40 najlepszych albumów 2015

Data: 21 grudnia 2015 Autor: Komentarzy:

albumy2
Już po raz ósmy prezentujemy wam naszą selekcję najlepszych płyt roku. Wówczas podsumowaliśmy rok stwierdzeniem, że umarło R&B, niech więc żyje soul. Z perspektywy czasu wiemy, że R&B nie tylko nie umarło, ba! przeszło prawdziwe odrodzenie i ma się dużo lepiej niż dekadę temu. Znakomicie ma się także soul — a nawet lepiej hip hop, funk i jazz, które stały się podstawą najlepszych czarnych płyt 2015. A co to za płyty? Zapraszamy do lektury!


40.

Bloom

Szatt

Flirtini

Bloom to powiew świeżości. Naprawdę udany album, przy którym ciężko się nudzić. To zasługa tego, że całość została bardzo skrupulatnie przemyślana, zarówno w aspekcie pojedynczych utworów jak i ogólnego konceptu. Okrutnie trudno podpiąć cały album pod jeden gatunek. Wszystko opina się wokół szeroko pojętej elektroniki — od trip-hopu, przez glitch, nową falę r&b, po klimaty, które jednoznacznie kojarzą się wszystkim entuzjastom nowego brzmienia z Soulection. Miejmy nadzieję, że to tylko rewelacyjny początek kariery niesamowicie utalentowanego producenta. [więcej]Richie Nixon


39.

And After That, We Didn’t Talk

GoldLink

Soulection

Główna siła D’Anthony’ego Carlosa tkwi w dynamicznym, melodyjnym flow oraz niezwykłej łatwości w poruszaniu się po bitach z pogranicza hip-hopu i muzyki house. Dorzucając do tego bezczelne wersy oraz miłosno-seksualną narrację w stylu Abla Tesfaye’a, otrzymujemy pełen obraz GoldLinka — artysty z wielkim potencjałem, którego ciężko zamknąć w szufladce z fiszkami opatrzonymi nazwami „rap” czy „elektronika”. And After That, We Didn’t Talk nie zachwyca może aż w takim samym stopniu jak The God Complex, ale to cały czas bardzo udany debiut, który ugruntowuje mocną pozycję GoldLinka w electro-rapowej niszy. [więcej]Gardys


38.

Seven Sundays

SiR

Fresh Selects

Każdy odbiorca osłuchany z soulem i R&B powinien zapoznać się z materiałem zawartym na Seven Sundays, z którego trudno wypunktować jakiekolwiek słabsze momenty. Wystarczy zresztą wczytać się w nazwiska odpowiedzialne za warstwę muzyczną tej płyty — Knxwledge (1/2 NxWorries), Tiffany Gouché, DK the Punisher (który robił m.in. bity dla Mac Millera), J.LBS, Chrisa Dave (perkusista D’Angelo) czy Iman Omari — oto zwiastun samych dźwiękowych dobroci. Wśród ich produkcji kalifornijski wokalista odnajduje się znakomicie, operując głosem w zależności od instrumentalnego tła. Na płycie nie przewija się zbyt wielu gości, ale nie zabrakło wszędobylskiego Anderson Pa.aka. — Dźwięku Maniak


37.

Imani, Vol.

Blackalicious

OGM Recordings

Nieoczekiwanie, 10 lat po znakomitym The Craft, Blackalicious — jedna z najbardziej funkowych ekip w hip-hopie wróciła w tym roku z nowym, jak się okazuje, nie mniej przekonującym krążkiem — Imani, Vol. 1. Tym samym kalifornijski duet bezwzględnie potwierdza, że mimo upływu czasu jest w dalszym ciągu w znakomitej formie — Gift of Gab wciąż jest pierwszorzędnym emcee, a Chief Xcel nadal tworzy pełnokrwiste beaty wypełnione pozytywną energią. I choć można odnieść wrażenie, że czas zatrzymał się dla nich w miejscu, prześledzenie dotychczasowej dyskografii Blackalicious wykaże, że to nie czas, a konsekwentna realizacja wypracowanej koncepcji napędza karierę grupy. [więcej]Kurtek


36.

Tuxedo

Tuxedo

Stones Throw

Tuxedo, czyli wspólny projekt Mayera Hawthorne’a i Jake One’a, to wynik ich wspólnej fascynacji brzmieniem przełomu lat 70. i 80. Czasy, kiedy disco powoli wpadało w objęcia boogie i podszytego elektroniką funku, udało się panom doskonale oddać na swoim albumie. To muzyka zdecydowanie imprezowa, niezgłaszająca pretensji do naprawiania świata, ale za to piekielnie rozrywkowa, sprawiająca dużo frajdy i zmuszająca choćby do deliktanego tupnięcia nóżką, jeśli nie żywiołowego tańca. Wokal Mayera jest jak zwykle delikatny i aksamitny, a kompozycje Jake’a energiczne i technicznie wymuskane. Album jest spójny ale jednocześnie trochę przewidywalny, zanadto ugrzeczniony i sterylny. Któż by się jednak przejmował takimi niunasami podczas zabawy, a takie jest przecież jego główne przeznaczenie i w tym aspekcie sprawdza się znakomicie. — Emes


35.

Third Side of Tape

Lil Ugly Mane

self released

Travis Miller to jedna z najbardziej enigmatycznych postaci muzyki współczesnej. Od wielu dziwacznych pseudonimów, przez fascynację brzmieniem rapu z Memphis, po jeden z najbardziej eksperymentalnych, odkrywczych, eklektycznych i najambitniejszych projektów mijającego roku. Third Side of Tape to prawdopodobnie ostatnie wydawnictwo w serii, w której Lil Ugly Mane prezentuje swoje luźne, przepastne eksploracje muzyczne. Na dwóch poprzednich albumach odważniejsze eksperymenty zdawały się jednak być jedynie dodatkiem do formy taśmy beatowej. W przypadku tegorocznego materiału Miller zdaje się lewitować poza swoim ciałem po przedawkowaniu meskaliny, eksponując swój niezmierzony wszechświat inspiracji. Sześć dwudziestominutowych kompozycji lawirujących pomiędzy najbardziej odległymi od siebie brzmieniami i ramami zabiera nas w głąb świata tajemniczego, pełnego ciemnych uczuć — strachu i niepewności. Mimo bezdennego ogromu najróżniejszych dziwactw, materiał jest niewiarygodnie spójny i nawet na moment nie sprawia wrażenia przypadkowości. — Mleczny


34.

Coming Home

Leon Bridges

Columbia

Leon Bridges jest jednym z pierwszych piosenkarzy młodego pokolenia, którzy zaadaptowali w swej twórczości brzmienie południowego soulu w czystej postaci — bez dokonywania przekształceń, uproszczeń i uwspółcześnień. Jest w prostej linii dziedzicem muzycznej spuścizny Mavis Staples, Ala Greena czy Sama Cooke’a. Na Coming Home z jednej strony zwraca się w stronę przeszłych mistrzów, z drugiej zaś porusza się w obrębie ducha południowego soulu — garściami chwyta magię dawno minionych dni. To soul z krwi i kości, w pierwszorzędnym wykonaniu, niepozbawiony feelingu, prostoty i prawdziwości klasyków gatunku. [więcej]Kurtek


33.

Elaenia

Floating Points

Luaka Bop

Floating Points jest weteranem sceny klubowej, jednak na jego solowy debiutancki longplay musieliśmy poczekać aż do 2015 roku. Do tego czasu zdążył wydać wiele singli i epek, będących popisem producenckiego wyczucia i perfekcji. Jak nikt inny potrafi stworzyć klasyczny deep house, sprawdzający się i na parkiecie, i w domowym zaciszu. Jest niewątpliwym mistrzem aranżacji i budowania napięcia, co pokazuje albumem Elaenia. Na swoim debiucie odszedł nieco od stylistyki elektronicznej na rzecz jazzowych wariacji, współpracując z wieloma instrumentalistami, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Elaenia to oniryczne doświadczenie przenoszące słuchacza w inny wymiar. — Piechupiech


32.

Dark Sky Paradise

Big Sean

G.O.O.D. Music

Dark Sky Paradise to zdecydowanie najlepszy album Big Seana. Raper z Detroit nie porywa głębią tekstów ani tym bardziej poruszaną tematyką, za to świetnie radzi sobie z tworzeniem muzyki, która po prostu przynosi rozrywkę. Najważniejszą rzeczą, która powoduje, że tego albumu naprawdę dobrze się słucha, jest znakomite wyczucie własnego stylu. Zarówno bezkompromisowe przewózki, klubowe hity, przez mroczniejsze utwory, na rapowych balladach i śpiewanych refrenach (z którymi radzi sobie naprawdę dobrze!) kończąc — Big Sean świetnie czuje swoją muzykę. [więcej]Richie Nixon


31.

90059

Jay Rock

Top Dawg

Musiały upłynąć cztery długie lata, abyśmy mogli odsłuchać kolejny pełnoprawny krążek od Jaya Rocka. 90059 to kod pocztowy dla Watts w Kalifornii. I jeżeli można zwizualizować sobie tę płytę tylko jednym słowem, jest to właśnie Kalifornia. Zapomnijcie tylko o poprapowej wyidealizowanej otoczce i zanurzcie się w klimacie drugiego sezonu True Detective. To przemyślana i dopracowana płyty, z jednej strony zróżnicowana, z drugiej spięta klamrą dzięki ciemnej barwie brzmienia. Rewelacyjna warstwa tekstowa wsparta jest tu naprawdę imponującym warsztatem. Od spokojnego płynięcia po bicie przez wściekłe, prawie furiackie atakowanie kolejnych wersów, po wciągające storytellingi i śpiewane refreny Na taki album warto było czekać nawet cztery lata. [więcej]Richie Nixon


30.

Pretend

Seinabo Sey

Universal Music AB

Takiego talentu nie mogliśmy przegapić — mimo że Seinabo Sey nie pojawiała się wcześniej na naszym portalu, z marszu wskoczyła do zestawienia najlepszych albumów mijającego roku. Szwedzka wokalistka na debiutanckim Pretend eksponuje swój głęboki soulowy wokal, osadzając go w stylistyce nowoczesnego, elektronicznego soulu. Nie ogranicza się przy tym wyłącznie do jednego gatunku, ale eksperymentuje, pozwalając sobie na flirt z EDM-owymi wstawkami — jak w singlowym „Younger”. Dodatkowo wyraźnie odwołuje się do swoich gambijskich korzeni, korzystając z licznych bębnów i wyrazistej rytmiki, która dodaje energii jej kompozycjom. Nie rezygnuje przy tym z lirycznych, momentami monumentalnych ballad, jak chociażby gospelowe „Burial”. Błyskotliwe, pouczające i osobiste teksty dodają Seinabo autentyczności i pozwalają twierdzić, że trzyletnie przygotowania do wydania pełnoprawnego debiutu zaowocowały kompletnym i przemyślanym materiałem. Seinabo Sey jest kolejnym po Fatimie dowodem na to, że w wiejącej chłodem Skandynawii kryją się serca pełne ciepła i emocji. — Adrian


29.

In All Things

Columbia Nights

Record Breakin’

Muzyczna fuzja inspirowana starymi brzmieniami, ale i twórczością nacechowaną dzisiejszością. Utwory płynnie przechodzą z jednego w drugi, podkreślając spójność wydawnictwa, pomimo że usłyszeć na nim można zarówno soul, jak i elektronikę, jazz fusion, ambient czy hip hop. Niemal wszystko można tu na swój sposób powiązać można z Soulquarians. Nawiązanie nie jest wcale przypadkowe — Aaron AB Abernathy brzmi w „Coming Home” niczym D’Angelo, fenomenalny Diggs Duke odsyła nas w „Now” do afrobeatu, „Neverend” wyśpiewane przez Siairę Shawn powoduje ciarki i przypomina o subtelności Aaliyah, a Sarai Abdul-Malik w „The Rhythm” nadaje swoim wokalem mocy, śpiewając o kwintesencji tego, czym jest muzyka i co stanowi trzon In All Things. Chodzi o to, by muzyka swoim pięknem zbudowała harmonię, równowagę, trafiła we wszystko i poruszyła duszę — to ekipie Columbia Nights bez wątpienia się udało. — Dżesi


28.

Invite the Light

Dam-Funk

Stones Throw

Ostre jak brzytwa synthy, ciężkie jak cholera bębny, wszechobecny groove. Każdy poszukiwacz post-G-funkowych brzmień nie do dzisiaj wie, że nikt jak Dam-Funk takich wrażeń lepiej nie dostarczy. Dla pozostałych słuchaczy mam dobrą wiadomość — Invite the Light jest idealnym krążkiem, by rozpocząć swoją przygodę w krainie elektronicznej Kalifornii. Bardziej złożone kompozycje, przystępność dla nowicjuszy bez zatracenia oryginalnego pazura, bardziej albumowy charakter całości niż na lekko beattape’owych poprzednikach, no i takie postaci jak Q-Tip, Snoop dogg, Flea z Red Hot Chilli Peppers i Junie Morrison z Ohio Players legitymizujące fakt, że moc funku jest tutaj silna. No i Ariel Pink. Zaproszenie nie do odmówienia. — Chojny


27.

At.Long.Last.A$AP

A$AP Rocky

A$AP Worldwide

A$AP Rocky to obiekt kultu i hejtu zarazem. Gość ma białe laski w klipach, siedzi na tronie, popija napoje o skomplikowanym składzie chemicznym, włosy układa dłużej niż Danny Brown, wozi się w drogich markowych ciuchach, ogólnie wygląda jakby od zawsze bujał się po pokazach mody, a nie wychowywał na nowojorskim Harlemie — niektórym to zaimponuje, inni będą kręcić nosem, ale ciężko wobec niego przejść obojętnie. At.Long.Last.A$AP to udany powrót. Wszystko brzmi tutaj profesjonalnie i nie ma elementów przypadkowości. Rocky zrobił taki album, na jaki miał ochotę — odpowiadający jego obecnej sytuacji życiowej. Rocky jest coraz bardziej świadomym artystą, który podąża swoją ścieżką muzyczną. Ewoluuje, ale nie traci swojego stylu. At.Long.Last.A$AP to coś więcej niż kolejna nagrywka kodeinowego ćpuna. [więcej]Gardys


26.

Compton

Dr. Dre

Aftermath

W ciągu szesnastu lat wielu słuchaczy całkowicie zwątpiło, że Dr. Dre kiedykolwiek wyda jakikolwiek album. W 2015 roku Detoxu nadal nie ma i nie będzie. Mamy za to Compton — alternatywę dla tworzonego przez wiele lat, w bólach, albumu-legendy. Nie ma wątpliwości, że lepszy Compton w garści niż Detox na dachu. To nie The Chronic, ani 2001. Brakuje mu na pewno znamion, które cechują albumy uznawane za klasyczne. Bądźmy jednak szczerzy, to nadal cała masa znakomitych zwrotek, niezłych refrenów i świetnych bitów. Pamiętnik Dr. Dre został spięty klamrą z napisem „tajne przez poufne”, a jego autor odszedł z rap gry w stylu nieosiągalnym dla wielu — z klasą i miliardami na koncie. [więcej]Gardys


25.

From Kinshasa

Mbongwana Star

World Circuit

Z Kinszasy prosto na Księżyc. Tam właśnie zabierają nas członkowie Mbongwana Star, wieloosobowej folktronicznej orkiestry z Demokratycznej Republiki Konga. Podstawą krążka pozostaje plemienna rytmika, która jednak w zależności o numeru przybiera rozmaite formy. Tradi-modern pełną gębą! Muzycy nie boją się żonglować kontekstami i ostatecznie wychodzi im to znakomicie. From Kinshasa dla zachodniego słuchacza jest jednym wielkim remiksem — remiksem rozmaitych europejskich, amerykańskich i rzecz jasna afrykańskich motywów, w którym miesza się konfiguracje, stylistyki i znaczenia. Jak to możliwe, że można skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można polecieć na Księżyc? [więcej]Kurtek


24.

The Documentary 2 + 2.5

The Game

Blood Money

Game’a trzeba szanować. Chociażby za to, że rapując, potrafi wylać z siebie siódme poty. To jeden z graczy najbardziej kochających kulturę hip hopu. Można tu znaleźć dosłownie stos piosenek, które produkcyjnie stoją na wysokim poziomie. Wśród gości — najważniejsze obecnie nazwiska, za dźwięk odpowiadają najgorętsi teraz i dawniej muzycy. Cały album został zatwierdzony przez Dr. Dre, legendę z Compton. Autor Dokumentu nie wstydzi się opowiadać o swoich uczuciach, rodzinie, historii życia, wspomina zmarłych przyjaciół, oddaje cześć największym raperom, którzy przedwcześnie nas opuścili, i twardo używa słów, aby agresywnie przekazać myśli — taka zasada gangsta rapu. Porównując sequel do oryginału, można znaleźć trochę podobieństw, ale w 2015 roku Game dzieli się z fanami bagażem doświadczeń, podczas gdy dekadę temu dopiero raczkował. Trzeba mu przyznać, że dał z siebie wszystko. Jeśli dwójka nie jest lepsza od poprzednika, to przynajmniej mu dorównuje. [więcej]Antkovsky


23.

The Miner’s Canary

Akua Naru

The Urban Era

Akua Naru nie jest po prostu raperką. Jest poetką niesioną nieokiełznanym, ulicznym flow. The Miner’s Canary już samą okładką zdradza moc zawartości — na granatowym tle odznacza się spoglądająca z łagodną powagą Akua ubrana w szatę patchworkową niczym zlepek kultur, inspiracji i problemów świata. Na jej głowie zamiast korony spoczywa złoty krzew, na ramieniu siedzi tytułowy kanarek, a w rękach trzyma włócznię i mikrofon zamiast berła. Album od pierwszych sekund pochłania całą uwagę słuchacza, wciągając w muzyczną przestrzeń opowieści o waleczności, odzyskiwaniu siły i niezależności podążania nieutartymi ścieżkami. Naru zaprosiła do współpracy gości, którzy pomogli wydobyć bijący z jej materiału potencjał i podkreślić znaczenie słów. Płynąc na fali jazzującego soulu niepostrzeżenie, jakby emocjonalnie bardziej wzmocnionym, nagle dobija się do brzegu, chcąc przeżyć tę pulsującą basem podróż jeszcze raz. To dopracowany w każdym szczególe artystyczny towar najwyższej jakości — częstuje nieposkromioną hiphopową energią, oczarowuje eklektycznym brzmieniem, prowokuje do myślenia. Tej płyty nie wypada nie znać. — Brzózkaaa


22.

Making Time

Jamie Woon

Polydor

Na Making Time Jamie Woon zamiast nadal zagłębiać się w świat elektroniki, zwrócił się w stronę soulu i twórczości takich artystów jak D’Angelo czy Maxwell. Artysta bez pośpiechu realizował nowe założenia, a tytuł nowego albumu możemy czytać dosłownie — głównym tematem jest tu czas. Nie znajdziemy tu oczywistych hitów — ta płyta to inna, spokojniejsza muzyczna podróż. Wiodący singiel „Sharpness” to niezwykle stylowy, ale jednocześnie zmysłowy utwór z ciepłym wokalem, bez zbędnych w tym przypadku ozdobników. Wszystkie piosenki są naprawdę dobrze napisane — teksty, jak i melodie, są dogłębnie przemyślane. Jamie Woon ze swoją dbałością o szczegóły sprawił, że wszystkie warstwy muzyczne uzupełniają się. [więcej]Raspberry


21.

Unbreakable

Janet Jackson

Rhythm Nation

Nie jest to na pewno ten wielki powrót, na który wszyscy czekaliśmy, ale raczej przeglądem dotychczasowych wcieleń piosenkarki (choć z wyraźnym zwrotem w stronę dwóch poprzednich dekad). Refreny Jackson nadal są w większości mocne, a starzejąca się piosenkarka ucieka od swojego wcześniejszego wcielenia — odważnie eksponującego seksualne uniesienia, by ukoić pokiereszowaną duszę. Muzycznie nie jest to też dla Janet nowy początek, ale koniec końców pomimo pewnych ułomności koncepcyjnych Jackson wraca z tarczą, nie na tarczy — z uśmiechem na twarzy, optymizmem w głosie i kieszeniami pełnymi osobistych tekstów i całkiem niezłych refrenów. [więcej]Kurtek


20.

Reality Show

Jazmine Sullivan

RCA

Jazmine Sullivan na płycie stworzyła własne Reality Show o miłości i jej reperkusjach, osiągając tym samym wyżyny szczerości. Pomimo bezlitosnego i skomercjalizowanego rynku muzycznego artystka nie uległa współczesnym trendom i wniosła szczyptę świeżości do tradycyjnej czarnej muzyki. W charakterystyczne twarde beaty, wplątała elementy disco i elektroniki, co zmodernizowało cały projekt, dostosowując go do dzisiejszych realiów. Sullivan podjęła odważny krok, wystawiając swoje uczucia na widok kamer. Nie zatraciła przy tym jednak swojej tożsamości. W konsekwencji otrzymaliśmy solidny emocjonalny album, który zbliżył wokalistkę do czołowych nazwisk sceny R&B. [więcej]Forrel


19.

Love + War

Kwabs

Atlantic

Długo wyczekiwany album Love + War odsłonił wspaniałe umiejętności wokalne Kwabsa, pokazując z jaką emocjonalną siłą i niezwykłą harmonią mamy do czynienia. Przy pomocy sugestywnego i krzepkiego głosu i wrodzonego feelingu Londyńczyk porusza autentycznością i potrafi przekonująco zinterpretować każdy wers. Album jest mieszanką łatwych, przystępnych melodii i kompleksowej, współczesnej produkcji z pogranicza mainstreamu i trudniejszych rytmów opartych miejscami na cięższych bitach. Album w żadnym wypadku nie jest monotonny, ale harmonijny i dopracowany. [więcej]Forrel


18.

Summertime ’06

Vince Staples

Def Jam

Summertime ’06 to najodważniejszy rapowy debiut kilku ostatnich lat. Wszystko za tym przemawia: zerowa przebojowość, brak Young Thuga i Drake’a na featuringach, katastrofalna komercyjnie decyzja o podziale godzinnego materiału na dwa krążki. No i oczywiście sam charakter płyty — najbardziej ponurej pocztówki z Kalifornii, jaką sobie tylko możecie wyobrazić. W cieniu błyszczącej obecnie gwiazdy zachodniego wybrzeża, Kendricka Lamara, ciężko być równie ważnym oświeconym dzieckiem gangsta rapu. Staples wnosi jednak do dyskusji garść własnych diagnoz, patrzy na problemy bardziej od środka i jeśli muzyka naprawdę miałaby mieć moc naprawiania świata, to trzymałbym kciuki za ich wspólne działanie w tym kierunku. [więcej]Chojny


17.

In Colour

Jamie xx

Young Turks

W momencie szczytu popularności kultury rave w Wielkiej Brytanii w latach 90., Jamie Smith pląsał co najwyżej wśród przedszkolnych zabawek. Dziś, starszy o 20 lat i szerzej znany pod pseudonimem Jamie xx, z tamtych czasów czerpie wszystko, co pozwala mu stworzyć swoją muzyczną przestrzeń. 11 utworów składających się na In Colour to hołd dla muzyki, której młody artysta nie może pamiętać z własnego dzieciństwa, z którą jednak wyraźnie się identyfikuje. Każda z piosenek zawartych na In Colour jest na swój sposób wyjątkowa. Wszystkie razem stanowią ciekawą całość i uzupełniają się wzajemnie. [więcej]Raspberry


16.

Blood

Lianne La Havas

Warner UK

Udany debiut może być dla artysty błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Presja, która ciąży nad muzykami wydającymi swoje drugie dzieło musi być ogromna. Na szczęście Lianne La Havas należy do tej grupy, której nie tylko udało się powtórzyć sukces, ale nawet wyprzedzić swojej poprzednie płyty o kilka kroków. Blood to oczywiście naturalna kontynuacja założeń znanych bardzo dobrze z Is Your Love Big Enough?, ale piosenkarka sięgnęła tym razem po nieco jaśniejszą stronę soulu. Wciąż są to nagrania nieskomplikowane, pełne jednak ciekawie opowiedzianych miłosnych historii i tak rzadko spotykanej dziś autentyczności. Otwierające płytę „Unstoppable” już od pierwszych dźwięków sygnalizuje: ten album to hipnotyzujące wahadełko. Nie wspominając już o niesamowitej energii, która towarzyszy plastycznemu „Green & Gold”, przyjemnie bujającemu „What You Don’t Do” czy rebelianckiemu „Grow”. Być może nie znajdziemy na Blood kawałka porównywalnego do opus magnum Havas, „Lost & Found”, ale w ogólnym rozrachunku ta płyta prezentuje się jako doskonała propozycja dla wszystkich tych, którym nie jest obce jest słowo wrażliwość. — Eye Ma


15.

Caracal

Disclosure

PMR

Na Caracal Disclosure zeszli z tonu. Zwolnili tempo, idąc prosto w stronę osłonionych prześcieradłem R&B kawałków. Nie zapomnieli jednak o house’owym grooveie, a surowe, ukgarage’owe brzmienie poszło nieco w odstawkę. Każdy z zaproszonych gości dał z siebie wszystko i dzięki nim numery znajdujące się na Caracal brzmią znakomicie. Młodszy z braci daje radę na mikrofonie, a od strony produkcyjnego nie można chłopakom właściwie nic zarzucić. Obrali kierunek chwytliwych melodii i znanych głosów, co wyszło im co najmniej przyzwoicie. Dlaczego? Bo pomimo prostoty pomysłu i wszechobecności podobnych kawałków, nadal słychać charakterystyczne brzmienie chłopaków z Reigate w Anglii, a to bardzo ważne. Z oczekiwań po debiucie wyszli obronną ręką, pomimo zmiany koncepcji. [więcej]Antkovsky


14.

Tales From the Land of Milk and Honey

The Foreign Exchange

Foreign Exchange

Tales From the Land of Milk and Honey nie pozostawia słuchaczowi ani chwili na domysły. Tak wyraziście, świetliście, kojąco i tanecznie The Foreign Exchange nie brzmieli jeszcze nigdy dotąd. W przeciwieństwie do poprzednich odsłon, tym razem grupa zdecydowała zatracić się w neo-dyskotekowej rytmice. To nadal soul, ale zdecydowanie bardziej progresywny, inkorporujący elementy syntezatorowego funku, disco czy nawet elektropopu. Pomimo tego, że po raz kolejny muzycy współpracują z wieloma różnymi wokalistkami, hooki i refreny zostały skrojone ręką na tyle pewną i wpisane w na tyle charakterystyczne już brzmienie, że o jakimkolwiek dysonansie z tego powodu nie może być mowy. Nie brakuje im przy tym ani gracji, ani polotu, ani duszy, ani słońca. Ale nie ma się czemu dziwić — The Foreign Exchange promienieją! [więcej]Kurtek


13.

In Another Life

Bilal

eOne

Bilal i Adrian Younge. Wiadomość o albumowej współpracy tej dwójki spadła jak grom z jasnego nieba, ale burzy emocji wśród słuchaczy nie wywołała. In Another Life to faktycznie nie jest arcydzieło, ale i tak jest to właściwy album wydany we właściwym momencie. Wyrazisty singiel z K-Dotem i ogólny charakter współpracy z producentem Younge’em pozwalają nam dostrzec, że Bilal nie puszcza jedynie oczka w kierunku miłośników starego dobrego soulu, a wpisuje się rosnący właśnie w siłę ruch odrodzenia czarnej muzyki. Gra w tej samej drużynie co obecnie D’Angelo, Thundercat, Kamasi Washington i Kendrick Lamar ze swoim ostatnim albumem. Bardziej w asyście, niż w ataku, ale czy to istotne? Ważne że nasi wygrywają. [więcej]Chojny


12.

The Good Fight

Oddisee

Mello

Ogromna przestrzeń wykreowana przez żywe instrumenty to środowisko, w którym Oddisee czuje się niezwykle komfortowo. Wyczuwalna wolność pozwoliła odetchnąć raperowi od typowo boombapowych produkcji i zaaranżować album w eklektyczny sposób, czerpiąc całymi garściami zarówno z funku, jazzu, jak i sampli folkowego Bon Ivera. Album jest rewelacyjny przede wszystkim przez niewymuszoną, lekką koncepcję, która trafi zarówno do zatwardziałych weteranów, jak i słuchaczy, którzy na co dzień stronią od hip hopu. — Richie Nixon


11.

But You Caint Use My Phone

Erykah Badu

Motown

But You Caint Use My Phone to kreatywna zabawa, artystyczny kaprys, ale znakomicie brzmiący i doskonale korespondujący z muzyczną rzeczywistością 2015 roku. Nie jest to ani Badu polityczna i progresywna, ani tym bardziej Badu liryczna i neo-soulowa. To Badu z dystansem do siebie, eksperymentująca, remiksująca — wydawałoby się, dość losowe treści w niezbyt wyrafinowany i przemyślany sposób, ale jednak zaskakująca płynnością, koherencją i świeżością brzmienia. Zaskakująca także precyzyją swoich obserwacji i biegłością w przekładaniu ich na własną muzykę. Badu ma niewątpliwie talent do robienia czegoś z niczego — podparty znakomitymi umiejętnościami, charyzmą, fascynującą osobowością i swoistym głodem nowej muzyki, który po pięciu latach muszą odczuwać rzesze fanów. Biorąc pod uwagę, że But You Caint Use My Phone absolutnie nie jest tym, czego po Badu ktokolwiek z nich oczekiwał, można by napisać, że ten mikstejp to idealne guilty pleasure, ale o żadnej winie w tym przypadku mowy być nie może. Jest tu za to mnóstwo muzycznego funu. [więcej]Kurtek


10.

If You’re Reading This It’s Too Late

Drake

Cash Money

Drake jest żyjącą legendą. Tak, napisałam to. I bynajmniej nie jest to parafraza wersów z kawałka otwierającego ten mikstejp, „Legend”. Magazyn Rolling Stone podsumował If You’re Reading This It’s Too Late jednym zdaniem, które z przyjemnością przytoczę: „po raz pierwszy w swojej karierze, Drake nie brzmi tak, jakby tylko chciał być zapamiętany jako jeden z najlepszych — tym razem, naprawdę nim jest”. Słychać to w pretensjonalnym „Energy”, magnetyzującym „10 Bands” oraz wybuchowym „6 God”. Żarty się skończyły, i choć Drizzy zaprezentował się jako melancholijny kochanek rozmyślający o partnerkach z przeszłości i niespełnionych miłościach w „Hotline Bling”, ten mikstejp pozwala na ponowne zdefiniowanie jego pozycji jako solidnego i konsekwentnego rapera. Drake to jedna z nielicznych hiphopowych głów nowej ery, któremu zbędne są wszelkiego rodzaju autotune’y, swag czy trapy. Ten koleś potrzebuje tylko mikrofonu, dobrej historii i podkładu, by zatrząść sceną tak mocno, żeby przestraszył się go sam Puff Daddy. — Eye Ma


9.

Late Nights

Jeremih

Def Jam

Wydane wreszcie wraz z początkiem grudnia utrzymane w wolnym tempie Late Nights bezpośrednio nawiązuje do mikstejpu Jermih’a sprzed trzech lat. Ponadto usłyszymy tu mnóstwo hi-hat rolli, klawisze czy akustyczne outro. Zresztą to właśnie fortepian jest najczęściej pojawiającym się instrumentem na nowym albumie Jeremih’a. I gdyby nie on, wszystkie utwory straciłyby odrobinę z swojego charakteru. Doskonale użyte klawisze pomogły w uporządkowaniu płyty. Nie bez powodu tytuł krążka został obroniony — brzmienie, aura czy okładka są podobne do mikstejpowego poprzednika. [więcej]Antkovsky


8.

Choose Your Weapon

Hiatus Kaiyote

Flying Buddha

Hiatus Kayiote już na pierwszym albumie Tom Tomahawk dowiedli, że mamy do czynienia z nietuzinkową grą niedającą się wpisać w żaden konkretny nurt. Choose Your Weapon jest kontynuacją ich wizji. Wizji polegającej na różnorodności stylów, rytmów i klimatów. Tutaj miesza się soul z jazzem, elektroniką czy folkiem, klasyczne instrumenty z syntezatorami, spokój z szaleństwem. Wszystko to jest jednak spięte w logiczną całość przez świetnych muzyków dyrygowanych przez charyzmatyczną i nietuzinkową Nai Palm. Mają oni niebywałą umiejętność do totalnej hipnozy słuchacza, który zostaje przez nich wciągnięty w muzyczny sen kończący się wraz z ostatnim utworem. Te wszystkie czynniki przyczyniły się do stworzenia tytułowej broni, którą celują w serca, umysły i gusta słuchaczy. Nowa płyta nawiązuje do wcześniejszej twórczości Australijczyków, ale teraz sprawiają wrażenie dojrzałych, dysponując przy tym większymi umiejętnościami. Ewoluują — w dobrym kierunku. [więcej]Radek


7.

Przelot

Ptaki

Transatlantyk

Odlot Ptaków jest głębiej osadzony w oniryzmie i melancholii, aniżeli okołofunkowe edity The Very Polish Cut Outs. Winylowe trzaski samplowanych płyt mieszają się tu w nieśpiesznie ewoluujących loopach z warstwą elektronicznych efektów, które w zależności od utworu sumują się do mniej lub bardziej retrokosmicznej aury. Ostatecznie cały projekt od początku do końca to wzorcowy przykład muzycznego recyklingu, w którym nagrania źródłowe stanowią pewną bazę, surowiec, ale tracą swoją oryginalną formę — melodie zastępuje powtarzanie ściśle wybranych motywów i kreowanie z ich pomocą nowych. [więcej]Kurtek


6.

Surf

Donnie Trumpet & The Social Experiment

self released

Surf miesza w swoim tyglu bardzo wiele, czasem niemalże gryzących się ze sobą pomysłów, od neo-soulu przez fusion jazz po hip hop i syntetyczne disco. Jak przystało na tego typu mieszanki, więcej znajdziemy tutaj zabawy konwencjami i nastrojami, niż prawdziwego i świeżego, kompozycyjnego mięsa. Pomimo tego album jako całość jest wyraźnym i jednoznacznym stanowiskiem przedstawionym współczesnemu słuchaczowi. To miejsce odpoczynku dla wszystkich zmęczonych trendami trawiącymi mainstream. Oaza, w której nieważne jest kto gra, tylko jak gra. Wszystko to bez cienia irytującej mantry o tym jak to kiedyś muzyka była lepsza. Jak mozna nie lubić czegoś, co nikomu nie wadzi? [więcej]Chojny


5.

Beauty Behind the Madness

The Weeknd

XO

Dziś The Weeknd jest gwiazdą światowego formatu, a w 2015 roku nie sposób było go nie usłyszeć, gdziekolwiek by się nie ruszyć — to wszystko za sprawą dwóch utworów. Co stoi za sukcesem nowego materiału? Otóż Weeknd doskonale radzi sobie z oczekiwaniami fanów mrocznego, erotycznego, narkotycznego R&B. Ten człowiek w połączeniu z producentem Illangelo potrafi zdziałać cuda. Tym razem niby odskoczył w stronę popu, ale jednak zrobił to ze smakiem, z jajami i pokazał dobitnie, że nie ma najmniejszego problemu z tworzeniem chwytliwych refrenów. Beauty Behind the Madness zapewnia klimat tej samej jakości, co materiał, którym zachwycaliśmy się, gdy jeszcze nawet nie wiedzieliśmy, jak The Weeknd wygląda. [więcej]Antkovsky


4.

Wildheart

Miguel

RCA

Miguel, zgodnie z tym, co mówił w jednym z wywiadów w 2014 roku, poszedł mocno w stronę gitary. Słychać ją niemalże w każdym utworze (o ile nie nagrano jej we wszystkich). Brzmienie nadal jest mroczne, miejscami zamglone. Riffy są brudne i wydają się być surowe. Nic bardziej mylnego — na pewnym etapie odsłuchiwania materiału można się zorientować, że wszystko jest zaplanowane od początku do końca. Warto też zaznaczyć, że sam napisał każdy z utworów — to duży plus. W tekstach otwiera się na seksualność, a cielesność stawia na piedestale. Cała ta gadanina jest seksownie pozytywna, nie agresywna. Jakość materiału, nad którym Miguel pracował przez trzy lata jest na tyle wysoka, że stawiamy ten krążek na czwartej pozycji wśród najlepszych wydanych w 2015 roku. [więcej]Antkovsky


3.

The Epic

Kamasi Washington

Brainfeeder

Ten trwający niemal trzy godziny muzyczny gigant bez wątpienia dorasta do nadanego mu tytułu. I o ile zwykle wzbraniam się przed używaniem w języku polskim słowa epicki przy opisie czegokolwiek innego niż gatunek literacki, w tym przypadku bez chwili zawahania muszę przyznać — album Washingtona jest w istocie epicki. Zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego Sun Ry przełomu lat 50. i 60., poprzez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły Coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią. Tym samym Washington splata amalgamat rozmaitych fascynacji w jeden pęk, którego siłą jest zawsze ekspresja. [więcej]Kurtek


2.

Ego Death

The Internet

Odd Future

Byli członkowie Odd Future, Syd tha Kid i Matt Martians, kontynuując karierę, chcieli odciąć się od buntowniczego wizerunku poprzedniej grupy, a także pójść w innym kierunku muzycznym. Nazywając swoję grupę The Internet, musieli spodziewać się trudności ze znalezieniem jej w wyszukiwarkach. Okazuje się jednak, że nie tylko nazwa, ale również cały koncept na zespół okazały się strzałem w dziesiątkę. Początkowo pracowali tylko we dwoje, jednak grupa poszerzona została o cały live band. Obecnie mija czwarty rok działalności grupy. Najnowszy trzeci już album, Ego Death jest najbardziej spójnym stylistycznie do tej pory. Tym razem bowiem muzycy postawili na bardziej tradycyjne brzmienie. Skupili się na stworzeniu melodyjnych utworów, przystępnych dla przeciętnego słuchacza, absolutnie nie tracąc przy tym na jakości i wartości muzycznej. Zespół nie tylko odrobił pracę domową, ale stworzył jak dotąd najlepszy krążek w swojej dyskografii. [więcej]Raspberry


1.

To Pimp a Butterfly

Kendrick Lamar

Top Dawg

W przerywniku podczas otwierającego album „Wesley’s Theory” słyszymy głos Doktora Dre pouczającego Kendricka Lamara, że sztuką nie jest wybić się na piedestał, ale się na nim utrzymać. Za sprawą wydanego w 2012 roku good kid, m.A.A.d city młody raper z Compton zrealizował pierwszą część planu na bardzo dobry z plusem. Na kolejny krok przyszło nam czekać aż dwa i pół roku. Jest to jednak krok odważny, rozważny i bezkompromisowy. Co najważniejsze, jest to krok do przodu. Materiał faworyzuje i wynagradza słuchaczy świadomych muzycznych korzeni hip hopu, którym nie trzeba przedstawiać What’s Going On, Pieces of a Man albo There’s a Riot Going On, a polityczno-introspektywna warstwa liryczna zostaje fabularnie spięta wizją meta-procesu powstawania jeszcze jednego dzieła — dedykowanego 2pacowi tytułowego wiersza o motylu. To Pimp a Butterfly to być może najlepiej przemyślany (i dający do myślenia) album muzyczny naszych czasów, bez podziału na gatunki. [więcej]Chojny


Komentarze

komentarzy