ranking
Soulbowl 2010s: Najlepsze albumy dekady
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
||||||||||||
„Marzenia się spełniają całą zgrają” — rapował dawno temu, na Sile sióstr Sistars, Numer Raz. Do piosenkowego podsumowania dekady z dumą dokładamy też jego albumowy odpowiednik. Bez skrótów, wraz ze wspaniałą ekipą (poza obecnym zespołem redakcyjnym wśród współtwórców obu zestawień znaleźli się również Marcin Flint, Radek Miszczak, Andrzej Cała, Hirek Wrona, Eskaubei, Dawid „Goodkid” Bartkowski, Łukasz Kowalka, Marcin Harper, Marta „Young Majli” Malinowska, Łukasz Lorenc z Regime Brigade, Modest z El Quatro, DJ Praktyczna Pani, Piotr Grabski, Mikołaj Buszkers, a także emm!, Maciek „Chojny” Chojnacki, Julia „Eye Ma” Borowczyk, Dźwięku Maniak, Paweł Wojdylak, Klaudia „Lejdi K” Wąsowska, Jakub Wojewódka i Ola Nadzieja), prezentujemy więc setkę najlepszych okołosoulwych albumów minionej dekady.
Ta część zestawienia jest nawet bardziej uprawniona, bo to przecież właśnie w ostatnim dziesięcioleciu szerokopojęte R&B zaczęło wreszcie na dużo skalę konceptualizować długie formy muzyczne. Doszła do tego nawet Rihanna, która przez większość swojej kariery funkcjonowała od singla do singla, a duże krążki stanowiły zwykle jedynie wypełnienie przestrzeni pomiędzy kolejnymi przebojami. Dzięki Frankowi Oceanowi, Janelle Monáe, FKA Twigs, Solange, Beyoncé, Jamesowi Blake’owi i całej rzeszy utalentowanych młodych twórców długogrające R&B wyszło dalece poza sztandarowy koncept „dwunastu piosenek o miłości”. — Kurtek Lewski
100.
Jardín
Gabriel Garzón-Montano
Stones Throw
Trzy lata po wydaniu niesamowicie plastycznej epki Bishouné: Alma del Huila w 2017 roku, Gabriel Garzón-Montano wreszcie postawił kropkę nad i swojej muzycznej kariery, zapraszając słuchaczy do władnego ogrodu. Ogród Montano wypełniają wysmakowane kameralne aranże, od oszczędnego smyczkowego motywu otwierającego album w intymnym „Trial” poczynając, a kończąc prowadzoną przez głos Montano i fortepian solo wyciszoną kodą w „Lullaby”. I choć pomiędzy nimi płyta rozkwita feerią najróżniejszych uczuć, wprowadzona we wstępie i zakończeniu stylistyczna dominanta ani na chwilę nie opuszcza słuchacza, prowadząc go przez kolejne zaułki ogrodu Gabriela, który choć wykorzystuje nieco odmienne środki, uderza w te same nuty ludzkiej wrażliwości co James Blake, Frank Ocean czy Electric Wire Hustle na dwóch pierwszych płytach. Wszystko to poddane lekko i nienachalnie. Jardín to pierwszorzędny neosoulowy krążek, w którym bez reszty można się zagubić — błądzić godzinami złudnie nakreślonymi ścieżkami, nie próbując nawet znaleźć wyjścia. — Kurtek Lewski ♪
99.
Native Sun
Blitz the Ambassador
Jakarta
Świadome słuchanie muzyki zacząłem od rapu. Po wielu latach upajania się wyłącznie tą muzyką, wszystkie utwory zaczynały się zlewać w jeden. Przestałem dostrzegać w rapie ten element zaskoczenia i oryginalności, który najbardziej w nim ceniłem. Ze względu na trochę ograniczoną formułę tej muzyki, zacząłem poszukiwać innej. Czegoś z bardziej rozbudowanymi aranżacjami na przykład. Pchnęło mnie to w stronę jazzu, funku czy nawet afrobeatu. Dziś lubię raz na jakiś czas wrócić do korzennego rapu i za każdym razem pochłaniam go z jeszcze większą radością niż za młodu. Jednak najbardziej uwielbiam płyty raperów, w których to paradoksalnie rap nie gra pierwszych skrzypiec. Tylko w ten sposób mogę idealnie zaspokoić moje gusta, a z pomocą przychodzi właśnie album Blitza. Raper pochodzi z Ghany, a po zakończeniu szkoły przeniósł się do Nowego Jorku, aby spełniać swoje muzyczne marzenia. Na szczęście nie zostawił w Akrze inspiracji muzyką ludową. W efekcie jego Native Sun to urzekający album, oparty na rozbudowanych etnicznych aranżacjach. Surowy rap Blitza, niepozbawiony społecznego przesłania, równoważony jest przez hipnotyzujący śpiew, w jednym utworze nawet przez nieco zapomniane dziewczyny z Les Nubians. Marzę o podróży autostopem po Afryce, lecz nawet gdybym odwagę znalazł w chipsach, bieżące zobowiązania nie pozwoliłyby mi na realizację tego planu. Native Sun już tak — przez niemal 45 minut umożliwia podróż po najdalszych afrykańskich zakątkach bez wychodzenia z domu. — Modest ♪
98.
Cadillactica
Big K.R.I.T.
Def Jam
Ascetyczne, hałaśliwie bangery z „osiemset ósemki” czy kolorowa, organiczna kołderka z miękkich grooves? Bezczelna przewózka czy zaangażowany przekaz? Płomień pasji, czy krągły, wypracowany styl? Najbardziej lubię w Cadillactice to, że nie każe mi wybierać. Big K.R.I.T. potrzebuje jednej płyty, by największym laikom wytłumaczyć, dlaczego południe narzuciło w hip-hopie swój dyskurs, jednocześnie nie obrażając się na nowojorski etos i liryczne zacięcie. Dzięki albumowi chłopaka z prowincji widzę, jak Pimp C wypływa błyszczącym z oddali Cadillakiem na przestwór dzielnicy, 2pac wiąże w słońcu bandanę, Kanye West z dala od Twittera składa ręce do modlitwy, B.B. King pochyla się nad gitarą, a Big Boi sięga po skrzydełko do kubełka stojącego na czerwonej glinie. Słyszę mulistość bluesa delty, melodyjność funku znad zatoki, wzniosłość gospel pasa biblijnego i trapową redukcję. Ale nie wydaje mi się wcale, że to jest niedzisiejsze. Cadillactica żyje i żyć będzie. — Marcin Flint ♪
97.
Double Cup
DJ Rashad
Hyperdub
Chicagowski footwork zdążył już doczekać się niejednego klasyka w konfiguracji długogrającej — Last Bus to Lake Park DJ-a Clenta, Fingers, Bank Pads & Shoe Prints i I’ll Tell You What! RP Boo czy seria Da Mind of Traxman Traxmana. Jednakże na ten moment nic nie może równać się zarówno na polu zawartości muzycznej jak i popkulturowej eksplozji z premierą absolutnie magicznego Double Cup DJ-a Rashada. 160 uderzeń na minutę, bogata paleta sampli ze świata soulu czy R&B, hip-hopowy sznyt beatmakerski, basowe, breakowe i acidowe patenty rodem z brytyjskiej sceny klubowej, a wszystko to zespolone niepowtarzalną, niejednokrotnie popową wręcz przebojowością. — Kamil Matyja ♪
96.
Konnichiwa
Skepta
Boy Better Know
Dla brytyjskiej sceny minionej dekady Konnichiwa było dokładnie tym, czym Boy in da Corner Dizzee’go Rascala kilkanaście lat wcześniej. Odrestaurowana, zabójczo charyzmatyczna estetyka grime’u wreszcie zdobyła uznanie za oceanem, a wszystko to za sprawą takich hitów jak „Shutdown”, „That’s Not Me” czy „It Ain’t Safe”, które rozwijają klasyczny schemat powtarzanych w refrenach fraz o nowe melodie surowego rapowania pod minimalistyczne, urywające głowę produkcje. W połowie minionej dekady przez jakieś dwa lata niemalże każdy hip-hopowy artysta chciał ukraść Skepcie trochę energii, a równie wielu producentów połamanej muzyki basowej uczyło się tej relacji oszczędności środków i przebojowości. — Kamil Matyja ♪
95.
Avantdale Bowling Club
Avantdale Bowling Club
Years Gone By
To nie tylko jeden z najlepszych albumów roku 2018, ale bez wątpienia jedna z najwybitniejszych i najbardziej satysfakcjonujących płyt łączących muzykę jazzową z rapem (dokładnie w takiej kolejności). Liderem i głosem projektu jest Tom Scott, Brytyjczyk mieszkający w Nowej Zelandii, dziś uznawany za jedną z najważniejszych postaci tamtejszej sceny hip-hop. Wcześniej działał w takich grupach jak Home Brew, @Peace oraz Average Rap Band, a sporo wyjaśnia również fakt, że tata naszego bohatera, Peter Scott, to wzięty muzyk jazzowy, który grywał m.in. z Dr. Johnem. I to właśnie jazz — organiczne żywe granie nieskrępowane schematycznymi, powtarzającymi się loopami — cały ten materiał napędza i wyznacza mu kierunek. Scott doskonale czuje muzykę i frazę, rymuje z finezją i lekkością, a chwilami można go nawet pomylić z Kendrickiem Lamarem (co w tym przypadku jest komplementem, a nie zarzutem). Słucha się tego świetnie, i pewnie tak również będzie choćby i za kolejne 10 lat. — Marcin Harper ♪
94.
Acid Rap
Chance the Rapper
Chance the Rapper
Można budować Chance’owi pomnik za wachlarz flow, którym operuje, za dużą świadomość i jeszcze większą witalność; mieć pewność, że Acid Rap żarłby również bez kwasu. Ja najbardziej cenię sobie to wydawnictwo za to, że jest w stu procentach chicagowskie. Od genialnego intro wiemy, że to z kolebki gospel i footworku jednocześnie, parę utworów później wnioskujemy na podstawie słyszalnych bluesowych naleciałości, że miasto jest tyle wietrzne, co błotniste. Chance niesie dalej soulowy ogień Kanye, zaangażowanie Lupe, dojrzałość Commona i rozpędza się, nie tracąc ze słów sensu jak Twista. A przy tym – co doskonale widać z perspektywy czasu – staje się trampoliną dla artystów pokroju Vica Mensy, Saby i Noname, błyszczącej swoją slamową poezją na tle dogranych partii klawiszy w fenomenalnym „Lost”. Nie dajcie się zwieść kreskówkowemu głosowi, ani nie bójcie się gwałtownych przeskoków od poruszającego ekshibicjonizmu do bezceremonialnie ogłaszanego banger alert. Ta dobrze naoliwiona huśtawka nastrojów jest z placu zabaw dla dorosłych. — Marcin Flint ♪
93.
Kiwanuka
Michael Kiwanuka
Polydor
Okrzyknięty jednym z największych soulowych odkryć ostatnich lat, Michael Kiwanuka na swoim trzecim studyjnym albumie mniej progresywnie, za to znacznie swobodniej, płynie po gitarowych riffach, kreując bezbrzeżny utwór pełen inspiracji uduchowionym brzmieniem Isaaca Hayesa czy Gila Scotta-Herona. Całość utrzymana jest w nostalgicznym, a jednak elektryzującym klimacie, w który co rusz wkradają się tąpnięcia psychodelii i odważne aranżacje. Przejmujący głos Michaela Kiwanuki niesie się z sobie właściwą swobodą na tych tkliwych, ale i gitarowo nasyconych podkładach. Kolejny przepiękny album w dorobku brytyjskiego muzyka, na zimowe wieczory jak ulał. — Maja Danilenko ♪
92.
Magdalene
FKA Twigs
Young Turks
Magdalene, druga płyta FKA twigs, musiała się udać. Za jej produkcję odpowiadał w końcu zespół złożony z Nicolasa Jaara, Skrilexxa, Cashmere Cata, Benny’ego Blanca i Jacka Antonoffa oraz Oneothrix Point Never, co przełożyło się na brzmieniową mozaikę. Postać świętej stała się dla wokalistki inspiracją dla rozmyślań nad miłosnym życiem oprawionym w muzyczne ramy. Drugi album artystki to afirmacja kobiecej twórczości i siły przełożona na słowa i melodie. Świadoma dokonań starszych koleżanek – od Kate Bush po Aaliyah – FKA twigs podzieliła się własną historią. Muzyczne dzieło jest tu traktowane jako ludzki organ i lustro dla udręk ciała i duszy. — Ibinks ♪
91.
99.9%
Kaytranda
XL
Pamiętacie jak Soundcloud był Waszą stroną startową przeglądarki? I co chwilę wypływał z tej chmury jakiś zdolny beatmaker, który po chwili robił karierę? Kaytranada to archetyp takiego soundcloudowego producenta. Zaczęło się od chwytliwego editu Janet Jackson… Boy, did that one blow up! Nie było imprezy bez tego hitu w latach 2014/2015. Na cały album trzeba było poczekać do 2016, w międzyczasie Kanadyjczyk przecież musiał zrobić trochę bitów dla takich tuzów jak Vic Mensa, Mick Jenkins czy Talib Kweli. A, no i tour z Madonną… Ale jak już nadszedł czas albumu, to Kaytranada nie zawiódł. Jego styl bezboleśnie blenduje hip-hop, disco, boogie i R&B. Proste loopy i sample podbite chwytliwym bassline’em — nie sposób nie napiąć łydki! „Glowed Up” z .Paakiem, to jeden z największych hitów tamtego roku, jednakże faworyta na albumie mam innego — „Lite Spots” nie wyjedzie do końca życia z mojego didżejskiego kuferka — piękny brazylijski sampel i hipnotyzujący bit. Topowy sztos od Kaytranady! — Mikołaj Buszkers ♪
90.
The 20/20 Experience
Justin Timberlake
RCA
Czy ktoś jeszcze pamięta o tej płycie? Zwłaszcza po ostatnich, flanelowych wyczynach Justina. Wydaje mi się, że to jeden z tych materiałów, które zestarzały się w trakcie kilku ostatnich lat najokrutniej, choć przecież już od samego początku był to poniekąd łabędzi śpiew przebrzmiałych głosów Timberlake’a i Timbalanda. The 20/20 Experience to doskonały przejaw pięknej, pokręconej fantazji. „Skoro mogli Pink Floydzi, to dlaczego nie my?” – pyta Justin i, na spółkę z Timbą, sam sobie odpowiada. The 20/20 Experience to nomen omen epickie doświadczenie – postmodernistyczna i ambicjonalna w formie (ale nie w treści) hybryda retro pop soulu, czerpiącego z wielkich nazwisk i resztek produkcyjnego rozmachu Timbalanda. Dziś już bardziej chyba patynowa niż przebojowa, ale z pewnością pięknie ilustrująca progresywne i dekonstruktywne ambicje towarzyszące w tej dekadzie wszystkim — od raperów, przez croonerów, po wykonawców pop. — Maja Danilenko ♪
89.
Prąd
Natalia Przybysz
Warner
W ciągu ostatniej dekady byliśmy świadkami transformacji muzycznej artystki, której kolejne albumy stawały się dojrzalsze od poprzednich. Szło to w parze z poszukiwaniem krainy dźwięków, w której Natalii Przybysz najswobodniej. Wyraźny sygnał odczuliśmy po premierze bardzo dobrze przyjętego Prądu, który w dużym stopniu pozwolił uwolnić się Natalii od marudzeń, rozczarowanych po Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin fanów Sistars, którzy faworyzując neo-soulową naturę artystki, byli zawiedzeni gitarowym brzmieniem jej nagrań. Świetnie dobrane single stłumiły jednak głosy malkontentów i pozwoliły zawędrować zespołowi na mainstreamowe ścieżki, na których w 2015 roku coraz częściej można było spotkać wielu świeżych i wartościowych muzyków, redefiniujących pop w Polsce. Prąd odkrywa spory fragment duszy kobiety niezależnej, wrażliwej, kochającej i zadziornej. Połączenie niebanalnych tekstów charyzmatycznej wokalistki i kompozycji Jurka Zagórskiego dało w efekcie nagrania pozbawione daty ważności. Soul, country, blues czy rock — co za różnica. Ważne, że płyty słucha się równie dobrze jak przed pięciu laty. — Krzysztof Zięba ♪
88.
Mirrorwriting
Jamie Woon
Candent Songs / Polydor
Trudno jest dziś oprzeć się myśli, że rozbłyśnięcie gwiazdki pokroju Jamie’ego Woona było tak samo nieuchronne jak jej szybkie wygaśnięcie. Niepozorny gość, który z wielką skromnością przedstawiał debiutancki materiał publiczności zebranej w Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Katowicach w 2011 roku, miał wszelkie zadatki na supernową – promienne, ale ulotne zjawisko. Płynąc gdzieś obok Jamesa Blake’a i Jamie’ego XX na fali rozkwitu dubstep/future garage, Woon kierował swoją falę w stronę przeboju. Można narzekać, że Mirrorwriting to muzyczka do zakupów, ale równocześnie trudno odmówić jej uroku. Sztandarowym przykładem jest oczywiście „Lady Luck” z polifonicznymi, blue-eyed soulowymi wokalami, który dał nam poniekąd przedsmak tego, co usłyszeliśmy dużo później choćby na El mal querer Rosalíi. Zapętlone siatki wokaliz Woona, wyeksponowane dodatkowo przez basy, utkano na Mirrorwriting z dużą finezją. Zwyczajny młodzieniec z metra nie został ani Jamesem Blakiem, ani Jamie’em XX, ale z pewnością i on dołożył swoje do rozgrzewania publiczności przed dekadą wrażliwości w muzyce. — Maja Danilenko ♪
87.
Yellow Memories
Fatima
Eglo
Fatima w ciągu ponad dekady aktywności na scenie współczesnego soulu i elektroniki zdała znaleźć sobie bardzo oddane grono wielbicieli, mimo że nie zanosi się, żeby jej pseudonim w szerszych kręgach zagroził marce portugalskiego sanktuarium. Podopieczna Floating Points wydała, po serii EP-ek, długogrający debiut dopiero 2015 roku. W moim odczuciu jest to jedna z tych bezbłędnych ponadczasowych płyt, które można katować po kilka-naście razy z rzędu bez poczucia przesytu. I zawsze się do niej dobrze wraca. Fantastyczny, głęboki i melodyjny głos Szwedki nastrojowo komponuje się zarówno z kompozycjami opartymi na żywych instrumentach, jak i tych elektronicznych. Wyróżnienie dla albumu roku podczas Worldwide Awards Gillesa Petersona to szczyt szczytów, jaki może osiągnąć artysta poruszający się w muzyce czarnego pochodzenia spoza głównego nurtu. Co jeszcze potęguje radość, nie był to jednorazowy strzał, gdyż kolejne produkcje Fatimy, ponownie dotykające tekstowo świata relacji romantycznych, dalej trzymają wysoko postawioną poprzeczkę na każdym poziomie – produkcyjnie, wokalnie, lirycznie. Pielgrzymowałbym ku Fatimie! — Radek Miszczak ♪
86.
4
Beyoncé
Columbia
Po zasłużonej przerwie po intensywnym koncertowaniu i promowaniu wcześniejszych płyt, po czasie spędzonym z rodziną i zwiedzaniu świata, Beyoncé poczuła się na tyle zakochana i zainspirowana, by niezależnie od wszystkich, rozpocząć pracę nad kolejnym albumem. Krążek, którego tytułem stała się bardzo znacząca dla artystki czwórka, udowodnił, że warto czasem wziąć dłuższy urlop, by zregenerować siły. W przypadku Bey była to ponownie siła kobiecości i miłości. Od hymnu dziewczyn rządzących światem, przez wzniosłe ballady, aż po wzruszającą chęć postawienia swojego śladu na ziemi Beyoncé forsuje swoje możliwości wokalne tak, że momentami wydaje się to aż nieprawdopodobne. Miłość wyśpiewywania jest tu na wszystkie możliwe sposoby. Jest miłość romantyczna w „1+1”, miłość zdesperowana w „I Care”, miłość nieznająca granic w „Rather Die Young” i w końcu miłość spełniona i roztańczona w „Love on Top”, która do historii minionej dekady przeszła jako moment publicznego ogłoszenia światu o ciąży artystki. Do tego na płycie nie zabrakło odrobiny zaczepnego flirtu w „Countdown”, uwodzenia w „Dance for You”, a nawet próby powtórzenia hitowego „Irreplaceable” w „Best Thing i Never Had”. Pomimo wpadającego w ucho kombinowania z brzmieniem nawiązującym do lekkiej mieszanki popu i R&B lat 90., z perspektywy czasu 4 stało się zaledwie niezobowiązującym przerywnikiem między ukrywaniem się za Sashą Fierce a dojrzałością pani Carter. — Hanna Brzezińska ♪
85.
Piñata
Freddie Gibbs & Madlib
Madlib Invazion / RCA
Pochodzący z rodzinnych stron Michaela Jacksona raper podąża ścieżką udeptaną przez Scarface’a, Raekwona i innych naczelnych dilerów rap gry. Jego historie są tak wiarygodne i opisane z taką starannością, że nie potrzebują żadnego certyfikatu autentyczności. Wywołują u nas to niekomfortowe wrażenie, że nasza codzienność wydaje się nudna i bezbarwna w porównaniu z życiorysem Gibbsa. Piñata nie byłaby jednak tym czym jest bez drugiego bohatera, czyli legendarnego Madliba — urzekającego brudnymi, wysamplowanymi z zakurzonych jazzowych i soulowych winyli pętlami, melancholijnymi melodiami, pomysłowymi partiami perkusyjnymi, powycinanymi z filmów dialogami. To najlepsza pozycja w dyskografii Freddiego Gibbsa, a także najmocniejsza produkcja Otisa Jacksona od czasów Madvillainy. — Chojny ♪
84.
Universal Beings
Makaya McCraven
International Anthem Recording Company
Dwupłytowy album nagrany podczas czterech sesji w czterech różnych miejscach świata — Nowym Jorku, Chicago, Londynie i Los Angeles. I właśnie na cztery części się dzieli. Makaya jest perkusistą i motorem napędowym całego projektu, a grają tutaj m.in. Tomeka Reid, Shabaka Hutchings, Nubya Garcia, Ashley Henry, Miguel Atwood-Ferguson i Carlos Niño. Improwizacje jazzowe odwołujące się do humanizmu, wolności, a przede wszystkim siły jaką jest kreatywna współpraca pomiędzy wrażliwymi ludźmi z różnych stron globu. Wybitny wprost przykład, że muzyka jako jedna z niewielu już kwestii potrafi nas bezgranicznie łączyć, nie patrząc na płeć, kolor skóry, orientację seksualną i setki innych kwestii, które nie mają większego znaczenia, gdy odwołujemy się do tego, co najważniejsze — człowieczeństwa. — Andrzej Cała ♪
83.
Childqueen
Kadhja Bonet
Fat Possum
Powab Minnie Riperton, artyzm Kate Bush i gatunkowa żonglerka godna Esperanzy Spalding — oto Kadhja Bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu. Jej wydana w 2018 roku druga studyjna płyta Childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60. Songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego R&B, którym tę łatkę doczepiono. To uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować. Childqueen Kadhji Bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt. — Kurtek Lewski ♪
82.
Aromanticism
Moses Sumney
Jagjaguwar
Aromanticism, błyskotliwy debiut soul-folkowego wrażliwca Mosesa Sumneya, przenika przez rozmaite konwencje i środki wyrazu na wielu płaszczyznach. Gatunkowa ulotność — zawieszenie pomiędzy songwriterskim kameralnym folkiem, kojącym neo-soulem a artystowskim ambient popem to jedynie najbardziej powierzchowna z nich. Na tym poziomie Sumney z dolegliwym czasami umiarem dysponuje swoimi rozlicznymi talentami — fenomenalnego wokalisty, zdolnego tekściarza, zręcznego instrumentalisty i przede wszystkim producenta-wizjonera — bliżej mu do bedroomowego ASMR niż do emocjonalnego i aranżacyjnego splendoru — nawet pomimo Miguela Atwooda-Fergusona i Thundercata na podorędziu. Przez to określeniem gatunkowym, które można by Sumneyowi doprawić, mógłby stać się homogeniczny ascetyzm. Byłoby ono zasadne jednak tylko wówczas, gdybyśmy nonszalancko zignorowali poetyckie niuanse, w których skąpany jest Aromanticism. Niuanse, dzięki którym krążek zyskuje drugi wymiar, bywa, że stojący z tym zewnętrznym w pozornej sprzeczności. Bo choć Sumney kreuje pejzaż kameralny i intymny, nie sposób, nawet pomimo kompaktowego rozmiaru materiału, zamknąć go ściśle z każdej strony — to otwarta twórcza przestrzeń, mająca za nic granice, zdająca się wykraczać dalece poza horyzont, ale niekreująca wrażenia chłodu i obcości. — Kurtek Lewski ♪
81.
Arca
Arca
XL
„Quítame la piel de ayer” („Pozbądź mnie wczorajszej skóry”) — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelska producentka Arca w „Piel” otwierającym jej ostatni album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności. Arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu. Dzięki temu Arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej. — Kurtek Lewski ♪
80.
Wildheart
Miguel
RCA
Czy słynny-niesłynny diss Miguela na Franka Oceana w 2015 roku nie powinien przypadkiem brzmieć — „robię lepszą muzykę niż Lenny Kravitz”? Przy Wildheart to raczej gość wieńczący adresowaną płytę przychodzi do głowy jako wzór do naśladowania. Równie zacięcie aspirujący do miana symbolu seksu Kravitz, skończył ostatecznie w roli nieszkodliwego grania do radia. Miguel podchodzi do tematu z większą delikatnością (w końcu to 2015, wychowanym na Trójce już dziękujemy), ale jego wersja zmysłowego R&B eksploatuje gitary nie mniej żarliwie niż zadziora Kravitz. Wildheart to płyta może zbyt impresyjna, by zapadła całościowo w pamięć naszą i playlist stacji radiowych, a jednak wciąż zgrabnie spajająca „niemodną” gitarę z współczesnym R&B na astralnym synth-electro podkładzie. A przy okazji, zgodnie z jedną z linii programowych dekady, odnajdującą stare riffy w nowych kontekstach, jak osławione wplecenie „1979” Smashing Pumpkins w „Leaves”. Płyta niezupełnie w linii wyznaczonej wrażliwością Franka Oceana (jak chyba chciały ówczesne recenzje), choć niewątpliwie nim inspirowana, to jednak wyraźnie autorska i całkiem przebojowa. — Maja Danilenko ♪
79.
Nawiasem mówiąc
Łona i Webber
Dobrzewiesz
Nawiasem mówiąc, piąta płyta Łony i Webbera jest jedną z ich lepszych, jeżeli nie najlepszą produkcją. Tylko Łona w naszym rapowym światku był w stanie zauważyć plakatowy romans Gombrowicza i Azealii Banks przed opublikowaniem takiego gorącego newsa na portalach typu Pudelek czy TMZ. Aż strach pomyśleć jakie jeszcze połączenia Adam potrafi dostrzec w sklepach z szeroko pojętą kulturą. Doskonale wie, że jesteśmy gdybającym narodem i spokojnie moglibyśmy w tej dyscyplinie wystawić drużynę na olimpiadzie i co cztery lata sięgać po złoty medal, GDYBY igrzyska obejmowały taką konkurencję. Doskonale wie, dlaczego Jarmusch chudnie w połowie, kiedy decydujemy się na heroiczny czyn rzucając papierosy i tym samym nasze rozmowy ubożeją bez dymiącego nałogu. Łona jest rozbrajający w rapowaniu o prostych sprawach w metaforyczny sposób — odsłuchujesz te numery kilkakrotnie i za każdym razem wyłapujesz kolejne metafory, czy odniesienia chociażby do słów homilii Jana Pawła II bądź bajki „Wilk i Zając”. To wszystko podane w błyskotliwy i oryginalny sposób, no ale nawiasem mówiąc, czy kogoś to jeszcze dziwi w przypadku tego duetu? — Rafał Kulasiński ♪
78.
Love & Hate
Michael Kiwanuka
Polydor
W 2016 roku z pomocą Danger Mouse’a Michael Kiwanuka wyszedł obronną ręką z dojrzewającej przez ostatnie cztery lata klątwy drugiego albumu. Śmiało zwrócił się w stronę soczystej progresywnej fuzji soulu, funku, rocka, gospel i subtelnych orkiestrowych aranży, które kiełkowały już na jego debiucie, a Danger Mouse doskonale wiedział, jak to połączenie zaadaptować, aby zabrzmiało współcześnie, ale ponadczasowo. Kiwanuka nie próbuje się jednak pod wymyślnymi aranżacjami ukrywać — choć jest mu z nimi nadzwyczaj do twarzy, w dalszym ciągu pozostaje tym samym wrażliwym chłopakiem z gitarą. Nie przebiera się, nie zwodzi słuchacza, nie odwraca od siebie uwagi, by zatuszować niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, obraca je w atut i podaje w oprawie, która jednocześnie rozdziera i koi, rozdrapuje rany, by za chwilę je zasklepić. — Kurtek Lewski ♪
77.
Emily’s D+Evolution
Esperanza Spalding
Concord
Dla części fanów Esperanzy Spalding jej piąty krążek musiał być nie lada zaskoczeniem. Na Emily’s D+Evolution artystka coraz bardziej muzycznie odchodzi od ściśle rozumianego jazzu, a wchodzi w rejony do tej pory w jakimś sensie dla siebie nieodkryte prezentując swoje alter ego — tytułową Emily. Krążek pokazuje jej mocniejszą, bardziej gitarową, wręcz rockową odsłonę — instrumentalnie to właśnie gitara elektryczna króluje w dużej części numerów na płycie. Pojawiały się nawet porównania do Prince’a, ale wyraźnie słychać, że Spalding była pod silnym wpływem dokonań chociażby Janelle Monáe. To bezsprzecznie nowa jakość w karierze wokalistki i tchnienie życia w oldschoolowy koncept mieszania jazzu z rockiem. Doskonała warstwa muzyczna połączona z bardzo dobrymi tekstami zaśpiewanymi na jazzowo skutkuje jedną wielką jazz-rockową czy może nawet funk-rockową operą. — Dill ♪
76.
Astroworld
Travis Scott
Epic / Cactus Jack / Grand Hustle
Astroworld to najspójniejszy, a zarazem najbardziej progresywny projekt Travisa Scotta. Raper składając hołd rodzinnemu Houston, wykorzystuje motyw zamkniętego w 2005 roku, słynnego parku rozrywki, do którego podróż z La Flame’em jest niemalże godzinnym, narkotycznym tripem. Travis jeszcze lepiej płynie po podkładach, które stworzone przede wszystkim przez Mike’a Deana, przetarły kolejne szlaki w gatunku. Mamy tu choćby podwójną zmianę bitu w „Sicko Mode”, autorefleksyjną, oniryczną balladę „Stop Trying to Be God”, w której wykorzystana została harmonijka Stevie’ego Wondera albo shout out dla legendarnego DJ-a Screw wykonany zapoczątkowaną przez niego techniką. — Klementyna Szczuka ♪
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 100-76
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 75-51
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 50-26
NAJLEPSZE ALBUMY DEKADY 25-1
Soulbowl 2010s: Najlepsze utwory dekady
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
||||||||||||
Marzyłem o tej chwili i o tej liście, od kiedy tylko zacząłem pisać na Soulbowl, ba!, jeszcze wcześniej, jako dzieciak, gdy Rolling Stone opublikował swoje monumentalne podsumowanie płyt wszech czasów. Ostatnie dziesięciolecie nie jest może okresem na miarę pięćdziesięciolecia jednego z (wciąż) najbardziej opiniotwórczych magazynów muzycznych Ameryki, ale są to poniekąd Soulbowlowe wszechczasy, zwłaszcza że okres od 2010 roku to właśnie ten czas, gdy w soulu i okolicach na dobre zaczęło się dziać — R&B wyszło z okowów anachronicznego radiowego formatu i przemieniło się, przynajmniej w części, w gatunek artystyczny, a bywa, że i artystowski. To zresztą nie nasze pierwsze redakcyjne podejście do takiego podsumowania, a, o ile dobrze liczę, trzecie. Najpierw mieliśmy podsumowywać dekadę jeszcze wcześniejszą, ale wtedy okazało się, że nie udało nam się wyjść spoza naszych własnych ram, tzn. że muzyki przed 2006 rokiem (kiedy Soulbowl powstał) słuchaliśmy zupełnie inaczej niż po tym. Trzeba było pogodzić się, zacisnąć zęby i poczekać dziesięć lat, tzn. ja musiałem. Kolejną okazją miało być dziesięciolecie strony, co również, tym razem z powodów organizacyjnych, nie wyszło. Ale, że do trzech razy sztuka, a Polak mądry po szkodzie, tym razem wreszcie byłem przekonany i nie zawiodłem się — mieliśmy wreszcie zaplecze, by wygrać tę przegraną bitwę. Korzystając z okazji, zaprosiliśmy do współpracy szereg zaprzyjaźnionych z nami osób, których cechą wspólną jest to, że kochają soul i nie wyobrażają sobie bez soulu muzyki jako takiej. Wśród współtwórców poniższego podsumowania poza obecnym zespołem redakcyjnym znaleźli się również Marcin Flint, Radek Miszczak, Andrzej Cała, Hirek Wrona, Eskaubei, Dawid „Goodkid” Bartkowski, Łukasz Kowalka, Marcin Harper, Marta Malinowska z Trójki, Łukasz Lorenc z Regime Brigade, Modest z El Quatro, DJ Praktyczna Pani, Piotr Grabski, Mikołaj Buszkers, a także emm!, Maciek Chojnacki, Julia „Eye Ma” Borowczyk, Dźwięku Maniak, Paweł Wojdylak, Klaudia „Lejdi K” Wąsowska, Jakub Wojewódka i Ola Nadzieja. Tym samym oddajemy w wasze ręce piosenkowy przewodnik po latach 2010-2019. Bon appétit! — Kurtek
100.
Thank U, Next
Ariana Grande
Republic / UMG
Rozstanie z Mac Millerem, tabloidowy związek z Petem Davidsonem, niespodziewana śmierć rapera, szybkie zaręczyny z komikiem i równie szybkie rozstanie. No, nie było lekko. „Thank U, Next” to nic innego jak miłosny biogram Ariany Grande, który choć trąci banalnym przesłaniem, jest niezwykle szczery i ujmujący. Oto dowód na to, że można jednocześnie śpiewać o byłych i stać daleko od bycia żałosną, a tytułowe „next” nie musi wcale oznaczać kolejnego romansu, no chyba że z samą sobą. „To najlepszy rok w mojej karierze, ale w życiu prywatnym? Nie wiem, kur…, co ja robię…” — tymi słowami pół żartem, pół serio dziękowała ze łzami w oczach za nagrodę dla Kobiety Roku magazynu Billboard i trudno było się nie uśmiechnąć, gdy to mówiła. „Thank U, Next” pełne jest paradoksów: to w końcu lekki popowy numer o stracie, ale właśnie dzięki temu tak przełomowy w obu strefach życia gwiazdy. I zapewne też dlatego okazał się tak ważny dla wielu milionów dziewczyn po przejściach na całym świecie. — Julia Borowczyk [♪]
99.
New York Is Killing Me
Gil Scott-Heron
XL
Któż inny, jak nie Gil Scott-Heron, byłby w stanie tak wspaniale przywrócić do życie tradycje afroamerykańskich spirytuali rodem z delta bluesowego anturażu. Jazzowy poeta nowojorskiej ulicy tradycje akustycznych zaśpiewów osadzonych w dziedzictwie niewolniczego folku przenosi na współczesną wrażliwość, na instrumentalu który brzmi jakby przewidział 3 lata młodszego od siebie Yeezusa, pozostając przy tym tak korzennym, jak tylko się da. W tej dwoistości i kontraście znajduje swoją siłę i aż trudno uwierzyć, że mimo tego, że sam Heron w momencie premiery miał 61 lat, track dziś, dekadę później, wciąż brzmi tak bardzo świeżo. — Wojtek Siwik [♪]
98.
If You Know You Know
Pusha T
Getting Out Our Dreams / Def Jam / UMG
Otwierający track z Daytony Pushy T to istna petarda. Raper nawet nie czeka na intro i już od pierwszej sekundy rzuca pełne pewności siebie linijki. Przez chwilę towarzyszą mu jedynie szybkie hi-haty i wokalny sampel, a po pełnej zwrotce możemy już podziwiać bit w pełnej krasie. Produkcja Kanyego Westa kojarzy się stylistycznie z jego dokonaniami z czasów MBDTF oraz Cruel Summer. Numer świetnie wprowadza słuchacza w klimat Daytony — od tej chwili wiadomo, że ma się do czynienia z Pushą T u szczytu możliwości. Jednym z najmocniejszych momentów miesiąca z Ye zaordynowanego przez rapera i jego świtę w połowie 2018 roku okazało się właśnie jego otwarcie. — Mateusz Mudry [♪]
97.
All of Me
John Legend
Getting Out Our Dreams / Columbia / Sony Music
Pochodzący z czwartego albumu Love In the Future singiel Johna Legenda „All of Me” wzbudza lawinę uczuć zarówno u autora, podczas wykonywania, jak również u odbiorcy, podczas słuchania. Piękna i wzruszająca ballada, oczywiście o miłości, została sprawnie wykorzystana, jako wyznanie miłości artysty dla jego partnerki i muzy Chrissy Teigen. Urok utworu, pomimo że miłość jest skomplikowana, tkwi w prostocie przekazu, oszczędnych dźwiękach fortepianu, a cały ciężar interpretacji spoczywa jedynie na wokalu Johna. „All of Me” brzmi niemal jak wersja akustyczna, a o jego popularności świadczą liczby oraz ilość wzruszonych fanów. Popowy kawałek stał się jednym z największych hitów Amerykanina, a tekst, chociaż opowiada o poważnym uczuciu, czyni to w sposób żartobliwy i zdystansowany. Proste i klasyczne „All of Me” szybko zostało jednak zaszufladkowane i stało się niekwestionowanym numerem jeden wielu imprez weselnych. — Forrel [♪]
96.
Swamp
Brockhampton
Question Everything / Empire
Wydana w 2017 roku trylogia Saturation udowodniła, że w dobie dominacji artystów solowych, wciąż jest miejsce na supergrupy. To, co nie udało się kolektywom takim jak Odd Future czy Awful Records, doskonale wyszło internetowemu samozwańczemu boysbandowi Brockhampton. Pochodzący z drugiej odsłony serii singiel “Swamp” jest tego świetnym przykładem. To przede wszystkim bezpardonowa, luzacka i zaczepna deklaracja statusu grupy, która mimo swojego alternatywnego charakteru zdołała przebić się do głównego nurtu. Podobnie jak wiele innych utworów „Swamp” czerpie z różnorodności stylów członków zespołu, takich jak Merlyn Woods, Joba czy niesławny Ameer Vann. Największym atutem jest jednak warstwa liryczna, w której Brockhampton z rozbrajającą szczerością mówią to, czego nigdy na głos nie powiedzieliby inni raperzy. I oto właśnie znak ostatniej dekady — mainstreamowy hip-hop wyszedł daleko poza uliczne swoje uliczne ramy, oddając głos mniejszościom, ludziom spoza środowiska i twórcom sięgającym po pozornie odległe inspiracje i gatunki. Jak słychać, z niepodważalną korzyścią — Adrian Felis [♪]
95.
Crew Love
Drake ft. The Weeknd
Cash Money
Za każdym razem, kiedy Drake wspomina w kawałkach o swojej ekipie i miłości do niej, nie mamy pewności, czy mowa o konkretnych ludziach, czy o nieuchwytnym posiadaniu kogoś bliskiego, kto zmienia się w zależności od… potrzeb Drizzy’iego (czy ktoś go w ogóle jeszcze tak nazywa?!). W 2011 przeżywaliśmy prawdziwy rozkwit podgatunku nazwanego wtedy alt R&B, którym zazwyczaj określano domowych twórców publikujących muzykę zupełnie za darmo w internecie. Dzisiaj już wiemy, że w tym przypadku „alt” to przedimek dla niskich budżetów, czego doskonałym przykładem jest kariera The Weeknd, który towarzyszy…. tfu! jest autorem i pomysłodawcą utworu „Crew Love”, na który wprosił się Drake i umieścił go na swoim albumie. Żeby było jasne — nadal jestem fanką Drake’a, a Take Care to moja ulubiona płyta ostatniej dekady. Pamiętajmy jednak, że w przypadku Aubreya granice między byciem kuratorem, a autorem są płynne, a jego dyskografia coraz bardziej przypomina mini-przewodniki po trendach muzycznych pt. „Tam byłem, to usłyszałem” — Marta Malinowska [♪]
94.
Time Moves Slow
BadBadNotGood ft. Sam Herring
Innovative Leisure
Aktywność kanadyjskiego kwartetu w ostatnich latach pozostawia wiele do życzenia. Ubolewamy nad nią z prostego powodu — dotychczasowe albumy BadBadNotGood mocno zakorzeniły się w naszych playlistach, a poszczególne single z powodzeniem przetrwały próbę czasu. Dowodem na to jest obecność w niniejszym rankingu „Times Moves Slow” z gościnnym udziałem Samuela Herringa z Future Islands. Oszczędna kompozycja jest jedną z lepszych prób uchwycenia emocji związanych z samotnością i odtrąceniem, jakie słyszeliśmy od 2010 roku. Romantycy z potrzebą częstych autorefleksji – ten numer jest dla was! — Krzysztof Zięba [♪]
93.
Happy
Pharrell Williams
Columbia / Sony Music
Happy to kropka nad i dyskografii Pharella Williamsa. Po latach przekraczania gatunkowych granic i przeprowadzania kreatywnych rewolucji brzmieniowych w hip-hopie i R&B z tylnego fotela, „Happy” wreszcie sprawiło, że Williams wreszcie trafił pod strzechy wszystkich gospodarstw domowych na planecie Ziemia pod własnym nazwiskiem. To bardziej fenomen popkulturowy niż nagranie muzyczne jako takie. W kontekście dyskografii Pharrella, a nawet krążka G I R L, na którym go ostatecznie umieszczono, wychodzi ze strefy komfortu wokalisty na soul-popowe terytorium eksplorujące lekką jak piórko melodykę i staromodnie nieironiczny dobry nastrój. Niezależnie od tego, czy „Happy” trafiło na wasze plejlisty i czy utrzymało się na nich do dziś, to kawałek naprawdę przebojowego, beztroskiego radiowego popu, który swego czasu sprawił, że przez kilka miesięcy życie milionów ludzi zdawało się choć odrobinę lepsze. — Kurtek Lewski [♪]
92.
Dang!
Mac Miller ft. Anderson .Paak
Warner
Żywa gwarancja udanego utworu, jaką jest Anderson .Paak, ponownie zaskakuje. A to dlatego, że totalnie nic nie wskazuje na to, że refren tego utworu został napisany po śmierci Davida Bowiego. Pogodny, wibrujący funk, który w pięć minut dosłownie zamyka energię letnich związków, jest niesamowicie przyjemny, zwłaszcza patrząc przez pryzmat nieco zblazowanych i depresyjnych poprzednich kilku albumów w karierze Mac Millera. Jazzujące akordy stanowią wyśmienite tło dla figlarnej opowieści o nie do końca układających się związkach, które mimo wszystkich kłopotów, ciężko sobie ot tak odpuścić. Z dzisiejszej perspektywy, świadomość tego, że Malcolm nie wypuści już tak nieprzyzwoicie dobrego letniaczka, za każdym odsłuchem sprawia, że pęka serce. Na szczęście jego dorobek zostanie już z nami na zawsze. — Nikodem Jedynak [♪]
91.
Insane
Madison McFerrin
Madison McFerrin
Madison McFerrin z pasją, wyczuciem i charakterem przetwarza dziedzictwo wokalne „Don’t Worry Be Happy” swojego ojca i bagaż młodzieńczych muzycznych inspiracji, łącząc wokalny kunszt a cappella z połamaną neo-soulową melodyką i emocjonalną otwartością. „Insane” to bose szaleństwo, słoneczna oda do buzujących zmysłów i obezwładniającego pożądania, wreszcie — kameralny showcase czystego talentu — zarówno wokalnego, jak i songwriterskiego. — Kurtek Lewski [♪]
90.
Goddess
Banks
Harvest
Gdyby nagle nieżyjący już Disney zapragnął animowanej wersji Banks w jednej ze swoich bajek, nie trudno się domyślić, że odegrałaby ona rolę Królowej Śniegu. Określenie „powiało chłodem” to najdelikatniejsze sformułowanie, jakim można obdarować „Goddess”. Już od pierwszych dźwięków Banks stara się narzucić swój władczy ton, choć wbrew pozorom nie jest to wcale krzyk. Zdystansowana, jak na kobietę z klasą przystało, Banks nagrała kawałek, który jest muzycznym odpowiednikiem zdania słyszanego przez niejednego eks-partnera — „Jeszcze tego pożałujesz”. — Julia Borowczyk [♪]
89.
Niggas in Paris
Jay-Z & Kanye West
Roc-A-Fella
Kiedy Kanye West i Jay-Z połączyli siły, stworzyli dzieło wyjątkowo barokowe i eleganckie, a „Niggas in Paris” to jeden z najmocniejszych bangerów ubiegłej dekady. W utworze słychać sample z „Baptizing Scene” Reverenda W.A. Donaldsona, „Victory” Puff Daddy’ego z Notoriousem i Busta Rhymesem oraz dialogi z filmu Blades of Glory. Inspirowany podróżą do Paryża kawałek dotyka historii Afroamerykanów w stolicy Francji, sięgającej początków XIX wieku. To tam czarnoskórzy artyści mogli uciec i wreszcie zostać docenieni. — Klementyna Szczuka [♪]
88.
Humble
Kendrick Lamar
Top Dawg / Aftermath / Interscope
Każda premiera od Kendricka Lamara stawia na nogi cały przemysł muzyczny i środowisko fanów. Nie inaczej było, gdy w świetnym “The Heart Pt .4” artysta zarapował “Y’all got till April 7th to get y’all shit together”. Koncept nowej płyty K. Dot zdradził w wywiadzie dla New York Timesa, mówiąc, że „obecnie jest skupiony na tematyce Boga”. Wszystko w pewnym sensie potwierdziło się 30 marca — w dniu premiery pierwszego singla z nadchodzącego albumu Damn. “Humble” wzbudziło olbrzymie kontrowersje: trapowy bit Mike’a Will Made-It, Kendrick, który w warstwie lirycznej stał w kompletnej opozycji do tytułu kawałka oraz kinowy teledysk autorstwa Dave’a Meyersa i The Little Homies (Dave Free i Kendrick we własnej osobie), gdzie mogliśmy zobaczyć serię nawiązań do Biblii, takich jak ostatnia wieczerza czy płonące głowy. Opowiadając o kulisach powstawania “Humble”, jego producent wyznał, że bit był oryginalnie przeznaczony dla Gucci Mane’a. — Adrian Felis [♪]
87.
Retrograde
James Blake
Polydor
Debiut Jamesa Blake’a przyniósł parę ikonicznych singli, ale „Retrogade” z drugiego krążka artysty miało wcale nie mniejszy potencjał, aby zapisać się wielkimi literami w historii wyspiarskiej muzyki. Utwór opowiada o zapędzonym w ślepy zaułek związku, z którego jedynym wyjściem jest pogrążenie się we wspomnieniach. Chociaż Blake błądzi jako kochanek, nie błądzi jako artysta i doskonale trzyma się obranej przez siebie, post-dubstepowej ścieżki. Legenda mówi, że „Retrogade” powstało pod nadzorem Kanyego Westa i Justina Vernora — jestem jednak pewien, że i bez ich pomocy utwór hipnotyzowałby tak samo. — Chojny [♪]
86.
Peso
A$AP Rocky
A$AP Rocky / RCA
Właściwie to od tego kawałka rozpoczęła się kariera A$APa Rocky’ego. Mimo, że raper na koncie miał już krótki mixtape Deep Purple, to właśnie dzięki Live.Love.A$AP został w pełni doceniony. Projekt zapowiadał właśnie „Peso”, który finalnie dwa lat później nie trafił jednak na tracklistę wydawnictwa. Jak powiedział jednak sam Flacko — „czuję się, jakby dopiero w nim pokazał swoje liryczne umiejętności”. Samplujący „No One’s Gonna Love You” The S.O.S. Band, cloud rapowy, narkotyczny bit stał się charakterystycznym brzmieniem młodego rapera z Harlemu. — Klementyna Szczuka [♪]
85.
Shutdown
Skepta
Boy Better Know
Wszystkie trueschoolowe głowy doskonale pamiętają wydawnictwa XL Recordings i Boy In Da Corner Dizzeego Rascala czy Treddin’ on Thin Ice Wileya — ponadczasowy grime’owy panteon uformowany jeszcze na początku XXI wieku. Wielu słuchaczom i słuchaczkom, którym nie było dane zetknąć się z gatunkiem w trakcie bądź zaraz po pierwszej fali międzynarodowej popularności brzmienia, termin grime nominalnie wwiercił się w świadomość najprawdopodobniej dzięki singlowemu killstreakowi prowadzącemu do premiery albumu Konnichiwa Skepty, a zastępom wieloletnich fanów dał tak upragniony powiew świeżości. Od „It Ain’t Safe” i „That’s Not Me” aż po kultowe już „Shutdown” — minęło prawie pięć lat, ale największe przeboje całe szczęście nie znają pojęcia czasu. — Kamil Matyja [♪]
84.
Exhibit C
Jay Electronica
The Dogon Society / Just Blaze / Mass Appeal
Plotka głosi, że potężny, oparty o sampel z nagrania „Cross My Heart” z repertuaru Billy Stewart, instrumental do „Exibit C”, Just Blaze stworzył w niecałe 15 minut. Ten, jak to się zwykło mawiać w takich przypadkach, beat-forteca stał się na tyle kultowy, że wykorzystali go później jeszcze, chociażby tacy raperzy jak Fabolous, Crooked I, Joell Ortiz, AZ, N.O.R.E., Saigon, B.o.B, Childish Gambino, Twista, Game czy Big K.R.I.T. Głównym bohaterem tego nagrania jest jednak Jay Electronica, który w stylu osadzonym między tym, co na krążku The 18th Letter pokazał Rakim a najlepszymi momentami z twórczości Nasa, opowiada nam wciągającą i pełną ukrytych znaczeń historię swojej kariery, zaczynając od trudnych momentów, pełnych zgubnych nałogów i barku świadomości, przez swoiste oświecenie, aż do chwili, kiedy to legendy hip-hopu domagają się od niego większej dawki muzyki. Nikt tak naprawdę nie powinien się im dziwić, albowiem na tym ponad 5-minutowym nagraniu pozbawionym refrenów, raper nie zaserwował nam ani jednej słabej linijki. — Efdote [♪]
83.
Almeda
Solange ft. Playboi Carti
Columbia / Sony Music
“Almedę” można lubić, podziwiać, cenić za warstwę muzyczną, uważać, że to zdecydowanie wyróżniający się numer z doskonałego When I Get Home. Mimo to jest jednak dziełem ekskluzywnym — nie każdemu dany jest pełny dostęp do jej zrozumienia, a słowa Solange skierowane są do określonej grupy odbiorców. W tych czasach wszyscy chętnie przytakujemy, że muzyka powinna łączyć, bez względu na wszelkie różnice. Są jednak pewne doświadczenia, które nigdy nie będą naszymi przeżyciami. Możemy rozumieć, o czym mówi Solange, ale ostatecznie „These are black-owned things”. „Almeda” to podróż w rodzinne strony wokalistki — południowe rejony Houston. Powraca do korzeni, miejsca przesiąkniętego czarną kulturą, co objawia się nie tylko na poziomie tekstowym, ale i w warstwie muzycznej. Produkcja utworu, za którą odpowiedzialny jest między innymi Pharrell, nawiązuje do chopped and screwed, techniki remiksu popularnej w Houston w latach 90-tych. Nie można nie wspomnieć o Cartim, którego gościnne wersy odważnie przybliżyły „Almedę” do miana trapowego hymnu celebrującego czarne dziedzictwo. — Polazofia [♪]
82.
Black Skinhead
Kanye West
Def Jam / UMG
„Black Skinhead”, niewątpliwy highlight Yeezusa, choć został zamknięty w hip-hopowej formie, jest w istocie punkowy z natury, co odzwierciedlają mroczny, industrialny, charczący bit i nieskrępowane, charyzmatyczne flow rapera. To jedna z wielu udanych autokreacji jednego z najważniejszych artystów naszych czasów. — Kurtek Lewski [♪]
81.
No Sleeep
Janet Jackson
Black Doll / BMG
Kiedy usłyszałam ten numer po raz pierwszy, moje skojarzenie było takie, że to pewnie kolaboracja z Kaytranadą lub remiks od Casual Connection. Byłam zaskoczona lekkim groovem rodem z lat 90tych. Tak oszczędnie i tak w punkt. Żaden numer Janet od czasów „Got til It’s Gone” czy „ Go Deep” tak mi się nie podobał. Moją twarz wykrzywił grymas aprobaty podobny do grymasu producentów, którzy mocno jarają się swoim bitem. To był miód na moją oldschoolową duszę. Z jednej strony pościelówa, z drugiej zaś, podbijając tempo nieco ponad 90 BPM-ów bujam się jak do starego dobrego R&B. W czasach pogoni za brzmieniem nowego pokolenia, kultowi artyści często podążają za nowymi trendami. Janet nie jest tu niestety wyjątkiem, ale akurat ten numer wynagradza to muzyczne meandrowanie. Wybór producenckiego zasłużonego duo bardzo się tu sprawdził. Mogę się mylić, ale w tle chyba słyszę zsamplowane podbicia Ala Greena. Wsłuchajcie się. — Praktyczna Pani [♪]
80.
Heartbreaks + Setbacks
Thundercat
Brainfeeder
Wirtuoz i wizjoner. Oba te określenia można dziś z pełną powagą oraz śmiałością przypisać do niezwykle utalentowanego basisty Stephena Lee Brunera, którego większość słuchaczy zna szerzej z aliasu Thundercat. Zanim zdecydował się na karierę solową swoją markę budował, współpracując z takimi artystami, jak: Erykah Badu, Sa-Ra Creative Partners, J*DaVeY czy Flying Lotus. To właśnie współpraca z tym ostatnim przyniosła mu większy rozgłos i pierwszy poważniejszy hit na koncie. Chodzi o utwór „Heartbreaks + Setbacks”, który bardzo szybko stał się pierwszą wizytówką Thundercata i rzucił więcej światła na jego postać i twórczość. Piosenka, którą oprócz FlyLo współprodukował także inny kalifornijski artysta Mono/Poly, wręcz kipi dźwiękami, układającymi się w multigatunkowy miraż. Z kompozycji wybijają się oczywiście głębokie i bardzo rytmiczne tony gitary basowej, podawane z wielką wytrawnością, z którą Stephen Bruner jest od lat utożsamiany. — Dźwięku Maniak [♪]
79.
The Wilhelm Scream
James Blake
Polydor
Dziś James Blake musi jawić się jako jeden z tych wiecznie poszukujących artpopowych wrażliwców, którzy nieustannie potrzebują redefinicji, ale w 2011 roku, gdy po kilku nieśmiałych post-dubstepowych (tak wtedy o tym pisaliśmy) epkach, Blake zadebiutował wreszcie dużym krążkiem, jego kontury były wyraziste jak nigdy wcześniej i nigdy później. Miało się wtedy (i ma się dziś) poczucie, słuchając tego materiału, że 23-letni artysta, wie doskonale, czego chce i wie, jak to osiągnąć. Słuchało się tej muzyki u progu fali nowego R&B z otwartą głową i ona miała to w swoim DNA. Blake doskonale wykorzystał ten moment i położył swoim debiutem, chcąc niechcąc, podwaliny pod brzmienie dzisiejszego popu. „The Wilhelm Scream” był w tym ujęciu najbliżej melodyki klasycznego popu — zaaranżowanego introwertycznie, na zdekonstruowanym post-dubstepowym bicie z masą dźwiękowego efekciarstwa z pogranicza muzyki eksperymentalnej, ale melodycznie w całym swoim minimalistycznym zapętleniu jednak wchodzącego w głowę z niesamowitą siłą, na modłę przebojów z radia Top 40, a jednak zupełnie inaczej niż one. Ten intymny nastrój świadomie kreowany od pierwszej do ostatniej sekundy, ta wrażliwość na dłoni, niepewność — z tym nie dało się wtedy, będąc niemal równolatkiem Blake’a, nie utożsamić. Kto wie, jak zabrzmiałoby Blonde Franka Oceana, gdyby nie ta płyta i ten kameralny krzyk. — Kurtek Lewski [♪]
78.
Can’t Feel My Face
The Weeknd
XO / Republic / UMG
Promocja, jaka towarzyszyła premierze „Can’t Feel My Face” sprawiła, że singiel odniósł znaczący sukces. Przyczynił się do tego zarówno start platformy Apple Music, jak również odwołanie do muzyki Michaela Jacksona i zaangażowanie Maxa Martina do powstania kompozycji. Niezgłębienie tekstu piosenki może początkowo sugerować temat nieszczęśliwego uczucia do kobiety, jednak okazuje się, że The Weeknd używając alegorii i w rzeczywistości rozprawia o pozytywnych dla niego skutkach obcowania z kokainą. Idąc dalej i łącząc oba tematy, dochodzimy do konkluzji, że artysta może śpiewa jednak o miłości uzależniającej jak narkotyk. Disco-pop-funkowy singiel ukazuje płynne przejście Abla od R&B do bardziej popowego brzmienia. W „Can’t Feel My Face” słyszymy R&B i pop o bardzo tradycyjnej strukturze i wykonaniu, które odnoszą się bezpośrednio do takich klasyków Jacksona, jak „The Way You Make Me Feel” i „Billie Jean”. Na szczęście sama piosenka nie przynosi wrażenia, że już gdzieś to słyszeliśmy, ale jest żywą i nowoczesną wersją własnego stylu Kanadyjczyka. — Forrel [♪]
77.
3500
Travis Scott ft. Future & 2 Chainz
Epic / Sony Music
Debiut Travisa Scotta to kosmos, niedościgniony wzór, jak tworzyć płyty kompletne i świeże w całym trapowym uniwersum. Tej legendy nie byłoby jednak, gdyby nie „3500”, które zmienia słowo w ciało — mokre rockowe sny całych pokoleń raperów materializuje w niedoścignionym 8-minutowym prog-trapowym opusie. Scott wraz z Future’m i 2 Chainzem nieśpiesznie nawijają o prawdzie w hip-hopie i na osiedlu (hehe), co ma jednak znaczenie zupełnie drugorzędne wobec majestatycznego intergatunkowego bitu, który wyszedł z warsztatu Metro Boomina, Mike’a Deana, Mano i Zaytovena. Synthy ściśle sprzężone z gitarami w mocarny świdrujący dron w trakcie eksplozywnego hooka przechodzący w psychodelicznie pulsujący bit mający coś w klasycznych gangsta rapowych produkcji lat 90., tu na charakterystycznym trapowym podbiciu, robi robotę jak mało która traprapowa produkcja minionej dekady. To jednak zaledwie punkt wyjścia dla hipnotyzującego numeru, który z każdą kolejną zwrotką, z każdą kolejną woltą produkcyjną, z każdym kolejnym padającym „trill n*gga” w refrenie wprowadza słuchacz w coraz głębszy trans, co konsekwentnie czyni do ostatnich sekund w półtoraminutowym progresywnym outro, jakiego nowy rap wcześniej nie widział. — Kurtek Lewski [♪]
76.
Latch
Disclosure ft. Sam Smith
Island / Universal
Debiutancki singiel „Latch” okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym i wyniósł kariery Disclosure i Sama Smitha na wyższy poziom. Przed pojawieniem się kawałka cała trójka nie była znana na światowa skalę, ale kompozycja stopniowo zyskiwała na sile, by w konsekwencji osiągnąć numer jeden w Stanach Zjednoczonych i pokryć się potrójną platyną. Piosenka była męczona przez stacje radiowe, a artyści byli postrzegani chwilowo jako gwiazdy jednego przeboju. Przyszłość pokazała jednak coś innego. Zarówno „Latch”, dzięki oryginalnemu brzmieniu, garażowym dźwiękom i włączeniu soulowego wokalu Sama, stało się niekwestionowanym bangerem, jak i Brytyjczycy poradzili sobie w muzycznym biznesie bardzo dobrze. Do dziś wracamy z przyjemnością do tego klubowego hitu z soulowo-jazzowym zacięciem. — Forrel [♪]
NAJLEPSZE UTWORY DEKADY 100-76
NAJLEPSZE UTWORY DEKADY 75-51
NAJLEPSZE UTWORY DEKADY 50-26
NAJLEPSZE UTWORY DEKADY 25-1
15 najlepszych epek 2019

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego lata mijają, a my z uporem maniaka w dalszy ciąg w osobnym podsumowaniu rokrocznie wyróżniamy epki, wierzę, że wystarczy rzut okiem na to zestawienie w kontekście opublikowanych już albumów i utworów. U nas serwowane są na deser, ale dla karier wielu raczkujących, choć już utytułowanych i ekscytujących artystów, to raczej aperitif. To właśnie epki należy śledzić, żeby usłyszeć przyszłość nowego soulu. Oto najlepsze epki 2019 według Soulbowl.pl
15.
The Afterlife
The Comet Is Coming
Impulse!
Shabaka Hutchings to obok Kamasiego Washingtona najbardziej rozchwytywany jazzman ostatnich lat. Tym bardziej, że każde jego kolejne wcielenie redefiniuje na nowo jego brzmienie i stylistyczne ścieżki. The Comet Is Coming w obu tegorocznych odsłonach (długogrającej i na tej epce) to jazz kreślony grubo i bez ogródek, taneczny, progresywny, retrofuturystyczny, żonglujący kiczowatymi schematami 70sowego fusion i przerabiającymi na miazgę inspiracje Sun Ra. A wszystko to nakładem legendarnej oficyny Impulse! Słowem: jazz na przypale! Jeśli macie więc ochotę na więcej przypałów, panowie dokoptowali do longplaya półgodzinny suplement The Afterlife. Na przypale albo wcale! — Kurtek
♫ „The Softness of the Present”
14.
Kokoroko
Kokoroko
Brownswood
W Londynie nie tylko jazz ma się całkiem dobrze. To tam odradza się właśnie muzyka Afryki Zachodniej, inspirowana takimi twórcami jak Fela Kuti czy The Funkees. Chodzi oczywiście o afrobeat, o którym przypomina nam londyński skład Kokoroko. Afrykańskie rytmy połączyli z cechami charakterystycznymi dla współczesnej sceny jazzowej Londynu. Chcieli, aby ich brzmienie nie było idealne, aby miało w sobie coś z brudu i chaosu tak wielkiej stolicy. Ich utwór „Abusey Junction” znalazł się na kompilacyjnym materiale We Out Here, gromadzącym najciekawszych nowych muzyków jazzowych z Londynu. Epka Kokoroko to podróż po rytmach Afryki Zachodniej. Inspiracje Fela Kutim można usłyszeć nie tylko w samym brzmieniu, muzycy chętnie przyznają, że dla nich również muzyka powinna być swoistym „megafonem”, platformą do przekazywania idei. „Adwa” odnosi się do historycznej bitwy wygranej przez Etiopię, z kolei „Uman” do stereotypów dotyczących czarnoskórych kobiet. U Kokoroko nie ma przypadków. — Polazofia
13.
Time
Kamaliza
Kamaliza Salamba
Na przestrzeni ostatniej dekady wysłaliśmy niezliczoną ilość pochwał w kierunku nowosoulowego brzmienia rodzącego się w australijskim Sydney czy nowozelandzkim Wellington. Do grona naszych ulubieńców wywodzących się z tamtych stron (na czele z Electric Wire Hustle, Jordanem Rakei i Fat Freddy’s Drop) dołącza Kamaliza – producent, aranżer i wokalista. Jego tegoroczna epka to porcja ciepłego i melodyjnego R’n’B, któremu daleko od ordynarnych trendów i tępych wersów. Trudno doszukać się na niej tajemnicy i nowych rozwiązań, jeśli jednak cenisz odpoczynek w trakcie słuchania muzyki, Time Ep jest idealnie skrojona pod tego typu potrzebę. — K.Zięba
12.
Fuck
Benjamin Earl Turner
Los Banditos
Choć pochodzący z Detroit raper Benjamin Earl Turner, znany z featuringu w „Part of Me” na Room 25 Noname, w październiku wydał swój drugi longplay Bad Nature, postanowiliśmy postawić raczej na poprzedzającą go styczniową epkę o niewybrednym tytule Fuck. Powiedzmy szczerze — typ trochę nie wie, jak prowadzić swoją karierę — choć na Bad Nature zaczął na poważnie romansować z trapem, co wcale zresztą nie wyszło mu najgorzej, tegoroczna epka na dwoje wróżyła. Mimo że Turner nie uciekał od współczesnych rozwiązań, klimatem i brzmieniem zdawał się nawiązywać do ostatnich dokonań Smino czy Saby. Zwłaszcza bujający banger „Ja Rule” z ultraprzebojowym refrenem, w którym Turner brzmi jak Kendrick Lamar, wydawał się doskonałym prognostykiem, podobnie zresztą jak singlowe „M’baku Shit”. Fuck to doskonały, choć nieco chaotyczny przegląd umiejętności obiecującego rapera, który musi się ogarnąć. — Kurtek
11.
Daydream
Chloe Martini
Salute the Sun
Marzeniem rezydującej obecnie w Londynie Anny Żmijewskiej jest przywrócenie muzyce RnB jej blasku z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Absolwentka Red Bull Music Academy udowodniła, że sentyment wobec brzmień kojarzonych z Aaliyah, Janet Jackson, En Voque czy Jodeci, wciąż silnie tkwi w naszej podświadomości, i przebudzony za sprawą Daydream sprawia sporą frajdę. Produkcje Chloe Martini zdają się jednak charakterystyczne i spójne, dzięki czemu mogą być kojarzone wyłącznie z ich autorką, która konsekwentnie flirtuje z tego typu stylem już od dłuższego czasu. Na tegorocznej epce usłyszeliśmy m.in. świetny numer z Rosalie oraz przebojowe „All or Nothing” z gościnnym udziałem nowojorskiej wokalistki MAAD. — K.Zięba
♫ „Naked”
10.
9 Years
Keep Shelly in Athens
Keep Shelly in Athens
Grecja nie bez powodu jest jednym z najczęściej wybieranych kierunków wakacyjnych. Oprócz pięknych widoków i słonecznej pogody ten kraj ma również do zaoferowania klimatyczny chillowy duet Keep Shelly in Athens. Ich EP 9 Years to zbiór eterycznych i wirujących dźwięków, wpływających pozytywnie na otoczenie. Artyści oddają przemijające uczucia życia w mieście i nieuchronnego upływu czasu. Dzięki bujnym melodyjnym rytmom i marzycielskiemu wokalowi Keep Shelly in Athens w sposób dostępny i lekki wprowadza słuchacza w świat elektroniki ukazanej w zwolnionym tempie. Po 9 latach od powstania duet zdołał przemycić do szerszej publiczności na całym świecie swoje kapryśne, połamane miejscami aranżacje i kojące produkcje. — Forrel
9.
Friends
Omar Apollo
AWAL
Druga epka wyłowionego z czeluści Soundclouda multiinstrumentalisty Omara Apollo jest napakowana stylistycznie niczym line-up showcase’owego festiwalu. Każdy z utworów prowadzi słuchacza w inne rejony. W telegraficznym skrócie Friends można by opisać następująco: buńczuczny prince’owski funk spotyka zmysłowe R&B Miguela, a później wsiadają do White Ferrari i pędzą na disco, włączając przy okazji Auto-Tune’a. Materiał skrzy się od pomysłów prowadzących do wniosku, że Omar musi być fajnym gościem. I takich gości lubimy. — Maja Danilenko
8.
Cry 4 Help
Kari Faux
Change Minds
Twórczość Kari Faux zawsze cechowała się wyrazistością i nieszablonowym podejściem. Raczej nigdy nie była bardzo kontrowersyjna, tym większym zaskoczeniem okazała się prowokująca okładka Cry 4 Help. Oczywiście nie oznacza to zmiany muzycznego kierunku, brzmieniowo to wciąż ta sama Kari, którą znamy chociażby z Primary. Cry 4 Help jest jednak próbą zmierzenia się ze swoimi lękami, często nieuświadomionymi. Tym lepiej, że artystka wybiera do tego właśnie tak przystępną formę. Epka utrzymana jest w stylistyce r&b, jednak z każdym kolejnym utworem wkraczamy w coraz mroczniejsze rejony. Momentem kulminacyjnym jest zamykające krążek, niezwykle osobiste i bolesne „Latch Key”. Kari przebyła długą drogę od „No Small Talk” do „Leave Me Alone”. Cry 4 Help jest na to najlepszym dowodem. — Mateusz
7.
Meghalaya
Tiana Khasi
Soul Has No Tempo
Aby dać jak najlepszy obraz epki z 7. miejsca naszego zestawienia, należy zrobić krótki wstęp: Meghalaya to stan mieszczący się w północno-wschodnich Indiach, natomiast Khasi jest wywodzącą się z tego rejonu grupą etniczną, której główną siłą są kobiety. I między innymi o tej właśnie sile śpiewa mająca indyjskie korzenie, wychowująca się w Australii Tiana Khasi. Na jazzująco-soulowych podkładach inspirowanych również samoańską muzyką usłyszycie jej anielski głos mówiący o dumie bycia kobietą, świadomości własnej wartości, życiowej ewolucji i zachęcający inne kobiety do bycia autorkami własnych historii. Bezapelacyjnym hymnem tego ostatniego jest „They Call Me”, którego potęgę przekazu akcentuje zmienna tonacja. Nie da się jednak przejść obojętnie wobec żadnego z siedmiu numerów epki. „Georgia’s Track” to laurka dla byłego, tak zresztą jak „Nuketown” — łagodnie rozpoczynający się anielskimi chórkami, brzmiącymi niczym inspiracja Solange, utwór na lekko brzmiących bębnach. Pierwotnie sprawia on wrażenie romantycznej ballady, jednak słodko wybrzmiewające Prepare for your demise wbija nóż ponownie podkreślając moc kobiety. Żadnej z piosenek nie da się zamknąć jedną klamrą — i to jest właśnie magiczny eklektyzm rysujący obraz Tiany Khasi. Dziewczyny, pokochacie ją! — dżesi
6.
Black Moses
Channel Tres
GODMODE
Channel Tres swoją twórczością wychodzi poza schematy muzyki housowej. Jest nie tylko DJ-em, na koncertach raczej nie stoi za deckami, chętnie łapie za mikrofon. Odpowiada również za produkcję — tworzył między innymi dla Duckwrth’a, którego był również DJ-em. Wreszcie zdecydował się na karierę solową, w 2018 zasłynął numerem „Controller”. W swojej twórczości Channel Tres łączy muzykę housową z hip-hopem i G-Funkiem, klubowe klimaty urozmaica więc z rytmem jego rodzinnego Compton. Tegoroczna epka to kolejny projekt, który zdecydowanie udowadnia, że warto mieć go na oku. Co ciekawe, na Black Moses housowe bity przeplatają się z tematami społecznymi i celebracją czarnego dziedzictwa. Channel Tres swoją muzyką powraca do korzeni muzyki housowej, przypominając, że jej genezy nie da się odseparować od polityki. — Polazofia
5.
Casual Encounter
Doug Shorts
Daptone
Gdyby kryterium nadrzędnym naszych rankingów byłaby szeroko rozumiana stylowość, Doug Shorts byłby poważnym pretendentem na lidera. Na przesiąkniętym vintage’owym klimatem Casual Encounter rozkręca wycofaną, sensualną potańcówkę minimalistycznego, syntetycznego post-disco z flirciarskim zacięciem. Elegancja tego materiału połączona ze wspaniałym uchem do chwytliwych refrenów i soulową wrażliwością tworzą zestaw idealny na „late night feelings” w duchu seventisowego Soul Trainu, z tą różnicą, że wszyscy to wstydliwi introwertycy. Ta sypialniana przebojowość podszyta duchem DIY tworzy soundtrack idealny na długie wieczory, a kwestie zorganizowania sobie w nich czasu pozostawiamy już wam… — Wojtek
4.
Ama, Who?
Ama Lou
Interscope
Muzyczna scena brytyjska w ostatnich latach zdaje się dominować — oprócz niesamowitego rozkwitu jazzu, oblężenie nowymi artystami przeżywa także nurt szeroko pojętego r&b. W 2016 roku z północnej części Londynu wyłoniła się Ama Lou — piosenkarka, tekściarka i producentka, która w 2018 wydała epkę DDD i zniknęła na chwilę, między innymi by udać się w trasę z Jorją Smith. Powróciła dość szybko — na szczęście, bo jej subtelny, acz jednocześnie potężny wokal, niezależnie czy wybrzmiewający w akompaniamencie samego pianina („Far Out”) czy oparty na harmonijnych produkcjach pełnych solidnego basu i hip-hopowych bitów wyprodukowanych m.in. przez Franka Dukesa, Murda Beatz czy Hi-Teka (współpracowali z takimi jak Drake, Rihanna, Kanye West, Anderson .Paak, Common czy Cardi B), jest dokładnie tym głębokim, mówiącym bez ogródek r&b, którego dziś potrzebujemy. Lou swoimi tekstami („We tried, we tried” pomagał napisać Talib Kweli) traktuje o szeroko pojętych relacjach czy bezwarunkowej miłości do rodzinnego miasta (kapitalne „NORTHSIDE”); i choć być może z początku utwory zdają się nie tworzyć spójnej historii, to ostatecznie wnikliwie odpowiadają wszystkim na pytanie: Ama, who? . — dżesi
3.
II
Lucky Daye
Keep Cool/RCA
Lucky Daye po raz kolejny ląduje na podium naszego rankingu epek. Trudno się dziwić, II to sprawna selekcja fragmentów trylogii spojonej finalnie albumem Painted, z dodatkową przestrzenią na niedosyt. Mamy tu przede wszystkim „Karmę”, czyli charyzmatyczną reinterpretację wątków wyjętych z hitu Ginuwine’a „Pony”, której nie mogliśmy się w tym roku nachwalić. Mamy post-Oceanowskie „Paint it”, funkowy zadzior w „Real Games” i zaniepokojone, ale eleganckie, post-jazzowe „Misunderstood”. Epka II to pełna wrażeń podróż od soulu lat 70., przez przebojowe lata 90., aż do współczesności, spojona brawurą Daye’a i producenta D’Mile’a. — Maja Danilenko
2.
Dangerous
Shay Lia
Shay Lia
Eklektyzm życiowy Shay Lii sprawił, że wypracowała swój własny oryginalny klimat muzyczny. Urodzona we Francji, wychowana we wschodniej Afryce, a mieszkająca obecnie w Kanadzie Shanice, przy pomocy równie oryginalnych producentów jak Kaytranda, czy Badbadnotgood stworzyła „niebezpiecznie” przyjemną mieszankę indie i R&B, która zapewniła artystce drugą pozycję w naszym zestawieniu najlepszych minialbumów 2019 roku. Dangerous zawiera dojrzałe kompozycje z seksownym vibem w retro stylu, podczas słuchania których wyczuwa się muzyczną chemię między Kaytrą i Shay. Wszyscy producenci przyłożyli się do krążka, sprawnie zmiksowali wcześniej wspomniane gatunki z chillową elektroniką, hip-hopem („Want You”) i najntisowym stylem („I’ll Be There”). Całość jest więc wyrafinowana, nieinfantylna, na wysokim poziomie producenckim, z uzależniającą energią i świeżym groovem. — Forrel
1.
You + I
Madison McFerrin
MadMcFerrin
Utalentowana Madison McFerrin w zeszłym roku oczarowała nas singlem „Insane”, a na początku grudnia po półtorarocznym oczekiwaniu wydała wreszcie trzecią epkę zatytułowaną You + I — pierwszy większy materiał artystki niezarejestrowany w formie a cappella. Jak McFerrin sama mówiła podczas wrocławskiego koncertu — zaczęła nagrywać muzykę w takiej formie, ponieważ sama nie potrafiła jej wyprodukować. Dzięki temu znalazła własną niszę, którą pięknie nawiązała do dziedzictwa swojego ojca. Tym razem jednak za produkcję odpowiada jej brat Taylor McFerrin. Pod jego skrzydłami dotychczas kameralna Madison stała się roztańczona i eklektyczna — jak w singlowym „Try”, w którym samoświadomy tekst zestawiono z pulsującym klubowym bitem. Osią muzyki Madison są jednak wciąż osobiste teksty i neo-soulowa melodyka. Madison jest fenomenalną wokalistką pozbawioną manieryzmów i skłonności do prześpiewywania, dzięki czemu doskonale akcentuje treść piosenek. Słychać to we wieńczącym epkę stonowanym Fallin’, gdzie lekka melodycznie miłosna mgiełka unosi się nad progresywnym downtempo. Jeśli nadal macie wątpliwości, śpieszę potwierdzić — Madison McFerrin z muzyką brzmi równie zjawiskowo co a cappella! — Kurtek
♫ „Try”
Wszystkie wyróżnione przez nas utwory wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:
25 najlepszych albumów 2019

Okołosoulowych podsumowań końcoworocznych ciąg dalszy — po utworach, czas na płyty! Choć trudno porównywać dość zachowawczy jednak, jeśli chodzi o premiery, rok 2019 z mocarnym 2018, kiedy zdecydowaliśmy się wyróżnić aż 50 krążków, nie sposób odmówić mu wielu solidnych wydawnictw. Jeśli spojrzeć z kolei na mijających 12 miesięcy przez pryzmat lat poprzednich, trzeba zauważyć, że oto R&B, które w poprzedniej dekadzie funkcjonowało trochę jako dobudówka do hip hopu, nie tylko uzyskało względem rapu większą artystyczną autonomię i znalazło własne formy wyrazu, ale wkradło się w hiphopowe szyki, wpływając na brzmienie i melodykę gatunku w sposób dotychczas nieznany i wykraczający dalece poza zgraną formułę rapowanych zwrotek ze śpiewanymi refrenami. Jeśli prześledzicie ogół wydawnictw R&B przed dziesięcioma laty i dziś, bez trudu wychwycicie różnice tak ilościowe, jak i jakościowe. Żyjemy w złotej erze artystycznego R&B — cieszmy się tym i doceniajmy to! Oto 25 najlepszych albumów 2019 roku według Soulbowl.pl. — Kurtek
25.
YU
Rosie Lowe
Wolf Tone
Uwodzicielski, minimalistyczny soul, jaki zafundowała Rosie Lowe na płycie YU powstał przy akompaniamencie elektroniki i instrumentów, które artystka kocha i na których nauczyła się grać już w młodości. Pomimo że w naszym zestawieniu krążek znajduje się na ostatnim miejscu, jego zawartość potwierdza talent pisarski Brytyjki. Na płycie Rosie snuje osobistą opowieść o miłości, pożądaniu, zadowoleniu, osadzoną w przyjemnym klimacie synthu, wspomnianego soulu i R&B. Przejście Lowe do nowej wytwórni nadało YU bardziej alternatywny charakter w porównaniu z jej wcześniejszymi wydawnictwami. Tym samym pokazała inne oblicze, nabrawszy odwagi, by sięgnąć do osobistych doświadczeń. Chociaż płyta ma klasyczną formę, zdecydowanie jest nowoczesna. YU to wyrafinowany i opanowany krążek, który burzy porządek w ułożonym świecie R&B. — Forrel
24.
Painted
Lucky Daye
Keep Cool / RCA
Lucky Daye na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu. Album to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. Mantrą krążka są jednak muzyczne wzorce z R&B lat 90., przymglone aranżacyjnie i doprawione cytatami z soulu lat 70. To krążek pełen naprawdę dobrych melodii wyprodukowanych w doskonale wyważony sposób, dzięki czemu i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć te numery bez zastrzeżeń. [więcej] — Kurtek
23.
There Existed the Addition to Blood
Clipping.
Sub Pop
Na tegorocznym albumie Clipping. lecą po krawędzi i to jeszcze bardziej ostro i boleśnie niż zwykle. Tym razem wzięli na warsztat horrorową stylistykę, inspirując się kinem grozy, od soundtracków Johna Carpentera po sample z niszowego Ganja & Hess. To wszystko składa się na skrzętnie poskładaną i spójną stylistycznie kompozycję, która niemalże ocieka krwią. Zachwycić można się tu wszystkim – brzmieniem, ciekawymi rozwiązaniami produkcyjnymi oraz sadystycznymi, zakrawającymi o horrorcore wersami gospodarza. Przeprawa przez There Existed an Addiction to Blood, choć bywa bolesna, to głównie jest raczej satysfakcjonująca. — Mateusz
22.
Not Waving, But Drowning
Loyle Carner
AMF
Drugi studyjny album Loyle’a to jeszcze bardziej klimatyczny i personalny materiał niż wydany dwa lata temu, debiutancki Yesterday’s Gone. Not Waving, But Drowning otwiera poruszający list do Jean, matki Carnera, a na albumie raper podejmuje tematy związane ze swoją dziewczyną, bliskimi i przyjaciółmi. Całość, jazzująca, lekka i swobodna, wydaje się wyjątkowo ciepła i kameralna, w szczególności za sprawą niejako luźnej kompozycji. — Klementyna
21.
The Lost Boy
YBN Cordae
Atlantic / YBN
Młodzik z kolektywu YBN zaserwował nam w tym roku fantastyczną odtrutkę dla skostniałej formuły staroszkolnego, lirycznego rapu. Kolorowy, charyzmatyczny, mocno osadzony w soulowych korzeniach, ale hołdujący trapowej przewózce i wysmakowanym bangerom artysta znajduje kompromis między tym, co klasyczne a świeżością brzmienia. Rozpływające się, miękkie brzmienia samplowanego hip-hopu podszywa trapową bezpardonowością, zaś dynamiczniejsze fragmenty stara się sprowadzić z powrotem na drogę miejskiej poezji. To jeden z najbardziej angażujących, obiecujących i, przede wszystkim, wspaniale stylowych albumów tego roku. Niby taki zagubiony chłopiec, a drogę wydaje się realizować aż zbyt konsekwentnie. [więcej] — Wojtek
20.
This Is How You Smile
Helado Negro
Universal Music
This Is How You Smile to właściwie album antyrankingowy. Oszczędny w środkach wyrazu, wyciszony, w najszerszym tego słowa znaczeniu — zwyczajnie nieprzebojowy. Z dużą pewnością to jednak najlepszy album w dyskografii Helado Negro i jedna z propozycji wartych choćby sprawdzenia. Wysublimowane kompozycje Roberto Carlosa Lange błądzą gdzieś pomiędzy kameralnym folkiem Devendry Banharta a syntetycznymi głębinami Nosaj Thing, nie zapominając jednocześnie o dziedzictwie João Gilberto. I choćby nawet chciało się złośliwie zakwalifikować This Is How You Smile w poczet nieistotnej muzyki tła, nie sposób odkleić się od tła, w którym przyjdzie nam się pławić. Siła tego albumu tkwi w wartościach pozornie nieatrakcyjnych, spokoju i skromności. Dużo teraz słyszy się apeli o ciszę. Gdyby zechcieć wskazać muzyczną odpowiedź na takowe apele, Helado Negro byłby numerem jeden. I słusznie — uśmiech to przecież cichy przejaw radości. — Maja Danilenko
19.
Charli
Charli XCX
Atlantic
Z Charli miałem taki problem, że dotychczasowa jej twórczość tliła się gdzieś w cieniu jej własnych dokonań songwriterskich. Wydawane od czasu do czasu single, mixtape’y czy gościnki nie pozwalały odkryć jej prawdziwej natury, a były jedynie eksperymentami. W 2019 roku Brytyjce udało się wydać spójny i ciekawy album. Byłem o tyle zaintrygowany materiałem, że mimo wątpliwości postanowiłem wyruszyć za Charli na trzy koncerty z rzędu. Efekt? Kompletna zmiana percepcji. Słuchając jej wykonań na żywo, a także przemyśleń o miłości i relacji z fanami, doszło do mnie jak szczera i przystępna w odbiorze jest marka Charli XCX. Płyta Charli składa się z futurepopowych hitów, które zostały napisane z niesamowitą lekkością pióra. To crème de la crème jej dotychczasowej twórczości. — Kuba Żądło
♫ „Gone”
18.
The Loop
Shafiq Husayn
Eglo
Shafiq Husayn wraca dziesięć lat po świetnym debiucie z drugim, równie dobrym, a może i nawet lepszym albumem. Na The Loop. artysta daje upust swojej niesamowitej wszechstronności jako producent, idąc w kierunku, który jest naturalną kontynuacją Shafiq En’ A Free Ka. Udało mu się w doskonały sposób przywrócić do życia brzmienie znane chociażby z dokonań The Soulquarians, ale płyta jest tak naprawdę zawieszona nie tylko między D’Angelo czy Commonem z czasów Like Water for Chocolate i Electric Circus, ale też twórczością Pharoaha Sandersa czy Sly’a Stone’a, a nad wszystkim unosi się duch J Dilli. Soul, jazz, funk i hip-hop tworzą na tej płycie jedność, pokazując zarazem, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Husayn zaprosił do współpracy znakomitych muzyków — Thundercata Kamasi Washingtona, Erykę Badu, Andersona .Paaka czy Bilala. To wielowymiarowy materiał, którego złożoność przejawiaja się także w ciągłym odkrywaniu nowych elementów i zabiegów w trakcie obcowania z poszczególnymi numerami. Doskonałe partie klawiszy i basu, ale też fletu, trąbki czy gitary — to wszystko składa się na kompletne uniwersum dźwiękowe, pochłaniające słuchacza bez reszty. [więcej] — Dill
17.
Legacy! Legacy!
Jamila Woods
Jagjaguwar
Antonim monotonii. Album, którego fundamentem jest obłędnie wyróżniająca się dojrzałość i świadomość artystyczna pod względem jakości tekstów, przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności, zróżnicowania estetycznego oraz konsekwentnej koncepcji. Jamila bowiem, staje się narratorem myśli swych idoli, dzięki czemu album może stać się dla słuchacza przeżyciem metafizycznym. Sporo miejsca poświęca postaciom zaangażowanym w walkę z dyskryminacją rasową (Sonia Sanchez, Nikki Giovanni, James Baldwin) oraz muzykom, których ceni, m.in. za wrażliwość (Betty Davis), indywidualizm (Sun Ra) czy nonkonformizm (Miles Davis). Swoją drogą, czy ktoś dotychczas trafniej odgadł i lepiej zaprezentował potencjalne maksymy życiowe Milesa („Turn my back, it make ’em mad, it’s not my business”, „I gave you the cool / I could do it in my sleep” „Never could define me, so fuck it”, „There’ll never be another I’m better than your best”)? Jeśli podczas przyszłych rozmów z Woods którykolwiek z dziennikarzy użyłby pytania dotyczącego osobistych inspiracji artystki, Jamila winna uśmiechnąć się z politowaniem i przerwać wywiad. Legacy! Legacy! nie pozostawia w tej kwestii żadnych niedomówień. — K.Zięba
16.
Zuu
Denzel Curry
PH
Zuu to hołd dla czasów wczesnego trapu, muzyki hyphy czy nawet złotej ery crunku. W duchu nagrywek Three 6 Mafii i wczesnego T.I. Curry próbuje przywołać do życia okres sprzedawania nielegalnych mixtape’ów na chodnikach Florydy, nie porzucając jednak przy tym współczesnej klarowności brzmienia. Miejsce surowej dekonstrukcji świata wewnętrznego i zewnętrznego, które pojawiały się na poprzednim krążku Denzela, zastępuje przewózkowe, nostalgiczne braggadocio, ambitny koncept ustępuje piosenkowym formułom, a chłodne, trapowe produkcje i neo-soul, choć dalej wybrzmiewające w echach intrumentali, wyparte zostały przez brzmienie brudnego południa. To nie tylko rozważny krok ze strony Denzela w kierunku jego rapowych korzeni z oddaniem im należytego szacunku, ale także pierwsza od dawna próba tchnięcia świeżego powietrza z zastałą formułę trapowego hitu. We gon shake that ass for You, Mr Curry! [więcej] — Wojtek
15.
U Know What I’m Sayin¿
Danny Brown
Warp
Jedna z najbardziej oryginalnych postaci współczesnego hip-hopu wraca po trzech latach od premiery doskonale przyjętego Atrocity Exhibition. O ile tama płyta była pełna mroku, strachu i niepokoju — Danny walczył wtedy ze swoimi demonami i dał upust tej walce na krążku, teraz raper wszedł na scenę odmieniony. Nie zapomniał jednak o przeszłości. Na nowym krążku stara się by dawne nawyki nie dały o sobie znać, ale we wszystkim czuć sporą dawkę dystansu i poczucia humoru, jak np. w „Dirty Laundry”, w którym w prześmiewczy sposób opisuje seksualne doświadczenia z kobietami. Odnajduje radość życia, co wyraźnie słychać w znakomitym singlu „Best Life”. Można by pewnie pomyśleć, że ten wariat z poprzednich płyt gdzieś zniknął? Nic bardziej mylnego. Mimo ewidentnych zmian, w pewnym sensie to jest dalej ten sam raper, którego słyszeliśmy na Old czy XXX. Muzyka na płycie łączy w sobie eksperymentowanie z klasycznym hip-hopowym myśleniem. Sprawcą całego zamieszania jest, Q-Tip, który został producentem wykonawczym materiału.Nie tylko dostarczył kilka świetnych bitów („Dirty Laundry”, „Best Life” i trochę zwariowane, niesamowicie energetyczne muzycznie „Combat”), ale pokierował gospodarzem tak, że osobowość Danny’ego Browna po transformacji w minionych trzech latach, znalazła artystyczne ujście na U Know What I’m Sayin. [więcej] — Dill
♫ „Shine”
14.
Slavic Spirits
EABS
Astigmatic
Czym jest melancholia? Jakie są jej źródła? Dlaczego zakorzeniona jest w nas, Polakach, naszych obyczajach i w kulturze? Pytania te towarzyszyły zespołowi Electro-Acoustic Beat Sessions przy tworzeniu ich pierwszego, autorskiego materiału — Slavic Spirits. Tym razem zaprezentowali 7 własnych kawałków, prawie połowa to kompozycje wspólne, które powstały często z improwizacji. EABS wraz z Tenderloniousem stworzyli album koncepcyjny, którego należy słuchać w całości, aby móc doświadczyć kolejnych etapów poznawania naszych korzeni. Przybliżają nam ciągle przetwarzane przez nas mity, które obecne są szczególnie w dobie sporów o polskość i podejście do historii. Slavic Spirits to dzieło kompletne, przenoszące nas do czasów pełnych grozy. [więcej] — Polazofia
13.
Guns
Quelle Chris
Mello Music Group
Guns to przede wszystkim album bardzo silnie skonceptualizowany i zajmujący wyraźne polityczne stanowiska. Pod ostrzał (no pun intended) wzięta zostaje kwestia tytułowych spluw — ich obecności w amerykańskim dyskursie, konotacji rasowych i narodowych czy symboliki. Mówiąc o przemocy artysta nakreśla jednak tak szerokie konteksty, że z dekonstrukcji samego zjawiska broni palnej płyta zmienia się w projektowanie obrazu całej społeczno-politycznej atmosfery współczesnej Ameryki. Chris na tę okazję porzuca swoją typową postawę wycofanego stand-upera z absurdalnymi żartami i melorecytowanym flow, zastępując niezręczne punchline’y gorzką, kąśliwą ironią i czarnym humorem. Raper wreszcie dokładnie wie, o co mu chodzi i w jakim kierunku zmierza. Podejmując zaangażowaną politycznie tematykę, nie popada w banał, a jego spojrzenie na rzeczywistość intryguje i prowokuje do przemyśleń. [więcej] — Wojtek
12.
Eve
Rapsody
Jamia / Rock Nation
Rapsody bez dwóch zdań od lat okupuje podium wśród świadomych raperek. Powodów u temu jest wiele, a Eve wydaje się tylko to potwierdzać. Tu, do świetnego warsztatu i doskonałego tekściarstwa, dochodzi jeszcze intrygujący koncept, który oddaje sprawiedliwość nie tylko czarnym artystkom i bojowniczkom o prawa człowieka, lecz czarnym kobietom w ogóle. Poziom skomplikowania i bezkompromisowe podejście Rapsody potrafią odrobinę zniechęcić do kolejnych odsłuchów, ale każdy, kto poszukuje w muzyce wyzwania, znajdzie tu prawdziwy diament. [więcej] — Adrian
11.
Cuz I Love You
Lizzo
Nice Life / Atlantic
Charyzma i temperament Melissy Vivianne Jefferson panoszyły się na scenie już od początku roku, kiedy to pojawił się kolejny hymn na cześć dobrego sampoczucia w jej wykonaniu. „Juice” epatował taką ilością swagu, że Królowa Funku Chaka Khan mogłaby ugryźć się w język z wrażenia. Na Cuz I Love You wokalistka nie bawi się z słuchaczem w kotka i myszkę, inaugurując swój debiut w dużej wytwórni nieznoszącym sprzeciwu przytupem członkini orkiestry marszowej. Pop-trapowe mariaże obudzą tych najmniej obudzonych, dostarczając przy okazji feministycznych i queerowych treści, nadal tak potrzebnych w mainstreamowej narracji. Lizzo sięgnęła na albumie nie tylko do post-disco, ale i do skarbca Prince’a, Missy Elliott, a nawet liryzmu w rhythm-and-bluesowej pelerynce. W całym tym zróżnicowanym anturażu Cuz I Love You dostarcza unikatowy i cenny produkt — autentyczny impuls do afirmowania tego, co się czuje. Drugiej takiej nie znajdziecie. [więcej] — Maja Danilenko
10.
Jimmy Lee
Raphael Saadiq
Columbia / Sony
Jimmy Lee to w zasadzie epitafium, album zadedykowany i napisany z perspektywy zmarłego brata muzyka, który przegrał życie z uzależnieniem narkotykowym. To najbardziej osobisty tekstowo krążek Saadiqa, który przez lata uciekał od mieszania swojego życia prywatnego z muzyką, aż w końcu znalazł się w punkcie, gdy potrzebował tego, by móc oddzielić przeszłość grubą kreską. Szczególna perspektywa Saadiqa znalazła odzwierciedlenie także w oprawie muzycznej, która eksploruje wachlarz tych samych brzmień, które nadawały pęd trwającej już przeszło trzy dekady karierze artysty. Jimmy Lee został skrojony jako specyficzne song cycle, progresywne, śmiało mieszające gatunki, dosłownie łamiące jeden drugim dzięki nagłym przejściom między utworami. Choć konstrukcja krążka może z początku wydawać się chaotyczna, w rzeczywistości kolejne utwory dopasowano do siebie rozmyślnie, a specyficzny przebieg albumu staje się przy kolejnych odsłuchach jego wyróżnikiem, a w końcu nawet atutem. Pomimo drobnych mankamentów Jimmy Lee to znakomita płyta — zarówno koncepcyjnie, kompozycyjnie, jak i producencko. [więcej] — Kurtek
9.
Audioportret
Miętha
Asfalt
Duet Miętha podbił serca wszystkich fanów hip-hopu w naszym kraju, a wydał przy tym jedną z najlepiej wyprodukowanych polskich płyt 2019 roku. Dojrzałe teksty zaledwie 21-letniego Skipa, którego barwa głosu brzmi niczym ozłocone połączenie Pezeta z PlanBe, są czynnikiem wyróżniającym twórczość duetu na tle pozostałych rodzimych artystów. Ciepłe, sączące się brzmienie nie zostało przedobrzone.
Wręcz przeciwnie — pozwala się tu słuchaczowi na chwilę relaksu, zapomnienia czy refleksji — i takiej rozrywki potrzebujemy w 2019 roku! — Kuba Żądło
♫ „Kapcie”
8.
Kiwanuka
Michael Kiwanuka
Polydor
Okrzyknięty jednym z największych soulowych odkryć ostatnich lat Michael Kiwanuka powraca z trzecim już studyjnym albumem w swojej karierze. Mniej progresywnie, za to znacznie swobodniej płynie po gitarowych riffach, kreując bezbrzeżny utwór pełen inspiracji uduchowionym brzmieniem Isaaca Hayesa czy Gilla Scotta-Herona. Całość utrzymana jest w nostalgicznym, a jednak elektryzującym klimacie, w który co rusz wkradają się tąpnięcia psychodelii i odważne aranżacje. Kolejny przepiękny album w dorobku brytyjskiego muzyka, na zimowe wieczory jak ulał. [więcej] — Adrian
7.
All My Heroes Are Cornballs
Jpegmafia
EQT Recordings
Jpegmafia, znany także jako Peggy, to potężne muzyczne indywiduum. W momencie, w którym świat zaczął się powoli godzić z faktem, że eksperymentalny rap nie będzie w stanie przekraczać granic gatunku w nieskończoność, a apogeum ekstremy wydawały się dokonania Death Grips, pojawia się nagle ekscentryk przesiąknięty internetową kulturą (choć bardziej deep webem niż Redditem), który postanowił znaleźć swoją brzmieniową niszę osadzając industrialne, eksplozywne brzmienie w kontekście melodyjnych kawałków brzmiących jak mocno przegnite R&B. Krążek to majstersztyk muzycznej erudycji. Widać, że raper orientuje się w szybko zmieniającej się kulturze i trendach produkcyjnych, ale filtruje je wszystkie przez własną estetykę. Chociaż element zaskoczenia, który był obecny przy pierwszych przesłuchaniach poprzednich albumów Jpegmafii tutaj nie jest aż tak duży, w ramach zachwycającej formy udało się po raz pierwszy przemycić tu aż tak dużo treści i piosenkowej materii. [więcej] — Wojtek
6.
Bandana
Freddie Gibbs & Madlib
ESGN / Keep Cool / Madlib Invazion / RCA
Wydana w połowie dekady Piñata w ekspresowym tempie dołączyła do grona klasyków współczesnego hip-hopu, przeciwstawiając panującym trendom nieco bardziej ortodoksyjne spojrzenie na hip-hop w niesamowicie filmowej i gangsterskiej oprawie. Bandana podąża tym tropem, jednak nie tu mowy o odtwórczości. Freddie Gibbs i Madlib po raz kolejny weszli na nowy poziom, jeszcze bardziej rozwijając panującą między nimi chemię, a efektem jest soczysty, pełen wspaniałych sampli i ocierający się o perfekcję dojrzały, rapowy album. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fana gatunku. [więcej] — Adrian
5.
Nothing Great About Britain
Slowthai
Method
W dobie wszechobecnego hiperkonsumpcjonizmu stanowiącego już niemal nieodłączny element rapowego etosu, gdy nawet grime’owe tuzy takie jak Skepta czy Stormzy coraz częściej romansują z amerykańskimi standardami gatunkowymi, taki na wskroś plebejski, pyskaty MC, z którego każdego gestu bije brytyjskość i wyspiarska wrażliwość, stanowi wyjątkowo mocny głos. Tym, co jednak decyduje o przerażającej skuteczności Slowthaia jest jego znajomość kontekstów społecznych i wybitna obywatelska świadomość. Przy całej wyrazistości politycznej postaci młodego artysty, nie można pominąć tego, co o sile Nothing Great About Britain stanowi najmocniej, czyli warstwy muzycznej. Inspiracji możemy szukać właściwie na całej przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wyspiarskiego grania. Grime, który w takim wypadku wydawałby się oczywistym szkieletem, tu jedynie majaczy w tle, ustępując miejsca wpływom takich artystów jak The Streets czy najntisowej elektronice. Uwielbienie do smyczkowych wykończeń odwołuje nas nieco do trip-hopowej narracji, zaś post-punkowa ekspresja skandowanej pogardy przywołuje w pamięci wczesne dokonania Sleaford Mods czy bardziej współczesne artyście płyty Idles. [więcej] — Wojtek
4.
Grey Area
Little Simz
Age 101
Little Simz na swoim trzecim albumie imponuje niekwestionowaną pewnością siebie; jest Picassem z długopisem, w swoich złych dniach — Jay’em-Z, a w najgorszych — Szekspirem. She’s a boss in a fucking dress. W szczery sposób konfrontuje się ona z uczuciami, jakie towarzyszą kryzysowi wieku młodego, i z którymi w pewnej chwili mierzy się dziś prawie każdy młody człowiek. Jej autentyzm przejawia się w ironii, nieskrępowanej pewności siebie, samoświadomości i dystansie. Grey Area to album koncepcyjny i wyważony. Powiedziałoby się wręcz, że skrojony na miarę klasyków. Słuchajcie, co mówi. To pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów brytyjskiej sceny. [więcej] — Klementyna
3.
Magdalene
FKA twigs
Young Turks
FKA twigs długo kazała nam czekać na swój drugi longplay. Magdalene musiała się jednak udać. Za jej produkcję odpowiada w końcu zespół złożony z Nicolasa Jaara, Skrilexxa, Cashmere Cata, Benny’ego Blanca i Jacka Antonoffa oraz Oneothrix Point Never, co przekłada się na brzmieniową mozaikę. Postać świętej stała się dla wokalistki inspiracją dla rozmyślań nad miłosnym życiem oprawionym w muzyczne ramy. Drugi album artystki to afirmacja kobiecej twórczości i siły przełożona na słowa i melodie. Świadoma dokonań starszych koleżanek – od Kate Bush po Aaliyah – FKA twigs podzieliła się własną historią. Muzyczne dzieło jest tu traktowane jako ludzki organ i lustro dla udręk ciała i duszy. Zdecydowanie warto było czekać na nową muzykę FKA twigs. [więcej] — ibinks
2.
When I Get Home
Solange
Columbia
Na When I Get Home Solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. Formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i R&B, może być post-minimalistyczny. Treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. Wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu Brudnego Południa lat 90. Nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne Solange. To artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego Houston lat 90. Nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje When I Get Home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. I choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album Solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi. [więcej] — Kurtek
1.
Igor
Tyler, the Creator
Columbia
Igor nie jest albumem hip-hopowym – Tyler, the Creator na swoim piątym długogrającym materiale w autorski sposób zatarł granicę między rapem a podszytym syntezatorami neo-soulem, czerpiąc przy tym garściami ze spuścizny lat 70. i 80. Dzisiaj nareszcie też bez żadnych wyjaśnień może być sobą. Uwikłany w sprzeczne uczucia względem drugiego mężczyzny, od których finalnie się uwolnił, skomponował bezprecedensowy breakup album. To, co jednak jest największą wartością Igora, to uczucia, o których mówi w bezpośredni i zwyczajnie ładny sposób. Emocje przenikają się tu tak płynnie, jak kompozycje, w których warstwy wyjątkowo zręcznie Tyler wkomponowuje szereg poszczególnych artystów. [więcej] — Klementyna
Wszystkie wyróżnione przez nas albumy wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:
25 najlepszych utworów 2019

Kolejny rok powoli ma się ku końcowi, a my zgodnie z wieloletnią tradycją redakcyjnie podsumowujemy najlepsze okołosoulowe wydawnictwa wypuszczone w przeciągu mijających 12 miesięcy. Tym razem zupełnie świadomie postanowiliśmy nie szaleć z liczbą prezentowanych pozycji, bo na poważnie przygotowujemy się do obszernego podsumowania lat 2010-2019, które trafi na łamy strony zaraz po nowym roku. W międzyczasie rzućcie jednak okiem, jakie piosenki mijającego roku uznaliśmy za najlepsze. Oto 25 najlepszych utworów 2019 roku według Soulbowl.pl.
25.
„Star$”
Miętha
Asfalt
Miętha to duet, w którego skład wchodzi producent Awgs i raper Skip. Poznali się, polubili i w pół roku od pierwszego spotkania nagrali Audioportret. Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest bez wątpienia numer „Star$” — poprowadzony na jednocześnie hipnotyzująco bujającym i kojącym bicie, na którym Skip poddaje się autorefleksji, począwszy od związku, aż do chęci życia tu i teraz. Jeśli jesteście fanami twórczości Vita z Bitaminy i produkcji Knxwledge, to nie przechodźcie obojętnie koło Mięthy. W tym miejscu warto też odnotować, że głos i autor tekstów duetu ma zaledwie 21 lat, co robi wrażenie, gdy słucha się tak dojrzałych i trafnych tekstów jak ten. — Dżesi
24.
„Crime Pays”
Freddie Gibbs & Madlib
Keep Cool / RCA
Trzeba było okrągłych 5 lat, żeby kultowa Piñata doczekała się swojej kontynuacji. Freddie Gibbs i Madlib nie zmarnowali jednak ani minuty, a utwory takie jak „Crime Pays” są tego najlepszym dowodem. Soczysty, pełen duszy i filmowego klimatu podkład zbudowany na soulowym samplu z utworu „Free Spirit” Walta Barra oraz spokojna, a jednocześnie techniczna i dynamiczna przewózka Freddiego tworzą razem doskonały koktajl. To jeden z tych kawałków, w których naprawdę słychać finezję i doświadczenie weteranów sceny — bez zbędnego efekciarstwa, pogoni za trendami czy próby udawania czegokolwiek. Bardzo odświeżająca propozycja w dobie tik-tokowych raperów i przygniatającej przeciętności. — Adrian
23.
„Don’t Break
My Heart”
PJ Morton feat. Rapsody
Morton / Empire
Czy PJ tańczy sambę? Czy sambę PJ zna? Może się mylę, ale „Don’t Break My Heart” każe mi włożyć błyszczącą sukienkę i pędzić na naukę samby. Na szczęście PJ Morton nie myli się ani razu. W tym utworze zgadza się wszystko — może poza grzecznościowym intro Rapsody, które grzecznościowo usuwa się w cień tej cudnej kompozycji. „Don’t Break My Heart” to nowy singiel Steviego Wondera, który nie dość, że nie jest singlem, to nie został przez Wondera tknięty, choć struktura i aranżacja utworu mogłyby na to wskazywać. PJ Morton występuje tu pełen charyzmy i wrażliwości, pod rękę z progresją smaczną niczym wizyta w cukierni Wedla. Nadal nieprzekonani? Dla porównania pierwotna wersja tego staro-nowego klasyka soulu. Nie łamcie mu serduszka, pozwólcie się rozczulić — Maja Danilenko
22.
„Coming Home”
Pusha T feat. Ms. Lauryn Hill
GOOD / Def Jam / UMG
„Coming Home” to nie tylko kolejny dowód tego, że Pusha T w 2019 roku wciąż jest jednym z najlepszych raperów na scenie, ale przede wszystkim symboliczny powrót Lauryn Hill do matecznika. Piosenkarka która od dwóch dekad nie może przełamać artystycznego impasu, zupełnie jak w czasach swojej świetności beztrosko chwyciła za mikrofon, by nagrać witalny refren dla zaprzyjaźnionego rapera — tak jak w 1996 roku dla Nasa, w 1997 dla Commona, w 2019 zaśpiewała dla Pushy T na staromodnym bicie Kanyego Westa. To raczej ponadczasowy niż współczesny, podnoszący na duchu numer z idealnie hymnicznym refrenem, który, dzięki umiejętnemu wyważeniu całokształtu, o włos unika czołówki z banałem. Tak trzeba żyć! — Kurtek
21.
„A Boy Is a Gun”
Tyler, the Creator
Columbia / Sony
Autor jednej z najciekawszych tegorocznych płyt, przynajmniej wśród rapowych propozycji, potrafi przykuć uwagę, jak mało kto. Wizytówką przepełnionego emocjami Igora jest „A Boy Is a Gun” — sentymentalna kumulacja furii i pożądania, które miotają Tylerem na myśl o obecności swojego wybranka. Dominujący w konstrukcji utworu sampel zaczerpnięty został z „Bound” zespołu Ponderosa Twins Plus One, a czujny słuchacz wyłowi Solange w chórkach. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że jeszcze mocniej zaprzyjaźnicie się z „A Boy Is a Gun” po obejrzeniu klipu wyróżniającego się najwyższej jakości estetyką. — K.Zięba
20.
„Deal Wiv It „
Mura Masa feat. Slowthai
Anchor Point / Universal / Polydor
Z jednej strony mamy Slowthaia — pokręconego, zadziornego i nieuznającego żadnych świętości reprezentanta Northampton. Z drugiej Murę Masę — skromnego kolesia, który tworząc w zaciszu swojego pokoju, wdarł się mimochodem na szczyty list przebojów. Przeciwieństwa się przyciągają? Najwyraźniej tak, bo panowie wspólnie zaliczyli bardzo udany rok, o czym z pewnością przekonacie się (uwaga, spoiler!), przelatując przez kolejne pozycje na liście. Choć „Deal Wiv It” promuje nadchodzący krążek producenta, to bliżej mu raczej do debiutanckiego albumu Slowthaia. Mura Masa porzuca na moment popową stylistykę i sięga po punk rocka, esencję brytyjskiego brzmienia. Brudny bas, gitary, wszystko się zgadza, a jednocześnie udaje mu się zachować dynamikę prawdziwie klubowej produkcji. Mocnych momentów z udziałem obu panów w tym roku nie brakowało, a to zdecydowanie jeden z nich. — Mateusz
19.
„Where’s
the Catch?”
James Blake feat. André 3000
Polydor
James Blake, jeśli chodzi o kondycję psychiczną, nareszcie wyszedł na prostą. Na tegorocznym Assume Form opowiada przede wszystkim o uczuciach związanych z wchodzeniem w nową romantyczną relację. Wszystko wydaje się jednak zbyt wspaniałe i momentami pojawia się niepokój — Blake pyta więc o potencjalną, tytułową pułapkę. Do tego w równą, pulsującą melodię André 3000 wplótł wyjątkowo zgrabną, opartą na grze słów zwrotkę i po raz kolejny udowodnił swoją nieprzemijająco świetną formę. — Klementyna
18.
„Cellophane”
FKA twigs
Young Turks
Miłość na świeczniku — tak w skrócie można zdefiniować pierwszy singiel z Magdalene. „Cellophane”, zaskakuje surowością formy i szczerością przekazu. Jak celofan, muzyka odbija w tym miejscu uczucia i jest ujściem dla ran serca. Piosenkarka poszła drogą Kate Bush i Björk i podzieliła się ze słuchaczami rozmyślaniami nad swoim życiem miłosnym. Dźwięki imitujące nakręcane zabawki symbolizują poczucie bycia marionetką w rękach osądzających ludzi. Muzyczne studium nad rozpadem związku i swoista autoterapia to niewątpliwie niełatwa sprawa. Dekoracyjność i orientalizm, w jakich została osadzona dźwiękowa materia tej sentymentalej pieśni, jest na tyle mocna, że niezmiennie rozczula i zachwyca. Dekonstrukcja, odbudowa i rozpoczęcie od nowa życia po cierpieniach duszy to światło w tunelu, z którego FKA twigs czerpie siłę na całym tegorocznym albumie. — Ibinks
17.
„Hot Coffee”
Schafter
Restaurant Posse / Universal
Wojtek narobił koło siebie bardzo dużo szumu w ciągu ostatnich dwóch lat, lecz to, jak gładko wszedł w uszy słuchaczy w całym kraju singlem „Hot Coffee”, zasługuje na poklask. Według niektórych kawałek o niczym, zdaniem innych hit roku. Cóż, może nie hit roku, ale z pewnością jest to jedna z najlepszych pozycji na polskiej scenie muzycznej 2019. I ten bit, który zrobił sam Schafter, a ludzie w to nie mogli uwierzyć. Winszujemy! — Kuba Żądło
16.
„Big Wheels”
Kevin Abstract
Question Everything / RCA / Sony
Arizona Baby, trzeci solowy projekt lidera Brockhampton, to album trochę doceniony. Trwający półtorej minuty „Big Wheels” stanowi swego rodzaju intro, a Kevin Abstract porusza w nim kwestie takie jak problemy związane z nagłą popularnością, mówieniem wprost o swojej orientacji czy wyrzutami sumienia spowodowanymi ucieczką z rodzinnego miasta i rzuceniem studiów. Abstract jak nikt inny potrafi bawić się swoim flow i odpowiednio je przesterować. W przypadku „Big Wheels” ładnie gra ono nie tylko z nieco wykręconym, opartym na szybkiej perkusji, bitem, ale także z saksofonem, który łączy kompozycję z kolejnym, niemal równie świetnym „Joyride”. — Klementyna
15.
„The Tuxedo Way”
Tuxedo
Funk on Sight
Jeśli myślicie, że era funku i disco przeminęła raz na zawsze, to Mayer Hawthorne i Jake One wyprowadzą was szybko z błędu. Dźwięk dęciaków, syntezatorów i tupiąca nóżka to coś, za czym tęsknimy. A jeśli dodać do tego doskonałą melodię i teledysk reżyserowany prze Iana Eastwooda, nie można wróżyć temu niczego poza sukcesem. „The Tuxedo Way” to właśnie sposób chłopaków na pochmurne myśli — tańczmy więc! — Kuba Żądło
14.
„Doorman”
Slowthai feat. Mura Masa
Method
Brytyjskie blokowiska żyją (czy, idąc za głosem największego poety polskiej ulicy, trwają) i mają się dobrze. „Doorman” Slowthaia to hołd dla tradycji mocno zakorzenionego w realiach niższej klasy średniej punkowego cynizmu na wyspiarskich zasadach. Mura Masa uderza niesamowicie intensywnym instrumentalem, który brzmi jak Sleaford Mods na amfetaminie, czego nigdy nie spodziewalibyśmy się, znając jego popową wrażliwość, zaś Slowthai odchodzi od swojej postgrime’owej, charakterystycznej ekspresji, na rzecz przeskandowanych splunięć chodnikowego jadu. „Doorman” to, mimo swojego przebojowego potencjału, przede wszystkim manifest trwania w beznadziei i zawodu życiem. Osadzona w realiach Trainspottingowego romansu historia portretuje zmęczonego, nienawidzącego klasy wyższej chłopaka, który jedynie w nikotynie znajduje ukojenie od wiecznego gnojenia i niesprawiedliwości, zarówno społecznej jak i emocjonalnej. Całość wyrzygana jest jednak z sarkastycznym uśmiechem i wzrokiem z pogranicza zawadiactwa i psychozy. Tak brzmi głos naprawdę chorego społeczeństwa. — Wojtek
13.
„Borderline”
Tame Impala
Modular / Island
Po wydanym w 2015 roku „The Less I Know the Better” na kolejny singiel Tame Impala przyszło nam czekać cztery lata. „Patience” było dosyć zachowawcze i dla spragnionych nowości fanów, mogło być jednak małym zawodem. Zaledwie dwa tygodnie później ukazało się jednak „Borderline” i tym razem o rozczarowaniu nie mogło być mowy. „Borderline” z jednej strony oscyluje gdzieś na granicy popu i rocka, z drugiej — jest tajemnicze i psychodeliczne. Efekt ten to jak zawsze zasługa świetnej produkcji Kevina Parkera, który tym razem połączył klasyczne inspiracje psychodelicznym rockiem z brzmieniem synth popu. „Borderline” to opowieść o utracie kontroli nad emocjami i niebezpiecznej miłości i, mamy nadzieję, dopiero preludium przed nadchodzącym materiałem Tame Impala. — Polazofia
12.
„Jesus Forgive Me, I Am a Thot”
Jpegmafia
EQT
Autotune’owe kaznodziejstwo w służbie pruderii, czyli najbardziej esencjonalny banger ze stajni Peggy’ego. Niepokorny raper i producent zasłynął z ambiwalentnego stosunku do ciała hip-hopowej formuły, które regularnie rozrywał i dekonstruował z iście punkową wrażliwością. „Jesus Forgive Me, I am a Thot” to jednak krok jeszcze dalej. Charakterystyczne glitchowe zlepiają się w kolaż narracyjnej postmoderny. Quasireligijne zaśpiewy konfrontowane są z wybuchami amfetaminowej agresji, euforyczne pasaże najntisowego R&B zarażone są noise’owym wirusem i wykwitają niekontrolowanym szumem. Plan muzyczne przenikają się i zlewają się ze sobą, a jednak ten dźwiękowy Frankenstein, przy całym swoim stylistycznym rozchwianiu, kroczy z piosenkową gracją i stylowym powabem. Peggy to geniusz, który balansował na granicy szaleństwa, aby ostatecznie skoczyć w jego otchłań i zakończyć go death dropem. Damn, Peggy. — Wojtek
11.
„No Halo”
Brockhampton
Question Everything / RCA / Sony
Otwierający Ginger „No Halo” to nostalgiczna refleksja grupy poświęcona tematom depresji, rozstań czy uzależnienia od używek. Chłopakom wciąż towarzyszy głęboki smutek, a przy tym poczucie zagubienia i niepewność. Pojawia się tu jednak również jakaś nadzieja. Kawałek pięknie podkreśla indiepopowy charakter płyty. W refrenie udziela się zresztą debiutująca w tym roku Deb Never, a melodię uzupełnia delikatna akustyczna gitara. — Klementyna
10.
„País nublado”
Helado Negro
RVNG
No hej, właściwie to tegoroczny ranking piosenek nie miałby większego sensu, gdyby nie znalazło się w nim miejsce dla „País nublado”. Czy można się w ogóle oprzeć tej kojącej, elektro-ambientowej bossa novie? Przecież to czyste ucieleśnienie gratyfikacji po okresie odroczenia. Wyczekane i satysfakcjonujące, ale zrównoważone odczucia. Pierwsze promienie wiosennego słońca, krople deszczu na szybie obserwowane z wnętrza samochodu, muśnięcie letniej bryzy na policzku. „País nublado” odnajduje siłę w spokoju nylonowej gitary. Ta uśmierzająca, zachwycająca skromnością, ale nadal barwna paleta dźwięków hołduje wytrwałości i cykliczności, przeistaczając się mimochodem w jeden z nieodłącznych elementów natury, do której się odwołuje. Tak właśnie hipnotyzuje się słuchaczy. — Maja Danilenko
9.
„Something Keeps Calling”
Raphael Saadiq
Columbia / Sony
Raphael Saadiq kazał na siebie czekać osiem długich lat, ale już pierwszy zwiastun jego tegorocznej płyty, singlowe „Something Keeps Calling”, zademonstrowało słuchaczom, że było warto. Choć nie od razu, bo singiel, podobnie jak zresztą cały krążek, rozpisano jako grower. Nieprzypadkowo piosenkarz dał fanom prawie trzy miesiące, by ta słodko-gorzka melodia mogła w nich dostatecznie dojrzeć. Progresywne mid-tempo z jednej strony przywodzi echa wcześniejszych soulowych dokonań artysty, z drugiej osadzone jest ciężko i konsekwentnie dąży do dramatycznego gitarowego finału. „Something”, pisane z punktu widzenia narkomana, który z jednej strony próbuje wieść normalne życie, z drugiej nie potrafi uwolnić się z objęć uzależnienia, z każdym kolejnym wersem coraz bardziej uzmysławia słuchaczowi nieuchronność codziennych zmagań osoby uzależnionej i jej bliskich. — Kurtek
8.
„BMO”
Ari Lennox
Dreamville / Interscope
Niespodziewanie Ari Lennox zdruzgotała nas jednym ruchem. „BMO” to utwór z gatunku niepozornych (umieszczony na jeszcze bardziej niepozornym albumie), który uderza nagle i bezpośrednio. A uderza wyłącznie po to, by zainfekować nasze głowy nośnym bitem zakończonym na „gitchi gitchi yaya”. Rzutem na taśmę, na zaraźliwym najntisowym R&B (a właściwie to na samplu utworu kompozytora muzyki do Hair, który to utwór Ari wynalazła tu) Ari Lennox przenosi ducha „Lady Marmalade” do schyłku kolejnego dziesięciolecia (po wersji jaśnie panującego kwartetu: Aguilera, Mýa, Pink, Lil’ Kim). „BMO” to kolejna piosenka wydłużająca nasze osobiste listy dźwięków, których nieświadomie potrzebowaliśmy. Jeden z bardziej charakternych tegorocznych bitów, prawdopodobnie jeszcze na długo zostanie nam w pamięci. — Maja Danilenko
7.
„Karma”
Lucky Daye
Keep Cool / RCA
„Karma” to gamechanger na co najmniej kilku płaszczyznach. Nie tylko wprowadza nową jakość do dotychczasowego repertuaru zeszłorocznego debiutanta Lucky’ego Daye’a, ale przede wszystkim wyznacza nowy kierunek w 90sowej archeologii twórców nowej fali R&B. W numerze zbudowanym na gęstych nawiązaniach i przetworzeniach kultowego „Pony” Ginuwine’a — bez wątpienia jednego z najbardziej charyzmatycznych momentów popu lat 90. — Daye składa kreatywny hołd brzmieniu chętnie eksplorowanej ostatnimi czasy w R&B epoki. Jest pewny siebie, precyzyjny i zadziorny, bez problemów czyni to, co zostało z legendarnego bitu Timbalanda swoim własnym. To jeden z najciekawszych momentów tegorocznego R&B nie tylko ze względu na modelowo intertekstualny kontekst, ukochany przez badaczy popkultury, ale także — obezwładniający, pulsujący vibe, który Daye brawurowo odświeżył wraz ze stojącym za oprawą producencką większości numerów na krążku D’Mile’m. — Kurtek
6.
„Almeda”
Solange
Columbia / Sony
“Almedę” można lubić, podziwiać, cenić za warstwę muzyczną, uważać, że to zdecydowanie wyróżniający się numer z doskonałego When I Get Home. Mimo to „Almeda” jest jednak dziełem ekskluzywnym — nie każdemu dany jest pełny dostęp do jej zrozumienia, a słowa Solange skierowane są do określonej grupy odbiorców. W tych czasach wszyscy chętnie przytakujemy, że muzyka powinna łączyć, bez względu na wszelkie różnice. Są jednak pewne doświadczenia, które nigdy nie będą naszymi przeżyciami. Możemy rozumieć, o czym mówi Solange, ale ostatecznie „These are black-owned things”. „Almeda” to podróż w rodzinne strony wokalistki — południowe rejony Houston. Powraca do korzeni, miejsca przesiąkniętego czarną kulturą, co objawia się nie tylko na poziomie tekstowym, ale i w warstwie muzycznej. Produkcja utworu, za którą odpowiedzialny jest między innymi Pharrell, nawiązuje do chopped and screwed, techniki remiksu popularnej w Houston w latach 90-tych. Nie można nie wspomnieć o Cartim, którego gościnne wersy odważnie przybliżyły „Almedę” do miana trapowego hymnu celebrującego czarne dziedzictwo. — Polazofia
5.
„A palé”
Rosalía
Columbia / Sony
Rosalía nauczona doświadczeniem po zeszłorocznym debiucie odrobiła lekcje i albumem El mal querer wypłynęła na szerokie wody i zrobiło się o niej na tyle głośno, że niedługo po hitowej płycie artystka rozpoczęła prace nad nowym krążkiem. Kierunkiem muzycznym odbiegła od El mal querer, a już na pewno daleko za mgłą pozostawiła Los Ángeles. W nowych utworach Hiszpanka żegna się z nuevo flamenco na rzecz wszędobylskiego obecnie tanecznego reggaetonu. I właśnie na szczycie tych klubowych brzmień znajduje się „A palé”, które niesie ze sobą pewne przesłanie z przeszłości, a gatunkowo sięga do hip-hopu, glitch-popu i trapu. Elektroniczny ster, trzymany wspólnie w rękach Rosalíi, El Guincho oraz Franka Dukesa prowadzi słuchacza do ciekawszej, mrocznej odsłony wokalistki, tak odmiennej od jej ostatnich radiowych dokonań. Kompozycja esponuje ciężko rozbrzmiewającą wśród piskliwych syntezatorów perkusję. — Forrel
4.
„Fallen Alien”
FKA twigs
Young Turks
„Fallen Alien” to most pomiędzy epką M3LL155X a nowo-starym brzmieniem FKA twigs. Przestery i glitche wpływające na wielowarstwowość kompozycji — za produkcję odpowiada sam Nicolas Jaar — odzwierciedlają dojmujące uczucie osamotnienia bohaterki nagrania. To kosmiczna odyseja, pełna dźwiękowych odbić i lustrzeń, gdzie instrumentacje oddają nastrój samotności i zdrady. Średniowieczny marsz, w którym wstawki dziecięcych chórków („I feel…”) brzmią złowrogo, niesie jednak zapowiedź światła. Artystka szuka drogi do domu, a jej powrotowi towarzyszą miłosne rozrachunki. Tym utworem udowadnia, że jej muzyka jest nie tylko jest wielowymiarowa, ale wręcz pochodzi z innej planety. Planety FKA twigs. — Ibinks
3.
„Ricky”
Denzel Curry
PH / Loma Vista / Concord
Denzel Curry w zaledwie kilka miesięcy przeszedł od mrocznego Ta1300 do wręcz buchającego klimatem Florydy Zuu. Był w stanie przy tym zachować swój undergroundowy sznyt, w efekcie dając nam jeden z najlepszych singli ostatniego roku. „Ricky” to soczysty banger, luźno inspirowany brzmieniem miami bassu. Ale Denzel odwołuje się tu do swoich korzeni nie tylko pod względem muzycznym. Kawałek jest także ukłonem w stronę tych, którzy czuwali nad karierą rapera od jej początków. My daddy said, „Trust no man but your brothers, And never leave your day ones in the gutter”. Wszystko to podane zostało z charakterystycznym dla gospodarza, bardzo agresywnym i energetycznym flow. Mainstreamowe zacięcie i prawdziwie uliczne zasady. W punkt. — Mateusz
2.
„Juice”
Lizzo
Nice Life / Atlantic
Lubimy dobre piosenki. Brzmi to tak sztampowo, że aż banalnie, ale przebojowe refreny i parkietowy groove przez długi czas owiane były zasłoną wstydu, a dosłowność piosenkowej formuły swoją strefę komfortu wyznaczoną miała gdzieś pod szufladkującą łatką guilty pleasure. I być może właśnie dlatego Lizzo tak nas łapie za serce. W jej monumentalnym hicie „Juice” od pierwszych dźwięków bezwstydnie wyzbywa się patosu i sterylnie spreparowanej powagi na rzecz infekcyjnego hurraoptymizmu i cielesnej bezpretensjonalności. Gdzieś między emancypacyjnym popem lat 90 i rozkosznym samouwielbieniem złotej ery disco znajduje przestrzeń, którą wypełnia swoją charyzmą, nieodpartym urokiem osobistym i szczerą, pozytywną energią. „Juice” stało się w tym roku przyczynkiem bardzo wielu niezręcznych sesji tanecznych, które lepiej, żeby nigdy nie ujrzały światła dziennego, ale z Lizzo nie trzeba się tego wstydzić. Dla niej wszyscy jesteśmy piękni i wszystkich równie mocno obdarowuje miłością, największą dawkę zostawiając jednak na siebie samą. I nie mamy prawa mieć jej tego za złe. Slay, Królowo! — Wojtek
1.
„Earfquake”
Tyler, the Creator
Columbia / Sony
Halko, czy to wciąż Tyler, the Creator? Od czasu wydania arcydzieła, jakim jest bez wątpienia Flower Boy, najlepszy gracz w rap grze porzucił hip-hop na rzecz udanego romansu z neo-soulem i R&B. Zamienił się przy tym miejscami z Frankiem Oceanem — który chwilowo zajął się rapowaniem — i na następnym longplayu Igor odsłonił duszę skrytą w pastelowym soulu. I pomyśleć, że „Earfquake”, jakie znamy, mogłoby nigdy nie zaistnieć. Nagranie powstało z myślą o oddaniu go Justinowi Bieberowi — a gdy ten go odrzucił — Rihannie. Całe szczęście ostatecznie pozostał u autora. Muzyczny ekshibicjonizm w formie zdystanowanego płciowo wokalu dostał tu muzyczną oprawę w postaci gustownego pianina i, co by nie mówić, stonowanego plumkania. Uroczy bełkot Playboya Cartiego, chórki Jessy Wilson i udział w chorusie weterana soulu Wujka Charliego — to dodatki do słownych gierek Igora. Alter ego Tylera, the Creatora w platynowej peruce, istna karykatura Andy’ego Warhola, jest rozumiane jako odskocznia od sercowych smuteczków protagonisty albumu. Tyler, the Creator leczy złamane serduszko, a zarazem udowadnia, że raperzy też mogą być wrażliwi i łagodni. To douszne trzęsienie ziemi naprawdę nami wstrząsnęło. „Earfquake” to muzyczna laurka dla wiernych fanów Tylera „Igora” the Creatora. Brokacik. — Ibinks
Wszystkie wyróżnione przez nas utwory wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:
50 najlepszych albumów 2018

Nie będziemy zastanawiać się nad tym, czy w czasach wszechobecnego streamingu da się jeszcze uratować tradycyjną sprzedaż albumów muzycznych. Nie będziemy przejmować się tym, czy i dlaczego płyty są za długie lub za krótkie. Rozważania nad tym, czy w czasach wszechobecnego rozkojarzenia i niewyobrażalnego natłoku informacji epka wyprze ostatecznie longplay jako naczelny format wydawniczy, zostawimy specjalistom. Skupimy się, jak co roku, na muzyce. Poniżej znajdziecie listę z naszą selekcją najciekawszych albumów 2018.
50.
Soil
Serpentwithfeet
Secretly Canadian
Karierę Serpentwithfeet śledzimy uważniej od czasu nieco rozwodnionej, ale intrygującej epki Blisters z 2016 roku. Serpentwithfeet uderza w tę samą soulową niszą, którą w minionych latach zagospodarowali już Moses Sumney czy Benjamin Clementine, ale wpisywanie jego autorskiej wizji muzyki w tamte paradygmaty nie odda mu sprawiedliwości. Artysta wprawnie łączy inspiracje gospel i połamanym UK bassem z pieczołowitymi kameralnymi aranżami i queerowym popem. Słychać tu echa twórców tak odległych jak Terence Trent D’Arby, Nina Simone czy Björk, ale to nie one stanowią kanwę Soil. Ta oparta jest na niezwykłej wrażliwości i niespotykanej szczerości obnażonego przed słuchaczem artysty szukającego swojej tożsamości we własnych życiowych doświadczeniach zaklętych w kolejne piosenki na krążku. Co istotne, pomimo różnorodności inspiracji i rozwiązań formalnych oraz wymagającej skupienia tematyki, dzięki wpisanej w kolejne utwory pierwotnej rytmice oraz wokalnej i emocjonalnej otwartości Serpenta, to krążek, który chłonie się z przyjemnością od pierwszej do ostatniej minuty. — Kurtek
49.
No Rain, No Flowers
Sabrina Claudio
S.C.
Po pewnych perturbacjach Sabrina potrafiła przekuć negatywne doświadczenia na świetny album. No Rain, No Flowers stanowi swego rodzaju komunikat dla otoczenia, który głosi, że bez negatywnych doświadczeń nie jesteśmy w stanie się rozwijać. Jeśli zaś chodzi o warstwę muzyczną, Claudio ponownie zaprosiła do współpracy Sad Money, z którym łączy ją niezwykła chemia twórcza. Efektem tego jest krążek wypełniony bedroomowym klimatem, ale niepozbawiony dozy melancholii i neo-soulu nawiązań, w której to mieszance kropkę nad i stawia zmysłowy falset Sabriny. [Więcej] — Pat
♫ „Numb”
48.
Good Thing
Leon Bridges
Columbia
Na drugiej płycie Good Thing Leon Bridges nie dał się zapędzić w kozi róg. Trzy lata po szeroko dyskutowanym Coming Home wskrzeszającym ducha klasycznych nagrań Sama Cooke’a i Otisa Reddinga Bridges wie doskonale, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dobór najnowszego repertuaru nie jest już kwestią młodzieńczej fascynacji, ale artystycznych poszukiwań i wrażliwości, której piosenkarzowi nie można było odmówić od samego początku kariery. Bridges trzyma zdrowy dystans od klasycznego Motown, jednocześnie nie negując swoich retrosoulowych początków. Od inspiracji tradycyjnym rhythm & bluesem, przez smooth soul z filadelfijskim rodowodem („Bet Ain’t Worth the Hand”), połamany, ale ochrzczony funkiem nu jazz („Lions”) płynnie przechodzi do tanecznego „Bad Bad News” łączącego twórczo pełnokrwisty jazzowy sznyt i okołohouse’owy bit. To bez wątpienia rezultat naturalnej ewolucji brzmienia — nie klątwa drugiej płyty, ale przystanek pośredni między artystą imitującym a artystą dojrzałym. [Więcej] — Kurtek
47.
Albo Inaczej 2
Alkopoligamia
Po raz drugi Alkopoligamia zastosowała swój nowatorski pomysł łączenia różnych muzycznych biegunów, biorąc na warsztat polskie rap-klasyki. Tym razem jednak wręczyli je do wykonania młodym popularnym wokalistom. Za muzykę po raz kolejny odpowiedzialny był maestro Mariusz Obijalski, a wokaliści (m.in. Natalia Nykiel, Daria Zawiałow, Justyna Święs, Mrozu czy Krzysztof Zalewski) wzięli na tapet teksty Sokoła, Pezeta, Fisza czy Paktofoniki. Eksperyment spłacił się z nawiązką. Z „Nie mamy skrzydeł” Piotr Zioła wydobył popową melodyjność, „Mogę wszystko” w jazzująco-funkującej interpretacji Natalii Nykiel przeistoczyło się w pierwszorzędny feel-good-anthem, a „Czerwona sukienka” zyskała drugie dno przez nostalgiczną interpretację Justyny Święs. Na szczególne brawa zasługuje Ralph Kaminski i jego prosta, lecz naszpikowana ogromem emocji wersja „Chodź ze mną”. Twórcy Albo Inaczej 2 ponownie udowodnili, że wystarczy świetny pomysł i grono utalentowanych ludzi, byśmy mogli na nowo zakochać się w znanych przecież od lat utworach. — Pat
46.
Black Panther the Album Music From and Inspired By
Aftermath
Uniwersum Marvela i Uniwersum Kendricka Lamara. Dwie potęgi, które przez ostatnią dekadę zawładnęły przemysłami (odpowiednio) filmowym i fonograficznym. Kendrick Lamar to perfekcjonista jakich mało, którego głównym polem dla artystycznych popisówi wciąż pozostają solowe wydawnictwa. Tutaj skupia się jednak na roli gospodarza projektu i wychodzi mu to nieźle, choćby poprzez spajanie albumu prostymi, wszechobecnymi hookami. Oprócz K-Dota sporą cegiełkę do powstania albumu dołożył jego wierny producent Sounwave. Z małą pomocą kilku dobrze brzmiących nazwisk, beatmaker wykreował brzmienie, którym z pewnością tętniłoby znane z filmu fikcyjne państwo Wakanda. Słychać styl znany zarówno ze starych jak i nowych płyt Kendricka, wzbogacony o ornamenty nawiązujące do world music — rzecz jasna z akcentem na Czarny Ląd. Dwa lata temu Kendrick Lamar pokazał, że nawet kompilacja odrzutów z ostatniego albumu może być czymś ponadprzeciętnym. Nie inaczej jest z Black Panther: The Album. [Więcej] — Chojny
45.
Overload
Georgia Anne Muldrow
Brainfeeder
Jeśli kiedykolwiek miało się do czynienia z wizją soulu Georgii Anne Muldrow, jej nowa albumowa odsłona, prawowity powrót na scenę po trzyletniej przerwie, nie powinna stanowić niespodzianki — artystka nadal nagrywa uduchowiony neo-soul, który z eksperymentalnym zacięciem łączy harmonię z chaosem i hip-hop z jazzem. Overload to jej najbardziej przestrzenna płyta w karierze. Plemienna rytmika i uduchowione wokale Muldrow wreszcie zyskały godną jej afrofuturytycznych inspiracji oprawę — choćby w mechanicznym, metalicznie brzmiącym bangerze „Play It Up”, który mocny hiphopowy bit zestawia z natchnioną neo-soulową wokalizą. W singlowym „Overload” z kolei zręcznie stapia w jedno sprawdzony neo-soul z trapową rytmiką, sprawiając, że po raz kolejny oczywiste staje się intrygujące. Choć produkcją większości utworów na krążku zajęła się sama Muldrow, słychać rękę szkoły Flying Lotusa w procesie nadania pełnej stylistycznych rozbieżności grupie utworów charakteru doświadczenia zamkniętego i koherentnego albumu długogrającego. [Więcej] — Kurtek
44.
An Angel Fell
Idris Ackamoor ☥ The Pyramids
!K7 Music
Fantastyczna trupa jazzowych podróżników pod wodzą charyzmatycznego saksofonisty Idrisa Ackamoora wróciła w tym roku z nową płytą, następcą przełomowego dla muzyków We Be All Africans sprzed dwóch lat. To udana kontynuacja stylistyki zaczerpniętej przez Ackamoora i spółkę z amerykańskiego spiritual jazzu i afrykańskiego folku. Sam muzyk mówi zresztą, że u podstaw nowej płyty stoją właśnie folklor, fantazja i dramaturgia, które mają służyć nie samym sobie, nie jedynie celom artystycznym, ale także, a może przede wszystkim dotarciu do świata z trudną wiadomością — o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i ekologicznej obojętności, za którą prędzej czy później zapłacimy wszyscy. Krążek wyprodukowany przez Malcolma Catto z The Heliocentrics wyciąga muzykę Ackamoora i spółki z plemiennego afrobeatu w rejony bliższe szeroko pojętej folkowej duchowości — tak jest w inspirowanym Sun Rą dubowym „The Land of Ra”, w orientalnym „Papyrus” czy w na wpół psychodelicznej, a na wpół awangardowej wariacji na klasycznej exotice w „Message to My People”. An Angel Fell to zrównoważony, bujający krążek ujmujący doskonałą synergią i magnetyzujący nienachalnym groove’m. — Kurtek
♫ „Sunset”
43.
The Window
Cécile McLorin Salvant
Mack Avenue
Ostatnio trochę narzekaliśmy, że najnowszy album od Cécile McLorin Salvant po raz kolejny składa się ze zbioru cudzych kompozycji. Tymczasem „The Window” to świetne wydawnictwo, z którym warto zapoznać się bliżej. Nie bez przyczyny Cécile jest nazywana nadzieją wokalnego jazzu. Piąty krążek Amerykanki stanowi intymną, ale też pełną dojrzałości i charyzmy rozmowę wokalistki z pianistą. Niesamowicie brzmi minorowy ton, który artystka potrafi wydobyć z nawet najbardziej radosnego standardu. Sprawdźcie sobie, co wyczynia się tu z musicalowymi tematami jak „Where Thine That Special Face” czy ograne „Somewhere” z West Side Story. Pod względem nastroju to zdecydowanie jesienna płyta, ale artystka zapewnia, że starała się uchwycić pełnię dynamizmu towarzyszącego miłosnym cyrkulacjom. Ten plan wykonała w tysiącu procentach. W dobie wzmożonej kompresji takie kameralne, ale treściwe albumy to czysta przyjemność. — Maja Danilenko
42.
Die Lit
Playboi Carti
AWGE
Z całym szacunkiem do Young Thuga, Future’a czy nawet Kendricka, ale to Playboi Carti jest prawdopodobnie najbardziej rzucającym się w oczy uosobieniem hiphopowego zeitgeistu. Nikt tak jak on nie przewartościował czynników składających się na konstrukcję rapowych utworów, nikt wcześniej aż tak nie burzył granicy między zwrotką a refrenem, między wersem a ad-libem. I choć Die Lit to w zasadzie powtórka z rozrywki z zeszłorocznego debiutanckiego mikstejpu Cartiego, w przypadku tak innowatorskiego gracza jak Carti roczna stagnacja to wciąż podtrzymanie czołowej pozycji w peletonie trapowej awangardy. To fascynujące gospodarowanie prostego jak konstrukcja cepa podkładu w duecie z Travi$em Scottem. To dekonstrukcja piosenki o miłości w konwencji rap/R&B w utworze z Brysonem Tillerem. To abstrakcyjnie melodyjne „Mileage” z anty-szowinistycznym refrenem. Całość albumu tworzy spójną i logiczną sesję z zahaczającym o psychodelię post-rapem [Więcej] — Chojny
41.
K.T.S.E.
Teyana Taylor
Getting Out Our Dreams
Drugi album Teyany Taylor opublikowany w okolicznościach obezwładniającego zamieszania na zakończenie tegorocznego miesiąca GOOD Fridays po szeroko dyskutowanych wydawnictwach ze stajni Kanyego Westa przemknął jakby niezauważony. Czy może inaczej — Taylor dotarła nim przede wszystkim do słuchaczy rapu, którzy nie do końca wiedzieli, co z tą dość konwencjonalną, ale przepięknie skrojoną przez Westa i spółkę ścisłą hybrydą R&B i neo-soulu zrobić. W chaosie i pośpiechu uciekającego hajpu nie do końca wiedzieli to też chyba sami twórcy. Z jednej strony stworzyli dla Taylor pierwszy naprawdę solidny anturaż produkcyjno-kompozycyjny, gdzie jej sensualne wokale przepięknie łączą się z wyważonymi bitami opartymi w dużej mierze na typowych dla Westa klasycznych samplach. Z drugiej zaś — zmarnowano jednocześnie prawdziwy potencjał tej kolaboracji — K.T.S.E. jest raczej pozbawionym konsekwencji szkicem niż skończoną płytą. I choć to Taylor, nie produkcja Westa, pozostaje tu na pierwszym planie, trudno nie odnieść wrażenia, że potraktowano tu piosenkarkę instrumentalnie, niepotrzebnie seksualizując jej imidż i teksty. Pomimo tego „Gonna Love Me”, „Issues/Hold On” i „Rose in Harlem” to pierwszorzędne R&B dla koneserów, czołówka tegorocznych list gatunkowych i najlepsze, co dotychczas Taylor nagrała w ogóle. — Kurtek
40.
Origami Harvest
Ambrose Akinmusire
Blue Note
Ambrose Akinmusire odważnie przeciwstawia się dominującej we współczesnej krytyce muzycznej idei dopisywania politycznego kontekstu do abstrakcyjnej w formie muzyki. Jest w tym, owszem, coś niefrasobliwie dosłownego, bo na Origami Harvest Akinmusire w roli narratora obsadził rapowego outsidera Kool A.D., który we właściwy sobie sposób, gdzieś między prostym snuciem opowieści a koncepcyjnie porwanym, poetycznym free rapem, dzieli się prowadzi słuchacza przez kolejne jazzowe meandry nowej płyty utalentowanego trębacza. Jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami. Sam Akinmusire także zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z Mivos Quartet. To, w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej Ameryki. — Kurtek
♫ „A Blooming Bloodfruit in a Hoodie”
39.
Piano & a Microphone 1983
Prince
NPG
Jeśli planowaliście zignorować Piano and a Microphone 1983, bo uważacie je za przejaw pośmiertnej monetyzacji dorobku artysty, albo, co gorsza za zestaw drugorzędnych dem i odrzutów sprzed 35 lat, które niczego do katalogu Prince’a nie dodadzą, lojalnie ostrzegamy — możecie być w poważnym błędzie. Ten archiwalny zbiór zaledwie 9 prinsowskich interpretacji zarówno własnych utworów, jak i standardów (w tym też coveru Joni Mitchell) to najbardziej autentyczna odsłona Księcia od wielu lat, a być może nawet w ogóle. Zwłaszcza w ostatnich 20 latach piosenki Prince’a bardzo często cierpiały przeprodukowanie, często też krążyły dookoła tematu, unikając meritum. Na Piano and a Microphone 1983 Książę jest zupełnie nagi — jest tylko on, jego głos i fortepian. Możliwie najbardziej intymna sesja nagraniowa z jednym z największych talentów muzyki popularnej. — Kurtek
38.
Beerbongs & Bentleys
Post Malone
Republic
Na drugim albumie Post Malone potwierdza tezę, że potrafi tworzyć trendy, za którymi cały świat będzie podążać z ekscytacją. Choć na krążku znalazło się o kilka pozycji za dużo, to jednak jego większość stanowią stworzone z premedytacją hity. Post, którego sukces swoje początki miał na Soundcloudzie, doskonale zdaje sobie sprawę z chwytów, jakie należy stosować, aby zarażać swoją muzyką masy. Tak oto na Beerbongs & Bentleys nie brakuje chwytliwych melodii i refrenów, które nie chcą wyjść z głowy, a produkcja ma swoje świetne momenty i perfekcyjne muśnięcia, jak np. zagrane na melotronie intro do „Rich & Sad”. Malone sam o sobie mówi, że nie jest raperem, ale nie da się ukryć inspiracji czy mechanizmów hip-hopowych i korzystania z będącego wciąż na fali trapu. Dodając domieszkę popu, Amerykanin stworzył sobie przepis idealny, aby stać się jednym z najpopularniejszych nowych raperów. — Kuba Żądło
37.
No One Ever Really Dies
N.E.R.D
N.E.R.D
Ze względu na późną datę premiery ostatniego krążka N.E.R.D zabrakło w zeszłorocznym podsumowaniu, aby jednak oddać mu należną sprawiedliwość, uwzględniliśmy go w tym roku. No One Ever Really Dies to bez wątpienia najbardziej zaangażowana i najambitniejsza płyta w dorobku Pharrella, Shaya i Chada. W charakterystycznym dla nich miszmaszu dźwięków, istnej fuzji rapu, funku, soulu i elektroniki udało im się przemycić ważne i często społecznie niewygodne treści. Problemy imigracji, morderstw na ulicach, brutalności policji, kwestii rasowych — cały ten wachlarz tematyczny jest podany na przebojowo zaaranżowanych syntezatorach, basach i gitarach. Znakomicie dobrani współpracownicy, w tym rapująca Rihanna, Kendrick Lamar, Future czy M.I.A., stanowią dodatkowy atut wydawnictwa i idealnie wpasowują się w jego ramy stylistyczne. [Więcej] — Pat
♫ „1000”
36.
Ella Mai
Ella Mai
10 Summers
Debiut Mai jest silnie inspirowany i zapewne dedykowany R&B lat 90., gdy na scenie królowały Janet Jackson i TLC. Artystka wzięła duży zamach i nie przeliczyła się. Trafiła całkiem przyzwoicie w piłkę i zdobyła co najmniej 2. bazę. To historia jak z filmu, która pokazuje, że jeśli ma się talent, warto cierpliwie czekać na swoją szansę. Niektóre z aranżacji na Ella Mai brzmią na nieco zautomatyzowane, ale piosenkarka radzi sobie z tym doskonale, tchnąc w nie dodatkową porcję życia przez swój znakomity warsztat wokalny. W przypadku Brytyjki szansa ta przyszła znienacka, w postaci jednego z najgorętszych nazwisk na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Współpraca z Mustardem przyniosła jej bardzo dobry debiut, a także zapewniła jej pierwszy od 26 lat numer jeden na amerykańskiej liście piosenek R&B osiągnięty przez artystę z Wysp Brytyjskich. I wszystko to uzasadnione. [Więcej] — Kuba Żądło
♫ „Trip”
35.
Geography
Tom Misch
Beyond the Groove
Geography Toma Mischa to z pewnością jedno z najprzyjemniejszych wydawnictw tego roku. Określanie muzyki jako „przyjemna” bywa niebezpieczne i nasuwa skojarzenia braku wyrazistości. W przypadku tego krążka, właśnie ten „brak pazura” w brzmieniu jest jego największym atutem. Jazzujący electro-swing Mischa sprawia, że Geography słucha się z uśmiechem na twarzy, a na myśl przychodzą nam wspomnienia najcieplejszych dni minionego lata. Pogodne brzmienie dopełnia kojący głos Mischa, który nie rezygnuje ze współpracy z innymi artystami, ale tym razem wyraźniej stawia na siebie. Londyńczyk tym samym udowodnił, że nie jest jedynie beatmakerem, a multiinstrumentalistą z krwi i kości. Krążek urozmaicają świetni goście, w przeważającej ilości raperzy, a wśród nich GoldLink czy De La Soul. — Polazofia
34.
FM!
Vince Staples
Def Jam
Po chłodno przyjętym Big Fish Theory Vince postanowił spuścić z tonu i dać sobie przestrzeń na niewymuszoną kreatywność i swobodę. I tak nagle dostaliśmy niespodziankę w postaci FM! – kolejnego w tym roku krótkiego albumu, który udowadnia, że mniej znaczy więcej. To zaledwie 11 numerów w stylu brzmienia z Bay Area, które przedstawiono w formie fragmentu audycji radiowej. Efekt brzmi rewelacyjnie — Vince rapuje lepiej niż kiedykolwiek, podkłady Kenny’ego Beatza bujają wszystkim wokół, a smaczki pokroju zwiastuna nowego Earla Sweatshirta czy występu E-40 sprawiają, że na twarz słuchacza raz za razem wstępuje szeroki uśmiech. Odsłuch FM! trwa zaledwie chwilę, ale w jej trakcie otrzymujemy całe mnóstwo brzmień, które przywodzą na myśl stare dobre czasy i Summertime’ 06. — Adrian Felis
♫ „Fun!”
33.
Caution
Mariah Carey
Epic
Mariah Carey zastosowała dość sprytny zabieg i wydała płytę tuż przed momentem, w którym jej świąteczna muzyka atakuje nas zewsząd. Mimo to Caution daleko do tytułowej ostrożności. Album ma gdzieś z tyłu głowy hipsterskie alt R&B, ale pierwszeństwo daje bombastycznym trapom. Wciąż jest to jednak monument na skalę Marii Carey i przyjemności z odsłuchu nie są w stanie zepsuć ani wygładzona pomnikowość, ani kompresja. Ta przyjemność zaczyna się już od „GTFO”, płynąc przez lekkie funkujące „A No No”, najntisowe „The Distance”, psychodeliczne „Giving Me Life” (z udziałem Blood Orange) do końcowego, jedynego tak pompatycznego na krążku, „Portrait”. To raczej oczywiste, że Caution nie zmieni oblicza muzyki popularnej. Ale trzeba oddać Marii sprawiedliwość i przyznać, że lekcję ze współczesności odrobiła celująco. [Więcej] — Maja Danilenko
♫ „GTFO”
32.
Sweetener
Ariana Grande
Republic
Zupełnie przypadkowo doprowadziliśmy w redakcji do wymownej sytuacji, w której uczennica przerosła mistrzynię. Wprawdzie minimalnie, i bądź co bądź dosłownie; gdyby faktycznie chcieć porównywać Arianę Grandę z panią z oczka niżej, prawdopodobnie znajdziemy tyle samo podobieństw, co różnic. Jedną z nich jest obecność Pharrella Williamsa. To głównie on sprawił, że Sweetener wyróżnia się, a nawet broni jako całość. Połowa The Neptunes wprowadza się tu ze swoją sztandarową stylistyką: łamie melodie, rozrzuca na prawo i lewo surowymi, perkusyjnymi samplami różnej proweniencji, spinając to wszystko znajomą hip-hop soulową klamrą. Prócz Pharrella Ariana ma też rzeszę producentów, którzy z kolei czynią ten album trochę zbyt przekombinowanym. Jeżeli jednak trap ma monopolizować rynek komercyjny, to chciałabym, żeby orbitował wokół takiego drobiazgowego i wstrząśniętego, ale zmieszanego kierunku jak na Sweetenerze. — Maja Danilenko
31.
Taboo
Denzel Curry
Loma Vista
Najnowsze dzieło Denzela Curry’ego to płyta aż do kości introspektywna, mroczna, czasem wręcz wprowadzająca uczucie pewnego dyskomfortu, a jednocześnie fascynująca, gdyż daje nam możliwość odbycia podróży w głąb psyche tego młodego i bardzo wrażliwego artysty. Kluczową rolę odgrywa tu koncept, a raczej konstrukcja albumu. Taboo podzielone jest na trzy akty, które reprezentują różne stany psychiki rapera (odpowiednio światło, szarość i ciemność). Każdy z tych aktów z powodzeniem może funkcjonować jako oddzielony, niezależny byt, jednak zdecydowanie najlepiej spełniają swoją rolę, będąc częścią większej całości, dzięki czemu z każdą kolejną piosenką poznajemy coraz mroczniejsze zakamarki umysłu Denzela. Na krążku Curry oddziela się od reszty raperów ze swojego pokolenia grubą kreską, co w jego przypadku jest nie tyle wyrazem arogancji, co w pełni uzasadnionej pewności siebie i przekonania o własnej oryginalności. Taboo stanowi tego doskonały dowód. [Więcej] — Jędrek
30.
Everything Is Recorded by Richard Russell
Everything Is Recorded
XL
Jak sugeruje sam tytuł Everything Is Recorded by Richard Russell, projektu sygnowanego nazwiskiem współożyciela XL Recordings, to on jest mózgiem całego projektu i elementem spajającym wszystko w jedną całość, a trzeba przyznać, że nie miał zadania łatwego, bo ekipa złożona w głównej mierze z młodych wilków XL Recordings jest w równym stopniu utalentowana, co niesamowicie różnorodna. Wśród zaproszonych artystów znaleźli się m.in. Sampha, Syd, Ibeyi czy Kamasi Washington, a produkcyjnie wsparli Russella tak doświadczeni muzycy jak Peter Gabriel, Damon Albarn, Geen Gartside czy Owen Pallett. Współpraca ta poskutkowała stworzeniem kompetentnej warstwy produkcyjnej opartej na brzmieniu alternatywnego R&B, art popu, trip hopu czy UK Bass, w której można również znaleźć sporo odniesień do muzyki z przeszłości — szczególnie klasycznego soulu. Everything Is Recorded to pokaz siły, jaką daje sztuce działanie w kolektywie, poczucie wspólnoty i kreatywny przepływ inspiracji. [Więcej] — Jędrek
29.
MITH
Lonnie Holley
Jagjaguwar
Choć MITH Lonniego Holleya trudno jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo, bezapelacyjnie powinno uplasować się wysoko na tegorocznych liście płyt, które nie brzmią jak nic innego, czego wcześniej słuchaliście. Holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między Waitsowską quasimelodyjnością a Heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne Colina Stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką. Sam Holley ma w sobie równie dużo z wokalisty, co performera, jawiąc się a to jako współczesny Screamin’ Jay Hawkins, a to free-jazzowy Charles Bradley, a to soulmate Georgii Anne Muldrow — w zależności od utworu i kontekstu. Z jego sugestywnie zatytułowanego debiutu Just Before Music z 2012 roku pozostał mu ambientowo-improwizowany background oraz inspiracja kazaniami afroamerykańskich pastorów, ale MITH eksploruje na szczęście mimo wszystko bardziej piosenkowe terytoria, z których, bez wątpienia, na czoło tegorocznego peletonu utworów-manifestów należy wyprowadzić przejmujące „I Woke Up in a Fucked-Up America”. — Kurtek
♫ „I Woke Up in a Fucked-Up America”
28.
Ye
Kanye West
Getting Out Our Dreams
Kanye West już dawno zdążył nas przyzwyczaić do ekscentryzmu i rozmachu. Jednak większym zaskoczeniem niż to, że w ciągu miesiąca wydał ze swoją świtą aż pięć albumów, był raczej ich skromny metraż, który na szczęście nie odbił się na jakości. Ye, chociaż dalekie jest od innowacyjnego The Life of Pablo czy Yeezusa, ujmuje lekkością i kameralnym klimatem. Zaskakuje — tym razem stanowiąc kontrast do poprzednich wydawnictw. Nie można mu też odmówić kilku przykuwających uwagę, oryginalnych momentów jak spokenwordowe intro „I Thought About Killing You” lub nostalgiczne „Ghost Town” czy zamykające „Violent Crimes”. Zanim więc stwierdzimy, że kreatywność i szczytowa forma Yeezy’ego dobiega końca, umówmy się — przy takim doświadczeniu i świadomości artystycznej, nagranie albumu na ostatni moment i wykorzystanie na okładce zdjęcia zrobionego telefonem dzień przed premierą jest przekraczaniem kolejnych granic. — Klementyna
27.
Noir
Smino
Zero Fatigue
Nowy album Smino ma w sobie o wiele więcej z dobrej komedii niż z filmu noir. To przede wszystkim zasługa gospodarza. Sposób nawijania Smino to coś pomiędzy mumble rapem a śpiewaniem. Reprezentant St. Louis wyjątkowo gładko przechodzi od rapowania do wyśpiewanych na różne sposoby pokręconych melodii. Do tego dochodzą nowoczesne, a jednocześnie stonowane i ciągnące się podkłady. Próżno szukać tu szalejących osiemset ósemek, pędzących hi hatów i drażniących uszy leadów. Lekkie i przyjemne kawałki wprowadzają beztroską atmosferę i sprawiają, że podczas odsłuchu Noir uśmiech na stałe przykleja się do twarzy. [Więcej] — Mateusz
♫ „Klink”
26.
Oil of Every Pearl’s Un-Insides
Sophie
MSMSMSM
I Love Every Person’s Insides — to właściwy tytuł tegorocznego krążka Sophie, ukryty w enigmatycznym Oil of Every Pearl’s Un-Insides. Miłość do wnętrza w wydaniu Sophie zaskakuje plastycznym, momentami pastelowym, a nawet dreampopowym, innym razem plastikowym brzmieniem zmieszanym z porwaną, glitchową elektroniką. Słodkie, przesterowane wokale, charakterystyczne dla wcześniejszych odsłon Sophie, zostały tu wpisane w zupełnie inny kontekst i rozszerzyły dotychczasową estetykę producentki o zupełnie nowe terytorium — bliższe zeszłorocznemu krążkowi Arki aniżel początkom nurtu bubblegum bass. Nic w tym dziwnego — Sophie przy użyciu adekwatnych środków, pioniersko nakreśliła na płycie etapy swojej metamorfozy, zwieńczonej oknem na nowy świat w utworze totalnym „Whole New World/Pretend World”. Istna transdźwiękowa odyseja kosmiczna. — Ibinks/Kurtek
♫ „Whole New World/Pretend World”
50 najlepszych utworów 2018

Jeśli zastanawiacie się, jak rok 2018 w soulu i R&B plasował się naszym zdaniem na tle poprzednich lat (a to już 11. rok, kiedy w grudniu publikujemy nasze podsumowania), niech za komentarz posłuży samo to, że ze względu na to, ile muzycznego dobra ukazało się w przeciągu ostatnich 12 miesięcy, specjalnie rozszerzyliśmy tegoroczne listy najlepszych utworów i płyt z 40 do 50 pozycji. A i tak nie było lekko, bo solidnych propozycji do miana piosenki roku mieliśmy w redakcji ponad czterokrotnie więcej. Ostatecznie niemalże jednoznacznie wyłoniliśmy laureata, który, jak niewiele utworów w ostatnich latach, jest jednocześnie doceniany przez krytykę i stał się też przebojem komercyjnym, zarówno w radiu, jak i w sieci. Doskonale przy tym oddaje istotę brzmienia bieżącego roku, a sam w sobie stanowi też komentarz społeczno-polityczny dla pozamuzycznej rzeczywistości. Zanim jednak do niego dotrzecie, rzućcie okiem, jakie jeszcze inne numery mijającego roku uznaliśmy za godne uwagi.
50.
„1539 N. Calvert”
Jpegmafia
Peggy/Deathbomb
Veteran to nie tylko jedna z najciekawszych hip-hopowych propozycji długogrających ostatnich 52 tygodni, to jeden z najświeższych, najlepiej zrealizowanych albumów szeroko pojętego hip-hopu eksperymentalnego, który na przestrzeni ostatnich kilku lat nieprzerwanie rodzi niekonwencjonalne, łamiące schematy projekty. Otwierające materiał „1539 N. Calvert” świetnie sprawdza się w roli openera będącego fuzją wszechobecnego na płycie futurystycznego, cyborgowego R&B oraz 808-owego, neonowego brzmienia mocno basowego trapu. — Mleczny
49.
„Fists of Fury”
Kamasi Washington
Young Turks
„Fists of Fury” rozpoczyna się niczym soundtrack z filmu z gatunku blaxploitation. Od początku słyszymy monumentalną melodię wygrywaną ze wsparciem chóru oraz egzotyczne bębny. Dodatkowo sam tekst jeszcze bardziej przywołuje na myśl czarne kino. „And when I’m faced with unjust injury Then I change my hands to fists of fury” wyśpiewują razem Patrice Quinn i Dwight Trible. Później inicjatywę przejmuje już sam Kamasi i improwizuje przy dźwiękach towarzyszącego mu pianina. Całość ma niemalże buntowniczy charakter, jest przesiąknięta zarówno dumą, jak i gniewem. — Mateusz
48.
„Everything Is Recorded”
Everything Is Recorded feat. Sampha & Owen Pallett
XL
Zamykający kompilację z nagraniami artystów skrzykniętych dzięki szefowi XL Recordings — Richardowi Russellowi utwór pozostawił niemałe wrażenie w naszej redakcji. „Everything Is Recorded” zbudowany jest na niepokojącym klimacie, dzięki fenomenalnym partiom smyczków Owena Palletta oraz niezawodnego falsetu Samphy. Przesłanie singla można odczytywać pod wieloma kątami — nie pierwszy zresztą raz tekstom trzydziestoletniego londyńczyka blisko do lirycznej poezji, której autor obnaża się emocjonalnie w przejmujący sposób. — K.Zięba
47.
„Bad Bad News”
Leon Bridges
Columbia
Porywająca linia basu, proste, ale jakże skuteczne uderzenia perkusji, gitara w stylu George’a Bensona i rozwijająca się z sekundy na sekundę aranżacja, gdzie kilka niemrawych akordów, zamienia się w swoisty przelot przez kilka muzycznych gatunków. W jednym tracku zawarto bowiem nawiązania do klasycznego soulu, bluesa, funku oraz jazzu, a wszystko to, spojone zostało w jeden logicznie snujący się z głośnika utwór. Jeżeli dodamy do tego będącego w znakomitej formie wokalistę i niezwykle optymistyczny tekst, z miejsca zrozumiemy, jak dobrą rzecz przygotowali Leon Bridges i reszta muzyków odpowiedzialnych za ten z miejsca wpadający w ucho singiel. — efdote
46.
„Favorite”
Leon Thomas feat. Buddy
Leon Thomas
„Favorite” brzmi jak zaginiony i produkcyjnie odmłodzony soulowy klasyk. Z pozoru nic się tu nie dzieje, ot, przypadkowy ziomeczek przechodzi od melorecytacji do coraz bardziej zaangażowanego wyśpiewywania fascynacji swoją ukochaną. Do tego główny motyw melodyczny to jakieś zapętlone pianinko, złożone z dźwięków, które można policzyć na palcach jednej ręki. Jeżeli jednak to zwiewne plumkanie z bądź co bądź przyjemnie płynącym wokalem nie są w stanie rozkruszyć waszych serduszek, to nie wiem, co jest. — Maja Danilenko
45.
„The Mint”
Earl Sweatshirt feat. Navy Blue
Tan Cressida
Po kilkuletniej nieobecności poeta i jeden z najbardziej intrygujących członków kolektywu z Los Angeles wraca na scenę w nietuzinkowym stylu. Ten laidbackowy, powolny utwór w stylistyce lo-fi brzmi niezwykle świeżo i przypomina jak bardzo brakowało nam wszystkim Earla. Chociaż numer wpisuje się w typowy dla artysty depresyjny styl i prezentuje ten sam oryginalny sposób rapowania, zaskakuje także dojrzałością i wyjątkową bezkompromisowością. Mimo że „The Mint” pojawiło się dosłownie w samej końcówce roku, nie wyobrażamy sobie tego zestawienia bez niego. — Adrian
44.
„Sugar”
Olivia Nelson
Hear This
Trzeba przyznać, że For You to jeden z najbardziej zbalansowanych i intrygujących debiutów w tym roku. Młoda wokalistka R&B zaprezentowała na nim nie tylko przemyślaną koncepcję, lecz także całą paletę muzycznych barw, w tym fenomenalny utwór z pogranicza funku, disco i R&B czyli „Sugar”. Uwodzicielski wokal okraszony seksownym, tanecznym brzmieniem jest najlepszym dowodem na to, że subtelność i minimalizm w muzyce zawsze brzmią świetnie, szczególnie w tak zmysłowym wydaniu. — Adrian
43.
„Reason in Disguise”
Ezra Collective feat. Jorja Smith
Enter the Jungle
Jeżeli na wspólnym tracku spotyka się jeden z najbardziej obiecujących brytyjskich zespołów z nowej, przeżywającej prawdziwy boom fali jazzu oraz jeden z najciekawszych żeńskich wokali z Wysp, to efekt nie mógł być chociażby średni. Pięcioosobowy kolektyw z Londynu pokazuje nam tutaj, że potrafi poruszać się wyśmienicie w obrębie różnych stylistyk i przyniesie nam jeszcze sporo świeżości, a to hipnotyzujące, smoothjazzowe nagranie jest tego znakomitym potwierdzeniem. Perkusista zespołu Femi Koleoso jest również częścią koncertowego składu Jorji, kolaboracja ta więc wynikła dosyć naturalnie. Po niezwykłej wręcz chemii, jaka słyszalna jest w „Reason in Disguise” od niemal pierwszej sekundy, liczymy więc po cichu na kolejne wspólne nagrania. — efdote
42.
„Opps”
Vince Staples & Yugen Blakrok
feat. Kendrick Lamar
Aftermath
„Puść coś! To nie pogrzeb!” — krzyczy do swojego partnera Andy Serkis, wcielający się w rolę genialnego Ulyssesa Klaue’a w filmie Czarna pantera. Następujący po tym pościg rozpoczyna się w rytmach podrasowanego „Oops”, który podwyższa ciśnienie. Chociaż trudno wybrać tylko jeden numer z fantastycznego Black Panther The Album Music Inpired By, to jednak „Oops” wyróżnia się na tyle, że z miejsca zostało naszym faworytem. Wybuchową atmosferę buduje tu mocny beat, wwiercający się w uszy. Vince Staples jest tu obecny w najwyższej formie i strzela rymami jak ze spluwy. Poza tym umówmy się — co jest fajniejszego od usłyszenia w jednym kawałku Kendricka Lamara i Vince’a Staplesa? Prawdziwą gwiazdą jest jednak undergroundowa raperka Yugen Blakrok. Wakanda forever! — ibinks
41.
„Roll Some Mo”
Lucky Daye
Keep Cool
„Roll Some Mo” to debiutancki singiel pochodzącego z Nowego Orleanu Lucky’ego Daye’a. Numer zapowiadał świetną epkę I, która miała być jedynie wstępem do tego, co przygotował dla nas Daye. Wciąż czekamy jednak na zapowiadany longplay Painted. Z Frankiem Oceanem łączy go nie tylko miejsce urodzenia, ale i sensualne, a nawet uduchowione R&B, w którym odnaleźć można zarówno smyczkowe aranżacje, jak i elementy trapu. „Roll Some Mo” to ukłon w stronę twórcy Channel Orange, ale nie bezmyślne naśladownictwo. Twórczość Daye’a pozwala mieć nadzieję, że mamy okazję obserwować nową, wzrastającą gwiazdę pierwszoligowego R&B. — Polazofia
40.
„Ladders”
Mac Miller
Warner Bros.
Olbrzymi smutek, który spadł na fanów rapera, zaburzył nam możliwość obiektywnego odbioru Swimming. Asekuracyjne obawy o oceny tegorocznego albumu Maca, które mogły być zawyżone z powodu jego śmierci, mijają jednak za każdym razem, kiedy odpalamy ten numer. Cała płyta jest zapisem wielu emocji, z dominacją strachu, rezygnacji i afirmacji nałogów. „Ladders” natomiast niesie ze sobą wiadro nadziei i optymizmu. Operując kilkoma różnymi stylami rymowania, Mac pragnie znaleźć drogę, pomimo świadomości, że pomieszkuje w zamkach z piasku i stąpa po grząskim gruncie. Utwór wyprodukowany przez Pomo — specjalistę od brzmień, które rozjaśniają niebo — został zgrabnie dopieszczony sekcją dętą. — K.Zięba
39.
„Observer”
Sevdaliza
Twisted Elegance
Obserwujemy Sevdalizę od czasu jej debiutanckiego krążka, wyśmienitego Ison. Fuzja wschodniej mentalności i niekonwencjonalnych brzmień to główne składniki twórczości utalentowanej artystki. Na najnowszej epce The Calling przykuwa uwagę szczególnie taneczne „Observer”. Sevdaliza uwodzi w nim gładkim wokalem w stylu Sade i wybornym, trip-hopowym brzmieniem, podkręconym zabójczą linią basu. Utwór to kontemplacja stanu umysłu, swoiste equilibrium. Sevdaliza nie jest częścią niczego, jest tylko obserwatorką. Dni mijają, a my wciąż nie możemy przestać słuchać tej absolutnie wyjątkowej artystki. — ibinks
38.
„All the Work”
Amber Mark
Jasmine Music
Utwór podsumowuje zgrabną epkę Conexão, którą z wielkim prawdopodobieństwem pokochają fani Sade, nadążający za rytmem ewolucji nowego soulu. Amber z gracją strzepuje z ramienia paprochy pozostałe po nieudanym związku. Pomimo bolesnych doświadczeń serwuje nam dynamiczny utwór, od którego dzień powinni zaczynać ci, którzy mają za sobą toksyczną relację i nie mają ochoty wysłuchiwać ckliwych wyznań ex-partnerów. — K.Zięba
37.
„Lady Lady”
Masego
EQT
Masego doskonale wie, jak wynieść kobiety na wyżyny ich doskonałości, by poczuły się jak damy, sam pozostając jednocześnie mężczyzną dominującym. Tytułowy utwór z płyty jest bardzo kokieteryjny, odrobinę nacechowany erotycznie, ale pokazuje płeć piękną jako inspirację do tworzenia nowej muzyki. Artysta w delikatny sposób używa swojego wokalu, aby nacechować wyśpiewane wersy. Dodatkowo moduluje głosem, szepcze, zmienia tembr, co w połączeniu z rytmicznymi jazzowo-soulowymi dźwiękami przyprawia o szybkie bicie serca. Warto posłuchać całego krążka. — Forrel
36.
„Stuck With Me”
Tinashe feat. Little Dragon
RCA
Tegoroczny Joyride z wielu różnych powodów nie przyniósł Tinashe należnych zaszczytów, ale mógł pochwalić się tą oto perełką. „Stuck With Me” nagrane wespół z Little Dragon jest idealnym przykładem na to, jak przy skromnym, surowym wręcz synthowym podkładzie, można zbudować przebojową kompozycję. Po części dzięki zapętlonej frazie w refrenie, po części dzięki idealnie dobranemu współwykonawcy, utwór przywodzi na myśl dalekowschodnie brzmienia i ten orientalny wydźwięk kawałka sprawia, że zdecydowanie wyróżnia się on w bogatej dyskografii artystki. — Pat
35.
„Strawberry Kisses”
Amber-Simone
Juicebox
Mało komu znana Brytyjka opanowała tegoroczne wakacyjne playlisty niektórych z nas. „Strawberry Kisses” to pozycja idealna na słoneczną imprezę przy grillu i tańce po zmierzchu. Nic więc dziwnego, że jedna ze stacji radiowych próbowała podtrzymać ten ciepły klimat późną jesienią, grając numer kilkanaście razy w listopadzie. Truskawkowe całusy pokazują, że piosenki z byłym w roli głównej nie zawsze muszą mieć negatywny wydźwięk. — Kuba Żądło
34.
„Make It Out Alive”
Nao feat. SiR
Little Tokyo
„Make It Out Alive” jest drugim singlem promującym drugą płytę Nao Saturn. Kawałek opowiada o osobistych problemach artystki, która w swoich życiowych latach dwudziestych stanęła na rozdrożu i musiała zdecydować o swojej przyszłości. Opowiada również o przepaści pomiędzy tym, co było a tym, co ma za chwilę nadejść. Pustynia pokazana w teledysku odzwierciedla pustkę i zagubienie, które wypełniają osobę znajdującą się przed podjęciem życiowej decyzji. Jednocześnie określa ogrom spraw, którym trzeba będzie stawić czoła, i nadzieje, które za tym idą. SiR z kolei, to artysta, z którym Brytyjka od dawna chciała nagrywać muzykę i którego sama jest fanką. Jak przyznała sama Nao, kompozycja konsumuje wszystko to, o czym jest Saturn i niewątpliwie jest jedną z najciekawszych propozycji z nowej płyty, nawiązując jednak klimatem do debiutu piosenkarki. — Forrel
33.
„La Di Da”
The Internet
Columbia
Najnowszy album od The Internet zrobił nam świetną ścieżkę dźwiękową do zeszłego lata. Oprócz wielu spokojnych i chillujących dźwięków znalazło się na nim również miejsce na parę tanecznych bangerów, a singlowe „La Di Da”, stanowi tego najlepszy przykład. Mocna perkusja i funkowa gitara napędzają groove, będący bazą do zwrotek Syd (brzmiącej tu momentami jak Erykah Badu) i refrenu, w którym Steve Lacy (brzmiący jak Steve Lacy) oznajmia wszem wobec, że wpadł tu tylko potańczyć i nie obchodzi go nic więcej. Przy tym utworze nie da się bowiem inaczej. — efdote
32.
„Level Up”
Ciara
Universal
Trzy lata upłynęły od premiery Jackie, zanim Ciara wróciła aktywniej do mediów społecznościowych, a dziś wreszcie zaprezentowała światu nowy singiel. W międzyczasie piosenkarka zdążyła wyjść za mąż, zostać matką po raz drugi, zmienić wytwórnię i scoverować Rolling Stonesów. „Level Up” to więc jak najbardziej adekwatny tytuł dla powrotnego singla wokalistki, który łącząc vibe klasycznego „Whatever Bitch” Myi i na wpół rapowanego refrenu wraz ze spektakularną choreografią w futurystycznym teledysku, zachęcał do pokochania i zaakceptowania siebie. Ten obezwładniający banger to jednocześnie bardzo świadome nawiązanie stylistyczne do sceny Jersey Club i kultury internetowych challenge’ów tanecznych. Brzmienie „Level Up” nie ma jednak w sobie nic z mema, a piosenkarka wykroiła w nim kolejny uzależniający hook. — Kurtek
31.
„Is It Cold in the Water?”
Sophie
MSMSMSM
Twórczość Sophie jest tym, czym był dla środowiska LGBTQ zeszłoroczny longplay Arki. Znakiem rozpoznawczym producentki i DJ-ki jest mieszanka syntetycznego popu i awangardy, którą opanowała do perfekcji. W „Is It Cold in the Water?” rzuca nas na głęboką wodę i serwuje deephouse’owy, świdrujący beat. Sophie, czy raczej zaproszona Cecile Believe (Mozart’s Sister), rozkwita w naszych słuchawkach. Drżąca od emocji syrena woła nas jak w kiczowatym melodramacie. „Is It Cold in the Water?” w końcu ucina się i zostawia nas dryfujących w wygenerowanym morzu dźwięków, sprawiając, że na powrót chcemy się w nie zanurzyć. — ibinks
30.
„Insane”
Madison McFerrin
630113
Madison McFerrin z pasją, wyczuciem i charakterem przetwarza dziedzictwo wokalne „Don’t Worry Be Happy” swojego ojca i bagaż młodzieńczych muzycznych inspiracji, łącząc wokalny kunszt a cappella z połamaną neo-soulową melodyką i emocjonalną otwartością. „Insane” to bose szaleństwo, słoneczna oda do buzujących zmysłów i obezwładniającego pożądania, wreszcie — kameralny showcase czystego talentu — zarówno wokalnego, jak i songwriterskiego. — Kurtek
29.
„Stir Fry”
Migos
Quality Control
O Migos można powiedzieć wiele — na przykład to, że od pewnego czasu nieustannie gdzieś coś o nich słyszymy. Ze „Stir Fry”, promującym styczniowe wydawnictwo Culture II, do naszego zestawienia najlepszych numerów 2018 załapali się rzutem na taśmę, wydając numer tuż przed zeszłorocznym Sylwestrem. Utwór hulał wówczas na niejednej imprezie, czemu trudno się dziwić — ten beat wkręca się do głowy niczym korkociąg. I nieprzypadkowo, bo w roli producenta zaangażowano legendarnego już Pharrella Williamsa, którego rękę słychać tu od pierwszych dźwięków. Jeden z bardziej różnorodnych kawałków tria z Georgii i perełka na przydługim i nieco przehype’owanym Culture II. — empee
28.
„Waiting on the Warmth”
MorMor
Don’t Guess
Mimo że lato pożegnaliśmy już dawno, a za oknem słońce co najwyżej razi w oczy, odbijając się od niewielkiej jeszcze ilości śniegu zalegającego na chodnikach, to jednak wakacyjny utwór „Waiting on the Warmth” MorMor znalazł się na całkiem przyzwoitym miejscu w naszym zestawieniu. Lubiący gatunkowe eksperymenty artysta tym razem postawił na bujające synthowe disco zabarwione R&B, które swoim pozytywnym klimatem sprawia, że w głośnikach znów rozbrzmiewa lato. Swój bujny wokal potrafił sprawnie wpleść w nowoczesną produkcję, dzięki czemu powstała bardzo świeża kompozycja. — Forrel
27.
„I Like That”
Janelle Monáe
Bad Boy
Utrzymujące spokojny ton „I Like That” osiągnęło największy sukces spośród wszystkich singli promujących tegoroczny longplay Monáe Dirty Computer. Trochę to paradoksalne, biorąc pod uwagę siłę rażenia pozostałych utworów z tego krążka, ale już po pierwszym odsłuchu można zrozumieć dlaczego akurat ta kompozycja okupowała Billboardową listę Adult R&B Songs. Artystka przy akompaniamencie uwspółcześnionego, doprawionego cykaczami i laidbackowego R&B, wyśpiewuje iście nonkonformistyczny tekst, którego główną idea jest nieprzejmowanie się krytyką innych i wiara w siebie. A do tego chóralne harmonie w tle! Lubimy to. — Pat
26.
„Stop Trying to Be God”
Travis Scott
Epic
„I’m warning you, best not try to play God tonight” — ostrzega Scott w pochodzącej z Astroworld, onirycznej balladzie, w której porusza problem coraz częściej spotykanego kompleksu Boga. Przekonanie o swojej świetności spowodowane sławą i sukcesem artystycznym nierzadko bowiem prowadzi do zguby. Utwór podszyty jest powolnymi hi-hatami, które wraz z harmonijką Stevie’ego Wondera spajają wyłamującą się z gatunkowych schematów kompozycję. Subtelny refren Philipa Baileya i nucącego Kida Cudi’ego przeplata się z melodyjnymi zwrotkami La Flame’a, a całość zamyka rozczulająca partia Jamesa Blake’a. — Klementyna
25 najlepszych epek 2018

O ile w poprzednich latach niejednokrotnie podejmowaliśmy w redakcji dyskusję o tym, czy przypadkiem nie podzielić naszej listy najlepszych epek między podsumowanie płyt i piosenek, tym razem nikt nie miał wątpliwości. Epki nie tylko zadomowiły się już na dobre w cyfrowym krajobrazie rynku muzycznego, ale zyskały własną specyfikę i formalną odrębność względem longplayów, mixtape’ów i singli (nawet jeśli wziąć pod uwagę, że niektóre tegoroczne płyty, zgodnie z nową modą, są de facto krótsze od niektórych epek na poniższej liście — postanowiliśmy uszanować w tym względzie intencje i nomenklaturę zastosowane przez samych twórców). Zwłaszcza wśród artystów R&B epka stała się medium adekwatnym i akuratnym — z jednej strony do ich możliwości wydawniczych, z drugiej — do zdolności percepcyjnych odbiorców w czasach niekończącego się wyboru i ciągłej dekoncentracji. Epka bywa przecinkiem między płytami, nieśmiałym wstępem do wielkiej kariery, kaprysem chwili, ale bardzo często, dzięki szeroko rozumianej plastyczności formatu i inwencji twórców, staje się czymś znacznie więcej. Czym? Zapraszamy do odsłuchów i lektury!
25.
That’s a Girls Name
Dram
Empire / Atlantic
Po obiecującym debiucie przed dwoma laty, z hitowym singlem „Broccoli” i głośnym duetem z Eryką Badu, Dram zdaje się nie mieć pojęcia co dalej ze sobą zrobić. W zeszłym roku próbował podtrzymać swoją karierę, wydając niezliczone ilości przeciętnych singli opatrzonych brzydkimi okładkami, w tym przekuł tę twórczą frustrację na featuringi. Słyszeliśmy go wraz z Chromeo, Diplo, Arinem Rayem, a nawet Neilem Youngiem, a to dopiero początek znacznie dłuższej listy. Raper/piosenkarz zebrał się na szczęście i połowie lipca wypuścił całkiem udany 10-minutowy teaser tego, czym może być jego kolejna płyta. Epka That’s a Girls Name to trzy numery utrzymane bardziej piosenkowym neo-soulowym stylu i powrót Drama do co najmniej satysfakcjonującego songwritingu. Posłuchajcie tylko opartego na przecudnej urody synthfunkowym motywie „Best Hugs” melodycznie i wykonawczo nawiązującego do najlepszych hooków na Big Baby Dram. — Kurtek
24.
Lost
Brent Faiyaz
Lost Kids
Najwyższy czas docenić twórczość Brenta Faiyaza! Jego zeszłoroczny album, Sonder Son, nie doczekał się właściwego rozgłosu. Tym razem Brent postawił na krótsze wydawnictwo. Epka Lost to dawka zmysłowego R&B oraz popis wokalnych umiejętności. Warto wrócić do tego materiału, chociażby dla utworu „Why’z It So Hard”. Niepokojące intro, w którym słychać odgłosy helikoptera i syreny, przeradza się w piękną wielogłosową partię ciągnącą się przez cały utwór. Lost to nie tylko doskonałe brzmienie, to również opowieść o chłopaku, który czuje się zagubiony w wielkim mieście. Brent zwierza się z lęków i problemów związanych z życiem w Los Angeles. Brutalne sceny łagodzi jednak swoim doskonałym wokalem i delikatnością. — Polazofia
23.
Krash
Jean Deaux
Na debiutanckiej, koncepcyjnej epce Krash Jean Deaux bierze na warsztat życiowe porażki i przekuwa je w formę zdecydowanie wartą uwagi. Krash wypełnia słodkie jak miód R&B, przełamane rapem, housem, a nawet hardcorem. Epka jest trochę zbyt przegadana, i to dosłownie — skitów ilustrujących tytuł jest za dużo, muzyka wystarczyłaby za wyjaśnienie. Niewygody Krash wynagradzają drobiazgi, jak dzwoneczki i plemienna perkusja w „Energy”, ładne harmonie wokalne w duecie z Ravyn Lenae na „Who U” czy energiczny „Code”. Na deser chicagowska mieszanka na produkcji: udziela się tu przede wszystkim Phoelix, ale też Saba i Smino. Słowem mnóstwo treści i charyzmy, dobrze rokujących na przyszłość. — Maja Danilenko
22.
What Happens When I Try to Relax
Open Mike Eagle
P + C Auto Reverse
What Happens When I Try to Relax różni się trochę od tego, co mogliśmy usłyszeć na poprzednich projektach Mike’a. I chociaż to specjalista od mieszania ironii z dobitnością i dosłownością, to najnowsza epka rapera obiera trochę mroczniejszy kurs. Już od pierwszych chwil otrzymujemy elektroniczne, przestrzenne i niepokojące produkcje. W tekstach Mike koncentruje się na swoich lękach, obawach, przedstawia wizję rzeczywistości, która dręczy nas jeszcze bardziej, gdy staramy się o niej uciec. A to wszystko ubrane w nowocześniejszą stylistykę tworzy ponurą wizję współczesnego świata. — Mateusz
21.
2023
Alxndr London
The Spectacular Empire
Alxndr London przenosi słuchacza kilka muzycznych lat do przodu. Siedem kompozycji składających się na EP 2023 zostało wyjętych wprost z przyszłości. Jego afro-futurystyczny soul dryfuje wysoko w przestworzach po międzygalaktycznych szlakach. Eksperymentalny projekt, inspirowany brzmieniem brytyjskiego funku, house’u i garage, równoważy konflikt duchowy i tematy afrocentryczne, z nieograniczoną fantazją i spektakularną fantastyką naukową. Tematy religijne, polityczne, satyryczne, duchowe i numerologiczne spotykają się z fantastyką i science-fiction. Całość została sprawnie zmontowana, zaaranżowana i pozostawia Brytyjczykowi dużo przestrzeni podczas jego podróży do muzycznej krainy przyszłości. 2023 wprowadza powiew świeżości i prezentuje kolejną barwę w twórczości Londyńczyka. — Forrel
20.
Bbygirl Focu$
Rimon
Młoda Rimon debiutuje i to w jakim stylu. Bbygirl Focu$ to pierwsza epka pochodzącej z Amsterdamu artystki. Na nieco ponad 20-minutowym projekcie udało jej się przemycić prawdziwą mieszankę styli. Zaczyna się od energetycznego „Feel It”, następnie przechodzi w jazzujące „Sugarcoated Love”, by zamknąć wszystko chłodnym „Focu$”. To tylko część tego, co można usłyszeć na tym projekcie, a całość składa się na krótką opowieść o nieudanym związku. Artystka zaprezentowała szeroki wachlarz umiejętności. Rimon nie boi się eksperymentów i bez problemów odnajduje się zarówno na nowoczesnych beatach, jak i lekkich neosoulowych podkładach. — Mateusz
19.
The Calling
Sevdaliza
Twisted Elegance
Nowa propozycja od Sevdalizy kontynuuje ideę połączenia ciała, duszy i umysły z albumu Ison. Na The Calling artystka jeszcze bardziej wkracza w sferę umysłu. Zachęca do opanowania go i użycia jako steru dla własnego ciała. Jeśli człowiekowi uda się zapanować nad tym silnym narzędziem, wszelkie bóle fizyczne rozwiązują się, serce zostaje oczyszczone, a w głowie pojawia się jasność. Metafizyczna koncepcja Sevdalizy niezmiennie przedstawiona została przy pomocy dźwięków zaczerpniętych od Björk, czy Massive Attack, które pomimo że brzmią jak połamane, zostały sprawnie zmontowane i tworzą spójną sensualną całość. Gdzieniegdzie słychać nietypowe, ale eleganckie nuty, by przy zamknięciu postawić na mniej zawiłe melodię i nieco komercyjny klimat. — Forrel
18.
My Dear Melancholy,
The Weeknd
The Weeknd XO
Po sukcesie wydanego pod koniec 2016 roku Starboya The Weeknd powrócił z intymną epką, na której mierzy się z ostatnimi nieszczęśliwymi relacjami. Tytuł My Dear Melancholy, mówi sam za siebie. Przez elektroniczne, płynące podkłady przebija się poruszający, delikatny falset Abela, dając ujście gorzkim emocjom. Zbliżony klimatem do piosenek z Trylogii minialbum niestety nie zaskakuje. Najmocniejszym momentem pozostaje tutaj otwierające „Call Out My Name”, które dzięki swojej ekspresji odstaje od pozostałych pięciu pozycji. — Klementyna
17.
Colors
The Gondwana Orchestra
featuring Dwight Trible
Gondwana
Matthew Halsall robi dużo, by Manchester wyróżniał się na jazzowej mapie świata. Brytyjski trębacz szefujący wytwórnią Gondwana Records zaproponował nam w 2018 roku m.in. udaną kolaborację swej macierzystej grupy z Dwightem Trible’em. Co ciekawe, na stanowiącej hołd dla Pharoah Sandersa epce Colors , nie usłyszymy nawet pojedynczego dźwięku saksofonu. Nie przeszkodziło to jednak w stworzeniu zwięzłego i zharmonizowanego materiału, który powinien wypełnić wnętrza słuchaczy nadzieją, spokojem i poczuciem równowagi — K.Zięba
♫ „You’ve Got to Have Freedom”
16.
Cruel Practice
Shygirl
Dzikie i niepokojące beaty i dusząca, klaustrofobiczna atmosfera. Tak w skrócie można określić wydaną przez ukrywającą się pod pseudonimem Shygirl artystkę epkę. Cruel Practise to tylko pięć kawałków, których punkt zwrotny stanowią singlowe intrygujące „Gush” i zabójcze „O”. Eksploracja klubowych, futurystycznych brzmień to z pewnością efekt dj-ingu. Glitchową produkcję i eksperymenty z dźwiękiem słychać szczególnie w narkotycznym, trip-hopowym „Asher Wolfe”. „Niegrzeczna” i „nieprzyjemna”? Na pewno daleko Shygirl do nieśmiałych dziewczyn! — Ibinks
♫ „O”
15.
When the Sun Dips 90 Degrees
Yazmin Lacey
First Word Records
When the Sun Dips 90 Degrees, czyli najnowsza epka Yazmin Lacey to idealna pozycja dla tych, którzy tęsknią za klasycznym soulem lat 70-tych. Wokalistkę możecie kojarzyć ze współpracy z Jordanem Rakei lub Children of Zeus. Wydane w czerwcu EP to jej drugi solowy materiał po ubiegłorocznym Black Moon. Kojący wokal Yazmin i piękne, soulowe partie instrumentalne sprawiły, że tego materiału nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu. Rada na chłodne wieczory – włączcie „Something My Heart Trusts”, dajcie ponieść się zmysłowej fuzji jazzu oraz neo-soulu i przypomnijcie sobie, jak wspaniałe było tegoroczne lato. — Polazofia
14.
Imaginarium
Bipolar Sunshine
Grey Label
Bipolar Sunshine nie brak wyobraźni. Udowadnia to swoją trzecią epką zatytułowaną Imaginarium. Mini-album to konglomerat UK bassu, alternatywnego R&B i elektroniki. Hajlajt w postaci energetycznego, singlowego „Easy to Do” to jeszcze nie wszystko. Takimi numerami jak „Pressure”, „Major Love” czy „Discovery” Bipoplar Sunshine z łatwością ma szansę na przebicie się do mainstreamu. Członek Kid British stanowi poważną konkurencję dla Miguela czy Swae Lee. Tymczasem pozostaje nam czekać na długogrający krążek muzyka. — Ibinks
13.
Primitiva
Low Leaf
Fresh Selects
Primitiva jest wydawnictwem nieoczywistym i niewpasowującym się w typowy schemat albumów. Przepełniony jest dźwiękami wprost pochodzącymi z natury, nawiązującymi do czasów dawnych plemion. Utwory autorstwa Low Leaf, składające się na ten mini album, brzmią czysto, czasem szalenie, ale w konsekwencji są wyrafinowane. Utrzymane są, jak mówi artystka, w klimacie starożytnej elektroniki, z dużym zabarwieniem psychodelii. Każda kompozycja posiada swój własny wymiar, w którym organiczne dźwięki łącza się z żywymi instrumentami. Całość zainspirowana została surowym kobiecym boskim obrazkiem i nawiązuje do środowiska naturalnego, z którego wywodzi się człowiek oraz do przyszłości nowej planety Ziemi. — Forrel
12.
For You EP
Olivia Nelson
Hear This Records
Olivia Nelson jest interesującym przebłyskiem świeżych idei na współczesnej scenie R&B. Jej debiut oferuje kompletne brzmienie, które nie tylko odważnie czerpie z różnych gatunków, ale jeszcze odważniej zaprasza słuchaczy do intymnego świata wokalistki. A to, co w nim czeka, wymyka się często wszelkim schematom. To nie tylko ekspresja bólu po rozstaniu, lecz przede wszystkim szczera akceptacja końca jednego z etapów życia — coś, czego potrzebuje przecież każdy z nas. Brzmieniowo Nelson bezkompromisowo miesza pop z jazzem, R&B i elektroniką, raz po raz ślizgając się między teoretycznymi granicami. Dzięki temu For You staje się doświadczeniem, którego nie sposób przerwać, dopóki minimalistyczne „Crybaby” nie zamknie historii jak rozdziału fascynującej lektury. [Więcej] — Adrian
♫ „Sugar”
11.
Finding Foundations: Vol. II
Madison McFerrin
630113 Records DK
Madison McFerrin z pasją, wyczuciem i charakterem przetwarza dziedzictwo wokalne „Don’t Worry Be Happy” swojego ojca i bagaż młodzieńczych muzycznych inspiracji, łącząc wokalny kunszt a cappella z połamaną neo-soulową melodyką i emocjonalną otwartością. Druga część Finding Foundations to kameralny showcase czystego talentu — zarówno wokalnego, jak i songwriterskiego. Go Madison! — Kurtek
♫ „Insane”
10.
Black in Deep Red, 2014
Moses Sumney
Jagjaguwar
9 minut – tyle wystarczyło, by Moses przykuł naszą uwagę na wielokroć dłużej. Po świetnie przyjętym Aromanticism, Sumney zaproponował nam tego roku zaledwie epkę z trzema premierowymi utworami, z czego pierwszy w kolejności należy traktować jedynie jako intro. Ba, w trakcie kolejnego nawet skubaniec słowa z siebie nie wydusił! Skąd zatem zachwyt nad Black in Deep Red, 2014? Na przykład w wyniku poglądu, że „Call to Arms” jest kompozycyjnym majstersztykiem łamiącym potrzebę kategoryzowania utworu muzycznego. „Rank & File” natomiast z pewnością wpisze się w poczet najlepszych protest songów czarnoskórej Ameryki. Bywa, że leniwi redaktorzy skracają teksty, tłumacząc się sloganami typu: „Po co się rozpisywać? Niech zabrzmi muzyka!”. W tym jednak przypadku, podpisuję się pod tym hasłem każdą kończyną. Niech zabrzmi Black in Deep Red, 2014! — K.Zięba
9.
Sink
Sudan Archives
Stones Throw
Brittney Parks nagrywająca od dwóch lat pod aliasem Sudan Archives w dalszym ciągu ma przed sobą nagranie debiutanckiego longplaya, ale dwoma epkami wydanymi pod egidą Stones Throw, w tym zwłaszcza tegoroczną Sink, już zdążyła po swojemu przetworzyć na swój użytek brzmienie alternatywnego R&B — łamie swoje bity jak Kelela, ale jest daleka od elektronicznej klaustrofobii. Jej ulubionym instrumentem są skrzypce, a tkanka jej muzyki, mimo eksperymentalnych inklinacji w tradycji THEESatisfaction, oddycha jak ostatni album Solange — zwłaszcza w post-afrykańskim „Escape”, które tradycyjną melodykę i folkowe zaśpiewy rozszczepia minimalistyczną plimkającą elektroniką. Tym samym Sink to niewątpliwie jedna z najciekawszych autorskich wersji alt R&B tego roku. — Kurtek
♫ „Escape”
8.
Conexão
Amber Mark
Z Amber poznaliśmy się w zeszłym roku, doceniając muzyczne epitafium stworzone ku czczi matki artystki. Tegoroczne Conexão (z j. portugalskiego Połączenie) stanowi kolejny dowód na słuszność naszych dotychczasowych pochlebstw. Komplementy zyskują moc szczególnie wtedy, gdy odłożymy na bok zrzędliwe zarzuty o nadmierną inspirację Sade – inspirację wyraźną, jednak nieumniejszającą w żadnym stopniu wartości materiału. Trwająca nieco ponad kwadrans epka przywołuje również skojarzenia z fragmentami najciekawszych albumów katalogu Naked Music (Aya, Lisa Shaw, Gaelle). Amber krząta się w rejonie odwiecznych przystanków w większości związków: zauroczenia, rozterek dotyczących wzięcia odpowiedzialności za drugą osobę, niesymetrycznej miłości i pogodzenia się z jej utratą (fantastycznie wyprodukowane „All the Work”). Nie jest to jednak mdła historyjka w lepkiej otoczce, a nieprzeintelektualizowana emocjonalnie opowieść osadzona na pełnowartościowych i chwytliwych aranżacjach. — K.Zięba
7.
Streams of Thought, Vol. 1
Black Thought
Human Re Sources
Pamiętacie ten niesamowity radiowy freestyle Black Thoughta sprzed roku? Streams of Thought Vol. 1 można by potraktować jako rozszerzenie tamtej akcji. Ci, którzy od wielu lat czekali na to, by frontman The Roots wypuścił solowy materiał, z pewnością są wdzięczni za ostatnie dwanaście miesięcy. Bo projekt stworzony na beatach legendarnego 9th Wondera to prawie 20 minut rapu najwyższych lotów. Black Thought pokazuje, że jest u szczytu formy i raczy nas właśnie tytułowym strumieniem myśli ubranym mocarne punchline’y. Do tego dochodzą oldschoolowe, samplowane podkłady. Nie są to jednak rzeczy, które kojarzymy z płyt Rootsów – produkcje są o wiele bardziej surowe, ciężkie. Doskonały przykład tego, że bycie rapowym weteranem wcale nie oznacza starej i skostniałej stylówki. — Mateusz
6.
For Gyumri
Tigran Hamasyan
Nonesuch
Twórca jednej z najładniejszych zeszłorocznych płyt jazzowych An Ancient Observer, ormiański pianista Tigran Hamasyan i w tym roku nie pozostawił nas z niczym. Wydana w lutym epka zatytułowana For Gyumri jest symbolicznym hołdem dla Giumri, drugiego największego miasta we współczesnej Armenii, niegdyś znanego jako Aleksandropol i pełniącego rolę artystycznej stolicy regionu, ale poddanego w XX wieku wielu trudnym próbom z katastrofalnym trzęsieniem ziemi w 1988 roku na czele. For Gyumri musi więc traktować na swój sposób o mierzeniu się z traumą i stratą (wirtuozeryjnie poszarpana miniatura „Self-Portrait” to doskonała alegoria najnowszej historii miasta i jego mieszkańców), ale przede wszystkim przynosi wyczekiwane ukojenie — czy to w ostatnich taktach kończącego płytę „Revolving-Prayer”, czy w post-cool-jazzowym „The American” zwieńczonym zwodniczo beztroskim pogwizdywaniem, czy w zapuszczającym się na terytoria post-impresjonistycznego ambientu, rozświetlającym „Rays of Light”. — Kurtek
5.
Stereo
Omar Apollo
self released
Stereo Omara Apollo przypadnie do gustu miłośnikom twórczości Steve’a Lacy’ego, Prince’a, a nawet Franka Oceana. Omar jest muzycznym samoukiem, który gry na gitarze uczył się z YouTube’a. Teksty pisze zarówno po angielsku, jak i po hiszpańsku, tym samym podkreślając swoje meksykańskie korzenie. Balansuje gdzieś pomiędzy bedroom popem, R&B oraz Indie rockiem. Stereo jest słodkie i wciągające, a całość zachowana została w stylu retro. Muzyk raz porywa nas do tańca funkującymi riffami gitarowymi, innym razem jest zmysłowy czy melancholijny. „Intro” czy „Hijo de Su mMdre” sprawiają, że z niecierpliwością czekamy na kolejne numery od Omara. — Polazofia
♫ „Erase”
4.
Mothe
Kilo Kish
Human Re Sources
Kilo Kish to nie tylko kumpela Vince’a Staplesa, którą możemy usłyszeć na jego krążkach. Jej najnowsza epka Mothe to solidna pozycja w jej dorobku, podkreślająca muzyczną dojrzałość. Melancholijny głos à la Lana del Rey idealnie uzupełnia elektroniczny podkład. W zapowiadającym epkę „Elegance” Kilo Kish wcielała się w baletnicę nie bez powodu. Artystka umiejętnie lawiruje między przydymionym nastrojem a bardziej klubowymi klimatami. Po otwierającym przyjemnie onirycznym „San Pedro” rozbrzmiewa niebezpieczne, electro-popowe „Like Honey”. Nocne bangery kończy melancholijne, wciągające „Prayer”. Takie jest właśnie Mothe. Przyjemnie się ćmi… — Ibinks
♫ „Alive”
3.
Heaven’s Only Wishful
MorMor
Don’t Guess
Sprawdźcie MorMora, nawet jeżeli słowo chillwave przyprawia was o ziewanie. Na epce Heaven’s Only Wishful Seth Nyquist mistrzowsko wypełnia przestrzenie „pomiędzy”, ale też gdzieś pomiędzy wymyka się definicji podkładu pod bezcelowe snucie się po domu. Oczywiście, gitary są rozmarzone, a nastrój „nudny”. MorMor jednak uzupełnia tę substancję niecodzienną, soulową wrażliwością i drobiazgową produkcją (sakralne chórki w refrenie „Lost” na tle ściany świdrującego dźwięku to nie byle bzik), która zahacza nawet o disco. „He’s just a poor boy, waiting for answers”. No i proszę. — Maja Danilenko
2.
I
Lucky Daye
RCA
Frank Ocean to od jakiegoś czasu główny punkt odniesienia dla debiutujących artystów R&B. I choć to już nie nowość, co jakiś czas pojawia się kolejny śmiałek, który chce przełożyć dorobek autora Channel Orange na własną wrażliwość. Lucky Daye próbuje nas mamić szeroką i nadzwyczajną paletą środków. Raz jest wrażliwy i korzysta ze smyczkowych aranżacji, w innym miejscu podchwytuje niedawne przebłyski new jack swingu i rozwija je we własne kompozycje. Obowiązkowo pojawia się trap, ale jest drobnym dodatkiem, zrównoważonym patynową wrażliwością wokalisty. Ten slalom między wpływami wyszedł Lucky’emu tak zgrabnie, że z miejsca skradł nasze serca. Dzielimy się z wami tym dobrem, niebawem ma go być jeszcze więcej! — Maja Danilenko
1.
Crush
Ravyn Lenae
Atlantic
Tak wysmakowanej fuzji alt R&B, neo-soulu i synth funku, jak ta przedstawiona na najnowszej epce Ravyn Lenae, nie było nam dane słyszeć od True Solange! A tymczasem okazuje się, że w 2017 roku R&B na syntezatorowych bitach połączone z uduchowionymi wokalami i funkową energią może brzmieć równie świeżo co przed pięcioma laty. Zresztą nie ma się czemu dziwić, jeśli produkcją zajął się znakomity Steve Lacy — w tym momencie najbardziej uzdolniony z neo-soulowych producentów. Sama Lenae zaś ma tę niezwykłą cechę, że gdy nie snuje się po oldschoolowo inspirowanym post-quietstormowym R&B Lacy’ego, ucieka w kosmiczny ekscentryzm — jak w otwierającym wersie uzależniająco ekstrawaganckiego, a jednak pozostającego w kręgu szeroko pojętego pościelowego R&B „Sticky”. Inny hajlajt wydawnictwa, „The Night Song”, jest z kolei spadkobiercą vibe’u Baduizmu, co w pełnej krasie daje się poznać w dynamicznie, choć niedbale artykułowanym refrenie — rzecz jasna na klasycznych 70sowych synthach. Sama Badu nigdy jednak nie była tak eteryczna. I nic dziwnego — Lenae składa sobie tu fenomenalne chórki w stylu królowej soulu, ale wyższych rejestrach nie waha się uciekać w stronę Aaliyah, a momentami nawet Kate Bush. Tym wydawnictwem Lenae nie tylko po raz kolejny pokazuje, że ma charakter, styl i głos, ale pozycjonuje swój nadchodzący longplay jako jedną z najbardziej wyczekiwanych premier przyszłego roku. — Kurtek
Wszystkie nasze hajlajty znadziecie na plejliście poniżej.
25 najlepszych epek 2014

Musieliśmy się sporo napocić, by wyłonić tegorocznych zwycięzców. Na ilość premier minialbumów w 2014 roku nie mogliśmy przecież narzekać. To rok pełen odkryć i przekonania, że nasze głowy i uszy wciąż pragną czuć świeżą energię w muzyce. (więcej…)
40 najlepszych albumów 2014

Jak co roku przygotowaliśmy zestawienie, w naszym odczuciu, najlepszych albumów mijającego roku. I choć rzeczywiście w ostatecznym rozrachunku ukazało się mniej rewelacyjnych płyt niż rok temu, a także mniej było niesamowitych krążków, które do naszej czterdziestki się nie zmieściły, wybór wcale nie był dużo łatwiejszy niż w zeszłym roku (więcej…)

