podsumowanie roku
25 najlepszych albumów 2019

Okołosoulowych podsumowań końcoworocznych ciąg dalszy — po utworach, czas na płyty! Choć trudno porównywać dość zachowawczy jednak, jeśli chodzi o premiery, rok 2019 z mocarnym 2018, kiedy zdecydowaliśmy się wyróżnić aż 50 krążków, nie sposób odmówić mu wielu solidnych wydawnictw. Jeśli spojrzeć z kolei na mijających 12 miesięcy przez pryzmat lat poprzednich, trzeba zauważyć, że oto R&B, które w poprzedniej dekadzie funkcjonowało trochę jako dobudówka do hip hopu, nie tylko uzyskało względem rapu większą artystyczną autonomię i znalazło własne formy wyrazu, ale wkradło się w hiphopowe szyki, wpływając na brzmienie i melodykę gatunku w sposób dotychczas nieznany i wykraczający dalece poza zgraną formułę rapowanych zwrotek ze śpiewanymi refrenami. Jeśli prześledzicie ogół wydawnictw R&B przed dziesięcioma laty i dziś, bez trudu wychwycicie różnice tak ilościowe, jak i jakościowe. Żyjemy w złotej erze artystycznego R&B — cieszmy się tym i doceniajmy to! Oto 25 najlepszych albumów 2019 roku według Soulbowl.pl. — Kurtek
25.
YU
Rosie Lowe
Wolf Tone
Uwodzicielski, minimalistyczny soul, jaki zafundowała Rosie Lowe na płycie YU powstał przy akompaniamencie elektroniki i instrumentów, które artystka kocha i na których nauczyła się grać już w młodości. Pomimo że w naszym zestawieniu krążek znajduje się na ostatnim miejscu, jego zawartość potwierdza talent pisarski Brytyjki. Na płycie Rosie snuje osobistą opowieść o miłości, pożądaniu, zadowoleniu, osadzoną w przyjemnym klimacie synthu, wspomnianego soulu i R&B. Przejście Lowe do nowej wytwórni nadało YU bardziej alternatywny charakter w porównaniu z jej wcześniejszymi wydawnictwami. Tym samym pokazała inne oblicze, nabrawszy odwagi, by sięgnąć do osobistych doświadczeń. Chociaż płyta ma klasyczną formę, zdecydowanie jest nowoczesna. YU to wyrafinowany i opanowany krążek, który burzy porządek w ułożonym świecie R&B. — Forrel
24.
Painted
Lucky Daye
Keep Cool / RCA
Lucky Daye na debiutanckim Painted nie mógł nie inspirować się odmienioną już przez wszystkie przypadki falą alternatywnego R&B, ale udało mu się z powodzeniem zarówno odnaleźć w schemacie, jak i go poszerzyć go po swojemu. Album to w istocie zebrane w całość dwie epki wokalisty wydane oryginalnie na przełomie 2018 i 2019 roku, a domknięte czterema nowymi nagraniami. W zamyśle pierwotny podział musiał być jednak konceptem zastępczym — płyty słucha się doskonale jednym tchem, choć paleta muzycznych barw, którymi Daye maluje Painted jest zaskakująco szeroka. Mantrą krążka są jednak muzyczne wzorce z R&B lat 90., przymglone aranżacyjnie i doprawione cytatami z soulu lat 70. To krążek pełen naprawdę dobrych melodii wyprodukowanych w doskonale wyważony sposób, dzięki czemu i wprawiony słuchacz poczuje się zaintrygowany, i radio będzie w stanie przełknąć te numery bez zastrzeżeń. [więcej] — Kurtek
23.
There Existed the Addition to Blood
Clipping.
Sub Pop
Na tegorocznym albumie Clipping. lecą po krawędzi i to jeszcze bardziej ostro i boleśnie niż zwykle. Tym razem wzięli na warsztat horrorową stylistykę, inspirując się kinem grozy, od soundtracków Johna Carpentera po sample z niszowego Ganja & Hess. To wszystko składa się na skrzętnie poskładaną i spójną stylistycznie kompozycję, która niemalże ocieka krwią. Zachwycić można się tu wszystkim – brzmieniem, ciekawymi rozwiązaniami produkcyjnymi oraz sadystycznymi, zakrawającymi o horrorcore wersami gospodarza. Przeprawa przez There Existed an Addiction to Blood, choć bywa bolesna, to głównie jest raczej satysfakcjonująca. — Mateusz
22.
Not Waving, But Drowning
Loyle Carner
AMF
Drugi studyjny album Loyle’a to jeszcze bardziej klimatyczny i personalny materiał niż wydany dwa lata temu, debiutancki Yesterday’s Gone. Not Waving, But Drowning otwiera poruszający list do Jean, matki Carnera, a na albumie raper podejmuje tematy związane ze swoją dziewczyną, bliskimi i przyjaciółmi. Całość, jazzująca, lekka i swobodna, wydaje się wyjątkowo ciepła i kameralna, w szczególności za sprawą niejako luźnej kompozycji. — Klementyna
21.
The Lost Boy
YBN Cordae
Atlantic / YBN
Młodzik z kolektywu YBN zaserwował nam w tym roku fantastyczną odtrutkę dla skostniałej formuły staroszkolnego, lirycznego rapu. Kolorowy, charyzmatyczny, mocno osadzony w soulowych korzeniach, ale hołdujący trapowej przewózce i wysmakowanym bangerom artysta znajduje kompromis między tym, co klasyczne a świeżością brzmienia. Rozpływające się, miękkie brzmienia samplowanego hip-hopu podszywa trapową bezpardonowością, zaś dynamiczniejsze fragmenty stara się sprowadzić z powrotem na drogę miejskiej poezji. To jeden z najbardziej angażujących, obiecujących i, przede wszystkim, wspaniale stylowych albumów tego roku. Niby taki zagubiony chłopiec, a drogę wydaje się realizować aż zbyt konsekwentnie. [więcej] — Wojtek
20.
This Is How You Smile
Helado Negro
Universal Music
This Is How You Smile to właściwie album antyrankingowy. Oszczędny w środkach wyrazu, wyciszony, w najszerszym tego słowa znaczeniu — zwyczajnie nieprzebojowy. Z dużą pewnością to jednak najlepszy album w dyskografii Helado Negro i jedna z propozycji wartych choćby sprawdzenia. Wysublimowane kompozycje Roberto Carlosa Lange błądzą gdzieś pomiędzy kameralnym folkiem Devendry Banharta a syntetycznymi głębinami Nosaj Thing, nie zapominając jednocześnie o dziedzictwie João Gilberto. I choćby nawet chciało się złośliwie zakwalifikować This Is How You Smile w poczet nieistotnej muzyki tła, nie sposób odkleić się od tła, w którym przyjdzie nam się pławić. Siła tego albumu tkwi w wartościach pozornie nieatrakcyjnych, spokoju i skromności. Dużo teraz słyszy się apeli o ciszę. Gdyby zechcieć wskazać muzyczną odpowiedź na takowe apele, Helado Negro byłby numerem jeden. I słusznie — uśmiech to przecież cichy przejaw radości. — Maja Danilenko
19.
Charli
Charli XCX
Atlantic
Z Charli miałem taki problem, że dotychczasowa jej twórczość tliła się gdzieś w cieniu jej własnych dokonań songwriterskich. Wydawane od czasu do czasu single, mixtape’y czy gościnki nie pozwalały odkryć jej prawdziwej natury, a były jedynie eksperymentami. W 2019 roku Brytyjce udało się wydać spójny i ciekawy album. Byłem o tyle zaintrygowany materiałem, że mimo wątpliwości postanowiłem wyruszyć za Charli na trzy koncerty z rzędu. Efekt? Kompletna zmiana percepcji. Słuchając jej wykonań na żywo, a także przemyśleń o miłości i relacji z fanami, doszło do mnie jak szczera i przystępna w odbiorze jest marka Charli XCX. Płyta Charli składa się z futurepopowych hitów, które zostały napisane z niesamowitą lekkością pióra. To crème de la crème jej dotychczasowej twórczości. — Kuba Żądło
♫ „Gone”
18.
The Loop
Shafiq Husayn
Eglo
Shafiq Husayn wraca dziesięć lat po świetnym debiucie z drugim, równie dobrym, a może i nawet lepszym albumem. Na The Loop. artysta daje upust swojej niesamowitej wszechstronności jako producent, idąc w kierunku, który jest naturalną kontynuacją Shafiq En’ A Free Ka. Udało mu się w doskonały sposób przywrócić do życia brzmienie znane chociażby z dokonań The Soulquarians, ale płyta jest tak naprawdę zawieszona nie tylko między D’Angelo czy Commonem z czasów Like Water for Chocolate i Electric Circus, ale też twórczością Pharoaha Sandersa czy Sly’a Stone’a, a nad wszystkim unosi się duch J Dilli. Soul, jazz, funk i hip-hop tworzą na tej płycie jedność, pokazując zarazem, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Husayn zaprosił do współpracy znakomitych muzyków — Thundercata Kamasi Washingtona, Erykę Badu, Andersona .Paaka czy Bilala. To wielowymiarowy materiał, którego złożoność przejawiaja się także w ciągłym odkrywaniu nowych elementów i zabiegów w trakcie obcowania z poszczególnymi numerami. Doskonałe partie klawiszy i basu, ale też fletu, trąbki czy gitary — to wszystko składa się na kompletne uniwersum dźwiękowe, pochłaniające słuchacza bez reszty. [więcej] — Dill
17.
Legacy! Legacy!
Jamila Woods
Jagjaguwar
Antonim monotonii. Album, którego fundamentem jest obłędnie wyróżniająca się dojrzałość i świadomość artystyczna pod względem jakości tekstów, przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności, zróżnicowania estetycznego oraz konsekwentnej koncepcji. Jamila bowiem, staje się narratorem myśli swych idoli, dzięki czemu album może stać się dla słuchacza przeżyciem metafizycznym. Sporo miejsca poświęca postaciom zaangażowanym w walkę z dyskryminacją rasową (Sonia Sanchez, Nikki Giovanni, James Baldwin) oraz muzykom, których ceni, m.in. za wrażliwość (Betty Davis), indywidualizm (Sun Ra) czy nonkonformizm (Miles Davis). Swoją drogą, czy ktoś dotychczas trafniej odgadł i lepiej zaprezentował potencjalne maksymy życiowe Milesa („Turn my back, it make ’em mad, it’s not my business”, „I gave you the cool / I could do it in my sleep” „Never could define me, so fuck it”, „There’ll never be another I’m better than your best”)? Jeśli podczas przyszłych rozmów z Woods którykolwiek z dziennikarzy użyłby pytania dotyczącego osobistych inspiracji artystki, Jamila winna uśmiechnąć się z politowaniem i przerwać wywiad. Legacy! Legacy! nie pozostawia w tej kwestii żadnych niedomówień. — K.Zięba
16.
Zuu
Denzel Curry
PH
Zuu to hołd dla czasów wczesnego trapu, muzyki hyphy czy nawet złotej ery crunku. W duchu nagrywek Three 6 Mafii i wczesnego T.I. Curry próbuje przywołać do życia okres sprzedawania nielegalnych mixtape’ów na chodnikach Florydy, nie porzucając jednak przy tym współczesnej klarowności brzmienia. Miejsce surowej dekonstrukcji świata wewnętrznego i zewnętrznego, które pojawiały się na poprzednim krążku Denzela, zastępuje przewózkowe, nostalgiczne braggadocio, ambitny koncept ustępuje piosenkowym formułom, a chłodne, trapowe produkcje i neo-soul, choć dalej wybrzmiewające w echach intrumentali, wyparte zostały przez brzmienie brudnego południa. To nie tylko rozważny krok ze strony Denzela w kierunku jego rapowych korzeni z oddaniem im należytego szacunku, ale także pierwsza od dawna próba tchnięcia świeżego powietrza z zastałą formułę trapowego hitu. We gon shake that ass for You, Mr Curry! [więcej] — Wojtek
15.
U Know What I’m Sayin¿
Danny Brown
Warp
Jedna z najbardziej oryginalnych postaci współczesnego hip-hopu wraca po trzech latach od premiery doskonale przyjętego Atrocity Exhibition. O ile tama płyta była pełna mroku, strachu i niepokoju — Danny walczył wtedy ze swoimi demonami i dał upust tej walce na krążku, teraz raper wszedł na scenę odmieniony. Nie zapomniał jednak o przeszłości. Na nowym krążku stara się by dawne nawyki nie dały o sobie znać, ale we wszystkim czuć sporą dawkę dystansu i poczucia humoru, jak np. w „Dirty Laundry”, w którym w prześmiewczy sposób opisuje seksualne doświadczenia z kobietami. Odnajduje radość życia, co wyraźnie słychać w znakomitym singlu „Best Life”. Można by pewnie pomyśleć, że ten wariat z poprzednich płyt gdzieś zniknął? Nic bardziej mylnego. Mimo ewidentnych zmian, w pewnym sensie to jest dalej ten sam raper, którego słyszeliśmy na Old czy XXX. Muzyka na płycie łączy w sobie eksperymentowanie z klasycznym hip-hopowym myśleniem. Sprawcą całego zamieszania jest, Q-Tip, który został producentem wykonawczym materiału.Nie tylko dostarczył kilka świetnych bitów („Dirty Laundry”, „Best Life” i trochę zwariowane, niesamowicie energetyczne muzycznie „Combat”), ale pokierował gospodarzem tak, że osobowość Danny’ego Browna po transformacji w minionych trzech latach, znalazła artystyczne ujście na U Know What I’m Sayin. [więcej] — Dill
♫ „Shine”
14.
Slavic Spirits
EABS
Astigmatic
Czym jest melancholia? Jakie są jej źródła? Dlaczego zakorzeniona jest w nas, Polakach, naszych obyczajach i w kulturze? Pytania te towarzyszyły zespołowi Electro-Acoustic Beat Sessions przy tworzeniu ich pierwszego, autorskiego materiału — Slavic Spirits. Tym razem zaprezentowali 7 własnych kawałków, prawie połowa to kompozycje wspólne, które powstały często z improwizacji. EABS wraz z Tenderloniousem stworzyli album koncepcyjny, którego należy słuchać w całości, aby móc doświadczyć kolejnych etapów poznawania naszych korzeni. Przybliżają nam ciągle przetwarzane przez nas mity, które obecne są szczególnie w dobie sporów o polskość i podejście do historii. Slavic Spirits to dzieło kompletne, przenoszące nas do czasów pełnych grozy. [więcej] — Polazofia
13.
Guns
Quelle Chris
Mello Music Group
Guns to przede wszystkim album bardzo silnie skonceptualizowany i zajmujący wyraźne polityczne stanowiska. Pod ostrzał (no pun intended) wzięta zostaje kwestia tytułowych spluw — ich obecności w amerykańskim dyskursie, konotacji rasowych i narodowych czy symboliki. Mówiąc o przemocy artysta nakreśla jednak tak szerokie konteksty, że z dekonstrukcji samego zjawiska broni palnej płyta zmienia się w projektowanie obrazu całej społeczno-politycznej atmosfery współczesnej Ameryki. Chris na tę okazję porzuca swoją typową postawę wycofanego stand-upera z absurdalnymi żartami i melorecytowanym flow, zastępując niezręczne punchline’y gorzką, kąśliwą ironią i czarnym humorem. Raper wreszcie dokładnie wie, o co mu chodzi i w jakim kierunku zmierza. Podejmując zaangażowaną politycznie tematykę, nie popada w banał, a jego spojrzenie na rzeczywistość intryguje i prowokuje do przemyśleń. [więcej] — Wojtek
12.
Eve
Rapsody
Jamia / Rock Nation
Rapsody bez dwóch zdań od lat okupuje podium wśród świadomych raperek. Powodów u temu jest wiele, a Eve wydaje się tylko to potwierdzać. Tu, do świetnego warsztatu i doskonałego tekściarstwa, dochodzi jeszcze intrygujący koncept, który oddaje sprawiedliwość nie tylko czarnym artystkom i bojowniczkom o prawa człowieka, lecz czarnym kobietom w ogóle. Poziom skomplikowania i bezkompromisowe podejście Rapsody potrafią odrobinę zniechęcić do kolejnych odsłuchów, ale każdy, kto poszukuje w muzyce wyzwania, znajdzie tu prawdziwy diament. [więcej] — Adrian
11.
Cuz I Love You
Lizzo
Nice Life / Atlantic
Charyzma i temperament Melissy Vivianne Jefferson panoszyły się na scenie już od początku roku, kiedy to pojawił się kolejny hymn na cześć dobrego sampoczucia w jej wykonaniu. „Juice” epatował taką ilością swagu, że Królowa Funku Chaka Khan mogłaby ugryźć się w język z wrażenia. Na Cuz I Love You wokalistka nie bawi się z słuchaczem w kotka i myszkę, inaugurując swój debiut w dużej wytwórni nieznoszącym sprzeciwu przytupem członkini orkiestry marszowej. Pop-trapowe mariaże obudzą tych najmniej obudzonych, dostarczając przy okazji feministycznych i queerowych treści, nadal tak potrzebnych w mainstreamowej narracji. Lizzo sięgnęła na albumie nie tylko do post-disco, ale i do skarbca Prince’a, Missy Elliott, a nawet liryzmu w rhythm-and-bluesowej pelerynce. W całym tym zróżnicowanym anturażu Cuz I Love You dostarcza unikatowy i cenny produkt — autentyczny impuls do afirmowania tego, co się czuje. Drugiej takiej nie znajdziecie. [więcej] — Maja Danilenko
10.
Jimmy Lee
Raphael Saadiq
Columbia / Sony
Jimmy Lee to w zasadzie epitafium, album zadedykowany i napisany z perspektywy zmarłego brata muzyka, który przegrał życie z uzależnieniem narkotykowym. To najbardziej osobisty tekstowo krążek Saadiqa, który przez lata uciekał od mieszania swojego życia prywatnego z muzyką, aż w końcu znalazł się w punkcie, gdy potrzebował tego, by móc oddzielić przeszłość grubą kreską. Szczególna perspektywa Saadiqa znalazła odzwierciedlenie także w oprawie muzycznej, która eksploruje wachlarz tych samych brzmień, które nadawały pęd trwającej już przeszło trzy dekady karierze artysty. Jimmy Lee został skrojony jako specyficzne song cycle, progresywne, śmiało mieszające gatunki, dosłownie łamiące jeden drugim dzięki nagłym przejściom między utworami. Choć konstrukcja krążka może z początku wydawać się chaotyczna, w rzeczywistości kolejne utwory dopasowano do siebie rozmyślnie, a specyficzny przebieg albumu staje się przy kolejnych odsłuchach jego wyróżnikiem, a w końcu nawet atutem. Pomimo drobnych mankamentów Jimmy Lee to znakomita płyta — zarówno koncepcyjnie, kompozycyjnie, jak i producencko. [więcej] — Kurtek
9.
Audioportret
Miętha
Asfalt
Duet Miętha podbił serca wszystkich fanów hip-hopu w naszym kraju, a wydał przy tym jedną z najlepiej wyprodukowanych polskich płyt 2019 roku. Dojrzałe teksty zaledwie 21-letniego Skipa, którego barwa głosu brzmi niczym ozłocone połączenie Pezeta z PlanBe, są czynnikiem wyróżniającym twórczość duetu na tle pozostałych rodzimych artystów. Ciepłe, sączące się brzmienie nie zostało przedobrzone.
Wręcz przeciwnie — pozwala się tu słuchaczowi na chwilę relaksu, zapomnienia czy refleksji — i takiej rozrywki potrzebujemy w 2019 roku! — Kuba Żądło
♫ „Kapcie”
8.
Kiwanuka
Michael Kiwanuka
Polydor
Okrzyknięty jednym z największych soulowych odkryć ostatnich lat Michael Kiwanuka powraca z trzecim już studyjnym albumem w swojej karierze. Mniej progresywnie, za to znacznie swobodniej płynie po gitarowych riffach, kreując bezbrzeżny utwór pełen inspiracji uduchowionym brzmieniem Isaaca Hayesa czy Gilla Scotta-Herona. Całość utrzymana jest w nostalgicznym, a jednak elektryzującym klimacie, w który co rusz wkradają się tąpnięcia psychodelii i odważne aranżacje. Kolejny przepiękny album w dorobku brytyjskiego muzyka, na zimowe wieczory jak ulał. [więcej] — Adrian
7.
All My Heroes Are Cornballs
Jpegmafia
EQT Recordings
Jpegmafia, znany także jako Peggy, to potężne muzyczne indywiduum. W momencie, w którym świat zaczął się powoli godzić z faktem, że eksperymentalny rap nie będzie w stanie przekraczać granic gatunku w nieskończoność, a apogeum ekstremy wydawały się dokonania Death Grips, pojawia się nagle ekscentryk przesiąknięty internetową kulturą (choć bardziej deep webem niż Redditem), który postanowił znaleźć swoją brzmieniową niszę osadzając industrialne, eksplozywne brzmienie w kontekście melodyjnych kawałków brzmiących jak mocno przegnite R&B. Krążek to majstersztyk muzycznej erudycji. Widać, że raper orientuje się w szybko zmieniającej się kulturze i trendach produkcyjnych, ale filtruje je wszystkie przez własną estetykę. Chociaż element zaskoczenia, który był obecny przy pierwszych przesłuchaniach poprzednich albumów Jpegmafii tutaj nie jest aż tak duży, w ramach zachwycającej formy udało się po raz pierwszy przemycić tu aż tak dużo treści i piosenkowej materii. [więcej] — Wojtek
6.
Bandana
Freddie Gibbs & Madlib
ESGN / Keep Cool / Madlib Invazion / RCA
Wydana w połowie dekady Piñata w ekspresowym tempie dołączyła do grona klasyków współczesnego hip-hopu, przeciwstawiając panującym trendom nieco bardziej ortodoksyjne spojrzenie na hip-hop w niesamowicie filmowej i gangsterskiej oprawie. Bandana podąża tym tropem, jednak nie tu mowy o odtwórczości. Freddie Gibbs i Madlib po raz kolejny weszli na nowy poziom, jeszcze bardziej rozwijając panującą między nimi chemię, a efektem jest soczysty, pełen wspaniałych sampli i ocierający się o perfekcję dojrzały, rapowy album. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fana gatunku. [więcej] — Adrian
5.
Nothing Great About Britain
Slowthai
Method
W dobie wszechobecnego hiperkonsumpcjonizmu stanowiącego już niemal nieodłączny element rapowego etosu, gdy nawet grime’owe tuzy takie jak Skepta czy Stormzy coraz częściej romansują z amerykańskimi standardami gatunkowymi, taki na wskroś plebejski, pyskaty MC, z którego każdego gestu bije brytyjskość i wyspiarska wrażliwość, stanowi wyjątkowo mocny głos. Tym, co jednak decyduje o przerażającej skuteczności Slowthaia jest jego znajomość kontekstów społecznych i wybitna obywatelska świadomość. Przy całej wyrazistości politycznej postaci młodego artysty, nie można pominąć tego, co o sile Nothing Great About Britain stanowi najmocniej, czyli warstwy muzycznej. Inspiracji możemy szukać właściwie na całej przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wyspiarskiego grania. Grime, który w takim wypadku wydawałby się oczywistym szkieletem, tu jedynie majaczy w tle, ustępując miejsca wpływom takich artystów jak The Streets czy najntisowej elektronice. Uwielbienie do smyczkowych wykończeń odwołuje nas nieco do trip-hopowej narracji, zaś post-punkowa ekspresja skandowanej pogardy przywołuje w pamięci wczesne dokonania Sleaford Mods czy bardziej współczesne artyście płyty Idles. [więcej] — Wojtek
4.
Grey Area
Little Simz
Age 101
Little Simz na swoim trzecim albumie imponuje niekwestionowaną pewnością siebie; jest Picassem z długopisem, w swoich złych dniach — Jay’em-Z, a w najgorszych — Szekspirem. She’s a boss in a fucking dress. W szczery sposób konfrontuje się ona z uczuciami, jakie towarzyszą kryzysowi wieku młodego, i z którymi w pewnej chwili mierzy się dziś prawie każdy młody człowiek. Jej autentyzm przejawia się w ironii, nieskrępowanej pewności siebie, samoświadomości i dystansie. Grey Area to album koncepcyjny i wyważony. Powiedziałoby się wręcz, że skrojony na miarę klasyków. Słuchajcie, co mówi. To pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów brytyjskiej sceny. [więcej] — Klementyna
3.
Magdalene
FKA twigs
Young Turks
FKA twigs długo kazała nam czekać na swój drugi longplay. Magdalene musiała się jednak udać. Za jej produkcję odpowiada w końcu zespół złożony z Nicolasa Jaara, Skrilexxa, Cashmere Cata, Benny’ego Blanca i Jacka Antonoffa oraz Oneothrix Point Never, co przekłada się na brzmieniową mozaikę. Postać świętej stała się dla wokalistki inspiracją dla rozmyślań nad miłosnym życiem oprawionym w muzyczne ramy. Drugi album artystki to afirmacja kobiecej twórczości i siły przełożona na słowa i melodie. Świadoma dokonań starszych koleżanek – od Kate Bush po Aaliyah – FKA twigs podzieliła się własną historią. Muzyczne dzieło jest tu traktowane jako ludzki organ i lustro dla udręk ciała i duszy. Zdecydowanie warto było czekać na nową muzykę FKA twigs. [więcej] — ibinks
2.
When I Get Home
Solange
Columbia
Na When I Get Home Solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. Formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i R&B, może być post-minimalistyczny. Treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. Wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu Brudnego Południa lat 90. Nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne Solange. To artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego Houston lat 90. Nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje When I Get Home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. I choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album Solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi. [więcej] — Kurtek
1.
Igor
Tyler, the Creator
Columbia
Igor nie jest albumem hip-hopowym – Tyler, the Creator na swoim piątym długogrającym materiale w autorski sposób zatarł granicę między rapem a podszytym syntezatorami neo-soulem, czerpiąc przy tym garściami ze spuścizny lat 70. i 80. Dzisiaj nareszcie też bez żadnych wyjaśnień może być sobą. Uwikłany w sprzeczne uczucia względem drugiego mężczyzny, od których finalnie się uwolnił, skomponował bezprecedensowy breakup album. To, co jednak jest największą wartością Igora, to uczucia, o których mówi w bezpośredni i zwyczajnie ładny sposób. Emocje przenikają się tu tak płynnie, jak kompozycje, w których warstwy wyjątkowo zręcznie Tyler wkomponowuje szereg poszczególnych artystów. [więcej] — Klementyna
Wszystkie wyróżnione przez nas albumy wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:
25 najlepszych utworów 2019

Kolejny rok powoli ma się ku końcowi, a my zgodnie z wieloletnią tradycją redakcyjnie podsumowujemy najlepsze okołosoulowe wydawnictwa wypuszczone w przeciągu mijających 12 miesięcy. Tym razem zupełnie świadomie postanowiliśmy nie szaleć z liczbą prezentowanych pozycji, bo na poważnie przygotowujemy się do obszernego podsumowania lat 2010-2019, które trafi na łamy strony zaraz po nowym roku. W międzyczasie rzućcie jednak okiem, jakie piosenki mijającego roku uznaliśmy za najlepsze. Oto 25 najlepszych utworów 2019 roku według Soulbowl.pl.
25.
„Star$”
Miętha
Asfalt
Miętha to duet, w którego skład wchodzi producent Awgs i raper Skip. Poznali się, polubili i w pół roku od pierwszego spotkania nagrali Audioportret. Jednym z najmocniejszych punktów albumu jest bez wątpienia numer „Star$” — poprowadzony na jednocześnie hipnotyzująco bujającym i kojącym bicie, na którym Skip poddaje się autorefleksji, począwszy od związku, aż do chęci życia tu i teraz. Jeśli jesteście fanami twórczości Vita z Bitaminy i produkcji Knxwledge, to nie przechodźcie obojętnie koło Mięthy. W tym miejscu warto też odnotować, że głos i autor tekstów duetu ma zaledwie 21 lat, co robi wrażenie, gdy słucha się tak dojrzałych i trafnych tekstów jak ten. — Dżesi
24.
„Crime Pays”
Freddie Gibbs & Madlib
Keep Cool / RCA
Trzeba było okrągłych 5 lat, żeby kultowa Piñata doczekała się swojej kontynuacji. Freddie Gibbs i Madlib nie zmarnowali jednak ani minuty, a utwory takie jak „Crime Pays” są tego najlepszym dowodem. Soczysty, pełen duszy i filmowego klimatu podkład zbudowany na soulowym samplu z utworu „Free Spirit” Walta Barra oraz spokojna, a jednocześnie techniczna i dynamiczna przewózka Freddiego tworzą razem doskonały koktajl. To jeden z tych kawałków, w których naprawdę słychać finezję i doświadczenie weteranów sceny — bez zbędnego efekciarstwa, pogoni za trendami czy próby udawania czegokolwiek. Bardzo odświeżająca propozycja w dobie tik-tokowych raperów i przygniatającej przeciętności. — Adrian
23.
„Don’t Break
My Heart”
PJ Morton feat. Rapsody
Morton / Empire
Czy PJ tańczy sambę? Czy sambę PJ zna? Może się mylę, ale „Don’t Break My Heart” każe mi włożyć błyszczącą sukienkę i pędzić na naukę samby. Na szczęście PJ Morton nie myli się ani razu. W tym utworze zgadza się wszystko — może poza grzecznościowym intro Rapsody, które grzecznościowo usuwa się w cień tej cudnej kompozycji. „Don’t Break My Heart” to nowy singiel Steviego Wondera, który nie dość, że nie jest singlem, to nie został przez Wondera tknięty, choć struktura i aranżacja utworu mogłyby na to wskazywać. PJ Morton występuje tu pełen charyzmy i wrażliwości, pod rękę z progresją smaczną niczym wizyta w cukierni Wedla. Nadal nieprzekonani? Dla porównania pierwotna wersja tego staro-nowego klasyka soulu. Nie łamcie mu serduszka, pozwólcie się rozczulić — Maja Danilenko
22.
„Coming Home”
Pusha T feat. Ms. Lauryn Hill
GOOD / Def Jam / UMG
„Coming Home” to nie tylko kolejny dowód tego, że Pusha T w 2019 roku wciąż jest jednym z najlepszych raperów na scenie, ale przede wszystkim symboliczny powrót Lauryn Hill do matecznika. Piosenkarka która od dwóch dekad nie może przełamać artystycznego impasu, zupełnie jak w czasach swojej świetności beztrosko chwyciła za mikrofon, by nagrać witalny refren dla zaprzyjaźnionego rapera — tak jak w 1996 roku dla Nasa, w 1997 dla Commona, w 2019 zaśpiewała dla Pushy T na staromodnym bicie Kanyego Westa. To raczej ponadczasowy niż współczesny, podnoszący na duchu numer z idealnie hymnicznym refrenem, który, dzięki umiejętnemu wyważeniu całokształtu, o włos unika czołówki z banałem. Tak trzeba żyć! — Kurtek
21.
„A Boy Is a Gun”
Tyler, the Creator
Columbia / Sony
Autor jednej z najciekawszych tegorocznych płyt, przynajmniej wśród rapowych propozycji, potrafi przykuć uwagę, jak mało kto. Wizytówką przepełnionego emocjami Igora jest „A Boy Is a Gun” — sentymentalna kumulacja furii i pożądania, które miotają Tylerem na myśl o obecności swojego wybranka. Dominujący w konstrukcji utworu sampel zaczerpnięty został z „Bound” zespołu Ponderosa Twins Plus One, a czujny słuchacz wyłowi Solange w chórkach. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że jeszcze mocniej zaprzyjaźnicie się z „A Boy Is a Gun” po obejrzeniu klipu wyróżniającego się najwyższej jakości estetyką. — K.Zięba
20.
„Deal Wiv It „
Mura Masa feat. Slowthai
Anchor Point / Universal / Polydor
Z jednej strony mamy Slowthaia — pokręconego, zadziornego i nieuznającego żadnych świętości reprezentanta Northampton. Z drugiej Murę Masę — skromnego kolesia, który tworząc w zaciszu swojego pokoju, wdarł się mimochodem na szczyty list przebojów. Przeciwieństwa się przyciągają? Najwyraźniej tak, bo panowie wspólnie zaliczyli bardzo udany rok, o czym z pewnością przekonacie się (uwaga, spoiler!), przelatując przez kolejne pozycje na liście. Choć „Deal Wiv It” promuje nadchodzący krążek producenta, to bliżej mu raczej do debiutanckiego albumu Slowthaia. Mura Masa porzuca na moment popową stylistykę i sięga po punk rocka, esencję brytyjskiego brzmienia. Brudny bas, gitary, wszystko się zgadza, a jednocześnie udaje mu się zachować dynamikę prawdziwie klubowej produkcji. Mocnych momentów z udziałem obu panów w tym roku nie brakowało, a to zdecydowanie jeden z nich. — Mateusz
19.
„Where’s
the Catch?”
James Blake feat. André 3000
Polydor
James Blake, jeśli chodzi o kondycję psychiczną, nareszcie wyszedł na prostą. Na tegorocznym Assume Form opowiada przede wszystkim o uczuciach związanych z wchodzeniem w nową romantyczną relację. Wszystko wydaje się jednak zbyt wspaniałe i momentami pojawia się niepokój — Blake pyta więc o potencjalną, tytułową pułapkę. Do tego w równą, pulsującą melodię André 3000 wplótł wyjątkowo zgrabną, opartą na grze słów zwrotkę i po raz kolejny udowodnił swoją nieprzemijająco świetną formę. — Klementyna
18.
„Cellophane”
FKA twigs
Young Turks
Miłość na świeczniku — tak w skrócie można zdefiniować pierwszy singiel z Magdalene. „Cellophane”, zaskakuje surowością formy i szczerością przekazu. Jak celofan, muzyka odbija w tym miejscu uczucia i jest ujściem dla ran serca. Piosenkarka poszła drogą Kate Bush i Björk i podzieliła się ze słuchaczami rozmyślaniami nad swoim życiem miłosnym. Dźwięki imitujące nakręcane zabawki symbolizują poczucie bycia marionetką w rękach osądzających ludzi. Muzyczne studium nad rozpadem związku i swoista autoterapia to niewątpliwie niełatwa sprawa. Dekoracyjność i orientalizm, w jakich została osadzona dźwiękowa materia tej sentymentalej pieśni, jest na tyle mocna, że niezmiennie rozczula i zachwyca. Dekonstrukcja, odbudowa i rozpoczęcie od nowa życia po cierpieniach duszy to światło w tunelu, z którego FKA twigs czerpie siłę na całym tegorocznym albumie. — Ibinks
17.
„Hot Coffee”
Schafter
Restaurant Posse / Universal
Wojtek narobił koło siebie bardzo dużo szumu w ciągu ostatnich dwóch lat, lecz to, jak gładko wszedł w uszy słuchaczy w całym kraju singlem „Hot Coffee”, zasługuje na poklask. Według niektórych kawałek o niczym, zdaniem innych hit roku. Cóż, może nie hit roku, ale z pewnością jest to jedna z najlepszych pozycji na polskiej scenie muzycznej 2019. I ten bit, który zrobił sam Schafter, a ludzie w to nie mogli uwierzyć. Winszujemy! — Kuba Żądło
16.
„Big Wheels”
Kevin Abstract
Question Everything / RCA / Sony
Arizona Baby, trzeci solowy projekt lidera Brockhampton, to album trochę doceniony. Trwający półtorej minuty „Big Wheels” stanowi swego rodzaju intro, a Kevin Abstract porusza w nim kwestie takie jak problemy związane z nagłą popularnością, mówieniem wprost o swojej orientacji czy wyrzutami sumienia spowodowanymi ucieczką z rodzinnego miasta i rzuceniem studiów. Abstract jak nikt inny potrafi bawić się swoim flow i odpowiednio je przesterować. W przypadku „Big Wheels” ładnie gra ono nie tylko z nieco wykręconym, opartym na szybkiej perkusji, bitem, ale także z saksofonem, który łączy kompozycję z kolejnym, niemal równie świetnym „Joyride”. — Klementyna
15.
„The Tuxedo Way”
Tuxedo
Funk on Sight
Jeśli myślicie, że era funku i disco przeminęła raz na zawsze, to Mayer Hawthorne i Jake One wyprowadzą was szybko z błędu. Dźwięk dęciaków, syntezatorów i tupiąca nóżka to coś, za czym tęsknimy. A jeśli dodać do tego doskonałą melodię i teledysk reżyserowany prze Iana Eastwooda, nie można wróżyć temu niczego poza sukcesem. „The Tuxedo Way” to właśnie sposób chłopaków na pochmurne myśli — tańczmy więc! — Kuba Żądło
14.
„Doorman”
Slowthai feat. Mura Masa
Method
Brytyjskie blokowiska żyją (czy, idąc za głosem największego poety polskiej ulicy, trwają) i mają się dobrze. „Doorman” Slowthaia to hołd dla tradycji mocno zakorzenionego w realiach niższej klasy średniej punkowego cynizmu na wyspiarskich zasadach. Mura Masa uderza niesamowicie intensywnym instrumentalem, który brzmi jak Sleaford Mods na amfetaminie, czego nigdy nie spodziewalibyśmy się, znając jego popową wrażliwość, zaś Slowthai odchodzi od swojej postgrime’owej, charakterystycznej ekspresji, na rzecz przeskandowanych splunięć chodnikowego jadu. „Doorman” to, mimo swojego przebojowego potencjału, przede wszystkim manifest trwania w beznadziei i zawodu życiem. Osadzona w realiach Trainspottingowego romansu historia portretuje zmęczonego, nienawidzącego klasy wyższej chłopaka, który jedynie w nikotynie znajduje ukojenie od wiecznego gnojenia i niesprawiedliwości, zarówno społecznej jak i emocjonalnej. Całość wyrzygana jest jednak z sarkastycznym uśmiechem i wzrokiem z pogranicza zawadiactwa i psychozy. Tak brzmi głos naprawdę chorego społeczeństwa. — Wojtek
13.
„Borderline”
Tame Impala
Modular / Island
Po wydanym w 2015 roku „The Less I Know the Better” na kolejny singiel Tame Impala przyszło nam czekać cztery lata. „Patience” było dosyć zachowawcze i dla spragnionych nowości fanów, mogło być jednak małym zawodem. Zaledwie dwa tygodnie później ukazało się jednak „Borderline” i tym razem o rozczarowaniu nie mogło być mowy. „Borderline” z jednej strony oscyluje gdzieś na granicy popu i rocka, z drugiej — jest tajemnicze i psychodeliczne. Efekt ten to jak zawsze zasługa świetnej produkcji Kevina Parkera, który tym razem połączył klasyczne inspiracje psychodelicznym rockiem z brzmieniem synth popu. „Borderline” to opowieść o utracie kontroli nad emocjami i niebezpiecznej miłości i, mamy nadzieję, dopiero preludium przed nadchodzącym materiałem Tame Impala. — Polazofia
12.
„Jesus Forgive Me, I Am a Thot”
Jpegmafia
EQT
Autotune’owe kaznodziejstwo w służbie pruderii, czyli najbardziej esencjonalny banger ze stajni Peggy’ego. Niepokorny raper i producent zasłynął z ambiwalentnego stosunku do ciała hip-hopowej formuły, które regularnie rozrywał i dekonstruował z iście punkową wrażliwością. „Jesus Forgive Me, I am a Thot” to jednak krok jeszcze dalej. Charakterystyczne glitchowe zlepiają się w kolaż narracyjnej postmoderny. Quasireligijne zaśpiewy konfrontowane są z wybuchami amfetaminowej agresji, euforyczne pasaże najntisowego R&B zarażone są noise’owym wirusem i wykwitają niekontrolowanym szumem. Plan muzyczne przenikają się i zlewają się ze sobą, a jednak ten dźwiękowy Frankenstein, przy całym swoim stylistycznym rozchwianiu, kroczy z piosenkową gracją i stylowym powabem. Peggy to geniusz, który balansował na granicy szaleństwa, aby ostatecznie skoczyć w jego otchłań i zakończyć go death dropem. Damn, Peggy. — Wojtek
11.
„No Halo”
Brockhampton
Question Everything / RCA / Sony
Otwierający Ginger „No Halo” to nostalgiczna refleksja grupy poświęcona tematom depresji, rozstań czy uzależnienia od używek. Chłopakom wciąż towarzyszy głęboki smutek, a przy tym poczucie zagubienia i niepewność. Pojawia się tu jednak również jakaś nadzieja. Kawałek pięknie podkreśla indiepopowy charakter płyty. W refrenie udziela się zresztą debiutująca w tym roku Deb Never, a melodię uzupełnia delikatna akustyczna gitara. — Klementyna
10.
„País nublado”
Helado Negro
RVNG
No hej, właściwie to tegoroczny ranking piosenek nie miałby większego sensu, gdyby nie znalazło się w nim miejsce dla „País nublado”. Czy można się w ogóle oprzeć tej kojącej, elektro-ambientowej bossa novie? Przecież to czyste ucieleśnienie gratyfikacji po okresie odroczenia. Wyczekane i satysfakcjonujące, ale zrównoważone odczucia. Pierwsze promienie wiosennego słońca, krople deszczu na szybie obserwowane z wnętrza samochodu, muśnięcie letniej bryzy na policzku. „País nublado” odnajduje siłę w spokoju nylonowej gitary. Ta uśmierzająca, zachwycająca skromnością, ale nadal barwna paleta dźwięków hołduje wytrwałości i cykliczności, przeistaczając się mimochodem w jeden z nieodłącznych elementów natury, do której się odwołuje. Tak właśnie hipnotyzuje się słuchaczy. — Maja Danilenko
9.
„Something Keeps Calling”
Raphael Saadiq
Columbia / Sony
Raphael Saadiq kazał na siebie czekać osiem długich lat, ale już pierwszy zwiastun jego tegorocznej płyty, singlowe „Something Keeps Calling”, zademonstrowało słuchaczom, że było warto. Choć nie od razu, bo singiel, podobnie jak zresztą cały krążek, rozpisano jako grower. Nieprzypadkowo piosenkarz dał fanom prawie trzy miesiące, by ta słodko-gorzka melodia mogła w nich dostatecznie dojrzeć. Progresywne mid-tempo z jednej strony przywodzi echa wcześniejszych soulowych dokonań artysty, z drugiej osadzone jest ciężko i konsekwentnie dąży do dramatycznego gitarowego finału. „Something”, pisane z punktu widzenia narkomana, który z jednej strony próbuje wieść normalne życie, z drugiej nie potrafi uwolnić się z objęć uzależnienia, z każdym kolejnym wersem coraz bardziej uzmysławia słuchaczowi nieuchronność codziennych zmagań osoby uzależnionej i jej bliskich. — Kurtek
8.
„BMO”
Ari Lennox
Dreamville / Interscope
Niespodziewanie Ari Lennox zdruzgotała nas jednym ruchem. „BMO” to utwór z gatunku niepozornych (umieszczony na jeszcze bardziej niepozornym albumie), który uderza nagle i bezpośrednio. A uderza wyłącznie po to, by zainfekować nasze głowy nośnym bitem zakończonym na „gitchi gitchi yaya”. Rzutem na taśmę, na zaraźliwym najntisowym R&B (a właściwie to na samplu utworu kompozytora muzyki do Hair, który to utwór Ari wynalazła tu) Ari Lennox przenosi ducha „Lady Marmalade” do schyłku kolejnego dziesięciolecia (po wersji jaśnie panującego kwartetu: Aguilera, Mýa, Pink, Lil’ Kim). „BMO” to kolejna piosenka wydłużająca nasze osobiste listy dźwięków, których nieświadomie potrzebowaliśmy. Jeden z bardziej charakternych tegorocznych bitów, prawdopodobnie jeszcze na długo zostanie nam w pamięci. — Maja Danilenko
7.
„Karma”
Lucky Daye
Keep Cool / RCA
„Karma” to gamechanger na co najmniej kilku płaszczyznach. Nie tylko wprowadza nową jakość do dotychczasowego repertuaru zeszłorocznego debiutanta Lucky’ego Daye’a, ale przede wszystkim wyznacza nowy kierunek w 90sowej archeologii twórców nowej fali R&B. W numerze zbudowanym na gęstych nawiązaniach i przetworzeniach kultowego „Pony” Ginuwine’a — bez wątpienia jednego z najbardziej charyzmatycznych momentów popu lat 90. — Daye składa kreatywny hołd brzmieniu chętnie eksplorowanej ostatnimi czasy w R&B epoki. Jest pewny siebie, precyzyjny i zadziorny, bez problemów czyni to, co zostało z legendarnego bitu Timbalanda swoim własnym. To jeden z najciekawszych momentów tegorocznego R&B nie tylko ze względu na modelowo intertekstualny kontekst, ukochany przez badaczy popkultury, ale także — obezwładniający, pulsujący vibe, który Daye brawurowo odświeżył wraz ze stojącym za oprawą producencką większości numerów na krążku D’Mile’m. — Kurtek
6.
„Almeda”
Solange
Columbia / Sony
“Almedę” można lubić, podziwiać, cenić za warstwę muzyczną, uważać, że to zdecydowanie wyróżniający się numer z doskonałego When I Get Home. Mimo to „Almeda” jest jednak dziełem ekskluzywnym — nie każdemu dany jest pełny dostęp do jej zrozumienia, a słowa Solange skierowane są do określonej grupy odbiorców. W tych czasach wszyscy chętnie przytakujemy, że muzyka powinna łączyć, bez względu na wszelkie różnice. Są jednak pewne doświadczenia, które nigdy nie będą naszymi przeżyciami. Możemy rozumieć, o czym mówi Solange, ale ostatecznie „These are black-owned things”. „Almeda” to podróż w rodzinne strony wokalistki — południowe rejony Houston. Powraca do korzeni, miejsca przesiąkniętego czarną kulturą, co objawia się nie tylko na poziomie tekstowym, ale i w warstwie muzycznej. Produkcja utworu, za którą odpowiedzialny jest między innymi Pharrell, nawiązuje do chopped and screwed, techniki remiksu popularnej w Houston w latach 90-tych. Nie można nie wspomnieć o Cartim, którego gościnne wersy odważnie przybliżyły „Almedę” do miana trapowego hymnu celebrującego czarne dziedzictwo. — Polazofia
5.
„A palé”
Rosalía
Columbia / Sony
Rosalía nauczona doświadczeniem po zeszłorocznym debiucie odrobiła lekcje i albumem El mal querer wypłynęła na szerokie wody i zrobiło się o niej na tyle głośno, że niedługo po hitowej płycie artystka rozpoczęła prace nad nowym krążkiem. Kierunkiem muzycznym odbiegła od El mal querer, a już na pewno daleko za mgłą pozostawiła Los Ángeles. W nowych utworach Hiszpanka żegna się z nuevo flamenco na rzecz wszędobylskiego obecnie tanecznego reggaetonu. I właśnie na szczycie tych klubowych brzmień znajduje się „A palé”, które niesie ze sobą pewne przesłanie z przeszłości, a gatunkowo sięga do hip-hopu, glitch-popu i trapu. Elektroniczny ster, trzymany wspólnie w rękach Rosalíi, El Guincho oraz Franka Dukesa prowadzi słuchacza do ciekawszej, mrocznej odsłony wokalistki, tak odmiennej od jej ostatnich radiowych dokonań. Kompozycja esponuje ciężko rozbrzmiewającą wśród piskliwych syntezatorów perkusję. — Forrel
4.
„Fallen Alien”
FKA twigs
Young Turks
„Fallen Alien” to most pomiędzy epką M3LL155X a nowo-starym brzmieniem FKA twigs. Przestery i glitche wpływające na wielowarstwowość kompozycji — za produkcję odpowiada sam Nicolas Jaar — odzwierciedlają dojmujące uczucie osamotnienia bohaterki nagrania. To kosmiczna odyseja, pełna dźwiękowych odbić i lustrzeń, gdzie instrumentacje oddają nastrój samotności i zdrady. Średniowieczny marsz, w którym wstawki dziecięcych chórków („I feel…”) brzmią złowrogo, niesie jednak zapowiedź światła. Artystka szuka drogi do domu, a jej powrotowi towarzyszą miłosne rozrachunki. Tym utworem udowadnia, że jej muzyka jest nie tylko jest wielowymiarowa, ale wręcz pochodzi z innej planety. Planety FKA twigs. — Ibinks
3.
„Ricky”
Denzel Curry
PH / Loma Vista / Concord
Denzel Curry w zaledwie kilka miesięcy przeszedł od mrocznego Ta1300 do wręcz buchającego klimatem Florydy Zuu. Był w stanie przy tym zachować swój undergroundowy sznyt, w efekcie dając nam jeden z najlepszych singli ostatniego roku. „Ricky” to soczysty banger, luźno inspirowany brzmieniem miami bassu. Ale Denzel odwołuje się tu do swoich korzeni nie tylko pod względem muzycznym. Kawałek jest także ukłonem w stronę tych, którzy czuwali nad karierą rapera od jej początków. My daddy said, „Trust no man but your brothers, And never leave your day ones in the gutter”. Wszystko to podane zostało z charakterystycznym dla gospodarza, bardzo agresywnym i energetycznym flow. Mainstreamowe zacięcie i prawdziwie uliczne zasady. W punkt. — Mateusz
2.
„Juice”
Lizzo
Nice Life / Atlantic
Lubimy dobre piosenki. Brzmi to tak sztampowo, że aż banalnie, ale przebojowe refreny i parkietowy groove przez długi czas owiane były zasłoną wstydu, a dosłowność piosenkowej formuły swoją strefę komfortu wyznaczoną miała gdzieś pod szufladkującą łatką guilty pleasure. I być może właśnie dlatego Lizzo tak nas łapie za serce. W jej monumentalnym hicie „Juice” od pierwszych dźwięków bezwstydnie wyzbywa się patosu i sterylnie spreparowanej powagi na rzecz infekcyjnego hurraoptymizmu i cielesnej bezpretensjonalności. Gdzieś między emancypacyjnym popem lat 90 i rozkosznym samouwielbieniem złotej ery disco znajduje przestrzeń, którą wypełnia swoją charyzmą, nieodpartym urokiem osobistym i szczerą, pozytywną energią. „Juice” stało się w tym roku przyczynkiem bardzo wielu niezręcznych sesji tanecznych, które lepiej, żeby nigdy nie ujrzały światła dziennego, ale z Lizzo nie trzeba się tego wstydzić. Dla niej wszyscy jesteśmy piękni i wszystkich równie mocno obdarowuje miłością, największą dawkę zostawiając jednak na siebie samą. I nie mamy prawa mieć jej tego za złe. Slay, Królowo! — Wojtek
1.
„Earfquake”
Tyler, the Creator
Columbia / Sony
Halko, czy to wciąż Tyler, the Creator? Od czasu wydania arcydzieła, jakim jest bez wątpienia Flower Boy, najlepszy gracz w rap grze porzucił hip-hop na rzecz udanego romansu z neo-soulem i R&B. Zamienił się przy tym miejscami z Frankiem Oceanem — który chwilowo zajął się rapowaniem — i na następnym longplayu Igor odsłonił duszę skrytą w pastelowym soulu. I pomyśleć, że „Earfquake”, jakie znamy, mogłoby nigdy nie zaistnieć. Nagranie powstało z myślą o oddaniu go Justinowi Bieberowi — a gdy ten go odrzucił — Rihannie. Całe szczęście ostatecznie pozostał u autora. Muzyczny ekshibicjonizm w formie zdystanowanego płciowo wokalu dostał tu muzyczną oprawę w postaci gustownego pianina i, co by nie mówić, stonowanego plumkania. Uroczy bełkot Playboya Cartiego, chórki Jessy Wilson i udział w chorusie weterana soulu Wujka Charliego — to dodatki do słownych gierek Igora. Alter ego Tylera, the Creatora w platynowej peruce, istna karykatura Andy’ego Warhola, jest rozumiane jako odskocznia od sercowych smuteczków protagonisty albumu. Tyler, the Creator leczy złamane serduszko, a zarazem udowadnia, że raperzy też mogą być wrażliwi i łagodni. To douszne trzęsienie ziemi naprawdę nami wstrząsnęło. „Earfquake” to muzyczna laurka dla wiernych fanów Tylera „Igora” the Creatora. Brokacik. — Ibinks
Wszystkie wyróżnione przez nas utwory wraz z nieopisanym powyżej suplementem znajdziecie na plejliście poniżej:
50 najlepszych albumów 2018

Nie będziemy zastanawiać się nad tym, czy w czasach wszechobecnego streamingu da się jeszcze uratować tradycyjną sprzedaż albumów muzycznych. Nie będziemy przejmować się tym, czy i dlaczego płyty są za długie lub za krótkie. Rozważania nad tym, czy w czasach wszechobecnego rozkojarzenia i niewyobrażalnego natłoku informacji epka wyprze ostatecznie longplay jako naczelny format wydawniczy, zostawimy specjalistom. Skupimy się, jak co roku, na muzyce. Poniżej znajdziecie listę z naszą selekcją najciekawszych albumów 2018.
50.
Soil
Serpentwithfeet
Secretly Canadian
Karierę Serpentwithfeet śledzimy uważniej od czasu nieco rozwodnionej, ale intrygującej epki Blisters z 2016 roku. Serpentwithfeet uderza w tę samą soulową niszą, którą w minionych latach zagospodarowali już Moses Sumney czy Benjamin Clementine, ale wpisywanie jego autorskiej wizji muzyki w tamte paradygmaty nie odda mu sprawiedliwości. Artysta wprawnie łączy inspiracje gospel i połamanym UK bassem z pieczołowitymi kameralnymi aranżami i queerowym popem. Słychać tu echa twórców tak odległych jak Terence Trent D’Arby, Nina Simone czy Björk, ale to nie one stanowią kanwę Soil. Ta oparta jest na niezwykłej wrażliwości i niespotykanej szczerości obnażonego przed słuchaczem artysty szukającego swojej tożsamości we własnych życiowych doświadczeniach zaklętych w kolejne piosenki na krążku. Co istotne, pomimo różnorodności inspiracji i rozwiązań formalnych oraz wymagającej skupienia tematyki, dzięki wpisanej w kolejne utwory pierwotnej rytmice oraz wokalnej i emocjonalnej otwartości Serpenta, to krążek, który chłonie się z przyjemnością od pierwszej do ostatniej minuty. — Kurtek
49.
No Rain, No Flowers
Sabrina Claudio
S.C.
Po pewnych perturbacjach Sabrina potrafiła przekuć negatywne doświadczenia na świetny album. No Rain, No Flowers stanowi swego rodzaju komunikat dla otoczenia, który głosi, że bez negatywnych doświadczeń nie jesteśmy w stanie się rozwijać. Jeśli zaś chodzi o warstwę muzyczną, Claudio ponownie zaprosiła do współpracy Sad Money, z którym łączy ją niezwykła chemia twórcza. Efektem tego jest krążek wypełniony bedroomowym klimatem, ale niepozbawiony dozy melancholii i neo-soulu nawiązań, w której to mieszance kropkę nad i stawia zmysłowy falset Sabriny. [Więcej] — Pat
♫ „Numb”
48.
Good Thing
Leon Bridges
Columbia
Na drugiej płycie Good Thing Leon Bridges nie dał się zapędzić w kozi róg. Trzy lata po szeroko dyskutowanym Coming Home wskrzeszającym ducha klasycznych nagrań Sama Cooke’a i Otisa Reddinga Bridges wie doskonale, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dobór najnowszego repertuaru nie jest już kwestią młodzieńczej fascynacji, ale artystycznych poszukiwań i wrażliwości, której piosenkarzowi nie można było odmówić od samego początku kariery. Bridges trzyma zdrowy dystans od klasycznego Motown, jednocześnie nie negując swoich retrosoulowych początków. Od inspiracji tradycyjnym rhythm & bluesem, przez smooth soul z filadelfijskim rodowodem („Bet Ain’t Worth the Hand”), połamany, ale ochrzczony funkiem nu jazz („Lions”) płynnie przechodzi do tanecznego „Bad Bad News” łączącego twórczo pełnokrwisty jazzowy sznyt i okołohouse’owy bit. To bez wątpienia rezultat naturalnej ewolucji brzmienia — nie klątwa drugiej płyty, ale przystanek pośredni między artystą imitującym a artystą dojrzałym. [Więcej] — Kurtek
47.
Albo Inaczej 2
Alkopoligamia
Po raz drugi Alkopoligamia zastosowała swój nowatorski pomysł łączenia różnych muzycznych biegunów, biorąc na warsztat polskie rap-klasyki. Tym razem jednak wręczyli je do wykonania młodym popularnym wokalistom. Za muzykę po raz kolejny odpowiedzialny był maestro Mariusz Obijalski, a wokaliści (m.in. Natalia Nykiel, Daria Zawiałow, Justyna Święs, Mrozu czy Krzysztof Zalewski) wzięli na tapet teksty Sokoła, Pezeta, Fisza czy Paktofoniki. Eksperyment spłacił się z nawiązką. Z „Nie mamy skrzydeł” Piotr Zioła wydobył popową melodyjność, „Mogę wszystko” w jazzująco-funkującej interpretacji Natalii Nykiel przeistoczyło się w pierwszorzędny feel-good-anthem, a „Czerwona sukienka” zyskała drugie dno przez nostalgiczną interpretację Justyny Święs. Na szczególne brawa zasługuje Ralph Kaminski i jego prosta, lecz naszpikowana ogromem emocji wersja „Chodź ze mną”. Twórcy Albo Inaczej 2 ponownie udowodnili, że wystarczy świetny pomysł i grono utalentowanych ludzi, byśmy mogli na nowo zakochać się w znanych przecież od lat utworach. — Pat
46.
Black Panther the Album Music From and Inspired By
Aftermath
Uniwersum Marvela i Uniwersum Kendricka Lamara. Dwie potęgi, które przez ostatnią dekadę zawładnęły przemysłami (odpowiednio) filmowym i fonograficznym. Kendrick Lamar to perfekcjonista jakich mało, którego głównym polem dla artystycznych popisówi wciąż pozostają solowe wydawnictwa. Tutaj skupia się jednak na roli gospodarza projektu i wychodzi mu to nieźle, choćby poprzez spajanie albumu prostymi, wszechobecnymi hookami. Oprócz K-Dota sporą cegiełkę do powstania albumu dołożył jego wierny producent Sounwave. Z małą pomocą kilku dobrze brzmiących nazwisk, beatmaker wykreował brzmienie, którym z pewnością tętniłoby znane z filmu fikcyjne państwo Wakanda. Słychać styl znany zarówno ze starych jak i nowych płyt Kendricka, wzbogacony o ornamenty nawiązujące do world music — rzecz jasna z akcentem na Czarny Ląd. Dwa lata temu Kendrick Lamar pokazał, że nawet kompilacja odrzutów z ostatniego albumu może być czymś ponadprzeciętnym. Nie inaczej jest z Black Panther: The Album. [Więcej] — Chojny
45.
Overload
Georgia Anne Muldrow
Brainfeeder
Jeśli kiedykolwiek miało się do czynienia z wizją soulu Georgii Anne Muldrow, jej nowa albumowa odsłona, prawowity powrót na scenę po trzyletniej przerwie, nie powinna stanowić niespodzianki — artystka nadal nagrywa uduchowiony neo-soul, który z eksperymentalnym zacięciem łączy harmonię z chaosem i hip-hop z jazzem. Overload to jej najbardziej przestrzenna płyta w karierze. Plemienna rytmika i uduchowione wokale Muldrow wreszcie zyskały godną jej afrofuturytycznych inspiracji oprawę — choćby w mechanicznym, metalicznie brzmiącym bangerze „Play It Up”, który mocny hiphopowy bit zestawia z natchnioną neo-soulową wokalizą. W singlowym „Overload” z kolei zręcznie stapia w jedno sprawdzony neo-soul z trapową rytmiką, sprawiając, że po raz kolejny oczywiste staje się intrygujące. Choć produkcją większości utworów na krążku zajęła się sama Muldrow, słychać rękę szkoły Flying Lotusa w procesie nadania pełnej stylistycznych rozbieżności grupie utworów charakteru doświadczenia zamkniętego i koherentnego albumu długogrającego. [Więcej] — Kurtek
44.
An Angel Fell
Idris Ackamoor ☥ The Pyramids
!K7 Music
Fantastyczna trupa jazzowych podróżników pod wodzą charyzmatycznego saksofonisty Idrisa Ackamoora wróciła w tym roku z nową płytą, następcą przełomowego dla muzyków We Be All Africans sprzed dwóch lat. To udana kontynuacja stylistyki zaczerpniętej przez Ackamoora i spółkę z amerykańskiego spiritual jazzu i afrykańskiego folku. Sam muzyk mówi zresztą, że u podstaw nowej płyty stoją właśnie folklor, fantazja i dramaturgia, które mają służyć nie samym sobie, nie jedynie celom artystycznym, ale także, a może przede wszystkim dotarciu do świata z trudną wiadomością — o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i ekologicznej obojętności, za którą prędzej czy później zapłacimy wszyscy. Krążek wyprodukowany przez Malcolma Catto z The Heliocentrics wyciąga muzykę Ackamoora i spółki z plemiennego afrobeatu w rejony bliższe szeroko pojętej folkowej duchowości — tak jest w inspirowanym Sun Rą dubowym „The Land of Ra”, w orientalnym „Papyrus” czy w na wpół psychodelicznej, a na wpół awangardowej wariacji na klasycznej exotice w „Message to My People”. An Angel Fell to zrównoważony, bujający krążek ujmujący doskonałą synergią i magnetyzujący nienachalnym groove’m. — Kurtek
♫ „Sunset”
43.
The Window
Cécile McLorin Salvant
Mack Avenue
Ostatnio trochę narzekaliśmy, że najnowszy album od Cécile McLorin Salvant po raz kolejny składa się ze zbioru cudzych kompozycji. Tymczasem „The Window” to świetne wydawnictwo, z którym warto zapoznać się bliżej. Nie bez przyczyny Cécile jest nazywana nadzieją wokalnego jazzu. Piąty krążek Amerykanki stanowi intymną, ale też pełną dojrzałości i charyzmy rozmowę wokalistki z pianistą. Niesamowicie brzmi minorowy ton, który artystka potrafi wydobyć z nawet najbardziej radosnego standardu. Sprawdźcie sobie, co wyczynia się tu z musicalowymi tematami jak „Where Thine That Special Face” czy ograne „Somewhere” z West Side Story. Pod względem nastroju to zdecydowanie jesienna płyta, ale artystka zapewnia, że starała się uchwycić pełnię dynamizmu towarzyszącego miłosnym cyrkulacjom. Ten plan wykonała w tysiącu procentach. W dobie wzmożonej kompresji takie kameralne, ale treściwe albumy to czysta przyjemność. — Maja Danilenko
42.
Die Lit
Playboi Carti
AWGE
Z całym szacunkiem do Young Thuga, Future’a czy nawet Kendricka, ale to Playboi Carti jest prawdopodobnie najbardziej rzucającym się w oczy uosobieniem hiphopowego zeitgeistu. Nikt tak jak on nie przewartościował czynników składających się na konstrukcję rapowych utworów, nikt wcześniej aż tak nie burzył granicy między zwrotką a refrenem, między wersem a ad-libem. I choć Die Lit to w zasadzie powtórka z rozrywki z zeszłorocznego debiutanckiego mikstejpu Cartiego, w przypadku tak innowatorskiego gracza jak Carti roczna stagnacja to wciąż podtrzymanie czołowej pozycji w peletonie trapowej awangardy. To fascynujące gospodarowanie prostego jak konstrukcja cepa podkładu w duecie z Travi$em Scottem. To dekonstrukcja piosenki o miłości w konwencji rap/R&B w utworze z Brysonem Tillerem. To abstrakcyjnie melodyjne „Mileage” z anty-szowinistycznym refrenem. Całość albumu tworzy spójną i logiczną sesję z zahaczającym o psychodelię post-rapem [Więcej] — Chojny
41.
K.T.S.E.
Teyana Taylor
Getting Out Our Dreams
Drugi album Teyany Taylor opublikowany w okolicznościach obezwładniającego zamieszania na zakończenie tegorocznego miesiąca GOOD Fridays po szeroko dyskutowanych wydawnictwach ze stajni Kanyego Westa przemknął jakby niezauważony. Czy może inaczej — Taylor dotarła nim przede wszystkim do słuchaczy rapu, którzy nie do końca wiedzieli, co z tą dość konwencjonalną, ale przepięknie skrojoną przez Westa i spółkę ścisłą hybrydą R&B i neo-soulu zrobić. W chaosie i pośpiechu uciekającego hajpu nie do końca wiedzieli to też chyba sami twórcy. Z jednej strony stworzyli dla Taylor pierwszy naprawdę solidny anturaż produkcyjno-kompozycyjny, gdzie jej sensualne wokale przepięknie łączą się z wyważonymi bitami opartymi w dużej mierze na typowych dla Westa klasycznych samplach. Z drugiej zaś — zmarnowano jednocześnie prawdziwy potencjał tej kolaboracji — K.T.S.E. jest raczej pozbawionym konsekwencji szkicem niż skończoną płytą. I choć to Taylor, nie produkcja Westa, pozostaje tu na pierwszym planie, trudno nie odnieść wrażenia, że potraktowano tu piosenkarkę instrumentalnie, niepotrzebnie seksualizując jej imidż i teksty. Pomimo tego „Gonna Love Me”, „Issues/Hold On” i „Rose in Harlem” to pierwszorzędne R&B dla koneserów, czołówka tegorocznych list gatunkowych i najlepsze, co dotychczas Taylor nagrała w ogóle. — Kurtek
40.
Origami Harvest
Ambrose Akinmusire
Blue Note
Ambrose Akinmusire odważnie przeciwstawia się dominującej we współczesnej krytyce muzycznej idei dopisywania politycznego kontekstu do abstrakcyjnej w formie muzyki. Jest w tym, owszem, coś niefrasobliwie dosłownego, bo na Origami Harvest Akinmusire w roli narratora obsadził rapowego outsidera Kool A.D., który we właściwy sobie sposób, gdzieś między prostym snuciem opowieści a koncepcyjnie porwanym, poetycznym free rapem, dzieli się prowadzi słuchacza przez kolejne jazzowe meandry nowej płyty utalentowanego trębacza. Jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami. Sam Akinmusire także zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z Mivos Quartet. To, w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej Ameryki. — Kurtek
♫ „A Blooming Bloodfruit in a Hoodie”
39.
Piano & a Microphone 1983
Prince
NPG
Jeśli planowaliście zignorować Piano and a Microphone 1983, bo uważacie je za przejaw pośmiertnej monetyzacji dorobku artysty, albo, co gorsza za zestaw drugorzędnych dem i odrzutów sprzed 35 lat, które niczego do katalogu Prince’a nie dodadzą, lojalnie ostrzegamy — możecie być w poważnym błędzie. Ten archiwalny zbiór zaledwie 9 prinsowskich interpretacji zarówno własnych utworów, jak i standardów (w tym też coveru Joni Mitchell) to najbardziej autentyczna odsłona Księcia od wielu lat, a być może nawet w ogóle. Zwłaszcza w ostatnich 20 latach piosenki Prince’a bardzo często cierpiały przeprodukowanie, często też krążyły dookoła tematu, unikając meritum. Na Piano and a Microphone 1983 Książę jest zupełnie nagi — jest tylko on, jego głos i fortepian. Możliwie najbardziej intymna sesja nagraniowa z jednym z największych talentów muzyki popularnej. — Kurtek
38.
Beerbongs & Bentleys
Post Malone
Republic
Na drugim albumie Post Malone potwierdza tezę, że potrafi tworzyć trendy, za którymi cały świat będzie podążać z ekscytacją. Choć na krążku znalazło się o kilka pozycji za dużo, to jednak jego większość stanowią stworzone z premedytacją hity. Post, którego sukces swoje początki miał na Soundcloudzie, doskonale zdaje sobie sprawę z chwytów, jakie należy stosować, aby zarażać swoją muzyką masy. Tak oto na Beerbongs & Bentleys nie brakuje chwytliwych melodii i refrenów, które nie chcą wyjść z głowy, a produkcja ma swoje świetne momenty i perfekcyjne muśnięcia, jak np. zagrane na melotronie intro do „Rich & Sad”. Malone sam o sobie mówi, że nie jest raperem, ale nie da się ukryć inspiracji czy mechanizmów hip-hopowych i korzystania z będącego wciąż na fali trapu. Dodając domieszkę popu, Amerykanin stworzył sobie przepis idealny, aby stać się jednym z najpopularniejszych nowych raperów. — Kuba Żądło
37.
No One Ever Really Dies
N.E.R.D
N.E.R.D
Ze względu na późną datę premiery ostatniego krążka N.E.R.D zabrakło w zeszłorocznym podsumowaniu, aby jednak oddać mu należną sprawiedliwość, uwzględniliśmy go w tym roku. No One Ever Really Dies to bez wątpienia najbardziej zaangażowana i najambitniejsza płyta w dorobku Pharrella, Shaya i Chada. W charakterystycznym dla nich miszmaszu dźwięków, istnej fuzji rapu, funku, soulu i elektroniki udało im się przemycić ważne i często społecznie niewygodne treści. Problemy imigracji, morderstw na ulicach, brutalności policji, kwestii rasowych — cały ten wachlarz tematyczny jest podany na przebojowo zaaranżowanych syntezatorach, basach i gitarach. Znakomicie dobrani współpracownicy, w tym rapująca Rihanna, Kendrick Lamar, Future czy M.I.A., stanowią dodatkowy atut wydawnictwa i idealnie wpasowują się w jego ramy stylistyczne. [Więcej] — Pat
♫ „1000”
36.
Ella Mai
Ella Mai
10 Summers
Debiut Mai jest silnie inspirowany i zapewne dedykowany R&B lat 90., gdy na scenie królowały Janet Jackson i TLC. Artystka wzięła duży zamach i nie przeliczyła się. Trafiła całkiem przyzwoicie w piłkę i zdobyła co najmniej 2. bazę. To historia jak z filmu, która pokazuje, że jeśli ma się talent, warto cierpliwie czekać na swoją szansę. Niektóre z aranżacji na Ella Mai brzmią na nieco zautomatyzowane, ale piosenkarka radzi sobie z tym doskonale, tchnąc w nie dodatkową porcję życia przez swój znakomity warsztat wokalny. W przypadku Brytyjki szansa ta przyszła znienacka, w postaci jednego z najgorętszych nazwisk na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Współpraca z Mustardem przyniosła jej bardzo dobry debiut, a także zapewniła jej pierwszy od 26 lat numer jeden na amerykańskiej liście piosenek R&B osiągnięty przez artystę z Wysp Brytyjskich. I wszystko to uzasadnione. [Więcej] — Kuba Żądło
♫ „Trip”
35.
Geography
Tom Misch
Beyond the Groove
Geography Toma Mischa to z pewnością jedno z najprzyjemniejszych wydawnictw tego roku. Określanie muzyki jako „przyjemna” bywa niebezpieczne i nasuwa skojarzenia braku wyrazistości. W przypadku tego krążka, właśnie ten „brak pazura” w brzmieniu jest jego największym atutem. Jazzujący electro-swing Mischa sprawia, że Geography słucha się z uśmiechem na twarzy, a na myśl przychodzą nam wspomnienia najcieplejszych dni minionego lata. Pogodne brzmienie dopełnia kojący głos Mischa, który nie rezygnuje ze współpracy z innymi artystami, ale tym razem wyraźniej stawia na siebie. Londyńczyk tym samym udowodnił, że nie jest jedynie beatmakerem, a multiinstrumentalistą z krwi i kości. Krążek urozmaicają świetni goście, w przeważającej ilości raperzy, a wśród nich GoldLink czy De La Soul. — Polazofia
34.
FM!
Vince Staples
Def Jam
Po chłodno przyjętym Big Fish Theory Vince postanowił spuścić z tonu i dać sobie przestrzeń na niewymuszoną kreatywność i swobodę. I tak nagle dostaliśmy niespodziankę w postaci FM! – kolejnego w tym roku krótkiego albumu, który udowadnia, że mniej znaczy więcej. To zaledwie 11 numerów w stylu brzmienia z Bay Area, które przedstawiono w formie fragmentu audycji radiowej. Efekt brzmi rewelacyjnie — Vince rapuje lepiej niż kiedykolwiek, podkłady Kenny’ego Beatza bujają wszystkim wokół, a smaczki pokroju zwiastuna nowego Earla Sweatshirta czy występu E-40 sprawiają, że na twarz słuchacza raz za razem wstępuje szeroki uśmiech. Odsłuch FM! trwa zaledwie chwilę, ale w jej trakcie otrzymujemy całe mnóstwo brzmień, które przywodzą na myśl stare dobre czasy i Summertime’ 06. — Adrian Felis
♫ „Fun!”
33.
Caution
Mariah Carey
Epic
Mariah Carey zastosowała dość sprytny zabieg i wydała płytę tuż przed momentem, w którym jej świąteczna muzyka atakuje nas zewsząd. Mimo to Caution daleko do tytułowej ostrożności. Album ma gdzieś z tyłu głowy hipsterskie alt R&B, ale pierwszeństwo daje bombastycznym trapom. Wciąż jest to jednak monument na skalę Marii Carey i przyjemności z odsłuchu nie są w stanie zepsuć ani wygładzona pomnikowość, ani kompresja. Ta przyjemność zaczyna się już od „GTFO”, płynąc przez lekkie funkujące „A No No”, najntisowe „The Distance”, psychodeliczne „Giving Me Life” (z udziałem Blood Orange) do końcowego, jedynego tak pompatycznego na krążku, „Portrait”. To raczej oczywiste, że Caution nie zmieni oblicza muzyki popularnej. Ale trzeba oddać Marii sprawiedliwość i przyznać, że lekcję ze współczesności odrobiła celująco. [Więcej] — Maja Danilenko
♫ „GTFO”
32.
Sweetener
Ariana Grande
Republic
Zupełnie przypadkowo doprowadziliśmy w redakcji do wymownej sytuacji, w której uczennica przerosła mistrzynię. Wprawdzie minimalnie, i bądź co bądź dosłownie; gdyby faktycznie chcieć porównywać Arianę Grandę z panią z oczka niżej, prawdopodobnie znajdziemy tyle samo podobieństw, co różnic. Jedną z nich jest obecność Pharrella Williamsa. To głównie on sprawił, że Sweetener wyróżnia się, a nawet broni jako całość. Połowa The Neptunes wprowadza się tu ze swoją sztandarową stylistyką: łamie melodie, rozrzuca na prawo i lewo surowymi, perkusyjnymi samplami różnej proweniencji, spinając to wszystko znajomą hip-hop soulową klamrą. Prócz Pharrella Ariana ma też rzeszę producentów, którzy z kolei czynią ten album trochę zbyt przekombinowanym. Jeżeli jednak trap ma monopolizować rynek komercyjny, to chciałabym, żeby orbitował wokół takiego drobiazgowego i wstrząśniętego, ale zmieszanego kierunku jak na Sweetenerze. — Maja Danilenko
31.
Taboo
Denzel Curry
Loma Vista
Najnowsze dzieło Denzela Curry’ego to płyta aż do kości introspektywna, mroczna, czasem wręcz wprowadzająca uczucie pewnego dyskomfortu, a jednocześnie fascynująca, gdyż daje nam możliwość odbycia podróży w głąb psyche tego młodego i bardzo wrażliwego artysty. Kluczową rolę odgrywa tu koncept, a raczej konstrukcja albumu. Taboo podzielone jest na trzy akty, które reprezentują różne stany psychiki rapera (odpowiednio światło, szarość i ciemność). Każdy z tych aktów z powodzeniem może funkcjonować jako oddzielony, niezależny byt, jednak zdecydowanie najlepiej spełniają swoją rolę, będąc częścią większej całości, dzięki czemu z każdą kolejną piosenką poznajemy coraz mroczniejsze zakamarki umysłu Denzela. Na krążku Curry oddziela się od reszty raperów ze swojego pokolenia grubą kreską, co w jego przypadku jest nie tyle wyrazem arogancji, co w pełni uzasadnionej pewności siebie i przekonania o własnej oryginalności. Taboo stanowi tego doskonały dowód. [Więcej] — Jędrek
30.
Everything Is Recorded by Richard Russell
Everything Is Recorded
XL
Jak sugeruje sam tytuł Everything Is Recorded by Richard Russell, projektu sygnowanego nazwiskiem współożyciela XL Recordings, to on jest mózgiem całego projektu i elementem spajającym wszystko w jedną całość, a trzeba przyznać, że nie miał zadania łatwego, bo ekipa złożona w głównej mierze z młodych wilków XL Recordings jest w równym stopniu utalentowana, co niesamowicie różnorodna. Wśród zaproszonych artystów znaleźli się m.in. Sampha, Syd, Ibeyi czy Kamasi Washington, a produkcyjnie wsparli Russella tak doświadczeni muzycy jak Peter Gabriel, Damon Albarn, Geen Gartside czy Owen Pallett. Współpraca ta poskutkowała stworzeniem kompetentnej warstwy produkcyjnej opartej na brzmieniu alternatywnego R&B, art popu, trip hopu czy UK Bass, w której można również znaleźć sporo odniesień do muzyki z przeszłości — szczególnie klasycznego soulu. Everything Is Recorded to pokaz siły, jaką daje sztuce działanie w kolektywie, poczucie wspólnoty i kreatywny przepływ inspiracji. [Więcej] — Jędrek
29.
MITH
Lonnie Holley
Jagjaguwar
Choć MITH Lonniego Holleya trudno jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo, bezapelacyjnie powinno uplasować się wysoko na tegorocznych liście płyt, które nie brzmią jak nic innego, czego wcześniej słuchaliście. Holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między Waitsowską quasimelodyjnością a Heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne Colina Stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką. Sam Holley ma w sobie równie dużo z wokalisty, co performera, jawiąc się a to jako współczesny Screamin’ Jay Hawkins, a to free-jazzowy Charles Bradley, a to soulmate Georgii Anne Muldrow — w zależności od utworu i kontekstu. Z jego sugestywnie zatytułowanego debiutu Just Before Music z 2012 roku pozostał mu ambientowo-improwizowany background oraz inspiracja kazaniami afroamerykańskich pastorów, ale MITH eksploruje na szczęście mimo wszystko bardziej piosenkowe terytoria, z których, bez wątpienia, na czoło tegorocznego peletonu utworów-manifestów należy wyprowadzić przejmujące „I Woke Up in a Fucked-Up America”. — Kurtek
♫ „I Woke Up in a Fucked-Up America”
28.
Ye
Kanye West
Getting Out Our Dreams
Kanye West już dawno zdążył nas przyzwyczaić do ekscentryzmu i rozmachu. Jednak większym zaskoczeniem niż to, że w ciągu miesiąca wydał ze swoją świtą aż pięć albumów, był raczej ich skromny metraż, który na szczęście nie odbił się na jakości. Ye, chociaż dalekie jest od innowacyjnego The Life of Pablo czy Yeezusa, ujmuje lekkością i kameralnym klimatem. Zaskakuje — tym razem stanowiąc kontrast do poprzednich wydawnictw. Nie można mu też odmówić kilku przykuwających uwagę, oryginalnych momentów jak spokenwordowe intro „I Thought About Killing You” lub nostalgiczne „Ghost Town” czy zamykające „Violent Crimes”. Zanim więc stwierdzimy, że kreatywność i szczytowa forma Yeezy’ego dobiega końca, umówmy się — przy takim doświadczeniu i świadomości artystycznej, nagranie albumu na ostatni moment i wykorzystanie na okładce zdjęcia zrobionego telefonem dzień przed premierą jest przekraczaniem kolejnych granic. — Klementyna
27.
Noir
Smino
Zero Fatigue
Nowy album Smino ma w sobie o wiele więcej z dobrej komedii niż z filmu noir. To przede wszystkim zasługa gospodarza. Sposób nawijania Smino to coś pomiędzy mumble rapem a śpiewaniem. Reprezentant St. Louis wyjątkowo gładko przechodzi od rapowania do wyśpiewanych na różne sposoby pokręconych melodii. Do tego dochodzą nowoczesne, a jednocześnie stonowane i ciągnące się podkłady. Próżno szukać tu szalejących osiemset ósemek, pędzących hi hatów i drażniących uszy leadów. Lekkie i przyjemne kawałki wprowadzają beztroską atmosferę i sprawiają, że podczas odsłuchu Noir uśmiech na stałe przykleja się do twarzy. [Więcej] — Mateusz
♫ „Klink”
26.
Oil of Every Pearl’s Un-Insides
Sophie
MSMSMSM
I Love Every Person’s Insides — to właściwy tytuł tegorocznego krążka Sophie, ukryty w enigmatycznym Oil of Every Pearl’s Un-Insides. Miłość do wnętrza w wydaniu Sophie zaskakuje plastycznym, momentami pastelowym, a nawet dreampopowym, innym razem plastikowym brzmieniem zmieszanym z porwaną, glitchową elektroniką. Słodkie, przesterowane wokale, charakterystyczne dla wcześniejszych odsłon Sophie, zostały tu wpisane w zupełnie inny kontekst i rozszerzyły dotychczasową estetykę producentki o zupełnie nowe terytorium — bliższe zeszłorocznemu krążkowi Arki aniżel początkom nurtu bubblegum bass. Nic w tym dziwnego — Sophie przy użyciu adekwatnych środków, pioniersko nakreśliła na płycie etapy swojej metamorfozy, zwieńczonej oknem na nowy świat w utworze totalnym „Whole New World/Pretend World”. Istna transdźwiękowa odyseja kosmiczna. — Ibinks/Kurtek
♫ „Whole New World/Pretend World”
50 najlepszych utworów 2018

Jeśli zastanawiacie się, jak rok 2018 w soulu i R&B plasował się naszym zdaniem na tle poprzednich lat (a to już 11. rok, kiedy w grudniu publikujemy nasze podsumowania), niech za komentarz posłuży samo to, że ze względu na to, ile muzycznego dobra ukazało się w przeciągu ostatnich 12 miesięcy, specjalnie rozszerzyliśmy tegoroczne listy najlepszych utworów i płyt z 40 do 50 pozycji. A i tak nie było lekko, bo solidnych propozycji do miana piosenki roku mieliśmy w redakcji ponad czterokrotnie więcej. Ostatecznie niemalże jednoznacznie wyłoniliśmy laureata, który, jak niewiele utworów w ostatnich latach, jest jednocześnie doceniany przez krytykę i stał się też przebojem komercyjnym, zarówno w radiu, jak i w sieci. Doskonale przy tym oddaje istotę brzmienia bieżącego roku, a sam w sobie stanowi też komentarz społeczno-polityczny dla pozamuzycznej rzeczywistości. Zanim jednak do niego dotrzecie, rzućcie okiem, jakie jeszcze inne numery mijającego roku uznaliśmy za godne uwagi.
50.
„1539 N. Calvert”
Jpegmafia
Peggy/Deathbomb
Veteran to nie tylko jedna z najciekawszych hip-hopowych propozycji długogrających ostatnich 52 tygodni, to jeden z najświeższych, najlepiej zrealizowanych albumów szeroko pojętego hip-hopu eksperymentalnego, który na przestrzeni ostatnich kilku lat nieprzerwanie rodzi niekonwencjonalne, łamiące schematy projekty. Otwierające materiał „1539 N. Calvert” świetnie sprawdza się w roli openera będącego fuzją wszechobecnego na płycie futurystycznego, cyborgowego R&B oraz 808-owego, neonowego brzmienia mocno basowego trapu. — Mleczny
49.
„Fists of Fury”
Kamasi Washington
Young Turks
„Fists of Fury” rozpoczyna się niczym soundtrack z filmu z gatunku blaxploitation. Od początku słyszymy monumentalną melodię wygrywaną ze wsparciem chóru oraz egzotyczne bębny. Dodatkowo sam tekst jeszcze bardziej przywołuje na myśl czarne kino. „And when I’m faced with unjust injury Then I change my hands to fists of fury” wyśpiewują razem Patrice Quinn i Dwight Trible. Później inicjatywę przejmuje już sam Kamasi i improwizuje przy dźwiękach towarzyszącego mu pianina. Całość ma niemalże buntowniczy charakter, jest przesiąknięta zarówno dumą, jak i gniewem. — Mateusz
48.
„Everything Is Recorded”
Everything Is Recorded feat. Sampha & Owen Pallett
XL
Zamykający kompilację z nagraniami artystów skrzykniętych dzięki szefowi XL Recordings — Richardowi Russellowi utwór pozostawił niemałe wrażenie w naszej redakcji. „Everything Is Recorded” zbudowany jest na niepokojącym klimacie, dzięki fenomenalnym partiom smyczków Owena Palletta oraz niezawodnego falsetu Samphy. Przesłanie singla można odczytywać pod wieloma kątami — nie pierwszy zresztą raz tekstom trzydziestoletniego londyńczyka blisko do lirycznej poezji, której autor obnaża się emocjonalnie w przejmujący sposób. — K.Zięba
47.
„Bad Bad News”
Leon Bridges
Columbia
Porywająca linia basu, proste, ale jakże skuteczne uderzenia perkusji, gitara w stylu George’a Bensona i rozwijająca się z sekundy na sekundę aranżacja, gdzie kilka niemrawych akordów, zamienia się w swoisty przelot przez kilka muzycznych gatunków. W jednym tracku zawarto bowiem nawiązania do klasycznego soulu, bluesa, funku oraz jazzu, a wszystko to, spojone zostało w jeden logicznie snujący się z głośnika utwór. Jeżeli dodamy do tego będącego w znakomitej formie wokalistę i niezwykle optymistyczny tekst, z miejsca zrozumiemy, jak dobrą rzecz przygotowali Leon Bridges i reszta muzyków odpowiedzialnych za ten z miejsca wpadający w ucho singiel. — efdote
46.
„Favorite”
Leon Thomas feat. Buddy
Leon Thomas
„Favorite” brzmi jak zaginiony i produkcyjnie odmłodzony soulowy klasyk. Z pozoru nic się tu nie dzieje, ot, przypadkowy ziomeczek przechodzi od melorecytacji do coraz bardziej zaangażowanego wyśpiewywania fascynacji swoją ukochaną. Do tego główny motyw melodyczny to jakieś zapętlone pianinko, złożone z dźwięków, które można policzyć na palcach jednej ręki. Jeżeli jednak to zwiewne plumkanie z bądź co bądź przyjemnie płynącym wokalem nie są w stanie rozkruszyć waszych serduszek, to nie wiem, co jest. — Maja Danilenko
45.
„The Mint”
Earl Sweatshirt feat. Navy Blue
Tan Cressida
Po kilkuletniej nieobecności poeta i jeden z najbardziej intrygujących członków kolektywu z Los Angeles wraca na scenę w nietuzinkowym stylu. Ten laidbackowy, powolny utwór w stylistyce lo-fi brzmi niezwykle świeżo i przypomina jak bardzo brakowało nam wszystkim Earla. Chociaż numer wpisuje się w typowy dla artysty depresyjny styl i prezentuje ten sam oryginalny sposób rapowania, zaskakuje także dojrzałością i wyjątkową bezkompromisowością. Mimo że „The Mint” pojawiło się dosłownie w samej końcówce roku, nie wyobrażamy sobie tego zestawienia bez niego. — Adrian
44.
„Sugar”
Olivia Nelson
Hear This
Trzeba przyznać, że For You to jeden z najbardziej zbalansowanych i intrygujących debiutów w tym roku. Młoda wokalistka R&B zaprezentowała na nim nie tylko przemyślaną koncepcję, lecz także całą paletę muzycznych barw, w tym fenomenalny utwór z pogranicza funku, disco i R&B czyli „Sugar”. Uwodzicielski wokal okraszony seksownym, tanecznym brzmieniem jest najlepszym dowodem na to, że subtelność i minimalizm w muzyce zawsze brzmią świetnie, szczególnie w tak zmysłowym wydaniu. — Adrian
43.
„Reason in Disguise”
Ezra Collective feat. Jorja Smith
Enter the Jungle
Jeżeli na wspólnym tracku spotyka się jeden z najbardziej obiecujących brytyjskich zespołów z nowej, przeżywającej prawdziwy boom fali jazzu oraz jeden z najciekawszych żeńskich wokali z Wysp, to efekt nie mógł być chociażby średni. Pięcioosobowy kolektyw z Londynu pokazuje nam tutaj, że potrafi poruszać się wyśmienicie w obrębie różnych stylistyk i przyniesie nam jeszcze sporo świeżości, a to hipnotyzujące, smoothjazzowe nagranie jest tego znakomitym potwierdzeniem. Perkusista zespołu Femi Koleoso jest również częścią koncertowego składu Jorji, kolaboracja ta więc wynikła dosyć naturalnie. Po niezwykłej wręcz chemii, jaka słyszalna jest w „Reason in Disguise” od niemal pierwszej sekundy, liczymy więc po cichu na kolejne wspólne nagrania. — efdote
42.
„Opps”
Vince Staples & Yugen Blakrok
feat. Kendrick Lamar
Aftermath
„Puść coś! To nie pogrzeb!” — krzyczy do swojego partnera Andy Serkis, wcielający się w rolę genialnego Ulyssesa Klaue’a w filmie Czarna pantera. Następujący po tym pościg rozpoczyna się w rytmach podrasowanego „Oops”, który podwyższa ciśnienie. Chociaż trudno wybrać tylko jeden numer z fantastycznego Black Panther The Album Music Inpired By, to jednak „Oops” wyróżnia się na tyle, że z miejsca zostało naszym faworytem. Wybuchową atmosferę buduje tu mocny beat, wwiercający się w uszy. Vince Staples jest tu obecny w najwyższej formie i strzela rymami jak ze spluwy. Poza tym umówmy się — co jest fajniejszego od usłyszenia w jednym kawałku Kendricka Lamara i Vince’a Staplesa? Prawdziwą gwiazdą jest jednak undergroundowa raperka Yugen Blakrok. Wakanda forever! — ibinks
41.
„Roll Some Mo”
Lucky Daye
Keep Cool
„Roll Some Mo” to debiutancki singiel pochodzącego z Nowego Orleanu Lucky’ego Daye’a. Numer zapowiadał świetną epkę I, która miała być jedynie wstępem do tego, co przygotował dla nas Daye. Wciąż czekamy jednak na zapowiadany longplay Painted. Z Frankiem Oceanem łączy go nie tylko miejsce urodzenia, ale i sensualne, a nawet uduchowione R&B, w którym odnaleźć można zarówno smyczkowe aranżacje, jak i elementy trapu. „Roll Some Mo” to ukłon w stronę twórcy Channel Orange, ale nie bezmyślne naśladownictwo. Twórczość Daye’a pozwala mieć nadzieję, że mamy okazję obserwować nową, wzrastającą gwiazdę pierwszoligowego R&B. — Polazofia
40.
„Ladders”
Mac Miller
Warner Bros.
Olbrzymi smutek, który spadł na fanów rapera, zaburzył nam możliwość obiektywnego odbioru Swimming. Asekuracyjne obawy o oceny tegorocznego albumu Maca, które mogły być zawyżone z powodu jego śmierci, mijają jednak za każdym razem, kiedy odpalamy ten numer. Cała płyta jest zapisem wielu emocji, z dominacją strachu, rezygnacji i afirmacji nałogów. „Ladders” natomiast niesie ze sobą wiadro nadziei i optymizmu. Operując kilkoma różnymi stylami rymowania, Mac pragnie znaleźć drogę, pomimo świadomości, że pomieszkuje w zamkach z piasku i stąpa po grząskim gruncie. Utwór wyprodukowany przez Pomo — specjalistę od brzmień, które rozjaśniają niebo — został zgrabnie dopieszczony sekcją dętą. — K.Zięba
39.
„Observer”
Sevdaliza
Twisted Elegance
Obserwujemy Sevdalizę od czasu jej debiutanckiego krążka, wyśmienitego Ison. Fuzja wschodniej mentalności i niekonwencjonalnych brzmień to główne składniki twórczości utalentowanej artystki. Na najnowszej epce The Calling przykuwa uwagę szczególnie taneczne „Observer”. Sevdaliza uwodzi w nim gładkim wokalem w stylu Sade i wybornym, trip-hopowym brzmieniem, podkręconym zabójczą linią basu. Utwór to kontemplacja stanu umysłu, swoiste equilibrium. Sevdaliza nie jest częścią niczego, jest tylko obserwatorką. Dni mijają, a my wciąż nie możemy przestać słuchać tej absolutnie wyjątkowej artystki. — ibinks
38.
„All the Work”
Amber Mark
Jasmine Music
Utwór podsumowuje zgrabną epkę Conexão, którą z wielkim prawdopodobieństwem pokochają fani Sade, nadążający za rytmem ewolucji nowego soulu. Amber z gracją strzepuje z ramienia paprochy pozostałe po nieudanym związku. Pomimo bolesnych doświadczeń serwuje nam dynamiczny utwór, od którego dzień powinni zaczynać ci, którzy mają za sobą toksyczną relację i nie mają ochoty wysłuchiwać ckliwych wyznań ex-partnerów. — K.Zięba
37.
„Lady Lady”
Masego
EQT
Masego doskonale wie, jak wynieść kobiety na wyżyny ich doskonałości, by poczuły się jak damy, sam pozostając jednocześnie mężczyzną dominującym. Tytułowy utwór z płyty jest bardzo kokieteryjny, odrobinę nacechowany erotycznie, ale pokazuje płeć piękną jako inspirację do tworzenia nowej muzyki. Artysta w delikatny sposób używa swojego wokalu, aby nacechować wyśpiewane wersy. Dodatkowo moduluje głosem, szepcze, zmienia tembr, co w połączeniu z rytmicznymi jazzowo-soulowymi dźwiękami przyprawia o szybkie bicie serca. Warto posłuchać całego krążka. — Forrel
36.
„Stuck With Me”
Tinashe feat. Little Dragon
RCA
Tegoroczny Joyride z wielu różnych powodów nie przyniósł Tinashe należnych zaszczytów, ale mógł pochwalić się tą oto perełką. „Stuck With Me” nagrane wespół z Little Dragon jest idealnym przykładem na to, jak przy skromnym, surowym wręcz synthowym podkładzie, można zbudować przebojową kompozycję. Po części dzięki zapętlonej frazie w refrenie, po części dzięki idealnie dobranemu współwykonawcy, utwór przywodzi na myśl dalekowschodnie brzmienia i ten orientalny wydźwięk kawałka sprawia, że zdecydowanie wyróżnia się on w bogatej dyskografii artystki. — Pat
35.
„Strawberry Kisses”
Amber-Simone
Juicebox
Mało komu znana Brytyjka opanowała tegoroczne wakacyjne playlisty niektórych z nas. „Strawberry Kisses” to pozycja idealna na słoneczną imprezę przy grillu i tańce po zmierzchu. Nic więc dziwnego, że jedna ze stacji radiowych próbowała podtrzymać ten ciepły klimat późną jesienią, grając numer kilkanaście razy w listopadzie. Truskawkowe całusy pokazują, że piosenki z byłym w roli głównej nie zawsze muszą mieć negatywny wydźwięk. — Kuba Żądło
34.
„Make It Out Alive”
Nao feat. SiR
Little Tokyo
„Make It Out Alive” jest drugim singlem promującym drugą płytę Nao Saturn. Kawałek opowiada o osobistych problemach artystki, która w swoich życiowych latach dwudziestych stanęła na rozdrożu i musiała zdecydować o swojej przyszłości. Opowiada również o przepaści pomiędzy tym, co było a tym, co ma za chwilę nadejść. Pustynia pokazana w teledysku odzwierciedla pustkę i zagubienie, które wypełniają osobę znajdującą się przed podjęciem życiowej decyzji. Jednocześnie określa ogrom spraw, którym trzeba będzie stawić czoła, i nadzieje, które za tym idą. SiR z kolei, to artysta, z którym Brytyjka od dawna chciała nagrywać muzykę i którego sama jest fanką. Jak przyznała sama Nao, kompozycja konsumuje wszystko to, o czym jest Saturn i niewątpliwie jest jedną z najciekawszych propozycji z nowej płyty, nawiązując jednak klimatem do debiutu piosenkarki. — Forrel
33.
„La Di Da”
The Internet
Columbia
Najnowszy album od The Internet zrobił nam świetną ścieżkę dźwiękową do zeszłego lata. Oprócz wielu spokojnych i chillujących dźwięków znalazło się na nim również miejsce na parę tanecznych bangerów, a singlowe „La Di Da”, stanowi tego najlepszy przykład. Mocna perkusja i funkowa gitara napędzają groove, będący bazą do zwrotek Syd (brzmiącej tu momentami jak Erykah Badu) i refrenu, w którym Steve Lacy (brzmiący jak Steve Lacy) oznajmia wszem wobec, że wpadł tu tylko potańczyć i nie obchodzi go nic więcej. Przy tym utworze nie da się bowiem inaczej. — efdote
32.
„Level Up”
Ciara
Universal
Trzy lata upłynęły od premiery Jackie, zanim Ciara wróciła aktywniej do mediów społecznościowych, a dziś wreszcie zaprezentowała światu nowy singiel. W międzyczasie piosenkarka zdążyła wyjść za mąż, zostać matką po raz drugi, zmienić wytwórnię i scoverować Rolling Stonesów. „Level Up” to więc jak najbardziej adekwatny tytuł dla powrotnego singla wokalistki, który łącząc vibe klasycznego „Whatever Bitch” Myi i na wpół rapowanego refrenu wraz ze spektakularną choreografią w futurystycznym teledysku, zachęcał do pokochania i zaakceptowania siebie. Ten obezwładniający banger to jednocześnie bardzo świadome nawiązanie stylistyczne do sceny Jersey Club i kultury internetowych challenge’ów tanecznych. Brzmienie „Level Up” nie ma jednak w sobie nic z mema, a piosenkarka wykroiła w nim kolejny uzależniający hook. — Kurtek
31.
„Is It Cold in the Water?”
Sophie
MSMSMSM
Twórczość Sophie jest tym, czym był dla środowiska LGBTQ zeszłoroczny longplay Arki. Znakiem rozpoznawczym producentki i DJ-ki jest mieszanka syntetycznego popu i awangardy, którą opanowała do perfekcji. W „Is It Cold in the Water?” rzuca nas na głęboką wodę i serwuje deephouse’owy, świdrujący beat. Sophie, czy raczej zaproszona Cecile Believe (Mozart’s Sister), rozkwita w naszych słuchawkach. Drżąca od emocji syrena woła nas jak w kiczowatym melodramacie. „Is It Cold in the Water?” w końcu ucina się i zostawia nas dryfujących w wygenerowanym morzu dźwięków, sprawiając, że na powrót chcemy się w nie zanurzyć. — ibinks
30.
„Insane”
Madison McFerrin
630113
Madison McFerrin z pasją, wyczuciem i charakterem przetwarza dziedzictwo wokalne „Don’t Worry Be Happy” swojego ojca i bagaż młodzieńczych muzycznych inspiracji, łącząc wokalny kunszt a cappella z połamaną neo-soulową melodyką i emocjonalną otwartością. „Insane” to bose szaleństwo, słoneczna oda do buzujących zmysłów i obezwładniającego pożądania, wreszcie — kameralny showcase czystego talentu — zarówno wokalnego, jak i songwriterskiego. — Kurtek
29.
„Stir Fry”
Migos
Quality Control
O Migos można powiedzieć wiele — na przykład to, że od pewnego czasu nieustannie gdzieś coś o nich słyszymy. Ze „Stir Fry”, promującym styczniowe wydawnictwo Culture II, do naszego zestawienia najlepszych numerów 2018 załapali się rzutem na taśmę, wydając numer tuż przed zeszłorocznym Sylwestrem. Utwór hulał wówczas na niejednej imprezie, czemu trudno się dziwić — ten beat wkręca się do głowy niczym korkociąg. I nieprzypadkowo, bo w roli producenta zaangażowano legendarnego już Pharrella Williamsa, którego rękę słychać tu od pierwszych dźwięków. Jeden z bardziej różnorodnych kawałków tria z Georgii i perełka na przydługim i nieco przehype’owanym Culture II. — empee
28.
„Waiting on the Warmth”
MorMor
Don’t Guess
Mimo że lato pożegnaliśmy już dawno, a za oknem słońce co najwyżej razi w oczy, odbijając się od niewielkiej jeszcze ilości śniegu zalegającego na chodnikach, to jednak wakacyjny utwór „Waiting on the Warmth” MorMor znalazł się na całkiem przyzwoitym miejscu w naszym zestawieniu. Lubiący gatunkowe eksperymenty artysta tym razem postawił na bujające synthowe disco zabarwione R&B, które swoim pozytywnym klimatem sprawia, że w głośnikach znów rozbrzmiewa lato. Swój bujny wokal potrafił sprawnie wpleść w nowoczesną produkcję, dzięki czemu powstała bardzo świeża kompozycja. — Forrel
27.
„I Like That”
Janelle Monáe
Bad Boy
Utrzymujące spokojny ton „I Like That” osiągnęło największy sukces spośród wszystkich singli promujących tegoroczny longplay Monáe Dirty Computer. Trochę to paradoksalne, biorąc pod uwagę siłę rażenia pozostałych utworów z tego krążka, ale już po pierwszym odsłuchu można zrozumieć dlaczego akurat ta kompozycja okupowała Billboardową listę Adult R&B Songs. Artystka przy akompaniamencie uwspółcześnionego, doprawionego cykaczami i laidbackowego R&B, wyśpiewuje iście nonkonformistyczny tekst, którego główną idea jest nieprzejmowanie się krytyką innych i wiara w siebie. A do tego chóralne harmonie w tle! Lubimy to. — Pat
26.
„Stop Trying to Be God”
Travis Scott
Epic
„I’m warning you, best not try to play God tonight” — ostrzega Scott w pochodzącej z Astroworld, onirycznej balladzie, w której porusza problem coraz częściej spotykanego kompleksu Boga. Przekonanie o swojej świetności spowodowane sławą i sukcesem artystycznym nierzadko bowiem prowadzi do zguby. Utwór podszyty jest powolnymi hi-hatami, które wraz z harmonijką Stevie’ego Wondera spajają wyłamującą się z gatunkowych schematów kompozycję. Subtelny refren Philipa Baileya i nucącego Kida Cudi’ego przeplata się z melodyjnymi zwrotkami La Flame’a, a całość zamyka rozczulająca partia Jamesa Blake’a. — Klementyna
25 najlepszych epek 2018

O ile w poprzednich latach niejednokrotnie podejmowaliśmy w redakcji dyskusję o tym, czy przypadkiem nie podzielić naszej listy najlepszych epek między podsumowanie płyt i piosenek, tym razem nikt nie miał wątpliwości. Epki nie tylko zadomowiły się już na dobre w cyfrowym krajobrazie rynku muzycznego, ale zyskały własną specyfikę i formalną odrębność względem longplayów, mixtape’ów i singli (nawet jeśli wziąć pod uwagę, że niektóre tegoroczne płyty, zgodnie z nową modą, są de facto krótsze od niektórych epek na poniższej liście — postanowiliśmy uszanować w tym względzie intencje i nomenklaturę zastosowane przez samych twórców). Zwłaszcza wśród artystów R&B epka stała się medium adekwatnym i akuratnym — z jednej strony do ich możliwości wydawniczych, z drugiej — do zdolności percepcyjnych odbiorców w czasach niekończącego się wyboru i ciągłej dekoncentracji. Epka bywa przecinkiem między płytami, nieśmiałym wstępem do wielkiej kariery, kaprysem chwili, ale bardzo często, dzięki szeroko rozumianej plastyczności formatu i inwencji twórców, staje się czymś znacznie więcej. Czym? Zapraszamy do odsłuchów i lektury!
25.
That’s a Girls Name
Dram
Empire / Atlantic
Po obiecującym debiucie przed dwoma laty, z hitowym singlem „Broccoli” i głośnym duetem z Eryką Badu, Dram zdaje się nie mieć pojęcia co dalej ze sobą zrobić. W zeszłym roku próbował podtrzymać swoją karierę, wydając niezliczone ilości przeciętnych singli opatrzonych brzydkimi okładkami, w tym przekuł tę twórczą frustrację na featuringi. Słyszeliśmy go wraz z Chromeo, Diplo, Arinem Rayem, a nawet Neilem Youngiem, a to dopiero początek znacznie dłuższej listy. Raper/piosenkarz zebrał się na szczęście i połowie lipca wypuścił całkiem udany 10-minutowy teaser tego, czym może być jego kolejna płyta. Epka That’s a Girls Name to trzy numery utrzymane bardziej piosenkowym neo-soulowym stylu i powrót Drama do co najmniej satysfakcjonującego songwritingu. Posłuchajcie tylko opartego na przecudnej urody synthfunkowym motywie „Best Hugs” melodycznie i wykonawczo nawiązującego do najlepszych hooków na Big Baby Dram. — Kurtek
24.
Lost
Brent Faiyaz
Lost Kids
Najwyższy czas docenić twórczość Brenta Faiyaza! Jego zeszłoroczny album, Sonder Son, nie doczekał się właściwego rozgłosu. Tym razem Brent postawił na krótsze wydawnictwo. Epka Lost to dawka zmysłowego R&B oraz popis wokalnych umiejętności. Warto wrócić do tego materiału, chociażby dla utworu „Why’z It So Hard”. Niepokojące intro, w którym słychać odgłosy helikoptera i syreny, przeradza się w piękną wielogłosową partię ciągnącą się przez cały utwór. Lost to nie tylko doskonałe brzmienie, to również opowieść o chłopaku, który czuje się zagubiony w wielkim mieście. Brent zwierza się z lęków i problemów związanych z życiem w Los Angeles. Brutalne sceny łagodzi jednak swoim doskonałym wokalem i delikatnością. — Polazofia
23.
Krash
Jean Deaux
Na debiutanckiej, koncepcyjnej epce Krash Jean Deaux bierze na warsztat życiowe porażki i przekuwa je w formę zdecydowanie wartą uwagi. Krash wypełnia słodkie jak miód R&B, przełamane rapem, housem, a nawet hardcorem. Epka jest trochę zbyt przegadana, i to dosłownie — skitów ilustrujących tytuł jest za dużo, muzyka wystarczyłaby za wyjaśnienie. Niewygody Krash wynagradzają drobiazgi, jak dzwoneczki i plemienna perkusja w „Energy”, ładne harmonie wokalne w duecie z Ravyn Lenae na „Who U” czy energiczny „Code”. Na deser chicagowska mieszanka na produkcji: udziela się tu przede wszystkim Phoelix, ale też Saba i Smino. Słowem mnóstwo treści i charyzmy, dobrze rokujących na przyszłość. — Maja Danilenko
22.
What Happens When I Try to Relax
Open Mike Eagle
P + C Auto Reverse
What Happens When I Try to Relax różni się trochę od tego, co mogliśmy usłyszeć na poprzednich projektach Mike’a. I chociaż to specjalista od mieszania ironii z dobitnością i dosłownością, to najnowsza epka rapera obiera trochę mroczniejszy kurs. Już od pierwszych chwil otrzymujemy elektroniczne, przestrzenne i niepokojące produkcje. W tekstach Mike koncentruje się na swoich lękach, obawach, przedstawia wizję rzeczywistości, która dręczy nas jeszcze bardziej, gdy staramy się o niej uciec. A to wszystko ubrane w nowocześniejszą stylistykę tworzy ponurą wizję współczesnego świata. — Mateusz
21.
2023
Alxndr London
The Spectacular Empire
Alxndr London przenosi słuchacza kilka muzycznych lat do przodu. Siedem kompozycji składających się na EP 2023 zostało wyjętych wprost z przyszłości. Jego afro-futurystyczny soul dryfuje wysoko w przestworzach po międzygalaktycznych szlakach. Eksperymentalny projekt, inspirowany brzmieniem brytyjskiego funku, house’u i garage, równoważy konflikt duchowy i tematy afrocentryczne, z nieograniczoną fantazją i spektakularną fantastyką naukową. Tematy religijne, polityczne, satyryczne, duchowe i numerologiczne spotykają się z fantastyką i science-fiction. Całość została sprawnie zmontowana, zaaranżowana i pozostawia Brytyjczykowi dużo przestrzeni podczas jego podróży do muzycznej krainy przyszłości. 2023 wprowadza powiew świeżości i prezentuje kolejną barwę w twórczości Londyńczyka. — Forrel
20.
Bbygirl Focu$
Rimon
Młoda Rimon debiutuje i to w jakim stylu. Bbygirl Focu$ to pierwsza epka pochodzącej z Amsterdamu artystki. Na nieco ponad 20-minutowym projekcie udało jej się przemycić prawdziwą mieszankę styli. Zaczyna się od energetycznego „Feel It”, następnie przechodzi w jazzujące „Sugarcoated Love”, by zamknąć wszystko chłodnym „Focu$”. To tylko część tego, co można usłyszeć na tym projekcie, a całość składa się na krótką opowieść o nieudanym związku. Artystka zaprezentowała szeroki wachlarz umiejętności. Rimon nie boi się eksperymentów i bez problemów odnajduje się zarówno na nowoczesnych beatach, jak i lekkich neosoulowych podkładach. — Mateusz
19.
The Calling
Sevdaliza
Twisted Elegance
Nowa propozycja od Sevdalizy kontynuuje ideę połączenia ciała, duszy i umysły z albumu Ison. Na The Calling artystka jeszcze bardziej wkracza w sferę umysłu. Zachęca do opanowania go i użycia jako steru dla własnego ciała. Jeśli człowiekowi uda się zapanować nad tym silnym narzędziem, wszelkie bóle fizyczne rozwiązują się, serce zostaje oczyszczone, a w głowie pojawia się jasność. Metafizyczna koncepcja Sevdalizy niezmiennie przedstawiona została przy pomocy dźwięków zaczerpniętych od Björk, czy Massive Attack, które pomimo że brzmią jak połamane, zostały sprawnie zmontowane i tworzą spójną sensualną całość. Gdzieniegdzie słychać nietypowe, ale eleganckie nuty, by przy zamknięciu postawić na mniej zawiłe melodię i nieco komercyjny klimat. — Forrel
18.
My Dear Melancholy,
The Weeknd
The Weeknd XO
Po sukcesie wydanego pod koniec 2016 roku Starboya The Weeknd powrócił z intymną epką, na której mierzy się z ostatnimi nieszczęśliwymi relacjami. Tytuł My Dear Melancholy, mówi sam za siebie. Przez elektroniczne, płynące podkłady przebija się poruszający, delikatny falset Abela, dając ujście gorzkim emocjom. Zbliżony klimatem do piosenek z Trylogii minialbum niestety nie zaskakuje. Najmocniejszym momentem pozostaje tutaj otwierające „Call Out My Name”, które dzięki swojej ekspresji odstaje od pozostałych pięciu pozycji. — Klementyna
17.
Colors
The Gondwana Orchestra
featuring Dwight Trible
Gondwana
Matthew Halsall robi dużo, by Manchester wyróżniał się na jazzowej mapie świata. Brytyjski trębacz szefujący wytwórnią Gondwana Records zaproponował nam w 2018 roku m.in. udaną kolaborację swej macierzystej grupy z Dwightem Trible’em. Co ciekawe, na stanowiącej hołd dla Pharoah Sandersa epce Colors , nie usłyszymy nawet pojedynczego dźwięku saksofonu. Nie przeszkodziło to jednak w stworzeniu zwięzłego i zharmonizowanego materiału, który powinien wypełnić wnętrza słuchaczy nadzieją, spokojem i poczuciem równowagi — K.Zięba
♫ „You’ve Got to Have Freedom”
16.
Cruel Practice
Shygirl
Dzikie i niepokojące beaty i dusząca, klaustrofobiczna atmosfera. Tak w skrócie można określić wydaną przez ukrywającą się pod pseudonimem Shygirl artystkę epkę. Cruel Practise to tylko pięć kawałków, których punkt zwrotny stanowią singlowe intrygujące „Gush” i zabójcze „O”. Eksploracja klubowych, futurystycznych brzmień to z pewnością efekt dj-ingu. Glitchową produkcję i eksperymenty z dźwiękiem słychać szczególnie w narkotycznym, trip-hopowym „Asher Wolfe”. „Niegrzeczna” i „nieprzyjemna”? Na pewno daleko Shygirl do nieśmiałych dziewczyn! — Ibinks
♫ „O”
15.
When the Sun Dips 90 Degrees
Yazmin Lacey
First Word Records
When the Sun Dips 90 Degrees, czyli najnowsza epka Yazmin Lacey to idealna pozycja dla tych, którzy tęsknią za klasycznym soulem lat 70-tych. Wokalistkę możecie kojarzyć ze współpracy z Jordanem Rakei lub Children of Zeus. Wydane w czerwcu EP to jej drugi solowy materiał po ubiegłorocznym Black Moon. Kojący wokal Yazmin i piękne, soulowe partie instrumentalne sprawiły, że tego materiału nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu. Rada na chłodne wieczory – włączcie „Something My Heart Trusts”, dajcie ponieść się zmysłowej fuzji jazzu oraz neo-soulu i przypomnijcie sobie, jak wspaniałe było tegoroczne lato. — Polazofia
14.
Imaginarium
Bipolar Sunshine
Grey Label
Bipolar Sunshine nie brak wyobraźni. Udowadnia to swoją trzecią epką zatytułowaną Imaginarium. Mini-album to konglomerat UK bassu, alternatywnego R&B i elektroniki. Hajlajt w postaci energetycznego, singlowego „Easy to Do” to jeszcze nie wszystko. Takimi numerami jak „Pressure”, „Major Love” czy „Discovery” Bipoplar Sunshine z łatwością ma szansę na przebicie się do mainstreamu. Członek Kid British stanowi poważną konkurencję dla Miguela czy Swae Lee. Tymczasem pozostaje nam czekać na długogrający krążek muzyka. — Ibinks
13.
Primitiva
Low Leaf
Fresh Selects
Primitiva jest wydawnictwem nieoczywistym i niewpasowującym się w typowy schemat albumów. Przepełniony jest dźwiękami wprost pochodzącymi z natury, nawiązującymi do czasów dawnych plemion. Utwory autorstwa Low Leaf, składające się na ten mini album, brzmią czysto, czasem szalenie, ale w konsekwencji są wyrafinowane. Utrzymane są, jak mówi artystka, w klimacie starożytnej elektroniki, z dużym zabarwieniem psychodelii. Każda kompozycja posiada swój własny wymiar, w którym organiczne dźwięki łącza się z żywymi instrumentami. Całość zainspirowana została surowym kobiecym boskim obrazkiem i nawiązuje do środowiska naturalnego, z którego wywodzi się człowiek oraz do przyszłości nowej planety Ziemi. — Forrel
12.
For You EP
Olivia Nelson
Hear This Records
Olivia Nelson jest interesującym przebłyskiem świeżych idei na współczesnej scenie R&B. Jej debiut oferuje kompletne brzmienie, które nie tylko odważnie czerpie z różnych gatunków, ale jeszcze odważniej zaprasza słuchaczy do intymnego świata wokalistki. A to, co w nim czeka, wymyka się często wszelkim schematom. To nie tylko ekspresja bólu po rozstaniu, lecz przede wszystkim szczera akceptacja końca jednego z etapów życia — coś, czego potrzebuje przecież każdy z nas. Brzmieniowo Nelson bezkompromisowo miesza pop z jazzem, R&B i elektroniką, raz po raz ślizgając się między teoretycznymi granicami. Dzięki temu For You staje się doświadczeniem, którego nie sposób przerwać, dopóki minimalistyczne „Crybaby” nie zamknie historii jak rozdziału fascynującej lektury. [Więcej] — Adrian
♫ „Sugar”
11.
Finding Foundations: Vol. II
Madison McFerrin
630113 Records DK
Madison McFerrin z pasją, wyczuciem i charakterem przetwarza dziedzictwo wokalne „Don’t Worry Be Happy” swojego ojca i bagaż młodzieńczych muzycznych inspiracji, łącząc wokalny kunszt a cappella z połamaną neo-soulową melodyką i emocjonalną otwartością. Druga część Finding Foundations to kameralny showcase czystego talentu — zarówno wokalnego, jak i songwriterskiego. Go Madison! — Kurtek
♫ „Insane”
10.
Black in Deep Red, 2014
Moses Sumney
Jagjaguwar
9 minut – tyle wystarczyło, by Moses przykuł naszą uwagę na wielokroć dłużej. Po świetnie przyjętym Aromanticism, Sumney zaproponował nam tego roku zaledwie epkę z trzema premierowymi utworami, z czego pierwszy w kolejności należy traktować jedynie jako intro. Ba, w trakcie kolejnego nawet skubaniec słowa z siebie nie wydusił! Skąd zatem zachwyt nad Black in Deep Red, 2014? Na przykład w wyniku poglądu, że „Call to Arms” jest kompozycyjnym majstersztykiem łamiącym potrzebę kategoryzowania utworu muzycznego. „Rank & File” natomiast z pewnością wpisze się w poczet najlepszych protest songów czarnoskórej Ameryki. Bywa, że leniwi redaktorzy skracają teksty, tłumacząc się sloganami typu: „Po co się rozpisywać? Niech zabrzmi muzyka!”. W tym jednak przypadku, podpisuję się pod tym hasłem każdą kończyną. Niech zabrzmi Black in Deep Red, 2014! — K.Zięba
9.
Sink
Sudan Archives
Stones Throw
Brittney Parks nagrywająca od dwóch lat pod aliasem Sudan Archives w dalszym ciągu ma przed sobą nagranie debiutanckiego longplaya, ale dwoma epkami wydanymi pod egidą Stones Throw, w tym zwłaszcza tegoroczną Sink, już zdążyła po swojemu przetworzyć na swój użytek brzmienie alternatywnego R&B — łamie swoje bity jak Kelela, ale jest daleka od elektronicznej klaustrofobii. Jej ulubionym instrumentem są skrzypce, a tkanka jej muzyki, mimo eksperymentalnych inklinacji w tradycji THEESatisfaction, oddycha jak ostatni album Solange — zwłaszcza w post-afrykańskim „Escape”, które tradycyjną melodykę i folkowe zaśpiewy rozszczepia minimalistyczną plimkającą elektroniką. Tym samym Sink to niewątpliwie jedna z najciekawszych autorskich wersji alt R&B tego roku. — Kurtek
♫ „Escape”
8.
Conexão
Amber Mark
Z Amber poznaliśmy się w zeszłym roku, doceniając muzyczne epitafium stworzone ku czczi matki artystki. Tegoroczne Conexão (z j. portugalskiego Połączenie) stanowi kolejny dowód na słuszność naszych dotychczasowych pochlebstw. Komplementy zyskują moc szczególnie wtedy, gdy odłożymy na bok zrzędliwe zarzuty o nadmierną inspirację Sade – inspirację wyraźną, jednak nieumniejszającą w żadnym stopniu wartości materiału. Trwająca nieco ponad kwadrans epka przywołuje również skojarzenia z fragmentami najciekawszych albumów katalogu Naked Music (Aya, Lisa Shaw, Gaelle). Amber krząta się w rejonie odwiecznych przystanków w większości związków: zauroczenia, rozterek dotyczących wzięcia odpowiedzialności za drugą osobę, niesymetrycznej miłości i pogodzenia się z jej utratą (fantastycznie wyprodukowane „All the Work”). Nie jest to jednak mdła historyjka w lepkiej otoczce, a nieprzeintelektualizowana emocjonalnie opowieść osadzona na pełnowartościowych i chwytliwych aranżacjach. — K.Zięba
7.
Streams of Thought, Vol. 1
Black Thought
Human Re Sources
Pamiętacie ten niesamowity radiowy freestyle Black Thoughta sprzed roku? Streams of Thought Vol. 1 można by potraktować jako rozszerzenie tamtej akcji. Ci, którzy od wielu lat czekali na to, by frontman The Roots wypuścił solowy materiał, z pewnością są wdzięczni za ostatnie dwanaście miesięcy. Bo projekt stworzony na beatach legendarnego 9th Wondera to prawie 20 minut rapu najwyższych lotów. Black Thought pokazuje, że jest u szczytu formy i raczy nas właśnie tytułowym strumieniem myśli ubranym mocarne punchline’y. Do tego dochodzą oldschoolowe, samplowane podkłady. Nie są to jednak rzeczy, które kojarzymy z płyt Rootsów – produkcje są o wiele bardziej surowe, ciężkie. Doskonały przykład tego, że bycie rapowym weteranem wcale nie oznacza starej i skostniałej stylówki. — Mateusz
6.
For Gyumri
Tigran Hamasyan
Nonesuch
Twórca jednej z najładniejszych zeszłorocznych płyt jazzowych An Ancient Observer, ormiański pianista Tigran Hamasyan i w tym roku nie pozostawił nas z niczym. Wydana w lutym epka zatytułowana For Gyumri jest symbolicznym hołdem dla Giumri, drugiego największego miasta we współczesnej Armenii, niegdyś znanego jako Aleksandropol i pełniącego rolę artystycznej stolicy regionu, ale poddanego w XX wieku wielu trudnym próbom z katastrofalnym trzęsieniem ziemi w 1988 roku na czele. For Gyumri musi więc traktować na swój sposób o mierzeniu się z traumą i stratą (wirtuozeryjnie poszarpana miniatura „Self-Portrait” to doskonała alegoria najnowszej historii miasta i jego mieszkańców), ale przede wszystkim przynosi wyczekiwane ukojenie — czy to w ostatnich taktach kończącego płytę „Revolving-Prayer”, czy w post-cool-jazzowym „The American” zwieńczonym zwodniczo beztroskim pogwizdywaniem, czy w zapuszczającym się na terytoria post-impresjonistycznego ambientu, rozświetlającym „Rays of Light”. — Kurtek
5.
Stereo
Omar Apollo
self released
Stereo Omara Apollo przypadnie do gustu miłośnikom twórczości Steve’a Lacy’ego, Prince’a, a nawet Franka Oceana. Omar jest muzycznym samoukiem, który gry na gitarze uczył się z YouTube’a. Teksty pisze zarówno po angielsku, jak i po hiszpańsku, tym samym podkreślając swoje meksykańskie korzenie. Balansuje gdzieś pomiędzy bedroom popem, R&B oraz Indie rockiem. Stereo jest słodkie i wciągające, a całość zachowana została w stylu retro. Muzyk raz porywa nas do tańca funkującymi riffami gitarowymi, innym razem jest zmysłowy czy melancholijny. „Intro” czy „Hijo de Su mMdre” sprawiają, że z niecierpliwością czekamy na kolejne numery od Omara. — Polazofia
♫ „Erase”
4.
Mothe
Kilo Kish
Human Re Sources
Kilo Kish to nie tylko kumpela Vince’a Staplesa, którą możemy usłyszeć na jego krążkach. Jej najnowsza epka Mothe to solidna pozycja w jej dorobku, podkreślająca muzyczną dojrzałość. Melancholijny głos à la Lana del Rey idealnie uzupełnia elektroniczny podkład. W zapowiadającym epkę „Elegance” Kilo Kish wcielała się w baletnicę nie bez powodu. Artystka umiejętnie lawiruje między przydymionym nastrojem a bardziej klubowymi klimatami. Po otwierającym przyjemnie onirycznym „San Pedro” rozbrzmiewa niebezpieczne, electro-popowe „Like Honey”. Nocne bangery kończy melancholijne, wciągające „Prayer”. Takie jest właśnie Mothe. Przyjemnie się ćmi… — Ibinks
♫ „Alive”
3.
Heaven’s Only Wishful
MorMor
Don’t Guess
Sprawdźcie MorMora, nawet jeżeli słowo chillwave przyprawia was o ziewanie. Na epce Heaven’s Only Wishful Seth Nyquist mistrzowsko wypełnia przestrzenie „pomiędzy”, ale też gdzieś pomiędzy wymyka się definicji podkładu pod bezcelowe snucie się po domu. Oczywiście, gitary są rozmarzone, a nastrój „nudny”. MorMor jednak uzupełnia tę substancję niecodzienną, soulową wrażliwością i drobiazgową produkcją (sakralne chórki w refrenie „Lost” na tle ściany świdrującego dźwięku to nie byle bzik), która zahacza nawet o disco. „He’s just a poor boy, waiting for answers”. No i proszę. — Maja Danilenko
2.
I
Lucky Daye
RCA
Frank Ocean to od jakiegoś czasu główny punkt odniesienia dla debiutujących artystów R&B. I choć to już nie nowość, co jakiś czas pojawia się kolejny śmiałek, który chce przełożyć dorobek autora Channel Orange na własną wrażliwość. Lucky Daye próbuje nas mamić szeroką i nadzwyczajną paletą środków. Raz jest wrażliwy i korzysta ze smyczkowych aranżacji, w innym miejscu podchwytuje niedawne przebłyski new jack swingu i rozwija je we własne kompozycje. Obowiązkowo pojawia się trap, ale jest drobnym dodatkiem, zrównoważonym patynową wrażliwością wokalisty. Ten slalom między wpływami wyszedł Lucky’emu tak zgrabnie, że z miejsca skradł nasze serca. Dzielimy się z wami tym dobrem, niebawem ma go być jeszcze więcej! — Maja Danilenko
1.
Crush
Ravyn Lenae
Atlantic
Tak wysmakowanej fuzji alt R&B, neo-soulu i synth funku, jak ta przedstawiona na najnowszej epce Ravyn Lenae, nie było nam dane słyszeć od True Solange! A tymczasem okazuje się, że w 2017 roku R&B na syntezatorowych bitach połączone z uduchowionymi wokalami i funkową energią może brzmieć równie świeżo co przed pięcioma laty. Zresztą nie ma się czemu dziwić, jeśli produkcją zajął się znakomity Steve Lacy — w tym momencie najbardziej uzdolniony z neo-soulowych producentów. Sama Lenae zaś ma tę niezwykłą cechę, że gdy nie snuje się po oldschoolowo inspirowanym post-quietstormowym R&B Lacy’ego, ucieka w kosmiczny ekscentryzm — jak w otwierającym wersie uzależniająco ekstrawaganckiego, a jednak pozostającego w kręgu szeroko pojętego pościelowego R&B „Sticky”. Inny hajlajt wydawnictwa, „The Night Song”, jest z kolei spadkobiercą vibe’u Baduizmu, co w pełnej krasie daje się poznać w dynamicznie, choć niedbale artykułowanym refrenie — rzecz jasna na klasycznych 70sowych synthach. Sama Badu nigdy jednak nie była tak eteryczna. I nic dziwnego — Lenae składa sobie tu fenomenalne chórki w stylu królowej soulu, ale wyższych rejestrach nie waha się uciekać w stronę Aaliyah, a momentami nawet Kate Bush. Tym wydawnictwem Lenae nie tylko po raz kolejny pokazuje, że ma charakter, styl i głos, ale pozycjonuje swój nadchodzący longplay jako jedną z najbardziej wyczekiwanych premier przyszłego roku. — Kurtek
Wszystkie nasze hajlajty znadziecie na plejliście poniżej.
Jazzbowl ’18: Jazzowe podsumowanie roku

Pewnie zauważyliście przez tych parę lat, że choć nie mamy jazzu w nazwie strony, temat samego jazzu pozostaje nam nieobcy. Nie jest to co prawda zbyt często wątek przewodni naszych niusów, ale systematycznie zagłębiamy się w świat jazzu, czy informując was w piątki o premierach płytowych, czy prowadząc audycję w Radiu LUZ, czy wreszcie podsumowując najciekawsze wydawnictwa kolejnych lat. Tym razem, jeszcze przed końcem spowitego jazzową aurą listopada, postanowiliśmy dodatkowo wyróżnić najciekawsze w mniemaniu redaktorów Miski krążki ze świata jazzu — niezależnie od zbliżających się wielkimi krokami rankingów końcoworocznych. Drodzy Czytelnicy, oto Jazzbowl ’18.

Origami Harvest
Ambrose Akinmusire
Blue Note
Ambrose Akinmusire odważnie przeciwstawia się dominującej we współczesnej krytyce muzycznej idei dopisywania politycznego kontekstu do abstrakcyjnej w formie muzyki. Jest w tym, owszem, coś niefrasobliwie dosłownego, bo na Origami Harvest Akinmusire w roli narratora obsadził rapowego outsidera Kool A.D., który we właściwy sobie sposób, gdzieś między prostym snuciem opowieści a koncepcyjnie porwanym, poetycznym free rapem, dzieli się prowadzi słuchacza przez kolejne jazzowe meandry nowej płyty utalentowanego trębacza. Jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami. Sam Akinmusire także zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z Mivos Quartet. To, w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej Ameryki. — Kurtek

Avantdale Bowling Club
Avantdale Bowling Club
Years Gone By
Avantdale Bowling Club — to właśnie nazwa zespołu, który mimo skrajnie małej popularności i swojego niszowego stylu, nagrał nie tylko jeden z najlepszych hip-hopowych, ale również jazzowych albumów w tym roku. Liderem formacji jest Tom Scott, weteran nowozelandzkiej sceny, który jest także częścią takich projektów jak Homebrew czy @peace. Na liczącym 8 utworów krążku, raper dotyka spraw takich jak przyjaźń, brak pieniędzy czy uzależnienia, jako tło wykorzystując bogato zaaranżowany i świetnie skomponowany jazz. Całość przypomina To Pimp A Butterfly, jednak z bardziej przyziemną tematyką i środkiem ciężkości położonym na swobodnych instrumentalnych eksperymentach. ”Years Gone By” doskonale reprezentuje brzmienie płyty, rzucając słuchacza w nostalgiczną podróż przez życie. Jeśli jesteście zainteresowani jakościowym jazz-rapem, w którym zarówno jazz, jak i rap stoją na najwyższym poziomie, nie mogliście lepiej trafić. — Adrian

Seymour Reads the Constitution!
Brad Mehldau Trio
Nonesuch
W marcu Brad Mehldau zaczarował słuchaczy wytrawnym studium Bachowskim balansującym na granicy kameralnego jazzu i muzyki barokowej. Nim zdążyli wziąć głębszy oddech, wrócił w swoim sygnaturowym trio z Jeffem Ballardem na perkusji i Larry’m Grenadierem na basie z koktajlowym krążkiem Seymour Reads the Constitution! Na płycie poza trzema oryginalnymi kompozycjami Mehldau znalazły się interpretacje popowej klasyki (Paul McCartney, Brian Wilson), reinterpretacje mistrzów jazzu (Elmo Hope, Sam Rivers) i jeden standard z wielkiego amerykańskiego śpiewnika („Almost Like Being in Love” Fredericka Loewe’a). Mehldau z ekipą nie odkrywają jazzowej Ameryki, ale po dwuletniej przerwie wracają rozmiłowani w lżejszej, choć nie prostolinijnej formule, której bliżej do klasycznego Billa Evansa, Cannonballa Adderleya czy wczesnego Milesa Davisa niż do sygnaturowego brzmienia wcześniejszych nagrań Mehldau. Nie jest to oczywiście cool jazz sensu stricto, ale pozostaje on niewątpliwym punktem wyjścia dla właściwym współczesnemu jazzowi improwizacji tria. — Kurtek

The People Could Fly
Camilla George
Ubuntu
Po ubiegłorocznym debiucie długogrającym „Isang”, londyńska kompozytorka i saksofonistka altowa Camilla George po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z najciekawszych postaci współczesnej międzynarodowej sceny jazzowej. Wydane siłami labelu Ubuntu Music The People Could Fly to zapierający dech w piersiach miraż karaibsko-afrykańskiej tradycji artystycznej (narracja albumu oparta została na książce z afrykańskimi opowieściami ludowymi), niejednokrotnie dubujących groove’ów oraz funkującego spiritual jazzu rodem z najznamienitszych nagrań Johna Coltrane’a. — Mleczny

The Window
Cécile McLorin Salvant
Mack Avenue
Ostatnio trochę narzekaliśmy, że najnowszy album od Cécile McLorin Salvant po raz kolejny składa się ze zbioru cudzych kompozycji. Tymczasem „The Window” to świetne wydawnictwo, z którym warto zapoznać się bliżej. Nie bez przyczyny Cécile jest nazywana nadzieją wokalnego jazzu. Piąty krążek Amerykanki stanowi intymną, ale też pełną dojrzałości i charyzmy rozmowę wokalistki z pianistą. Niesamowicie brzmi minorowy ton, który artystka potrafi wydobyć z nawet najbardziej radosnego standardu. Sprawdźcie sobie, co wyczynia się tu z musicalowymi tematami jak „Where Thine That Special Face” czy ograne „Somewhere” z West Side Story. Pod względem nastroju to zdecydowanie jesienna płyta, ale artystka zapewnia, że starała się uchwycić pełnię dynamizmu towarzyszącego miłosnym cyrkulacjom. Ten plan wykonała w tysiącu procentach. W dobie wzmożonej kompresji takie kameralne, ale treściwe albumy to czysta przyjemność. — Maja Danilenko

An Angel Fell
Idris Ackamoor ☥ The Pyramids
!K7 Music
Fantastyczna trupa jazzowych podróżników pod wodzą charyzmatycznego saksofonisty Idrisa Ackamoora wróciła w tym roku z nową płytą, następcą przełomowego dla muzyków We Be All Africans sprzed dwóch lat. To udana kontynuacja stylistyki zaczerpniętej przez Ackamoora i spółkę z amerykańskiego spiritual jazzu i afrykańskiego folku. Sam muzyk mówi zresztą, że u podstaw nowej płyty stoją właśnie folklor, fantazja i dramaturgia, które mają służyć nie samym sobie, nie jedynie celom artystycznym, ale także, a może przede wszystkim dotarciu do świata z trudną wiadomością — o katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i ekologicznej obojętności, za którą prędzej czy później zapłacimy wszyscy. Krążek wyprodukowany przez Malcolma Catto z The Heliocentrics wyciąga muzykę Ackamoora i spółki z plemiennego afrobeatu w rejony bliższe szeroko pojętej folkowej duchowości — tak jest w inspirowanym Sun Rą dubowym „The Land of Ra”, w orientalnym „Papyrus” czy w na wpół psychodelicznej, a na wpół awangardowej wariacji na klasycznej exotice w „Message to My People”. An Angel Fell to zrównoważony, bujający krążek ujmujący doskonałą synergią i magnetyzujący nienachalnym groove’m. — Kurtek

Starting Today
Joe Armon-Jones
Brownswood
Ten niepozornie wyglądający rozczochraniec wyrósł w 2018 roku na jednego z liderów młodej fali wyspiarskiego jazzu. Dał o sobie znać już w lutym, za sprawą premiery kompilacji We Out Here, będącej przewodnikiem po multikulturowych zakamarkach muzycznych Londynu. Trzy miesiące później otrzymaliśmy Starting Today — album wydany nigdzie indziej jak w Brownswood Recordings. Wbrew skądinąd słusznej taktyce nieoceniania zawartości po okładce, można śmiało stwierdzić, że ilustracja Starting Today oddaje doskonale istotę płyty, będącej skompresowaną definicją brzmienia wielkomiejskiej ulicy, której start zaczyna się w sercu wschodniego Londynu. Fuzja jazzu, dubu, soulu i parkowej poezji pełna jest w najrozmaitsze wpływy i inspiracje. To absolutna zaleta, która pozwala płycie być ścieżką dźwiękową zarówno do medytacji, jak i pośpiesznego spaceru pośród tłumu. — K.Zięba

The Return
Kamaal Williams
Black Focus
Zwolennicy poglądu o poprawie kondycji jazzu dzięki hiphopowym wpływom dostali w tym roku kolejny dowód na słuszność głoszonej tezy. Błędem jednak byłaby klasyfikacja The Return jako zapisu jedynie flirtu tychże gatunków. Podobną zagwozdkę musieli mieć recenzenci dorobku Roya Ayersa (Swoją drogą – czy w latach siedemdziesiątych soul również „ratował” jazz?), który należy prawdopodobnie do ulubieńców Kamaala. Album, nagrany wespół z Pete’em Martinem na basie oraz Joshuą McKenzie’em na bębnach zdominowany jest przez obłędnie ciepłe rhodesowe dźwięki oraz futurystycznie przestronne akordy, które narodziły się w głowie Williamsa. Słuchając The Return, można w myślach zakładać okulary przeciwsłoneczne i zapomnieć przy tym, że twórcy działają w wiecznie pochmurnym Londynie. Kamaal zafundował nam konkretną podróż z Kalifornią na horyzoncie. — K.Zięba

Heaven and Earth
Kamasi Washington
Young Turks
Niebo i ziemia. Dwa światy połączone ze sobą. Tytuł tegorocznego albumu Kamasiego Washingtona idealnie oddaje charakter jego twórczości. Muzyk niczym mityczny Prometeusz sprowadził jazz na ziemię i postanowił na nowo przedstawić go nowemu pokoleniu słuchaczy (pokoleniu, które może go kojarzyć głównie z nie jazzowych kolaboracji m.in. z Thundercatem lub Kendrickiem Lamarem). Brzmi patetycznie i górnolotnie? Jak samo Heaven and Earth! Bogate i rozbudowane kompozycje, inspiracje m.in. funkiem, R&B czy muzyką afrykańską, wsparcie wielu innych uznanych muzyków — Milesa Mosleya, Ryana Portera, Ronalda Brunera Jr. i Terrace’a Martina. To wszystko składa się na ten ponad 2-godzinny (choć krótszy niż wydane 3 lata temu The Epic) album. Jedna z tegorocznych pozycji obowiązkowych. A jeśli komuś będzie mało, zawsze może sięgnąć po dołączoną do krążka epkę The Choice. — Mateusz

MITH
Lonnie Holley
Jagjaguwar
Choć MITH Lonniego Holleya trudno jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo, bezapelacyjnie powinno uplasować się wysoko na tegorocznych liście płyt, które nie brzmią jak nic innego, czego wcześniej słuchaliście. Holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między Waitsowską quasimelodyjnością a Heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne Colina Stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką. Sam Holley ma w sobie równie dużo z wokalisty, co performera, jawiąc się a to jako współczesny Screamin’ Jay Hawkins, a to free-jazzowy Charles Bradley, a to soulmate Georgii Anne Muldrow — w zależności od utworu i kontekstu. Z jego sugestywnie zatytułowanego debiutu Just Before Music z 2012 roku pozostał mu ambientowo-improwizowany background oraz inspiracja kazaniami afroamerykańskich pastorów, ale MITH eksploruje na szczęście mimo wszystko bardziej piosenkowe terytoria, z których, bez wątpienia, na czoło tegorocznego peletonu utworów-manifestów należy wyprowadzić przejmujące „I Woke Up in a Fucked-Up America”. — Kurtek

Universal Beings
Makaya McCraven
International Anthem
Makaya McCraven w swojej twórczości balansuje gdzieś na granicy kilku gatunków. Perkusista tworzy muzykę, w której odnaleźć można elementy instrumentalnego hip-hopu, jazzu oraz funku z domieszką chicagowskich brzmień. Określenie „producent bitów” byłoby nieodpowiednie dla tak utalentowanego artysty, chociaż jego utwory często mylnie przypominają hiphopowe bity stworzone z sampli muzyki jazzowej. Sam Makaya wśród inspiracji wymienia na równi zespół The Pharcyde oraz takich jazzmanów jak Archie Shepp. Upodobania te słychać na jego najnowszym albumie Universal Beings. Z jednej strony, materiał miejscami wydaje się beattape’m, ale rozbudowane partie instrumentalne raz po raz przypominają, że mamy do czynienia z pełnoprawnym albumem jazzowym. McCraven kontynuuje tradycje chicagowskiego AACM, nieoczekiwanie mieszając je z elementami post-rocka. Kolejny raz udowadnia, że nie boi się eksperymentu. —Polazofia

The Optimist
Ryan Porter
World Galaxy
The Optimist Ryana Portera to wzorcowa płyta z historią. Zanim ukazała się w lutym tego roku, spędziła prawie dekadę na półce i pewnie jeszcze przez jakiś czas nie doczekałaby się oficjalnej premiery, gdyby nie to, że Porter grał na puzonie na wydanym w 2015 roku przełomowym The Epic Kamasiego Washingtona. To zresztą nie jedyne podobieństwo między oboma krążkami, bo choć muzyczny świat Portera w dużej mierze został zaklęty w klasycznym coltrane’owskim post-bopie, za oba albumy odpowiada mniej więcej ta sama ekipa. Miles Mosley na bazie, Cameron Graves na klawiszach, Tony Austin na bębnach, Brandon Coleman na pianie Rhodesa i oczywiście Kamasi Washington na saksofonie. I choć trudno ścigać się z The Epic Washingtona pod jakimkolwiek względem, The Optimist jest solidnym współczesnym jazzowym krążkiem sam w sobie — niesiony tą samą znakomitą synergią i wypełniony chwytliwymi, doskonale zdekonstruowanymi improwizacjami motywami melodycznymi. — Kurtek

Your Queen Is a Reptile
Sons of Kemet
Impulse
Muzyka jazzowa to nie tylko zimne improwizacje i wyścig kolejnych solówek. Istnieją też płyty będące swoistym manifestem i wyrazem buntu przeciwko zastałej sytuacji. Na najnowszej płycie projektu Sons of Kemet lider zespołu Shabaka Hutchings postanawia dać wyraz swojemu niezadowoleniu względem rządzącej Wielką Brytanią rodzinie królewskiej i w dziewięciu nagraniach zawartych na albumie na pierwszym miejscu stawia swoje własne królowe, które potrafią go wysłuchać i nie uznają niesprawiedliwości klasowej oraz dyskryminacji rasowej. Wśród kobiet, wysławianych w każdym z utworów znalazły się m.in. aktywistki społeczne, zbiegłe niewolnice, a nawet babcia Hutchingsa. Manifest swój artyści wyrażają przez jazz połączony z hip-hopem często przechodzącym w spoken word, a nawet dubowymi wibracjami. Muzyka z Londynu od zawsze pełna była łączenia gatunków i łamania barier, nie inaczej jest także i tutaj, gdzie kilka muzycznych światów, łączy się w jeden wyraźny strumień, z którgo przez niemal cały album, aż kipi wściekłość i bunt. Warto dodać również, że album ukazuje się w barwach legendarnego labelu Impulse, w którym swoje wielkie dzieła wydawali m.in. John Coltrane, Alice Coltrane czy Pharoah Sanders. — efdote

For Gyumri
Tigran Hamasyan
Nonesuch
Twórca jednej z najładniejszych zeszłorocznych płyt jazzowych An Ancient Observer, ormiański pianista Tigran Hamasyan i w tym roku nie pozostawił nas z niczym. Wydana w lutym epka zatytułowana For Gyumri jest symbolicznym hołdem dla Giumri, drugiego największego miasta we współczesnej Armenii, niegdyś znanego jako Aleksandropol i pełniącego rolę artystycznej stolicy regionu, ale poddanego w XX wieku wielu trudnym próbom z katastrofalnym trzęsieniem ziemi w 1988 roku na czele. For Gyumri musi więc traktować na swój sposób o mierzeniu się z traumą i stratą (wirtuozeryjnie poszarpana miniatura „Self-Portrait” to doskonała alegoria najnowszej historii miasta i jego mieszkańców), ale przede wszystkim przynosi wyczekiwane ukojenie — czy to w ostatnich taktach kończącego płytę „Revolving-Prayer”, czy w post-cool-jazzowym „The American” zwieńczonym zwodniczo beztroskim pogwizdywaniem, czy w zapuszczającym się na terytoria post-impresjonistycznego ambientu, rozświetlającym „Rays of Light”. — Kurtek

We Out Here
Różni wykonawcy
Bronswood
Trudno chyba o lepsze podsumowanie tego, co dzieje się obecnie na młodej jazzowej scenie Wielkiej Brytanii, niż to co zaprezentowano nam na tej kompilacji. Kompilacji nietypowej, nie jest to bowiem selekcja gotowych już nagrań, a efekt pewnej sesji nagraniowej. Pod okiem dyrektora muzycznego przedsięwzięcie, którym był występujący zresztą na płycie — Shabaka Hutchings oraz właściciela labelu Brownswood Recordings — Gillesa Petersona, w przeciągu trzech długich i owocnych dni w studiu North West London, powstał krążek, będący zarówno podsumowaniem niesamowitej rewolucji zachodzącej obecnie w brytyjskim jazzie, jak i zapowiedzią tego, czego możemy spodziewać się po nim w przyszłości. Usłyszeć można tam zarówno znane już zespoły, jak np. Ezra Collective czy Kokoroko, jak i całe grono artystów, którzy dopiero podbijają scenę, ale posiadają olbrzymi talent. Każda z dziewięciu kompozycji tu zawartych to mistrzowski kawałek muzyki, a po wysłuchaniu całości można dojść tylko do jednego wniosku — ekspansja młodych jazzowych artystów z Wysp dopiero się rozpoczyna, a za sprawą We Out Here, już teraz sprawdzić można, jakiego jazzu słuchać będziemy w kolejnych latach. — efdote
Zbiorcza plejlista z naszymi jazzowymi hajlajtami roku poniżej:
20 najlepszych epek 2017

Nadchodzi pora, by pożegnać się z 2017 i z otwartymi ramionami powitać kolejny rok pełen wyzwań i oczekiwań, także tych czysto muzycznych. Zanim jednak na ścianie zawiśnie nowy kalendarz, chcielibyśmy przedstawić nasz ostatni efekt przesiewania minionych 12 miesięcy. Obok najciekawszych utworów oraz albumów wybraliśmy i zestawiliśmy dwadzieścia wartych uwagi EP-ek, i podobnie jak w dwóch poprzednich kategoriach wyszło bardzo różnorodnie, przekrojowo a momentami i kontrowersyjnie. Ta gatunkowa oraz stylistyczna interdyscyplinarność, to zresztą jeden ze znaków rozpoznawalnych naszych soulbowlowych rankingów. W podsumowaniach płyt długogrających wyróżniliśmy m.in. polski jazz, południowoafrykańskie kwaito, czy też kanadyjski gospel, natomiast wśród wydawnictw mniej obszernych znalazł się chociażby rodzimy funk oraz koreański electro-soul. Czy w poniższych wydawnictwach słychać już echa nadchodzącego 2018 roku? Standardowo – czas pokaże. Widzimy się za rok!
20.
Extended Beginnings
Jamie Lidell
Jajulin
Wrześniowa epka Lidella opublikowana w dniu jego urodzin nie zasługuje na przesadną ekscytację. Nie zmienia to faktu, że Jamie’ego bardzo cenimy i zawsze wyczekujemy jego kolejnych premier. Extended Beginnings prezentuje jedynie trzy utwory, stanowi jednak skondensowaną próbkę umiejętności Lidella. W sam raz dla tych, którym dotychczasowe nagrania muzyka są zupełnie nieznane. Kto wie, może to początek przyjaźni? Wierząc w trafność tytułu, właśnie na początkach Autorowi zależy. — k.zięba
19.
Memo, the Beat Tape
Moo Latte
Self Released
Wydawałoby się, że beattape’y to temat już tak ograny, że trudno wykrzesać w tej kwestii coś, co przykułoby uwagę słuchaczy. Naprzeciwko tym zarzutom wychodzi jednak Moo Latte, niesiony pozytywnym odbiorem swoich wcześniejszych wydawnictw. Multiinstrumentalista z Kopenhagi zabiera nas w nostalgiczną podróż do lat 90., gdzie oldschoolowe sample mieszają się z brzmieniem żywych instrumentów. Ciepłe dźwięki rhodesa, gitara, klasyczne bębny – to wszystko w połączeniu z trzaskiem winyli sprawia, że od Memo ciężko się oderwać. Jest soul, jest jazz, jest hip-hop! — Mateusz
♫ „Zouk”
18.
Gravity
Diggs Duke
Warm Valley Music (ASCAP)
Gravity Diggsa Duke’a poznaliśmy poniekąd już w 2011 roku, kiedy EP-ka pojawiła się na Bandcampie — tyle, że z dwoma utworami. W 2017 ten niezwykle zdolny artysta, którego nieśmiało kojarzę z Prince’em, bo również śpiewa, komponuje, jest multiinstrumentalistą i przede wszystkim bardzo świadomym twórcą, wydał Gravity wzbogacone o kilka kolejnych utworów. Całość jest niezwykle przyjemną, sensualną kombinacją soulu i jazzu, zaśpiewaną i zagraną, a jakże, przez samego autora, pozwalającą zarazem zrobić sobie podróż gdzieś w kosmos, ale też (jak w przypadku „Holding On”) są szansą na subtelne zakręcenie nóżką. Jeden z najpopularniejszych utworów Diggsa zatytułowany jest zresztą „Something in My Soul” — i właśnie „to coś w duszy” porusza Duke z każdą swoją piosenką. — Dżesi
17.
Hack3d by GH05T 2.0
PRO8L3M
Self Released
Rap doceniany zarówno przez wyjadaczy z branży muzycznej, literatów czy pracowników korpo. Jest brudny, wulgarny i niezwykle charakterystyczny. Ta EP-ka to kontynuacja stylu PRO8L3Mu, polegającego na syntetycznych brzmieniach Steeza i chropowatym wokalu Oskara. Zmienił się za to sposób opowiadania historii. Coraz częściej o salonach mówią z perspektywy salonów, a nie ulicy. Nie sposób jednak zarzucić im wygładzenie przekazu czy brak pazura. Na Hack3d by Gho5t 2.0 serwują słuchaczom krótką futurystyczną podróż , której głównym motywem jest cyfryzacja. Co proponują w zamian? Wydaje się, że szeroko pojęty hedonizm, nie wiadomo jednak, na jak długo wystarczający. Oskar, raz wciela się w rolę amanta z portali randkowych, innym razem opowiada o beztroskim życiu nieznanego mężczyzny. Świetny materiał z wieloma momentami, które przyprawiają o dreszcze — czy to przy cutach z „Borders” M.I.A., czy przy „kochał się z żoną, w radiu leciało De Mono” w tytułowym utworze, który faktycznie, zwłaszcza w tym miejscu, ma coś w sobie z hitów wspomnianej grupy. — Polazofia
16.
Mango
P.Unity
Astrophone
Czujemy, że o P.Unity lada moment zrobi się naprawdę głośno. Sama grupa na scenie prężnie działa już od jakiegoś czasu. Wspólnie grają od około dziesięciu lat, wcześniej między innymi jako Paralayzing Unity. Ich debiutanckim owocem wspólnego muzykowania jest Mango. Soczysta EP-ka głównie przez swoje brzmienie i niezwykłą energię, zaledwie czterema utworami pozwoliła muzykom z Warszawy znaleźć się w tym zestawieniu. Można to tłumaczyć ogromną różnorodnością materiału. Mango to zarówno luźny rapowy numer „Heinz Solo”, elektroniczny tytułowy utwór czy energiczne funkowe „Booboo”. Dziewięcioosobowy skład doskonale miesza style, balansując gdzieś pomiędzy funkiem, hip-hopem, a nawet jazzem. — Polazofia
♫ „Booboo”
15.
The Boy Who Cried Freedom
Jacob Banks
Interscope Records
Jacob Banks, to artysta tworzący autentyczną i płynącą z serca muzykę soul. Pod płaszczem twardego faceta, kryje się wrażliwy i dojrzały muzyk. W swoim najnowszym wydawnictwie The Boy Who Cried Freedom artysta, grubym barytonowym wokalem, opowiada o różnych aspektach miłości. Czyni to jednak w sposób poetycki, delikatnie prowadząc słuchacza przez kolejne utwory. Lirycznie, pomimo że na pierwszy plan wysuwa się wspomniana miłość, Jacob sprawnie przemyca wątki społeczne i polityczne. Od czasu swoich pierwszych kawałków, Banks znacząco rozwinął się muzycznie, dojrzał i należy mu się wyróżnienie w naszym zestawieniu. — Forrel
14.
Hoodrich Vol. 3
IAMDDB
Union IV Recordings
IAMDDB, to równie atrakcyjna, co utalentowana wokalistka z Manchesteru, która jest kolejnym ciekawym głosem na brytyjskiej scenie niezależnego R&B. Kryjąca się za tym pseudonimem, dosłownie 21-letnia Diana De Brito, poczyniła w ostatnich 12 miesiącach niesamowity progres, czego efektem jest siedmioutworowa epka Hoodrich Vol. 3, która zbiera jej dotychczasową twórczość. ABRA, Princess Nokia, Tommy Genesis, Jorja Smith, RAY BLK, to tylko niektóre z artystek, których twórczość śmiało można by przywołać, chcąc opisać styl młodej Brytyjki. Na wyżej wspomnianym wydawnictwie usłyszymy więc echa grime’u, glitchu, trapu, cloudrapu oraz atmosferycznego R&B. Z kolei jego najjaśniejszymi punktami są utwory „More”, „Shade” oraz niezwykle klimatyczne „Trophy”. Ze sporymi nadziejami będziemy czekać na jej kolejne artystyczne ruchy. — Dźwięku
♫ „More”
13.
Manna
Fashawn
Mass Appeal Records
Fashawn to kot z Kalifornii, który z roku na rok zyskuje coraz większy rozgłos. Od czasu wstąpienia w szeregi Mass Appeal jego kariera w końcu zaczęła przybierać odpowiedni obrót. Dwa lata po The Ecology do rąk słuchaczy trafia jego EP-ka zatytułowana Manna. Mocno klasycznie brzmiący projekt ukazuje pogląd rapera na wiele współczesnych problemów Stanów Zjednoczonych. Ważnymi punktami na liście utworów są „Mother Amerikkka” czy „Proud”, ale jest tam też miejsce na trochę przechwałek jak na wyprodukowanym przez Large Professora „Fashawn”. Gościnnym występem album uświetnia także wujek Snoop. Dowód na to, że zdecydowane kroczenie swoją drogą w końcu się opłaciło. — Mateusz
12.
Rina
Rina Sawayama
self released
Urodzona w Japonii, ale stacjonująca w Londynie Rina Sawayama jako swój debiut nagrała solidną metapopową epkę, która nie traci nic ze swojego powabu niezależnie od tego, czy podejdziemy do niej bezpośrednio czy ironicznie. Sawayama jako trzon stylistyczny ukochała sobie ścisłą fuzję popu i R&B święcącą triumfy na listach przebojów całego świata w czasie milenijnego przełomu, dzięki przebojom Britney Spears, Christiny Aguilery czy *NSYNC. Nie ma się jednak wrażenia, że piosenkarka spóźniła się o półtorej dekady — to raczej zwiastun kolejnego rychłego stylistycznego zwrotu w światowej popkulturze, wynikający z nostalgii za muzyką dzieciństwa obecnych 20-latków. Sawayama nie ma co prawda na podorędziu ani Darkchilda, ani Maxa Martina, ale nawet bez ich pomocy udaje jej się perfekcyjnie odwzorować melodykę i charakter misternie zaprojektowanego przez nich popu („Ordinary Superstar”, „Take Me as I Am”). Całość przefiltrowana przez vaporowe inspiracje w stylu Clarence’a Clarity’ego i niewątpliwe inspiracje Prince’m lat 80. („10-20-40”, „Tunnel Vision”) daje się czytać na wiele różnych sposobów, przez co niechybnie wkracza na terytorium muzyki popularnej o ambicjach artystowskich. — Kurtek
11.
TODAY (The Only Day After Yesterday)
Alxndr London
self released
Niewielu jest tak enigmatycznych artystów, jak Alxndr London, który proste dźwięki potrafi przemienić w magiczne kompozycje. Podobnie jest na EP TODAY (The Only Day After Yesterday). Wydawnictwo zawiera pięć nacechowanych emocjonalnie piosenek, z których każda przedstawiona jest przez Brytyjczyka w sposób bajkowy, co nie oznacza, że porusza błahe sprawy. Wręcz przeciwnie, dzieli się ze słuchaczem swoim doświadczeniem życiowym. Jego soulowy wokal, za każdym razem inaczej modulowany, podkreśla znaczenie opowiadanej w danym momencie historii. Jak przystało na Alxndra, utwory są oryginalne, bogate gatunkowo i perfekcyjnie skomponowane. Przenieście się do malowniczego świata Londona. — Forrel
40 najlepszych albumów 2017

Choć rok 2017 był definitywnie rokiem plejlist (jedną z nich, a nawet dwie znajdziecie w poniższym zestawieniu), wszyscy ci, którzy wieścili kres albumów długogrających po raz kolejny się przeliczyli. Longplay nadal jest potwierdzeniem pozycji artystycznej i rozpoczęciem pełnowymiarowej kariery, której wciąż nie da zbudować się na choćby najsolidniejszych singlach i epkach. Fakt, formę albumu dekonstruuje się obecnie na różne sposoby — czy to składając go z epek jak H.E.R., czy przeciwnie — rozbijając go na części jak Brockhampton. Płyta wciąż ma jednak siłę artystycznego manifestu, której nie posiada pojedynczy singiel, siłę, dzięki której potrafi o 180° odwrócić postrzeganie czyjejś twórczości, jak stało się w tym roku w przypadku Calvina Harrisa. Nawet znane już piosenki zebrane w postaci krążka zyskują nowe życie i nową siłę (Moses Sumney, PJ Morton). Wreszcie — mogą pchnąć do przodu błyskotliwą karierę, która wcześniej ledwie się jedynie tliła (Gabriel Garzón-Montano, EABS). — Kurtek
40.
Oldschool
Kuba Badach
Agora
Debiutancka płyta Oldschool jest inteligentnym popem dla dojrzałej publiczności. Tytuł płyty odnosi się nie do jej staroświeckiej zawartości, lecz do określonego sposobu tworzenia muzyki. Na krążku, na którym słychać wyraźne odniesienia do funku i disco oraz do syntezatorów, stworzony został swoisty pomost łączący dwa muzyczne światy, gdzie klasyczne brzmienie przenika przez nowoczesną popową osłonkę, uzupełniając ją i nadając całości tradycyjny klimat. Jeśli ktoś po Odschoolu spodziewał się podmuchu muzycznej świeżości, może się zawieść. Z kolei ci, którym podobały się aranżacje utworów Andrzeja Zauchy, zapewne będą męczyć wydawnictwo do granic możliwości. Nie należy się dziwić, ponieważ album jest spójny i równy, a jego zawartość, to solidny, inteligentny pop z przyjemnym wokalem Kuby. I tylko tyle. Badach skąpany na okładce w kolorowym pyle nie zwiastuje niczego szalonego. Zawartość wydawnictwa jest tylko poprawna i przyjemna. [Więcej] — Forrel
39.
Culture
Migos
Atlantic
Nawet jeśli Culture daleko do tytułu płyty roku, to ciężko nie przyznać że hip hop w tym roku należał właśnie do tego trio z Atlanty. Napakowany przebojami, autotune’owymi hookami, nienudzącymi się triolowymi flow materiał wraz ze swoją styczniową premierą nadał rytm wszystkiemu co przez następne miesiące działo się na scenie — nawet Eminem na swoim pokracznym Revivalu próbuje swych sił w naśladowaniu stylu Offseta, Quavo, czy tam Takeoffa. Album ten to także niezapomniany pokaz determinacji, zajawki, zabawy płynącej z tworzenia hip hopu w niewiarygodnie jak na te czasy zgranej ekipie. Sami przyznajcie, kiedy ostatnio jakikolwiek skład rapowy odniósł porównywalny sukces? [Więcej] — Chojny
♫ „Deadz”
38.
Experience
Night Marks
U Know Me
Na krążku Experience słychać naturalnie wpływy takich gatunków jak jazz, soul, hip-hop czy elektronika, które nie są przy tym dawkowane osobno w kolejnych utworach, lecz połączone w jedno spójne brzmienie nieuznające stylistycznych granic. Oprócz wyraźnie słyszalnych inspiracji klimatami z Dalekiego Wschodu wciąż przebijają się w muzyce Night Marksów echa Glaspera, Dilli czy artystów związanych z Brainfeederem. Czuć sporo kosmicznych wibracji, ale w stosunku do poprzednich wydawnictw znajdziemy tu mniej eksperymentów. Dużą rolę grają w tym kontekście rezygnacja z instrumentalnych numerów i bardziej chilloutowy klimat, a nawet kilka bardzo przebojowych momentów, które z pewnością zostaną w Waszych głowach na dłużej. [Więcej] — Efdote
♫ „Smog”
37.
Number 1 Angel
Charli XCX
Asylum
Muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalości oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość. W tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu A.G Cook i Sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie Charli XCX. Po nagraniu wspólnej epki Vroom Vroom, nic już nie było takie samo, a XCX oficjalnie rozpoczęła nowy rozdział swojej kariery. W marcu piosenkarka po raz kolejny połączyła siły z producenckim orężem PC Music, by poza kontraktem z własną wytwórnią nagrać mikstejp Number 1 Angel — definicję nie tego, jak brzmi muzyka pop w 2017 roku, ale jak brzmieć powinna. Przebojową, ale nie prostolinijną, budowaną z jednej strony na elektronicznym hip-hopie, z drugiej na klasycznej piosenkowej melodyce, niegrzeczną i ironiczną, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje. W 2017 roku Charli XCX udowodniła, że wie, jaką muzyczną drogą chce kroczyć, miejmy nadzieję, że w 2018 podłapię ten pomysł szeroka publiczność. — Kurtek
36.
Drool
Nnamdi Ogbonnaya
Father/Daughter
Jeśli tęsknicie za plastycznym mocno osadzonym w soulu, ale jednak mocno rapowym hip hopem spod znaku Outkast czy Blackalicious, to tegoroczny krążek amerykańskiego wywrotowca Nnamdego Ogbonnayi powinien koniecznie trafić na wasze plejlisty. Na Drool typ rozwija swoją autorską wizję hip hopu, w stosunku do której określenie art rap nie byłoby ani trochę przesadzone. Charyzmatycznie żongluje stylami, mieszając klasyczną Atlantę i psychodeliczny neo-soul, trap i alternatywne R&B, jazz i wykręconą muzykę bitową, na terytorium pomiędzy rapem a śpiewem, czując się jak ryba w wodzie. — Kurtek
35.
At What Cost
GoldLink
RCA
Na swoim debiutanckim krążku GoldLink kopie nieco głębiej w muzycznej historii miasta swojego pochodzenia (Waszyngtonu) i podkreśla brzmienia go-go oraz funku, jednocześnie pamiętając o utrzymaniu materiału w ryzach dzisiejszych „wymogów” dot. nowoczesnego rapu. W osiągnięciu założonego efektu pomogli mu zresztą uzdolnieni i cenieni producenci, jak między innymi Kaytranada, Matt Martians czy Steve Lacy z kapeli the Internet. Album odzwierciedla w skali 1:1 waszyngtońskie lato, a także przedstawia osobiste spojrzenie rapera na to z czym przychodzi nam się mierzyć w kwestii miłości, związków i życia. Przez elektroniczne i taneczne bity aż chce się wracać do tych kawałków i zwrócić większą uwagę na tekst. — Kuba Żądło
♫ „Crew”
34.
HNDRX
Future
Epic
Po pierwszych odsłuchach tegorocznego albumu Future’a wystraszyłem się trochę, że raper zatoczył koło i już nie jest nas w stanie niczym zaskoczyć. Wtem, tydzień później światło dzienne ujrzało HNDRXX. Przewidziana przez słuchaczy popowa przeciwwaga do stricte rapowego albumu okazała się wcale tak nie do końca przewidywalna. Podlane sosem r&b brzmienie jeszcze nigdy nie posiadało u niego takiej głębii i atmosfery. Ale HNDRXX to przede wszystkim zaskakujący Future — ludzki, retrospektywny, kruchy jak nigdy. Brudny odpowiednik Take Care Drake’a — choć tylko trochę krótszy, to zdecydowanie bardziej obfity we wrażenia. Ostatnie dwadzieścia minut materiału (włącznie z w-jakiś-sposób-działającym duetem z Rihanną) to chyba absolutne the best of, jakie Hendrix kiedykolwiek z siebie wykrzesał jako artysta. [Więcej] — Chojny
♫ „Solo”
33.
Motor City Booty
Amp Fiddler
Mahogani Music
Na nowej płycie Amp Fiddler zrobił coś, czego wielu w pewnym stopniu próbowało. Uchwycił prawdziwą esencję czarnego brzmienia lat 90. Podczas słuchania Amp Dog Knights wracamy do tego, co wtedy było najlepsze. Neo-soul, funky, deep house, wszystko to znajdziemy na tym krążku. Słychać echa The Brand New Heavies, solowej płyty N’Dei Davenport, a nawet rewelacyjnego projektu King Britta czyli Sylk 130. Nad wydawnictwem unosi się duch Detroit, co przejawia się w produkcjach J. Dilli, którego Amp Fiddler był mentorem i wprowadził w profesjonalny muzyczny świat, ale również w remiksach Waajeeda, gościnnych występach Will Sessions i Moodymana. Ta płyta kipi od zabawy i radości z tworzenia muzyki, a numer „Say So” jest tego najlepszym przykładem. Nowy album Ampa można spokojnie uznać za najlepszy w jego karierze. [Więcej] — Dill
♫ „Say So”
32.
Arca
Arca
XL
„Quítame la piel de ayer” („Pozbądź mnie wczorajszej skóry”) — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent Arca w „Piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności. Arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu. Dzięki temu Arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej. [Więcej] — Kurtek
31.
Run the Jewels 3
Run the Jewels
Run the Jewels
„Cztery lata od czasu niespodziewanej współpracy Killer Mike’a i El-P (wstępnie w układzie emcee/producent na R.A.P. Music) ciężko wyobrazić sobie krajobraz rapowej sceny bez Run the Jewels. Głębokie jak studnia zapotrzebowanie słuchaczy na sardoniczny, szczery do bólu, prosto-w-twarz hip hop sprawia, że duet ten mógłby przez najbliższe dziesięć lat nagrywać kolejne podobne do siebie albumy z kolejnymi cyferkami i nikt nie miałby nic przeciwko temu. Trzecia odsłona Klejnotów nie już co prawda takim skokiem jakościowym, za jaki z perspektywy czasu uznałem ewolucję między pierwszym a drugim albumem. Jendakże kontekst, w jakim wydawane są kolejne ich produkcje — polityczny, społeczny, artystyczny — sprawia, że w jakiś sposób muzyka chłopaków nie traci na znaczeniu, a być może w najbliższej przyszłości wciąż będzie tego znaczenia nabierać. [Więcej] — Chojny
40 najlepszych utworów 2017

Nie będzie niczym odkrywczym, jeśli we wstępie napiszemy, że rok 2017 w muzyce to kolejny z rzędu, który udowadnia, że światem rządzi czarna muzyka, która inspiruje, przełamując artystyczne i społeczne bariery. Można oczywiście cynicznie wyliczyć, że nad Wisłą, zarówno na wsi i w miastach, wciąż chętniej słucha się disco polo, największym faktycznym przebojem było „Despacito”, a najlepiej wciąż sprzedają się jednak zupełnie biali Ed Sheeran i Taylor Swift, ale kiedy już wnikniemy w budowę wielu popowych współczesnych przebojów (włączając w to i brzmienie „Shape of You” Sheerana, i poprapowy charakter singli Taylor Swift), a przede wszystkim spojrzymy na muzykę, która rzeczywiście kształtuje punkt widzenia świata — swoiste manifesty Kendricka Lamara, Tylera the Creatora czy SZA, stanie się jasne, że szeroko rozumiany soul wciąż rozszerza swój horyzont twórczy i w istocie podbija świat. Oto 40 utworów, które według redakcji Soulbowl.pl najlepiej reprezentowały tę kreatywną ekspansję w mijającym 2017 roku. — Kurtek
40.
Miguel
RCA
Miguel to facet, który od pewnego czasu względnie twardo trzyma się ustalonej ścieżki. Stąd zawartością albumu „War & Leisure” nie sprawił nikomu większej niespodzianki. Utwór „Told You So” to jeden z nielicznych highlightów krążka. Jest w nim ciepło, energia i mnóstwo frajdy. Elektryzujący funkowy beat połączony z gitarowymi wstawkami porywa co najmniej do podrygów. Niezobowiązujący tekst dodaje utworowi lekkości i, choć nie stanowi lirycznego przełomu, bez trudu pozostaje ze słuchaczem. Warto w przyszłym roku pamiętać o tym numerze nie tylko przy letnich imprezach. — Empee
39.
Night Marks
U Know Me
Night Marks płytą Experience wypełnili pewną doskwierającą polskiej muzyce lukę. We dwóch stworzyli synkretyczny album, gdzie jazzujące klawisze mieszają się z samplami i inspiracjami Wschodem. Promujący album singiel „Danger” klimatem kojarzy się z letnimi wieczorami. Powracający, klasyczny już motyw z „30 cm” Fisza, leniwie przeciąga się przez cały zbudowany na nim utwór. Muzyczna błogość nie przekłada się bezpośrednio na lirykę. Marek Pędziwiatr zdecydował się poruszyć w tekście istotny z perspektywy młodych słuchaczy temat wpływu artysty na swoich odbiorców. — Polazofia
38.
Vince Staples feat. Kendrick Lamar
Def Jam
Dzięki swojemu drugiemu krążkowi Big Fish Theory niewątpliwie utalentowany, ale zamknięty do tej pory w konwencji Zachodniego Wybrzeża Vince Staples wyrasta na jednego z naczelnych awangardystów współczesnego amerykańskiego rapu. Jego elokwentne flow i szerokie spektrum tematyczne zyskały nowe życie, dzięki prostej stylistycznej wolcie — romansie Staplesa z szeroko pojętą elektroniką objawiającą się na płycie po różnymi postaciami od hip house’u, przez UK garage i hyphy, aż po flirty z Detroit techno. Drogę do świata hip hopu w ultraprzebojowym „Yeah Right” z gościnną zwrotką Kendricka Lamara znalazł także niszowy bubblegum bass. Numer wyprodukowany wspólnymi siłami przez Flume’a i Sophie buduje w dużej mierze sygnaturowe brzmienie tej drugiej wyrażające się w balonowym efekciarstwie i umieszczonym pod koniec „Yeah Right” wyrwanym z zupełnie innej stylistyki śpiewanym hooku. Tym samym Vince Staples redefiniuje swoją pozycję na scenie. — Kurtek
37.
FKJ & Masego
—
Media określiły zapis wideo do singla Masego i Juice’a „Tadow” jako efekt jednodniowego jam-session. Naiwne jest jednak definiowanie paryskiej sesji tym mianem, bowiem ośmiominutowy utwór zdaje się być do granic przemyślany i rzetelnie rozpisany. Ta wzorowa aranżacja bogata w kombinację soulu, hip hopu, subtelnej elektroniki i smooth jazzu, spotęgowała rosnące w tym roku zainteresowanie twórczością każdego z muzyków. FKJ dorobił się niedawno pełnoprawnego debiutu. Pozostaje nam czekać na album Masego, na sukces którego stawiamy w ciemno. — K.Zięba
36.
Syd
Columbia
Pochodzący z debiutanckiego krążka liderki The Internet „Know” wyróżnia solidna produkcja i słyszalna inspiracja złotymi latami R&B. Nad całością unosi się duch nieodżałowanej Aaliyah. Skomponowany i napisany przez Syd utwór zawiera ukryte powiązania z kawałkiem macierzystej grupy „Special Affair”. Połączenie delikatności i elektroniki konsekwentnie podbiło nasze serca. Powiązana z ruchem LGBT Sydney zaskakuje odważnym tekstem, wyjawiającym sekretny romans z dziewczyną. Żeńska odpowiedź na Franka Oceana? Czas pokaże. — Ibinks
35.
Allysha Joy
—
Region Antypodów posiada kosmiczną energię, wpływającą na rozwój neo-soulowego nurtu. 2017 przyniósł kolejne odkrycie. Jest to Allysha Joy, należąca do 30/70 Collective, grupy wywodzącej się z Melbourne, brzmieniowo bliskiej Hiatus Kaiyote. Świetna aranżacja „FNFL” i zaangażowane treści prowokują i burzą stereotyp, że ciepłe rhodesy najlepiej komponują się jedynie z oklepanymi wersami. Allysha nie zdobyła wielu laurów, działając pod własnym szyldem, nie przeszkadza nam to jednak obdarzyć ją sporym kredytem zaufania. — K.Zięba
34.
Curtis Harding
Anti
Curtis Harding brzmi zupełnie jak wyrwany z totalnie innej epoki. Drugi już album artysty, Face Your Fear jest prawdziwą podróżą w czasie do złotych lat soulu. „As I Am” to piękny, chwytający za serce hołd dla takich legend jak Curtis Mayfield, Sam Cooke czy Ronnie Dyson. Utwór brzmi zupełnie jak nagrany w zadymionym klubie gdzieś w Atlancie, gdzie gitarzysta leniwie gra proste riffy, perkusja spokojnie wybija swój leniwy rytm, a cała reszta instrumentów buduje napięcie, akompaniując rozżalonemu Curtisowi. Wspaniały vintage soul. — Richie Nixon
33.
Sevdaliza
Twisted Elegance
Gdzieś pomiędzy glitch popem FKA Twigs a awangardą Björk istnieje jeszcze miejsce na eksperymenty z dźwiękiem Sevdalizy. Tak jak u FKA Twigs, muzykę holendersko-irańskiej artystki dopełniają wizualizacje w teledyskach. Stylowy i sensualny utwór romansujący z trip-hopem nabiera pełnego wymiaru w połączeniu z wideoklipem. Eksploatacja kobiecego ciała, komputerowa technologia i zespolenie człowieka z androidem. Utwór o toksycznym związku stopniowo i subtelnie uwodzi, niepokoi i hipnotyzuje. „Pamiętaj o swojej mocy”. — Ibinks
32.
Lizzo
Nice Life
Niektórzy mają za złe Lizzo, że coraz bardziej ucieka od rapu w stronę współczesnego R&B. My będziemy mieć wam za złe, jeżeli nie sprawdzicie „Water Me”, bo ten kawałek to pędząca petarda. Lizzo pokazuje w nim, jak najmądrzej interpretować założenia doby „ja, ja, ja”, również w romantycznych relacjach. Ale to tylko warstwa tekstowa. Muzycznie to dialog klawiszy i pląsającego funkowego basu, w który wtrącają się od czasu do czasu dęciaki i — chyba ukochane przez muzyków w ostatnim czasie — dźwięczne „r” Lizzo. Pozytywniejszej dawki muzycznej w tym roku już nie dostaniecie. — MajaDan
31.
Sampha
Young Turks
W otwierającym album Process utworze Sampha dosłownie wystrzela się w kosmos. Intro stanowi sampel ze sławetnej kwestii wypowiedzianej przez stawiającego pierwsze kroki na Księżycu kosmonautę Neila Armstronga. Orientalne wstawki i dyskretna elektronika stanowią nie tylko miód na uszy, ale też tło dla historii zagubionego w świecie artysty, który szuka wewnętrznego spokoju, umiejętnie manewrując symboliką światła i mitem o spalającym się w słońcu Ikarze. „Plastic 100 ℃” to nauka powtórnego kochania. Artysta dotyka osobistych rejonów i nawiązuje do rodzinnych dramatów (śmierć rodziców, jego i brata choroba), jednocześnie uciekając w świat muzyki. Utwór stanowi auto-aluzję do następnego na liście „Blood on Me”. Kompozycja rozgrzewa serca do tytułowych 100 ℃, a rozdzierające „Houston, Can You Hear Me?” nabiera tutaj nowego znaczenia. My słyszymy. Zawsze. Do zatracenia. — Ibinks
20 najlepszych epek 2016

Już po raz piąty kończymy autorskie podsumowanie roku zestawieniem epek, które przy okazji są świetnym uzupełnieniem topu albumowego. Krótsze formy wydawnicze, nieco bagatelizowane we wszelkich rankingach, dla nas stanowią cenny suplement mijających dwunastu miesięcy. Znów więc wybraliśmy reprezentatywną dwudziestkę, w której znajdziecie artystów mniej lub bardziej znanych, których wydawnictwa odcisnęły wyraźne muzyczne piętno na szeroko pojętej muzyce soul w 2016 roku. Nie zabrakło wśród nich również polskich akcentów oraz, co zawsze lubimy podkreślać, materiałów wydanych własnymi siłami, bez wsparcia mniej lub bardziej rozpoznawalnych wytwórni. Poznajcie 20 najlepszych epek roku według Soulbowl.pl
20.
Princess
Abra
True Panther Sounds
Wraz z całą załogą Awful Records Abra oczarowała krytyków i blogosferę swoim wyjątkowym R&B przepełnionym 808-owym lo-fi, popowymi refrenami i hip-hopowym pazurem, co w parze ze zmysłowym wokalem i zacięciem do estetyki retro daje powalający efekt. W całych swoich odległych inspiracjach Princess to materiał głęboko ugruntowany we współczesności, a numery pokroju „Crybaby” czy „Big Boi” z Tommy Genesis nie mają prawa regularnie nie urywać głowy. — Mleczny
19.
The Feminine: Act I
Anna Wise
self released
Połowa duetu Sonnymoon i żeński wokal na płytach Kendricka Lamara zrobiła wiele, by jej solowa wypowiedź również została usłyszana. The Feminine: Act I to wyrazisty pogląd Anny Wise na temat kobiecości i jej głos sprzeciwu wobec podwójnych standardów, według których traktowane są obie płcie. To niezgoda na szufladkowanie i stygmatyzację, mechanizmy wciąż obecne pod każdą szerokością geograficzną. Epka pokazuje kobiety jako złożone, skomplikowane istoty, których jednowymiarowe postrzeganie może być włącznie powierzchowne. Dodatkowo swoje opinie wokalistka położyła na często bujających newbeatsowych bitach, które dostarczyły nagraniom sporą dozę przebojowości. –Emes
18.
Sinead Harnett
Sinead Harnett
Rinse
Sinead Harnett, kojarzona do tej pory głównie z gościnnych udziałów u swoich bardziej znanych kolegów z Rudimental i Disclosure, udostępniła wreszcie w tym roku pierwsze autorskie miniwydawnictwo. Zawartość muzyczna debiutanckiej epki Brytyjki to chyba najbardziej popowa propozycja w naszym zestawieniu, co oczywiście w żaden sposób nie ujmuje temu materiałowi jego muzycznej wartości. Sinead porusza się bowiem bardzo zgrabnie po popowym poletku, oszczędzając słuchaczowi grubych warstw radiowego pudru i plastikowego la la la. Niech o tym wydawnictwie najlepiej świadczy fakt, że zostało ono udostępnione pod banderą kultowego Rinse FM. — Dźwięku
17.
Odlot
Ptaki
Transatlantyk
Odlot to epka tematycznie powracająca do ubiegłorocznego Przelotu — długogrającego debiutu Ptaków dla wytwórni Transatlantyk. Materiał zawiera fenomenalne opasłe remiksy Eltrona i Das Komplexa, a także downtempowy, dubowy „Taniec na wodzie”. Jednocześnie doszczętnie i zręcznie wyczerpuje jakże obszerne spektrum tak istotnego dla polskiej sceny krążka. Skojarzenie na pewno nie będzie należeć do górnolotnych, ale aż chciałoby się obserwować eksplozję takiego brzmienia na naszym wybrzeżu, bo ta muzyka niesie za sobą dekady tradycji polskiej muzyki i ten osobliwy chłodny bałtycki zachód słońca. — Mleczny
♫ „Słoneczny pył (Eltron Remix)”
16.
Natural Selections
Sampology
Soul Has No Tempo
Sampology wrócił we wrześniu z drugą epką Natural Selections, udowadniając, że jest obecnie jednym z najświeższych brzmieniowo producentów z Antypodów. Wydany nakładem Soul Has No Tempo krążek jest wypadkową ścisłego połączenia organicznego soulu i pulsującej elektroniki — sample wokalne i klubowe bity uzupełnione zostały tu o afrykańskie perkusjonalia, smyczki i klawisze, dzięki czemu Natural Selections, zgodnie z nazwą, brzmi w istocie bardzo naturalnie. — Kurtek
15.
The Move
Reva Devito
HW&W Recordings
Reva DeVito to podopieczna HW&W, czyli wytwórni, w której katalogu znajdują się wydawnictwa od Ta-Ku, Evil Needle, Kaytranady, Pomo czy Sweater Beats. Pochodząca z Portland wokalistka zaliczyła w niej swój wydawniczy debiut, udostępniając na początku października epkę The Move, która jest zręcznym pomostem pomiędzy współczesnym, a już nieco przykurzonym R&B z końcówki lat 90-tych ubiegłego wieku. Słuchając The Move EP, trudno uciec od porównań do początkowych dokonań Amel Larrieux, która swego czasu ujmowała swobodą i naturalnością — bez silenia się na bycie królową list przebojów. To samo da się wyłapać z twórczości Revy, która świetnie dobrała sobie producentów i wzorowo odnalazła się na sprezentowanych jej kompozycjach. — Dźwięku
14.
Way Back
Mint Moods
self released
Rodzimy projekt muzyczny Mint Moods, którego zainteresowania skierowane były początkowo w kierunku lekkiego rocka, postanowił przejść metamorfozę. Wydawnictwo Way Back utrzymane jest w stylu spokojnego R&B z delikatnymi elementami disco i elektroniki. W utworach przeważają nierównomierne bity, bębny i gitarowe frazy, a całość okraszona jest ciepłym soulowym wokalem. Brzmienie debiutu wciąga, pobudza zmysły i wprawia w chilloutowy nastrój. — Forrel
13.
The Ultimate
RP Boo
Planet Mu
Szalony geniusz chicagowskiego footworku sprezentował nam w tym roku swój najspójniejszy dotychczas materiał. Bogata selekcja sampli od soulowych klasyków po dźwięki kinematografii spotyka się z szalonymi układami perkusyjnymi, acidowymi liniami basowymi i surową, pozornie tylko chaotyczną elektroniką. Boo jest energetycznym królem, bogiem polirytmii i zaskakujących rozwiązań i pomimo wielu lat pracy oraz przełomowych produkcji nadal skutecznie zaostrza apetyt na więcej. [Więcej] — Mleczny
12.
Montana
Abhi//Dijon
R&R Digital
Nie chciałbym napisać, że Abhi//Dijon, to takie Majid Jordan bis, choć przy pierwszych odsłuchach trudno uciec przed takim wrażeniem. Jednych i drugich łączy podobna wrażliwość muzyczna. Mimo to bohaterowie naszego tegorocznego zestawienia mają w sobie więcej bedroomowego polotu i zmysłowości, której dźwiękami można by pobudzić niejeden wystudzony temperament. Na epce Montana znajdziecie pięć afrodyzjaków, dzięki którym łatwiej będzie o przełamanie pewnych barier. Muzyka to w końcu emocje, a tymi najlepiej dzielić się z kimś najbliższym. — Dźwięku
♫ „Often”
11.
Good Love
Brasstracks
self released
Ci, którzy śledzili nasze ubiegłoroczne zestawienia mijającego roku, z pewnością kojarzą duet Brasstracks. Nowojorczycy Ivan Jackson i Conor Rayne, którzy przede wszystkim są świetnymi instrumentalistami i z niesamowitym wyczuciem łączą brzmienia trąbki i instrumentów perkusyjnych, do sierpnia tego roku znani byli przede wszystkim jako twórcy wielu porywających editów i remiksów bardziej znanych utworów. Wtedy to pojawił się ich pierwszy dłuższy materiał, w postaci siedmioutworowej epki Good Love, i rzeczywiście niełatwo się we wspomnianym materiale nie zakochać. Na epce znajdziemy wszystko to, z czego artyści są już bardzo dobrze znani, czyli z pulsującej oryginalnością fuzji jazzu i nowych beatów, podrasowanej brassowymi wariacjami. Ponadto na wydawnictwie gościnnie usłyszymy Roses Gabor, Jay Prince’a, Alexandra Lewisa czy Lido. — Dźwięku
