wypuszczając produkcje oraz remiksy, które z miejsca stawały się klasykami i opanowywały parkiety nie jednego klubu. Czerpiąc inspiracje z jazzu, disco, house’u oraz elektroniki, produkujący wcześniej w swoim domowym zaciszu proste hip-hopowe bity, urodzony na Haiti, ale reprezentujący Kanadę — Kaytranada, stał się przez to jedną z ikon współczesnego nowego soulu. Na 99.9% otrzymujemy swoiste podsumowanie tego, co na tej właśnie scenie działo się przez ostatni czas. Sami przyznacie, że takie postacie jak Syd, Anderson .Paak, AlunaGeorge, GoldLink czy Vic Mensa, robią od kilku miesięcy spore zamieszanie w muzycznym świecie, wnosząc do niego wiele świeżości, która na tym albumie wyczuwalna jest w niemal 100%. Jeżeli dorzucimy do tego kilka znakomitych instrumentali i świetny gościnny udział powracającego w tym roku Craiga Davida, otrzymujemy produkt niemal kompletny, do którego po prostu chce się wracać. — Efdote

„You’re the One”


Soulbowl16.

The Life of Pablo

Kanye West

GOOD Music

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych ludzi showbiznesu o mały włos nie poradziłby sobie z wyśrubowanym szumem medialnym i narzuconą na siebie presją mijającego roku. Tym bardziej nie powinniśmy zapominać o jedynej tak naprawdę istotnej dla osób trzecich rzeczy, którą jest jego muzyka. The Life of Pablo brzmi trochę jak współczesna wersja debiutanckiego The College Dropout, pomijając 12 lat solowej kariery wydawniczej. Kanye znowu wrócił do żonglerki samplami, eksperymentując z najróżniejszymi melodiami i brzmienami, od tych popularnych po zupełnie nieszablonowe. Wiecznie ewoluujący i udoskonalany projekt wprost oddaje znacznie większe zacięcie artystyczne Ye niż szufladka gorącego podkładu i wywołujących skrajne reakcje tekstów, do której często próbuje się go wpakować. [Więcej] — Mleczny

„Famous”


Soulbowl15.

Untitled Unmastered

Kendrick Lamar

Tog Dawg Entertainment

Dramat 28-latka z Compton: chciał wydać składankę z odrzutami, a krytycy wraz ze słuchaczami i tak padli na kolana, ogłaszając materiał jego kolejnym ważnym osiągnięciem współczesnego hip hopu. Odkładając żarty na bok, to niebywałe jak zbiór niewykorzystanych podzespołów bezbłędnego To Pimp a Butterlfy również potrafi ustać na własnych nogach, a nawet jeszcze czymś zaskoczyć. Niezwykłą sytuacją jest sytuacja, w której niezobowiązująca kompilacja przewyższa poziomem niejeden kreślony szkolną ekierką i cyrklem konceptualny albumik (tak, to do J. Cole’a). Pimp pimp hurray! [Więcej] — Chojny

„Untitled 8”


Soulbowl14.

The Devine Feminine

Mac Miller

REMemeber

Mac Miller nagrał płytę, którą można zakwalifikować jako muzyczny list miłosny. The Divine Feminine to album przepełniony melodyjnością, ciepłymi dźwiękami i fantastycznym vibem. Pomiędzy brzmienie dęciaków, klawiszy, saksofonu czy smyczków zostały wplecione miłosne opowieści Maca, który zatracił się między rapem a soulem, a nawet funkiem z „Dang!” na czele. Ciężko wrzucić ten materiał do szuflady stricte hip-hopowej. Miller od zawsze imponował swoją uniwersalnością w kwestii zabawy głosem, ale teraz postanowił rozciągnąć śpiewanie i zawodzenie na dużą część płyty. W dodatku próżno tutaj szukać tandety czy festyniarstwa zarówno pod względem muzyki, jak i słów. [Więcej] — Kulek

„God is Fair, Sexy Nasty”


Soulbowl13.

Emily’s D+Evolution

Esperanza Spalding

Concord

Dla części fanów Esperanzy Spalding jej piąty krążek może okazać się nie lada zaskoczeniem. Na Emily’s D+Evolution artystka coraz bardziej muzycznie odchodzi od ściśle rozumianego jazzu, a wchodzi w rejony do tej pory w jakimś sensie dla siebie nieodkryte prezentując nam swoje alter ego — Emily. Teraz jest mocniej, bardziej gitarowo, wręcz rockowo, bo instrumentalnie to właśnie gitara elektryczna króluje w dużej części numerów na płycie. Pojawiały się nawet porównania do Prince’a, ale wyraźnie słychać, że artystka była pod silnym wpływem dokonań chociażby Janelle Monáe. Naleciałości poprzednich płyt także są, ale to jednak nowa jakość w karierze wokalistki. Doskonała warstwa muzyczna połączona z bardzo dobrymi tekstami zaśpiewanymi na jazzowo sprawia, że zanurzamy się w jedną wielką jazz-rockową czy może nawet funk-rockową operę. [Więcej] — Dill

„One”


Soulbowl12.

IV

BadBadNotGood

Innovative Leisure

Tegoroczny krążek kanadyjskiej grupy BadBadNotGood to najbardziej popowy materiał w ich dorobku, co okazało się niezwykle trafionym i odświeżającym zabiegiem. Obok standardowej dawki wciągających, skomplikowanych jazzowych kompozycji pisanych na hip-hopowo muzycy reprezentujący scenę z Toronto pewniej sięgnęli również po soul i funk, a nawet umocnili pozycję elektronicznych brzmień w swojej twórczości. Porywające, melodyjne, ciepłe i delikatne kolaboracje z Samem Herringiem, Charlotte Day Wilson i Mickiem Jenkinsem spoytkają się tutaj z chłodną precyzją jazzowych wariacji instrumentalnych. [Więcej] — Mleczny

„Lavender”


Soulbowl11.

Anti

Rihanna

Westbury Road

Anti jest tym, czego do tej pory najbardziej Rihannie brakowało — jej pierwszym koncepcyjnie, brzmieniowo i songwritersko koherentnym materiałem długogrającym. Chociaż Rihanna podobnie jak wcześniej miesza w obrębie płyty pop, rock, dancehall, hip-hop i R&B, produkcja jest na tyle subtelna i nastawiona na detale, że poszczególne piosenki komponują się ze sobą nadzwyczaj dobrze. Choć Anti podobnie jak wcześniejsze krążki piosenkarki jest dziełem zbiorowym — Rihanna wyszła poza krąg stałych współpracowników i wyciągnęła rękę w stronę artystów, którzy z powodzeniem w ostatnich latach tworzą nową falę R&B. Dzięki nim melodie są tu z reguły bardziej złożone niż na wcześniejszych wydawnictwach piosenkarki, a przez to utwory angażują słuchacza na zupełnie innym niż dotychczas poziomie. Nie jest to zatem album, któremu można oddać sprawiedliwość po jednokrotnym przesłuchaniu, ale materiał, który z każdym kolejnym odsłuchem zdaje się odsłaniać przed słuchaczem jakiś nowy szczegół. [Więcej] — Kurtek

„Woo”


strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy