40 najlepszych albumów 2016

Data: 19 grudnia 2016 Autor: Komentarzy:

Soulbowl10.

For All We Know

Nao

Little Tokyo

Długogrający debiut Nao znakomicie łączy w sobie wszystko to co najlepsze, jeśli chodzi o aktualny wachlarz okołosoulowych brzmień. R&B z lat dziewięćdziesiątych powraca tu w uwspółcześnionej wersji. W emocjonalnych balladach przepełnionych gitarowymi riffami i elektronicznymi rozwiązaniami, Nao urzeka wokalnymi akrobacjami, autentycznymi wyznaniami i uzależniającymi refrenami. Synthoulowe zacięcie, neosoluowe wzorce i niesamowita dawka energii sprawiają, że twórczość Brytyjki w pełni pokazuje, jak współczesne R&B powinno brzmieć i w jakiej postaci należy je podawać, by czerpało z przeszłości, znakomicie funkcjonowało aktualnie i dawało ogromną nadzieję na dalszy rozwój w najbliższym czasie. [Więcej] — Adrian

„Girlfriend”


Soulbowl9.

„Awaken, My Love!”

Childish Gambino

Glassnote

Na swojej najnowszej płycie Donald Glover postanowił odejść od dotychczasowego wizerunku rapera, którego główną specjalnością były punchline’y i gry słów. Zamiast tego, na „Awaken My Love!” pochodzący z Atlanty artysta zwrócił się w stronę inspiracji ambitnym brzmieniem funku i soulu spod znaku Funkadelic czy Prince’a. Sukces tej płyty polega nie tylko na fantastycznej, dopracowanej w każdym detalu warstwie muzycznej, która w takim samym stopniu łączy oldchoolowy klimat lat siedemdziesiątych z nowoczesnym zacięciem. Równie istotne jest to, że Gambino udało się uniknąć bezrefleksyjnego naśladownictwa swych idoli i z tej mieszanki inspiracji ulepił coś charakterystycznego i w stu procentach swojego. [Więcej] — Jędrek

„Me and Your Mama”


Soulbowl8.

Love & Hate

Michael Kiwanuka

Polydor

Z pomocą Danger Mouse’a Michael Kiwanuka wyszedł obronną ręką z dojrzewającej przez ostatnie cztery lata klątwy drugiego albumu. Kiwanuka śmiało zwrócił się w stronę soczystej progresywnej fuzji soulu, funku, rocka, gospel i subtelnych orkiestrowych aranży, które kiełkowały już przed czterema laty na jego debiucie, a Danger Mouse doskonale wiedział, jak to połączone zaadaptować, aby zabrzmiało współcześnie, ale ponadczasowo. Kiwanuka nie próbuje się jednak pod wymyślnymi aranżacjami ukrywać — choć jest mu z nimi nadzwyczaj do twarzy, w dalszym ciągu pozostaje tym samym wrażliwym chłopakiem z gitarą. Nie przebiera się, nie zwodzi słuchacza, nie odwraca od siebie uwagi, by zatuszować niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, obraca je w atut i podaje w oprawie, która jednocześnie rozdziera i koi, rozdrapuje rany, by za chwilę je zasklepić. [Więcej] — Kurtek

„Place I Belong”


Soulbowl7.

Coloring Book

Chance the Rapper

self released

Jeśli wiara przenosi góry, to Chance the Rapper jest na to żywym dowodem. Coloring Book to kolejny darmowy mixtape rapera, który rozmachem i jakością przewyższa prawie każdą mainstreamową pozycję z tego roku. Gdzieś pomiędzy zakonem hiphopowców mierzących swoją wiarę za pomocą rozmiaru złotego łańcucha z podobizną Jezusa, a działającego w niszy nurtu obciachowego christian rapu, pojawia się taki Chance i objawia słuchaczom złoty środek między miejską muzyką a wiarą. Mixtape ten stał się powodem, dla którego Akademia postanowiła zacząć nominować do nagród Grammy wydawnictwa niezależne takie jak to. Cuda, ludzie, cuda! [Więcej] — Chojny

„Blessings 2”


Soulbowl6.

We Got It From Here… Thank You 4 Your Service

A Tribe Called Quest

Epic

We Got It From Here… Thank You 4 Your Service to satysfakcjonujące w pełnym tego słowa znaczeniu zamknięcie jednego z najważniejszych rozdziałów hip hopu. To także instrukcja — nie tylko dla artystów rapowych; jak zaliczyć udany powrót po bezprecedensowo długiej (18 lat!) przerwie. Po pierwsze, idealnie wyważyć to, co aż za dobrze znane z tym co nieznane. Po drugie, zręcznie odnaleźć się w kontekście zupełnie innych czasów i zupełnie innych widoków za oknem. Po trzecie, nigdy-przenigdy nie stracić miłości do tego, co się robi. A Tribe Called Quest, dziękujemy za służbę. [Więcej] — Chojny

„Dis Generation”


Soulbowl5.

Atrocity Exhibition

Danny Brown

Warp

Obok ubiegłorocznego To Pimp a Butterfly, Atrocity Exhibition to najważniejszy współczesny hip-hopowy krążek. Wyprodukowany w większości przez szalonego geniusza Paula White’a album eksploruje nieznane dotychczas połączenia elektorniki i rockowej awangardy z rapem. Eksperymentalny hip-hop ma w swoim kanonie takie perły jak Madvillainy, Funcrusher Plus czy Deltron 3030, aczkolwiek żadna z nich nie niszczyła wszelkich schematów tak doszczętnie i oryginalnie jak narkotyczny, niekontrolowany lot Danny’ego Browna, który tym materiałem dowiódł, że jest artystą kompletnym. [Więcej] — Mleczny

„Pneumonia”


Soulbowl4.

Malibu

Anderson .Paak

Steel Wood

Miniony rok był zdecydowanie rokiem Andersona .Paaka. Między innymi wydatny udział na Compton Dra Dre i wspólna epka z Knxwledgem jako NxWorries sprawiły, że właściwie nieznany do tej pory szerszej publiczności wokalista stał się tym, na którego nową płytę wszyscy czekali z zapartym tchem. Malibu jest rzeczą zdecydowanie bardziej dojrzałą od wypuszczonego dwa lata temu Venice. Paak wreszcie się stylowo określił. Na poprzednim krążku w wielu numerach, a to śpiewał, a to rapował, łącząc jedno z drugim do tego stopnia, że trudno było stwierdzić, kim właściwie jest — raperem czy soulowym wokalistą. Malibu pokazuje, że jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mu druga opcja, choć od rapowania też nie stroni. Słucha się tego wszystkiego cudownie. Nie tylko ze względu na Andersona, który, prezentuje się także jako dobry tekściarz; warstwa muzyczna współtworzona również przez niego samego, jest porywająca nie mniej niż główny bohater. Cała płyta jest w zasadzie przepełniona nawiązaniami do różnych lat i stylów — soulu, hip-hopu, funku. Malibu to po prostu znakomity materiał, jak najbardziej wart wszystkich pozytywnych recenzji, jakie dostaje w zagranicznej prasie. [Więcej] — Dill

„Parking Lot”


Soulbowl3.

Blonde

Frank Ocean

Boys Don’t Cry

Na Blonde Frank Ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości. Rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie. Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip. Ocean mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. [Więcej] — Kurtek

„Nights”


Soulbowl2.

Lemonade

Beyoncé

Parkwood

Lemonade to bez wątpienia najciekawszy jak dotąd krążek Beyoncé. Piosenkarka wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama. Dominantą wciąż pozostaje jednak pierwszoligowy pop — bez Diane Warren na pokładzie, ale z gamechangerami — Jackiem White’em i Kendrickiem Lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki. Jednak niezależnie od przyjętej konwencji Beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana. Główną siłą Lemonade jest jednak nie tyle Beyoncé w roli kobiety o stu twarzach, co doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności. Lemonade to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego R&B. [Więcej] — Kurtek

„All Night”


Soulbowl1.

A Seat at the Table

Solange

Saint

A Seat at the Table, od lat oczekiwany pełnowymiarowy powrót Solange, to longplay z krwi i kości, dbający jednakowo o szczegół i ogół — album, który pochłania się jednym tchem. Wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu. Brzmieniu plasującym się pomiędzy sophistipopowym anturażem King, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt Eryki Badu a delikatną aurą niezapomnianej Minnie Ripperton. A Seat at the Table to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które Solange wypracowała przed czterema laty z Devem Hynesem na kultowym już True. Tym razem nad całością czuwał weteran soulu Raphael Saadiq i być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od A Seat at the Table, dzięki któremu krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów. Sama Solange jest na krążku subtelna, ale też szczera, zdecydowana i pewna siebie. Z pomocą Saadiqa po mistrzowsku udało jej się przekuć synthsoulowy minimalizm True na bardziej złożoną brzmieniowo tkankę. Nie sposób nie dojść do wniosku, że tytułem i zawartością A Seat at the Table Solange zaprasza nas do własnego stołu. Nie wszyscy z tego zaproszenia skorzystają, ale z pewnością dla każdego znajdzie się miejsce. [Więcej] — Kurtek

„F.U.B.U.”


Za plejlistę dziękujemy BuszkersowiU Know Me Records.


strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy